Reklama

Aspekty

Przed 25. rocznicą (5)

Lekarze nie wiedzieli, jak to się stało

25. rocznica koronacji Cudownego Obrazu z Rokitna zbliża się wielkimi krokami. Pielgrzym tu przyjeżdżający zobaczy piękny, zabytkowy kościół. Być może zachwyci się urokliwymi dróżkami różańcowymi czy wzruszy głęboko na Kalwarii Rokitniańskiej. Zostanie profesjonalnie przyjęty w domu rekolekcyjnym. Jednak Rokitno to przede wszystkim miejsce, w którym Maryja wyprasza pielgrzymom wiele niezwykłych łask. Ludzie wciąż przyjeżdżają tu, by się modlić w konkretnych intencjach. Nieraz są to sprawy po ludzku nie do rozwiązania. W kościele na stałe wyłożone są specjalne zeszyty, w których można zapisywać prośby i podziękowania – i pielgrzymi z tego chętnie korzystają. Na ścianach wiszą gabloty, w których umieszczane są dary wotywne, czyli przedmioty składane w podzięce za wysłuchane modlitwy, często kształtem i formą nawiązujące do intencji. Bo w tym miejscu dzieją się cuda – wykraczające nawet poza to, o co ludzie proszą. 25 lat temu doświadczyli tego pani Krystyna i pan Jerzy

Niedziela zielonogórsko-gorzowska 23/2014, str. 4-5

[ TEMATY ]

rozmowa

Aleksandra Bielecka

Jan Dżyga z żoną Krystyną

KATARZYNA JASKÓLSKA: – W 1989 r. pojechała Pani na koronację do Rokitna. Z dziećmi, ale bez męża.

KRYSTYNA DŻYGA: – To był bardzo trudny czas dla naszej rodziny, ponieważ mąż walczył z nowotworem. W styczniu 1989 r. lekarze zdiagnozowali u niego guza jelita i w szpitalu w Zielonej Górze zrobili mu operację. W tamtych czasach to była jedyna dostępna forma leczenia, nie mógł mieć np. chemioterapii. Operacja była bardzo poważna, ponieważ wycięto mu prawie całe jelito, a wtedy w taki sposób się nie operowało, więc metoda była ryzykowna. Potem, oczywiście, trwały badania. I w pewnym momencie mężowi zaczęły puchnąć nogi. Rozmawiałam z panią doktor – zastępcą ordynatora i usłyszałam, że choroba wróciła. Mimo operacji rak się rozwijał. Coś zaczęło się pojawiać w płucach. Mąż gorączkował, źle się czuł, więc wrócił do szpitala.
To wszystko zbiegło się z koronacją. Wiadomo, że w tak trudnych sytuacjach człowiek się ratuje, uciekając się do Boga. Jurek wtedy modlił się, zresztą jako mężczyzna jest bardzo stały w modlitwie, dla niego dzień zaczyna się modlitwą i nie ma od tego odstępstwa. Chciał żyć, bo bardzo ciężko jest przyjąć taką możliwość, że w wieku 40 lat można odejść, rozstać się z rodziną. Pamiętam, że strasznie płakałam, a jednocześnie musiałam udawać, że nie płaczę. A widziałam, że mąż się boi.

– I wtedy pojawił się pomysł, żeby pojechać na uroczystości koronacyjne do Rokitna i tam się modlić o zdrowie taty?

KD: – Wymyśliliśmy to z dziećmi (wtedy miały 16 i 18 lat). Pojechaliśmy osobno. Ja autobusem, dzieci pociągiem. Wysadzili nas na jakichś polach i długo szliśmy, aż w końcu ustawili nas na ściernisku i tam właśnie przeżywaliśmy koronację, bo takie były tłumy. Dla mnie to była w ogóle pierwsza wizyta w Rokitnie. Pamiętam do dzisiaj, jak stałam na tym ściernisku, a obraz Matki Bożej był tak daleko ode mnie. Bardzo pragnęłam podejść bliżej, ale przez całą uroczystość musiałam stać w miejscu. Jaka byłam szczęśliwa, kiedy wreszcie udało mi się wejść na łąkę! To była bardzo głęboka modlitwa i spotkanie z Matką Bożą.
Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że mąż wychodzi ze szpitala, a lekarze nie wiedzą, jak to się stało – to zresztą jest w wypisie. Po prostu choroba samoistnie ustąpiła. Od tego momentu nic już się nie działo, nie musiał się dalej leczyć. Oczywiście, lekarze badali go przez dłuższy czas, bo obawiali się nawrotu. Ale nic takiego nie nastąpiło, i tak jest do dzisiaj.

– Pan w tym czasie przebywał w szpitalu. Co się wtedy działo?

JERZY DŻYGA: – Pamiętam, że kiedy byłem chory i bardzo się modliłem, w pewnym momencie powiedziałem: Panie Boże, nie moja, ale Twoja wola niech się spełni, nawet jeśli trzeba będzie odejść z tego świata. I tymi słowami też się modliłem. W szpitalu opiekowała się mną młoda lekarka, świeżo po studiach. W pewnym momencie zaleciła podanie penicyliny. To był właśnie dzień koronacji. Od tej chwili choroba zaczęła się cofać. A przecież penicylina tego nie leczy, była tylko jakimś środkiem pomocniczym. Lekarka sama powiedziała, że to nie mogło zadziałać, nie po to zostało podane.

– Szybko okazało się, że uzdrowienie z choroby to nie wszystko. Łaski były dużo większe.

JD: – Myślę, że Pan Bóg ma swoje plany. A trzeba wiedzieć, że wcześniej nie byliśmy aż tak blisko Kościoła. Owszem, chodziliśmy na Msze św. w niedziele i święta jak przeciętni katolicy. Jednak pamiętam, że nasza pobożność była raczej tylko w kościele na nabożeństwie, a po wyjściu już inne życie. Tak jakby wiara była tylko prywatną sprawą, której się poza kościołem nie pokazuje. Kiedy leżałem w szpitalu, poznałem tam człowieka, którego żona była w Domowym Kościele. Był tak samo chory jak ja. Mówił, że jeśli wyzdrowieje, to też wstąpi do oazy jak jego żona. Ale niestety umarł. I to właśnie ja kontynuowałem jego myśl. Po wyjściu ze szpitala zacząłem szukać. W kościele usłyszałem ogłoszenie, że oaza jedzie na jakieś rekolekcje, więc się tym zainteresowaliśmy. Poszliśmy do żony tego zmarłego kolegi i ona zaczęła nas wprowadzać. Pierwsze spotkanie, drugie, aż wreszcie utworzył się nasz krąg.

KD: –Trafienie do kręgu to wielka zmiana. Pierwsze łzy, dialogi, zobowiązania. Z jednej strony zachwyt rekolekcjami, a z drugiej późniejsza stabilizacja. Teraz to jest dla nas normalne, że się wspólnie modlimy, czytamy prasę katolicką i książki religijne, słuchamy Radia Maryja – ale początki były jak odkrywanie wszystkiego na nowo. Dzisiaj zbieramy tego owoce. Przede wszystkim są w nas wielka nadzieja i zaufanie Panu Bogu. Na pewno dzięki temu łatwiej nam było przeżyć śmierć córki, co było dla nas bardzo bolesnym doświadczeniem.

– I wszystko dzięki wydarzeniu sprzed 25 lat?

JD: – Choroba spowodowała, że zbliżyliśmy się do Boga. Człowiek prosi o coś, a dostaje jeszcze więcej łask, niż o to prosił. Tak odczytujemy nasze bycie w Domowym Kościele. Dzisiaj już wiemy, że Bóg zna każdego z nas po imieniu. I to jest piękne, że zauważył w tłumie szarego człowieczka i go uzdrowił.

KD: – Spotkanie z Matką Bożą, modlitwy – to wszystko sprawiło, że zmieniły się też nasze serca. Wiadomo, że człowiek nie osiąga czegoś takiego własnymi siłami, ale jest to pociągnięcie samego Boga.

JD: – To często tak jest, że uzdrowienie ducha idzie w parze z uzdrowieniem ciała. Jestem przekonany, że najpierw zostałem uzdrowiony duchowo, bo inaczej skąd wzięłaby się ta głęboka modlitwa i zaufanie do Boga?

– Oczywiście, wybierają się Państwo na uroczystości 25-lecia koronacji?

KD: – To dla nas normalna sprawa, że jeździmy do Rokitna. W tym roku wybieramy się, oczywiście, na rocznicę koronacji, ale będziemy też następnego dnia, bo zamówiliśmy Mszę św. dziękczynną. W Rokitnie są też spotkania Domowego Kościoła, więc jesteśmy tam często. Od czasu, kiedy Matka Boża pozwoliła mi stanąć na tej murawie, to już jest nasze miejsce. Jeździliśmy tam z dziećmi, późniejz wnukami.
Piękne jest to, że w świętych miejscach spotykamy ludzi, których znamy z rekolekcji, z różnych stron Polski. I wiem, że podczas rocznicy koronacji również spotkamy wielu znajomych.

2014-06-05 10:32

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dlaczego nie bronimy Hagii Sophii?

2020-08-05 07:20

Niedziela Ogólnopolska 32/2020, str. 21

[ TEMATY ]

rozmowa

Katarzyna & Hakan Kaner

O tym, co się kryje za posunięciem prezydenta Erdogana i jak jego decyzja dotycząca Hagii Sophii wpisuje się w wielką grę geopolityczną tureckiego prezydenta, z Martą Ottaviani rozmawia Włodzimierz Rędzioch.

Włodzimierz Rędzioch: Jako datę pierwszej oficjalnej modlitwy w Hagii Sophii wybrano 24 lipca – w tym dniu w 1923 r. doszło do podpisania traktatu w Lozannie, na mocy którego zwycięskie mocarstwa położyły kres Imperium Osmańskiemu...

Marta Ottaviani: W ten sposób zostały upamiętnione dwie rocznice, obie „niepokojące” dla obszaru Morza Śródziemnego. Pierwsza, jak słusznie odnotowano, to rocznica podpisania traktatu lozańskiego, o którym powinniśmy pamiętać – wygaśnie on w 2023 r., a prezydent Erdogan zamierza go przedyskutować, zwłaszcza jeśli chodzi o niektóre wyspy położone u tureckiego wybrzeża, z których część należy dziś do Grecji. Ale jest druga, mniej znana rocznica – 24 lipca 1994 r. Erdogan został zwolniony z więzienia po spędzeniu 4 miesięcy za kratami za podżeganie do religijnej nienawiści. Przywitał go imponujący tłum ludzi reprezentujący turecką islamską prawicę – Erdogan obiecał im wtedy, że Turcja nie pozostanie długo świecka.

CZYTAJ DALEJ

Bp Muskus: pycha staje się często umiłowaną siostrą ludzi żyjących w Kościele

2020-08-11 11:45

[ TEMATY ]

bp Damian Muskus

facebook.com/pieszapielgrzymkakrakowska

Pycha staje się często umiłowaną siostrą ludzi żyjących w Kościele - powiedział bp Damian Muskus OFM, który spotkał się z krakowskimi pielgrzymami na Przeprośnej Górce. Jak dodał, o pysze ludzi Kościoła świadczą słowa czy gesty pogardy wobec tych, którzy inaczej myślą, a nawet "wobec tych, którzy kierując się troską o swoje zdrowie czy swoich bliskich przyjmują Komunię na rękę".

Bp Damian Muskus zwracał uwagę pątników, że pojednanie nie jest łatwym procesem, bo wymaga zaangażowania dwóch stron konfliktu. – Zdarza się, że wyciągnięta dłoń człowieka z jednej strony, spotyka się z zaciśniętą pięścią lub z kamieniem z drugiej strony – zauważył. Jak jednak dodał, o ile z tego powodu nie zawsze jest możliwe pojednanie, o tyle zawsze możliwe jest przebaczenie.

Według niego, w procesie pojednania przeszkadza pycha, która – jak pisał ks. Józef Tischner – jest sposobem bycia człowieka, który „stracił lub nie osiągnął świadomości własnej wartości i gubi się w labiryncie pozorów, które sam stworzył”.

- Pycha jest groźna, bo nie uznaje żadnych autorytetów. Pomniejsza nawet autorytet Boga. Właściwie stawia człowieka na Jego miejscu. Pyszny człowiek jest przekonany o swojej nieomylności, stąd próbuje narzucać innym własną wizję świata. Nie uznaje, że ktoś może mieć inne poglądy niż on, że może mieć inne sympatie, że może mieć inne gusta – opisywał. Jak zauważył, mogliśmy się o tym przekonać choćby podczas ostatnich wyborów, kiedy to samo ujawnienie sympatii do któregoś z kandydatów wywoływało skrajne emocje.

- Niestety, pycha staje się często umiłowaną siostrą ludzi żyjących w Kościele. Świadczą o tym słowa czy gesty pogardy wobec tych, którzy inaczej myślą, a nawet wobec tych, którzy kierując się troską o swoje zdrowie czy swoich bliskich przyjmują Komunię na rękę – ubolewał hierarcha.

Dodał, że z pychą „potrafią przyjaźnić się” też biskupi i księża. - Pycha w tym wydaniu polega na chęci uzależniania ludzi od siebie i uświadamiania im, jak wielką władzę mam nad nimi. Pycha wmawia: istniejesz o tyle, o ile masz władzę nad innymi – wyjaśniał.

Nic bardziej mylnego. Kiedy ksiądz przestaje być proboszczem, czyli traci proboszczowską władzę, traci też kapłaństwo? Nie! Nadal może służyć, z jeszcze większym oddaniem i poświęceniem dopóki mu sił starczy. Kiedy biskup wchodzi w wiek emerytalny traci moc sakra którą przyjął?

W przeciwieństwie do pychy, pokora polega na prawdzie. - Człowiek pokorny wie, kim jest, i nie udaje kogoś innego. Jeśli ktoś nie ma głosu, nie udaje Pavarottiego, jeśli nie ma słuchu, nie udaje wirtuoza, jeśli nie ma smykałki do jazdy, nie udaje Kubicy. Jest taki, jaki jest – charakteryzował.

- Pokora na tym polega, żeby być sobą. Żeby być takim, jakim się jest – zaznaczył, podając przykład św. Franciszka z Asyżu, który nie próbował być kimś innym niż jest. - Nie musiał i nie chciał udowadniać przed nikim swojej godności. Wiedział, że jest cenny w oczach Boga i nie zabiegał o podziw ludzi. Był po prostu sobą – opowiadał bp Muskus.

Podkreślił, że pycha stanowi przeszkodę nie tylko w pojednaniu ludzi, ale też na drodze pojednania z Bogiem. - Człowiek pyszny, któremu brakuje dziecięcej ufności, będzie ukrywał się przed szukającym go Dobrym Pasterzem. Człowiek pyszny nie pozwoli Mu wziąć się na ramiona i zaprowadzić do stada – dodał.

Zwrócił uwagę, że Bóg nie patrzy na nas jak na „jednorodne stado”, ale jak na pojedyncze, niepowtarzalne osoby. - Taka jest prawda o Kościele. Nie jesteśmy anonimowym tłumem, ale wspólnotą osób. Każdy z nas został zaproszony przez Boga osobiście, każdy z nas jest dla Niego kimś bliskim i kochanym – zaznaczył.

- Jesteśmy związani ze sobą przez Boże dziecięctwo i dlatego podziały i konflikty w Kościele, w naszych wspólnotach, tak bardzo ranią Jego Serce i gorszą świat.

- Nie mamy prawa odrzucać innych, nie wolno nam odwracać się od najsłabszych dzieci Boga, bo Jezus oddał życie za każdego, bez względu na pochodzenie, wyznanie, poglądy, sympatie polityczne, zapatrywania ideowe,

bez względu na wszystko – zaapelował bp Muskus.

CZYTAJ DALEJ

Kalisz: bp Buzun pielgrzymuje rowerem na Jasną Górę

2020-08-11 20:55

[ TEMATY ]

pielgrzymka

bp Buzun Łukasz

facebook.com/RadioRodzinaDiecezjiKaliskiej

45 rowerzystów wyruszyło dzisiaj z Kalisza w dwóch grupach w 19. Diecezjalnej Pielgrzymce Rowerowej na Jasną Górę, gdzie dotrą 13 sierpnia wraz z pielgrzymami 383. Pieszej Pielgrzymki Kaliskiej i 29. Diecezji Kaliskiej. Wśród pielgrzymów jest biskup pomocniczy diecezji kaliskiej Łukasz Buzun.

W związku ze stanem epidemii w tym roku pielgrzymka jest mniej liczna.

Pomysłodawcą pielgrzymki rowerowej jest Ireneusz Reder z Akcji Katolickiej Diecezji Kaliskiej. – Wcześniej organizowałem wyjazdy rowerowe po Polsce, a w 2000 r. pojechaliśmy do Rzymu. Potem pojawił się pomysł, aby pielgrzymować rowerami na Jasną Górę. Wtedy uzyskaliśmy aprobatę ówczesnego kierownika pielgrzymki ks. Krzysztofa Ordziniaka i tak to się zaczęło. Grupa rozrosła się i obecnie są dwie: kalisko-pleszewska i jarocińska, w których pielgrzymują rowerzyści z całej diecezji, a nawet spoza – powiedział w rozmowie z KAI Ireneusz Reder, który przewodzi grupie kalisko-pleszewskiej pod patronatem Akcji Katolickiej. Po raz drugi do grupy dołączył biskup pomocniczy diecezji kaliskiej Łukasz Buzun.

– Od dzieciństwa jeżdżę na rowerze. Bardzo to lubię. Pielgrzymowałem już kiedyś rowerem z diecezji białostockiej, z której pochodzę – mówi dla KAI biskup pomocniczy diecezji kaliskiej.

Duchowny dodaje, że pielgrzymka to przede wszystkim czas modlitwy. – Pielgrzymując wstępujemy do kościołów i zatrzymujemy się, aby pomodlić się przed Najświętszym Sakramentem. Pierwszy taki postój mamy w kościele pocysterskim w Ołoboku. Odmawiamy też Koronkę do Miłosierdzia Bożego i modlitwę brewiarzową. Dzień kończymy Apelem Jasnogórskim, a na różańcu modlimy się indywidualnie w czasie jazdy. Oczywiście, każdego dnia będziemy uczestniczyć we Mszy św. – podkreśla bp Buzun.

Koordynatorem grupy jarocińskiej jest ks. kan. Andrzej Piłat, proboszcz parafii Matki Bożej Fatimskiej w Jarocinie. Wśród pielgrzymów jest także ks. Tomasz Kubiak, proboszcz parafii św. Barbary w Magnuszewicach.

- Modlitwa na trasie wygląda inaczej niż w pielgrzymce pieszej. Pielgrzymowanie rozpoczęliśmy w kościele w Jarocinie modlitwą i błogosławieństwem i wyruszyliśmy do św. Józefa w Kaliszu, aby tutaj uczestniczyć wspólnie z drugą grupą we Mszy św. i dalej pielgrzymować na Jasną Górę. W drodze indywidualnie modlimy się i wspólnie na postojach. Nawiedzamy też cmentarz, aby pomodlić się przy grobie ks. Marka Kulawinka, który z nami też jeździł na Jasną Górę – mówi ks. kan. Andrzej Piłat.

Rowerzyści rozpoczęli pielgrzymkę od Mszy św. w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, której przewodniczył bp Łukasz Buzun.

W pielgrzymce rowerowej po raz siódmy uczestniczy pani Urszula. – Ta pielgrzymka będzie znamienna i na pewno zapisze się w naszej pamięci. Będziemy ją przeżywać inaczej ze względu na panującą sytuację związaną z epidemią koronawirusa. Zabieram ze sobą dużo intencji. Modlę się za wszystkie osoby, które zostają w Kaliszu, za całe miasto, a przede wszystkim za diecezję kaliską, która znalazła się w trudnej sytuacji. Będziemy to wszystko omadlać i wypraszać łaski u Matki Najświętszej – zaznaczyła rowerzystka z Kalisza.

Pani Grażyna co roku czuje potrzebę serca, aby pielgrzymować do Matki Bożej. – W tym roku jadę już ósmy raz. Jest to potrzeba serca, aby z podziękowaniami i prośbami ruszyć do naszej Matki. Moja mama jest bardzo chora i jadę prosić Matkę Bożą o zdrowie dla niej i błogosławieństwo dla całej mojej rodziny – powiedziała uczestniczka pielgrzymki z Jarocina.

Rowerzyści dotrą na Jasną Górę 13 sierpnia wspólnie z pątnikami 383. Pieszej Pielgrzymki Kaliskiej i 29. Diecezji Kaliskiej. Pielgrzymów w Częstochowie powita bp Łukasz Buzun.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję