Reklama

Dałeś mi, Panie, zbroję

2014-05-13 13:04

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 20/2014, str. 50-51

pl.wikipedia.org

Mocno wpisał się w polską kulturę lat 80. XX wieku. Pieśniarz, poeta, prozaik – Jacek Kaczmarski. Dla wielu drogowskaz na pogmatwanych drogach polskiego patriotyzmu. Z początkiem XXI wieku jego gwiazda zaczęła nieco blednąć. Urodzeni w niewoli Polacy zaprzątnięci byli szukaniem miejsca w wolności. Śmierć pieśniarza-poety w 2004 r. przywróciła mu miejsce w gronie wielkich Polaków

Autor ponad 600 wierszy, piosenek, 5 książek prozatorskich. Nagrał ponad 20 albumów. Błyskotliwy, inteligentny. Z ogromnym poczuciem humoru. Mimo pewnych niedoskonałości był człowiekiem dobrym. Dla znajomych i przyjaciół – znakomity kompan. Dla rodziny – mało dostępny. Dwukrotnie żonaty. Ojciec dwójki dorosłych już dzieci, które do dziś szukają ojca. Sam nie miał wzorca. Wychowywany przez dziadków. Choć rodzice – malarze – mieszkali o kilometr dalej, niemal nigdy nie skarżył się na to. Zwykł nawet podkreślać w wywiadach, że bardzo mu odpowiadał ten status. Czasem tylko wtrącał w bardzo prywatnych rozmowach, że ta sytuacja była nienormalna. I nie rozumiał, dlaczego tak się działo. Być może z tego powodu do końca życia czuł się odrzucony.

Zapalony brydżysta i szachista. Od czasów studenckich niemal zawsze w okularach i kamizelce. Podczas twórczej pracy – niedostępny. Wrażliwy, nieśmiały, delikatny. Lubił być jednak zauważany, doceniany, oklaskiwany. Czasem pozował na twardziela, ale wychodziło mu to bardzo nieporadnie. Nie miał zwyczaju mówić o swoich słabościach. Rozluźniał się dopiero po alkoholu. Pił najpierw dla zabicia tremy przed koncertami. Później wpadł we wnyki alkoholizmu. Męczył się i walczył. Wywalczył trzeźwość.

Chłopak z zamkniętego podwórka

Dziadkowie i rodzice byli komunistami. Dziadek ze strony matki piastował w rządach komunistycznych nawet funkcję wiceministra oświaty. Pochodził z rodziny tatarskiej, osiadłej kilka setek lat wcześniej w Polsce. Babcia Jacka Kaczmarskiego wywodziła się ze średniozamożnej rodziny żydowskiej, która niemal kompletnie została wymordowana przez Niemców. Jacek, mimo że wiedział o rodzinnych korzeniach, raczej nie utożsamiał się ani z polskimi Tatarami, ani ze środowiskiem żydowskim, choć jego znajomi i przyjaciele pochodzili głównie z kręgów lewicy żydowskiej.

Reklama

Przez lata szkoły podstawowej żył przede wszystkim pod opiekuńczym kloszem dziadków, rygorystycznie przestrzegając napisanego przez szkołę i opiekunów planu. Wychowywał się na pograniczu warszawskiego Śródmieścia i Mokotowa. Od najmłodszych lat uczył się angielskiego i francuskiego. Chodził na prywatne lekcje fortepianu, przez krótki czas nawet do średniej szkoły muzycznej. Uczęszczał do jednej z bardziej elitarnych naówczas szkół średnich – do XV LO im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie w połowie klas językiem wykładowym był francuski. Choć był humanistą, wybrał klasę matematyczno-fizyczną. Jak przyznał, chodziła tam dziewczyna, w której się podkochiwał. W tej to właśnie szkole nawiązał najtrwalsze znajomości i przyjaźnie. Tu zadebiutował jako poeta i pieśniarz. Dobrym recenzentem jego pierwszych intelektualnych uniesień i buntów była tamtejsza polonistka. „Tak naprawdę nie śpiewałem przeciwko czemuś. Myślę, że zachowywałem się jak większość młodych ludzi, którzy wypowiadają się przez sztukę. To był rodzaj mniej lub bardziej spontanicznego, może niekontrolowanego wybuchu ekspresji, która się gromadzi we wrażliwych ludziach – mówił w maju 2001 r.* – Ale też i pewnie była to manifestacja przeciwko samotności. Mimo że w szkole byłem lubiany, doceniany, to jednak czegoś mi brakowało. Dziś może wiem, że rodzicielskiej miłości”.

Jacek Kaczmarski lata szkolne sprowadzał do niewielu zdań: ćwiczył grę na gitarze, pisał piosenki i dziennik. „Bardziej na życzenie rodziców niż z potrzeby” – podkreślał. Jego idolami muzycznymi byli ci, których słuchali rodzice, rosyjscy pieśniarze: Aleksander Galicz, Bułat Okudżawa i Włodzimierz Wysocki. Z francuskich – Georges Brassens. Z polskich – Wojciech Młynarski. Jednak najbardziej zafascynowany był Wysockim, który nawet wpłynął na jego decyzję o śpiewaniu.

Dojrzewanie polityczne

Już w szkole średniej miał świadomość, że to, co proponuje komunizm w Polsce, to „nieudany eksperyment”. Jego dziadek wprawdzie wciąż go przekonywał, że „Partia ma rację”, ale czasem przyznawał, że „występują niedociągnięcia”, przeciwko którym należy protestować. „Te niedociągnięcia było najbardziej widać w kontakcie z Zachodem – opowiadał Jacek Kaczmarski. – Wielu kolegów i koleżanek z klasy wracało stamtąd z wakacji. To, co opowiadali, było fascynujące. W sposób niezwykły kontrastowało z tym, co mieliśmy w Polsce. A nasze środowisko nie należało do najbiedniejszych. Z kolegami zadawaliśmy niektórym profesorom niewygodne pytania polityczne, co nauczycielki doprowadzało do płaczu, a mnie dzisiaj do wstydu”.

Jednak o przystąpieniu Kaczmarskiego do kręgów opozycyjnych związanych ze środowiskiem KOR-u zdecydowały bardziej kontakty koleżeńskie czy rodzinne niż pragnienie zmian ustrojowych. Zdarzało mu się, że śpiewał podczas spotkań w mieszkaniach ludzi związanych z opozycją. Jednak gdy Jan Krzysztof Kelus zaproponował Kaczmarskiemu wydanie podziemnej kasety, wymówił się brakiem czasu. „Nie wiem, czy byłem za młody, czy za bardzo pochłonięty moją sztuką” – mówił po latach.

W 1977 r. Jacek Kaczmarski zdobył pierwsze miejsce na Festiwalu Piosenki Studenckiej m.in. za „Obławę”, do której sam napisał tekst. W następnym roku rozpoczął recitale w najpopularniejszym wówczas kabarecie „Pod Egidą”, który prowadził Jan Pietrzak. Było to niezwykłe wyróżnienie dla dziewiętnastolatka. Zaczął też koncertować w teatrze „Na Rozdrożu”, gdzie też powstał najciekawszy program „Mury”, wyznaczający artyście jego drogę. „Realizowaliśmy program już ze Zbyszkiem Łapińskim i Przemkiem Gintrowskim, których poznałem podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Studenckiej. I tak naprawdę to właśnie od tego momentu rozpoczęła się nasza kariera. Na nasze koncerty zaczęły przychodzić tłumy. Przemek śpiewał Herberta, ja m.in. «Obławę», «Encore». Zrobił się taki szum wokół naszego recitalu, że towarzysze z KC ściągnęli nas z wakacji, zdaje się z 1979 na 1980 r., i daliśmy koncert dla około setki osób z Wydziału Kultury KC PZPR. Po koncercie podszedł do mnie zastępca szefa wydziału Eugeniusz Mielcarek i powiedział: «Mamy wspaniałą młodzież i szkoda, że będziemy musieli ją zniszczyć». Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale niebawem stało się jasne. Teatr został zamknięty i siłą rzeczy nasz spektakl również”.

Trio nie dostało jednak zakazu koncertów. Program „Mury” stał się wkrótce jednym z najbardziej opozycyjnych spektakli, a Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński – rozpoznawalnymi artystami. W tym samym roku „Mury” pojawiły się na podziemnych kasetach. W 1979 r. Kaczmarski rozpoczął współpracę z wybitnym wówczas reżyserem Helmutem Kajzarem, śpiewając w spektaklu „+++” („Trzema krzyżykami”) swoją „Obławę”. „Współpraca z zawodowym teatrem była dla mnie niezwykłym wyróżnieniem i cennym doświadczeniem. Kontakt z wybitnymi aktorami podniósł moją samoocenę. Pozwoliło mi to bardziej panować nad tremą” – mówił.

Czas Solidarności, czas emigracji

Studia polonistyczne, które Kaczmarski rozpoczął w 1980 r., były dla niego wyborem oczywistym. Już w trzeciej klasie liceum zapewnił sobie indeks, stając się finalistą olimpiady polonistycznej. Podczas studiów dostał zezwolenie na indywidualny tok nauki, co wówczas było niezwykłą rzadkością. W ten sposób starano się podkreślić wyjątkowość studenta i na ogół wiązało się to z otrzymaniem etatu naukowego na uczelni. Jacek Kaczmarski nie zamierzał jednak zostać naukowcem. Wiedza, którą posiadł, owocowała natomiast nad wyraz obficie w jego poezji i wrażliwości artystycznej.

Szesnaście miesięcy, które nastąpiły po Sierpniu ’80, to dla Jacka Kaczmarskiego czas wielkich „solidarnościowych” koncertów. Czas najbardziej intensywnej pracy twórczej. Ale też dojrzewania politycznego, kiedy to zyskał przydomek „barda”. Nie lubił tego określenia, choć nie ukrywał, że mu nieco schlebiało. Jednak bardzo bał się zaszufladkowania jako poety-pieśniarza politycznego. „Starałem się przekazać ludziom, że to, co się działo wówczas w Polsce, nie jest niczym wyjątkowym. Że to tylko kolejny etap w paśmie wszystkich historycznych doświadczeń – zwierzał się w 2001 r. – Dałem temu wyraz w programie «Muzeum», który dla mnie był wtedy najważniejszym podsumowaniem dokonań artystycznych, mojej duchowej i intelektualnej dojrzałości”.

Stan wojenny zastał go w Paryżu. Tam też oddał się zarówno działalności politycznej, jak i koncertowej, podróżując po całym niemal „polonijnym” świecie. Jego poezja stała się dla emigrantów wszystkich pokoleń wyśpiewywaną nadzieją na wolną Polskę. Dużo nagrywał, a jego taśmy były masowo kolportowane w Polsce. W kraju jednak wielu jego fanów odwróciło się od niego – uznało, że pozostając na emigracji, zdradził Polskę. Przez długie lata miał o to żal do swoich fanów.

W 1984 r. rozpoczął współpracę z Radiem Wolna Europa. Wprowadzony rok później w RWE „Kwadrans Jacka Kaczmarskiego” przyciągał do radioodbiorników tysiące słuchaczy. Po latach, uogólniając czas pobytu na emigracji, podczas jednej z rozmów mówił: „Przede wszystkim ukształtowałem się wtedy jako artysta. Koncertując w środowiskach polonijnych na świecie, poznałem mnóstwo ludzi z czasu II RP, którzy byli elitą, a o których nie miałem pojęcia, bo o nich nie uczono w szkole. To jedno z bardziej cennych doświadczeń. W jakiś sposób próbowałem oddać ten czas w swoich książkach. O latach spędzonych w RWE pisałem np. w książce «Napój Ananków». Natomiast gdyby starać się uogólnić ten czas jako czas osoby prywatnej, to bez wątpienia pojawił się w sposób drastyczny mój problem alkoholowy. Pojawiły się problemy z pierwszą żoną i związek z drugą. Do 1994 r. byłem dziennikarzem RWE i nie cierpiałem biedy. Ale cierpiałem z innych powodów, czego inni już nie widzieli. Poza bliskimi. Niestety, przyznaję, że na koncertowych trasach polonijnych, mówiąc oględnie, nie zachowywałem się najpiękniej. Jakaś dziewczyna zadała kiedyś pytanie w prasie polonijnej: «Czy artyście wszystko wolno?». A było to po tym, kiedy udzielałem jej wywiadu, popijając jakiś trunek z butelki”.

Czas wolnej Polski

Jacek Kaczmarski wrócił z emigracji po 1990 r. Znów spotkało się trio: Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński. Dali mnóstwo koncertów. Przyjmowano ich równie entuzjastycznie, jak przed dziewięciu laty. Ale Kaczmarski – niepokorny – znów podpadł niektórym swoim fanom. W licznych wywiadach krytykował zastaną w Polsce rzeczywistość. Nie wszystkim się to podobało. Podczas koncertów, kiedy wymieniano jego nazwisko, słychać było gwizdy. Bardzo go to bolało. Trudno mu było zdobyć się wtedy na dystans. „Pamiętam z tamtego czasu spotkanie z Wałęsą, który traktował artystów jak niegdyś komuniści. To mi się bardzo nie podobało. Byłem od początku krytyczny wobec niego, ale też jakoś przeciwko niemu nastawiało mnie środowisko Unii Wolności, z którym byłem związany. Ale po tej trasie, alkoholowo-kombatancko-artystycznej, tak bym ją nazwał, postanowiłem zdystansować się wobec polityki. Stąd powstał mój program «Wojna postu z karnawałem». Program historyczno-egzystencjalny, a nie zwycięsko-patriotyczny. Czasem uważany za antykościelny, co już jest kompletnym nieporozumieniem. Chciałem pokazać w tym naszym programie, koncertując razem z Przemkiem i Zbyszkiem, że moje dojrzewanie artystyczne zachodziło na czas politycznych przełomów. Albo niosły mnie one, albo bardzo emocjonalnie na nie reagowałem. Ale to wszystko uświadomiłem sobie dopiero podczas pobytu w Australii. W każdym razie moje zaangażowania polityczne nie były najciekawsze”.

Azyl

W 1995 r. Jacek Kaczmarski z rodziną wyemigrował do Australii. W jednych wywiadach mówił, że na życzenie żony, z innych wynikało, że był obrażony na Polskę. „To nieprawda – zaprzeczał podczas rozmowy w 2001 r. – Sądziłem, że daleko od Polski będę mógł nabrać dystansu do siebie. Poukładać życie rodzinne. Traktowałem Australię jako azyl twórczy, pracownię. Już wtedy nie piłem. Bałem się wejść w sytuacje towarzyskie, w których znów by się pojawiło pijaństwo. Nie ukrywam, że moja sytuacja psychiczna była niepoukładana. Daleki byłem od refleksji. Sądziłem, że to oddalenie pomoże mi się pozbierać. I w jakimś stopniu to się udało. Napisałem trzy książki. Ale życie tam nie było usłane różami. Przez pół roku nawet byłem na zasiłku dla bezrobotnych. Tam, niestety, doszło do kolejnego rozwodu, bo żona sądziła, że ja tam będę taki «mąż w kapciach»”.

W czasie kilkuletniego pobytu w Australii Jacek Kaczmarski coraz częściej przyjeżdżał do Polski. Aż wreszcie, pod koniec lat 90., wrócił na stałe. Znów koncertował, nagrywał. W tym też czasie powstał jeden z ciekawszych programów: „Szukamy stajenki” – kolędy i pastorałki, zaaranżowane przede wszystkim przez Zbigniewa Łapińskiego. Sam Kaczmarski powoli stabilizował swoje życie duchowe i artystyczne przy nowo poznanej dziewczynie. „Życie układa się” – jak kiedyś powiedział w biegu. W lutym 2002 r. dowiedział się o złośliwym raku krtani. Zmarł dwa lata później, w Wielką Sobotę, ochrzczony – pogodzony z Bogiem. Choć zarzucano mu, że niektóre jego utwory są antykościelne czy antykatolickie, on sam podchodził do Pana Boga i ludzi Kościoła z szacunkiem. Kilkakrotnie zamierzał się ochrzcić, ale jak mówił – zawsze coś mu stawało na przeszkodzie. „To fakt – mówił na dwa lata przed śmiercią – nie jestem członkiem Kościoła. Ale mam swoją religijność. Choć może jest ona bardzo prywatna, indywidualna”.

* Wszystkie cytaty pochodzą z mojej niepublikowanej rozmowy z Jackiem Kaczmarskim.

* * *

Dałeś mi Panie zbroję
Dawny kuł płatnerz ją
W wielu pogięta bojach
Wielu ochrzczona krwią

W wykutej dla giganta
Potykam się co krok
Bo jak sumienia szantaż
Uciska lewy bok

Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja

[...] Jacek Kaczmarski, „Zbroja”, marzec 1982 r.,

fragment

Tagi:
muzyka rocznica śmierć

Bp Kamiński: wychowywanie nowych pokoleń w oderwaniu od Boga to niszczenie korzeni narodu

2019-09-18 09:27

mag / Legionowo (KAI)

Wychowywanie nowych pokoleń w oderwaniu od Boga i znajomości historii niszczy korzenie narodu - ostrzegł bp Romuald Kamiński. W 80. rocznicę ataku Wojsk Radzieckich na Polskę biskup warszawsko-praski przewodniczył mszy św. w parafii Św. Jana Kantego w Legionowie, gdzie odsłonięto płaskorzeźbę upamiętniającą ofiary mordu katyńskiego oraz tragedii smoleńskiej. W uroczystościach wziął udział Minister Obrony Narodowej, Mariusz Błaszczak. Liturgię uświetniła Zespół Orkiestry Reprezentacyjnej Wojska Polskiego.

pl. wikipedia.org

W homilii bp Kamiński podkreślił, że pielęgnowanie narodowej pamięci i przekazywanie jej kolejnym pokoleniom to nasz obowiązek. – Kolejne tragedie narodowe, w tym zwłaszcza I i II wojna światowa oraz wybicie polskiej elity, to niezwykle bolesne wydarzenia, które stanowią kamień milowy w dziejach naszego narodu i do dziś odciskają swoje piętno na kolejnych pokoleniach rodaków – powiedział duchowny.

Zaapelował, aby nie tylko przekazywać pamięć o polskiej historii ale również uczyć młodzież właściwego rozumienia przyczyn i konsekwencji z dziejowych wydarzeń, by odrywając sens tego co się stało mogła budować pomyślność Ojczyzny.

Podkreślił, że źródeł siły do dźwigania się z kolejnych klęsk, wojen i tysięcy straconych istnień ludzkich była głęboka wiara Polaków. - Nie z nas była ta moc, ale to Bóg jest tym, który daje zwycięstwo – powiedział bp Kamiński. Zwrócił jednocześnie uwagę, że "jesteśmy jednym z tych narodów, które zawsze miały świadomość, że Bogu Najwyższemu należy się chwała". Przez całe tysiąc lat byliśmy temu wierni i to nas dźwigało – powiedział biskup warszawsko-praski.

Nawiązując do obecnej sytuacji politycznej w Polsce, przestrzegł przed zgubnymi skutkami wyrzucaniem Boga i Ewangelii na margines życia publicznego i społecznego. – Kiedy z horyzontu ludzkich oczu będzie zabierany Krzyż znak Chrystusowego zwycięstwa, kiedy będzie ograniczane na różny sposób – mniej lub bardziej podstępnie – głoszenie Ewangelii, choćby poprzez umniejszanie możliwości prowadzenia katechezy, to grunt na którym jesteśmy zasadzeni będzie jałowiała. Takie były drogi, które doprowadzały różne nacje do tego, że ta jałowość tak mocno dokuczyła, że objawiła się wybuchem ogromnej nienawiści – zwrócił uwagę bp Kamiński.

Podkreślił, że głoszenie Ewangelii nie ogranicza się tylko do przepowiadania Bożego Słowa. – Znacznie bardziej wymowne dziś jest milczące ale piękne życie, czyli życie odpowiedzialne, pełne miłości , ofiarnej służby, życie w którym człowiek umiemy przebaczać – powiedział duchowny.

Po liturgii odbyło się odsłonięcie i poświęcenia płaskorzeźby, która upamiętnia ofiary mordu katyńskiego oraz tragedii smoleńskiej. Znajduje się ona na frontonie kościoła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Stanisław Kostka - patron dzieci i młodzieży

Małgorzata Zalewska
Edycja podlaska 37/2002

Jastrow/pl.wikipedia.org



W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,

na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru.

Taki, że widz niechcący wstrzymuje się w progu,

myśląc, że Święty we śnie zwrócił twarz do muru

i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi...

I wstać chce, i po pierwszy raz człowieka zwodzi.

Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek

Królowej Nieba, która z Świętych chórem schodzi

i tron opuszcza, nędzy śpiesząc na ratunek.

Palm wiele, kwiatów wiele aniołowie niosą,

skrzydłami z ram lub nogą wstępując bosą.

Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,

w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie,

jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:

niby że, po obrazu stoczywszy się płótnie,

upaść ma, jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.

I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci...

(Cyprian Kamil Norwid)

Doroczną pamiątkę św. Stanisława Kostki kościół w Polsce obchodził wcześniej 13 listopada. Od 1974 r. święto to obchodzimy 18 września jako święto patronalne dzieci i młodzieży, by na progu nowego roku szkolnego prosić dla nich o błogosławieństwo i potrzebne łaski.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane.

Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: "Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze - sami jak i przez domowników - do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą" .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów we Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: "Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść". Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: "Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu". Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

W naszej diecezji doroczną uroczystość odpustową ku czci św. Stanisława Kostki przeżywa wspólnota parafialna w Jerzyskach, gdzie proboszczem jest ks. Zenon Bobel.

U początku nowego roku szkolnego i akademickiego starajmy się prosić św. Stanisława Kostkę, który jest patronem dziatwy i młodzieży, aby wstawiał się on za nami i wypraszał potrzebne nam wszystkim łaski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: Msza św. z okazji Dnia Migranta i Uchodźcy w Kościele katolickim

2019-09-23 15:50

rs / Kraków (KAI)

28 września o 19:30, w wigilię Dnia Migranta i Uchodźcy w Kościele katolickim, w bazylice św. Trójcy w Krakowie odbędzie się Msza św. „W tym roku papież Franciszek po raz kolejny wzywa nas do modlitwy: nie tylko za osoby migrujące, ale również za nas samych” - tłumaczą organizatorzy ze wspólnoty Hanna działającej na rzecz wykluczonych w Krakowie. Oprócz wspólnoty Hanna wydarzenie organizuje wspólnota Taizé Kraków WAJ.

kantsmith/pixabay.com

„Jako członkowie krakowskich wspólnot katolickich chcemy we wspólnej modlitwie modlić się zarówno w intencji wszystkich osób przybywających do naszego miasta, kraju oraz migrujących po całym świecie. Chcemy też modlić się za nas, mieszkańców Polski, o otwarte i współczujące serca, zgodnie z życzeniem papieża Franciszka” - podkreślają organizatorzy.

Po Mszy św. będzie możliwość wysłuchania świadectw oraz wsparcia jednej z organizacji niosącej pomoc osobom doświadczającym uchodźstwa. W liturgii wezmą też udział przedstawiciele lokalnej wspólnoty grekokatolickiej.

„Problemem nie jest fakt, że mamy wątpliwości i obawy. Problem pojawia się wówczas, gdy te lęki determinują nasz sposób myślenia i działania do tego stopnia, że sprawiają, iż stajemy się nietolerancyjni, zamknięci, a może nawet – nie zdając sobie z tego sprawy – stajemy się rasistami. W ten sposób lęk pozbawia nas pragnienia i zdolności do spotkania się z bliźnim, osobą inną niż ja; pozbawia mnie szansy spotkania się z Panem” - napisał papież Franciszek w swoim orędziu na 105. Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy w Kościele katolickim.

Dzień ten obchodzony jest w Kościele katolickim od 1914 roku.

Do wydarzenia można dołączyć na Facebooku: https://www.facebook.com/events/730136010743913/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem