Reklama

Wiara

Pielgrzymka konna

...U Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi...

Zaręby Kościelne to niewielka wieś na terenie Mazowsza, oddalona od stolicy o sto kilometrów na wschód. Liczy ledwie siedmiuset mieszkańców. Parafia zaś - niewiele ponad dwa tysiące.
Stąd już po raz piętnasty wyrusza w tym roku pielgrzymka konna na Jasną Górę.

Wioskę, położoną nad rzeką Brok, założył Świętosław z Zarembina w początkach XV wieku. Do dziś na przestrzeni dziejów przewinęły się przez nią różne żywioły. Przede wszystkim polski, rusiński i żydowski. Jak odnotowują kroniki, pierwszy kościół zbudowano we wsi w 1430 r., zaś w 1765 osiadły w tym miejscu zakon reformatów zbudował kościół i zabudowania klasztorne. Tym samym w wiosce znalazły się dwie świątynie. Na przestrzeni wieków z Zarębów wystawiano żołnierzy pieszych i konnych, którzy „przez tysiąc lat polskiej państwowości wolność dla Polski nieśli na koniach” - mówi obecny proboszcz parafii pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennnika w Zarębach Kościelnych ks. Andrzej Dmochowski.

Ułańskie korzenie

Ksiądz proboszcz urodził się w Czyżewie, nieopodal Zarębów, w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Od dziecka niemal codziennie słuchał opowieści ojca i stryja o koniach. Dziadek przez 17 lat służył w carskiej kawalerii. Ojciec księdza był ułanem już w wolnej Polsce, służył w X Pułku Ułanów Litewskich Podlaskiej Brygady Kawalerii w Białymstoku. Podobnie jak i stryjowie księdza. Kiedy jego rówieśnicy wybiegali, żeby popatrzeć na nowoczesne kombajny, jego z domu wyganiał dźwięk podkutych końskich kopyt, wybijających tajemniczą melodię na czyżewskim bruku.

Jako dzieciak ks. Andrzej Dmochowski, później absolwent seminarium w Łomży, niezbyt często mógł pojeździć konno, choć wykorzystywał każdą okazję, która się nadarzyła. Przede wszystkim jednak chłonął, pisane i mówione, opowieści o kawalerzystach i ułanach - dziś ma o nich taką wiedzę, że mógłby napisać na ten temat kilka książek. Zajmowały go zwłaszcza te obnażające kłamstwo nazistowsko-komunistycznej propagandy, wyszydzającej polskich ułanów. - Był taki, wykreowany przez Niemców, obraz: ułan nieudacznik, pijany, rozpaczliwie tnący szablą lufę czołgu. Podtrzymywali ten fałsz komuniści w czasach PRL-u. Nic bardziej kłamliwego - mówi nie bez emocji ks. Dmochowski. - Gdyby ułan był pijany i ktoś by o tym powiedział przełożonemu, to do końca swojej służby wynosiłby spod koni obornik. Nie wziąłby udziału w żadnej defiladzie. Oficer zaś zostałby od razu zdegradowany. Bóg, Honor, Ojczyzna - to były dla ułanów wartości nadrzędne. Jeśli ułan dał słowo honoru, to mogli go posiekać, a on tego słowa nie cofnął.

Reklama

Bo honor był podstawą bycia w kawalerii. W czasie kampanii wrześniowej 40 pułków kawalerii wyruszyło na pola bitewne i żaden sztandar nie dostał się w ręce Niemców. I to był dowód na to, jak sztandar był ceniony i jaki był dla niego szacunek.

Dzisiaj ksiądz proboszcz boleje, obserwując ludzi, którzy nie wiedzą, jak zachować się wobec sztandaru. Bywa, że okazują obojętność, a nawet lekceważenie. - A przecież pod sztandarem, jak napisał marszałek Piłsudski: „żołnierz służy, żołnierz walczy i żołnierz ginie”. I sztandar odprowadza go na wieczną wartę. Poza tym - wyjaśnia ks. Dmochowski - kawaleria zawsze była bardzo maryjna. To nie byli żadni wielkopańscy ułani, jak wmawiała komunistyczna propaganda. Służyli w niej ludzie, którzy mieli do tego predyspozycje. O tym, że kawaleria była maryjna, świadczą właśnie jej sztandary z wizerunkami Matki Bożej i Pana Jezusa. Na naszym sztandarze X Pułku Ułanów Litewskich widnieje wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej. Pielgrzymując, składamy hołd hetmance żołnierza polskiego, której oni służyli i byli wierni. Tak jak śpiewali konfederaci barscy: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, nigdy przed mocą nie ugniemy szyi; bo u Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi!” (J. Słowacki, „Pieśń Konfederatów

Barskich”, w: „Ksiądz Marek” przyp. red.). Ułani to byli słudzy Maryi. Brali udział w maryjnych świętach. Ułanami byli zresztą nie tylko wierni Kościoła rzymskokatolickiego. Wśród nich służyli również prawosławni i wyznawcy religii mojżeszowej, co widzimy po ofiarach Katynia.

Reklama

Chrzest bojowy księdza

Ks. Dmochowski był 8 razy na pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Ilekroć przemierzał trasę do częstochowskiej Pani, marzył, aby wybrać się do Niej z pielgrzymką konną. Pewnego dnia marzenie zaczęło nabierać realnych kształtów. Podczas posługi w parafii w Kolnie w 1995 r. ksiądz dziekan mianował wikarego - ks. Dmochowskiego - duszpasterzem żołnierzy AK. Ci, widząc zainteresowania młodego księdza kawalerią, zaproponowali mu spotkanie z dowódcą IV Suwalskiej Brygady Kawalerii Pancernej w Orzyszu, płk. Kazimierzem Pałaszem, który był równie wielkim entuzjastą ułanów. Obaj pasjonaci szybko znaleźli wspólny język i pułkownik zaproponował księdzu wzięcie udziału w szarży na polach Grunwaldu w kolejną rocznicę słynnego zwycięstwa. - Zgodziłem się, ale jeszcze nie miałem własnego konia - wspomina ks. Dmochowski. - Pułkownik wypożyczył więc konie od zaprzyjaźnionych hodowców na Mazurach. Miesiąc spędziłem w koszarach, ćwicząc z żołnierzami, oficerami i podoficerami. Wreszcie 14 lipca w dwadzieścia trzy konie wystąpiliśmy na polach Grunwaldu w uroczystościach, w czasie których siedem brygad WP przyjmowało tradycje kawaleryjskie. I w ten sposób odbył się chrzest bojowy ułana - ks. Andrzeja Dmochowskiego. Dzięki płk. Pałaszowi ksiądz zaczął poznawać również przedwojennych kawalerzystów - „żołnierzy Września”, dzięki którym mógł poszerzać swoją wiedzę o polskim orężu i jego historii. Na pierwszą konną pielgrzymkę ks. Dmochowski wybrał się nie do Częstochowy, ale do sanktuarium Matki Bożej Królowej Podlasia - Królowej Pojednania w niedalekim Hodyszewie. Już ze swoim niewielkim konnym „proporcem”.

Emocje konia

Pewnego dnia ks. Andrzej Dmochowski wyjawił płk. Pałaszowi swój pomysł pielgrzymki do Częstochowy. - Wtedy już blisko współpracowałem ze śp. profesorem ASP Ludwikiem Maciągiem, malarzem koni i wielkim miłośnikiem jeździectwa - opowiada ksiądz proboszcz. - Bardzo mu się spodobał mój pomysł. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie i powiedział, że jeśli mu się uda, to pojedzie do Częstochowy ze swoimi żołnierzami i oficerami. Wówczas był już dowódcą XV Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej im. Zawiszy Czarnego. I to nam bardzo pomogło. Oni nam przetarli szlaki. Jako wojsko mieli szczegółowe mapy, przygotowanych ludzi. Pułkownik wystawił 23 ułanów, tzw. pluton giżycki, my zaś - 20.

Ale od pomysłu do pierwszej pielgrzymki upłynęły 4 lata. Przez ten czas ochotnicy ćwiczyli jazdę konną, brali udział w pogadankach na tematy historyczne związane z kawalerią, w szczególności polską. Uczestniczyli też w zajęciach z historii Polski. Pierwsza pielgrzymka do Jasnogórskiej Panienki ruszyła w 2000 r. Z parafii Zaręby Kościelne pojechali od najmłodszego - 8-latka, po najstarszego - 82-latka. Razem - uczniowie, urzędnicy, rolnicy i lekarze - wyruszyli w 400-kilometrową podróż, pełną niewiadomych i modlitwy, żegnani niemal przez całą parafię. - Nie do końca miałem świadomość, że przy pielgrzymowaniu konnym potrzebne jest innego rodzaju zabezpieczenie logistyczne, że trasa przemarszu musi być bardzo szczegółowo opracowana - opowiada ks. Dmochowski. - M.in. również że trzeba mieć odpowiednie miejsca do furażu. Jednak dzięki uprzejmości wójtów, burmistrzów, dyrektorów szkół i księży do dziś nie mamy problemów z noclegami. Zawsze serdecznie nas przyjmują. Inną kwestią jest sama jazda. Ludzie nie mają problemu podczas przejścia przez ruchliwe skrzyżowanie, przy natłoku samochodów. Ale koń boi się, kiedy z naprzeciwka jadą wielkie samochody ciężarowe. Idzie wtedy pełen niepokoju. Inaczej też wygląda przeprawa przez Wisłę, co jest jedną z większych przeszkód, ponieważ na naszej trasie nie ma żadnego objazdu. Koń odbiera bardzo emocjonalnie drgania mostu, kiedy jadą po nim potężne ciężarówki. Boi się. Człowiek, choć czuje te drgania, potrafi je zracjonalizować. Koń nie. I choćby taka przeszkoda, z pozoru niewielka, jest dla nas poważna. Koń może zareagować zbyt nerwowo - i co wtedy? Trzeba się ciągle odnajdywać w ruchu ulicznym. Kierowcy często podjeżdżają blisko konia. Uważają chyba, że żywy koń jest czymś w rodzaju pluszowego misia, a jeździec - drewnianego żołnierzyka. A przecież koń może się spłoszyć. Albo inna sprawa: trzeba pamiętać, by nie dawać koniowi zimnej wody, tylko nieco podgrzaną na słońcu, żeby nie doszło do wstrząsu termicznego, bo jest zestresowany marszem ulicznym...

Wolność zawsze wjeżdżała na koniach

Pielgrzymka to jednak przede wszystkim przeżycie duchowe. Rodzaj rekolekcji w siodle. Jej uczestnicy, jak wszyscy inni pielgrzymi, codziennie się modlą. Odprawiane są Msze św., odmawiany Różaniec w drodze. W piątek - Droga Krzyżowa i modlitwa za zmarłych ułanów, ofiary wojny i powojennego terroru. Regulamin pielgrzymki jest wzięty z przedwojennych marszów kawaleryjskich. - Co najpiękniejsze, nasi ułani przystępują codziennie do Komunii św.

Dzień bez Eucharystii to dzień stracony - opowiada ks. Dmochowski. - Mamy intencje, z którymi jedziemy. Kiedy ruszaliśmy na pierwszą pielgrzymkę, na trasie słyszeliśmy jakieś docinki, np.: „Co, jedziecie na wojnę, wojna będzie? Sprzedajcie konie, kupcie samoloty”. Ale to wynikało z nieświadomości. Dziś ludzie wiedzą, kim jesteśmy. Przyjmują nas niezwykle serdecznie, często nad wyraz wzruszająco. Kiedyś starsza pani mówi do mnie: Ja codziennie wychodzę na drogę i patrzę, ile śladów zostało po waszych koniach. I tak widzę, że z każdym dniem jest ich mniej. Bo deszcz, bo samochody. A później czekam przez rok i modlę się, bym waszej wizyty doczekała.

Pielgrzymka to też lekcja historii na trasie przemarszu. Niemal na co dzień pielgrzymi spotykają groby powstańców z XIX wieku, „żołnierzy Września”, ofiar późniejszych walk z czasów wojny z Niemcami czy Rosjanami, a także powojennych, z nowym sowieckim okupantem. Wędrują rokrocznie przez Ruski Bród, gdzie był rejon działań mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. Tu „Hubal” przychodził do ks. Edwarda Ptaszyńskiego na plebanię, stąd czerpał siłę duchową.

- W tym miejscu czuje się hubalczyków. Szkoda tylko, że co roku przychodzi coraz mniej świadków tamtych wydarzeń - mówi ks. Dmochowski. - Nie zapomnę starszego pana opartego na lasce, który gdy zobaczył naszego wspaniałego konia - powiedział: - Gdyby „Hubal” tu był, to by od razu od was tego konia kupił. Na takich koniach jeździli hubalczycy. Przychodzą do nas ludzie, którzy jeszcze jako dzieci zapamiętali mjr. „Hubala”. Niestety, ich również jest coraz mniej. Spotkałem panią, która powiedziała mi kiedyś: Mieszkałam w Nowym Mieście nad Pilicą koło apteki, do której po zaopatrzenie przychodzili „Hubal” i jego żołnierze. Później dowiedziałam się, że był to również ich punkt kontaktowy z kurierami... To są przeżycia, dla których też warto jeździć. Wiele osób przyjmuje nas we wsiach kwiatami i modlitwą. Często też proszą: „Pomódlcie się za mnie u Matki Bożej Częstochowskiej”. Dla mnie ta pielgrzymka, oprócz jej części rekolekcyjnej, jest też oddaniem hołdu walce żołnierza polskiego. Pielgrzymując, czuję, że oni z nieba patrzą, że są z nami. Mam zresztą od nich wiele znaków. Chodzi więc też o pokazanie prawdy o ułanach w tym pędzącym świecie. Trzeba pamiętać, że przez tysiąc lat polskiej państwowości wolność wjeżdżała do Polski na koniach. Winniśmy im szacunek i pamięć. Chcemy, żeby znalazło się dla nich należne i godne miejsce w historii Polski. Organizujemy w Zarębach uroczystości patriotyczno-kościelne z okazji 11 listopada, Cudu nad Wisłą, powstania listopadowego, styczniowego. Grupa, z którą pielgrzymuję, spotyka się przez cały rok co tydzień po niedzielnej Mszy św. porannej. Oczywiście, niektórzy z nas odchodzą na wieczną wartę - przecież każdy z nas kiedyś odejdzie. Odprowadzamy więc ich godnie: jest Msza św., koń idący w kondukcie okryty jest kirem, dwóch ułanów prowadzi za trumną osiodłanego rumaka. W ten sposób chcemy też podkreślić udział naszego ułana w pielgrzymkach na Jasną Górę... q

2014-07-08 13:29

Ocena: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pielgrzymka archidiecezji częstochowskiej do Kalwarii Zebrzydowskiej

2020-07-08 12:25

[ TEMATY ]

pielgrzymka

Kalwaria Zebrzydowska

archidiecezja częstochowska

Archiwum "Niedzieli"

Tradycyjnie na przełomie lipca i sierpnia wierni archidiecezji częstochowskiej udają się do Kalwarii Zebrzydowskiej.

Będzie to 34. pielgrzymka do miejsca szczególnego dla Karola Wojtyły, do którego pielgrzymował najpierw jako chłopiec, później jako ksiądz, biskup i kardynał, a wreszcie dwukrotnie jako papież. Szczególnym motywem tegorocznego wędrowania jest 100. rocznica urodzin św. Jana Pawła II.

Pielgrzymka rozpocznie się w czwartek 30 lipca o godz. 10.30. Mszy św. w bazylice kalwaryjskiej będzie przewodniczył abp senior Stanisław Nowak. Po Eucharystii, idąc śladami pielgrzymowania św. Jana Pawła II, udamy się na Dróżki Pasyjne, by zanurzyć się w męce Pana Jezusa i ciągle uczyć się kalwaryjskiej duchowości. Będziemy również wypraszać Boże łaski dla wszystkich wiernych naszej archidiecezji.

Pielgrzymi proszeni są o zabranie ze sobą suchego prowiantu, krzesełka turystycznego, nakrycia głowy i płaszcza przeciwdeszczowego.

Grupy pielgrzymkowe należy zgłaszać telefonicznie w Archidiecezjalnym Sanktuarium Pasyjno-Maryjnym na Kalwarii w Praszce do 26 lipca, nr tel.: 34 359 08 69.

W razie nieodebrania połączenia prosimy o pozostawienie wiadomości głosowej, podając numer zwrotny.

CZYTAJ DALEJ

Żegnamy kapłana sługę

2020-07-09 22:05

[ TEMATY ]

archidiecezja częstochowska

Msza św. żałobna

ks. kan. dr Jan Sambor

Beata Pieczykura/Niedziela

– Żegnamy kapłana sługę, sługę Boga, wychowawcę kapłanów, pasterza, Jezus go powołał. Niech Matka Boga, Matka Kapłanów, prowadzi Cię do Wiecznego Kapłana Jezusa Chrystusa – mówił arcybiskup senior Stanisław Nowak podczas Mszy św. żałobnej.

Ks. kan. dr Jan Sambor, emerytowany proboszcz parafii św. Judy Tadeusza w Częstochowie, prefekt i dyrektor administracyjny Wyższego Seminarium Duchownego, prorektor Wyższego Instytutu Teologicznego im. NMP Stolicy Mądrości w Częstochowie, wykładowca katolickiej nauki społecznej, zmarł nagle 7 lipca 2020 r. w wieku 74 lat, w 43. roku kapłaństwa.

9 lipca Mszy św. żałobnej w kościele św. Wojciecha Biskupa Męczennika w Częstochowie przewodniczył arcybiskup senior Stanisław Nowak. Licznie zgromadzeni (kapłani różnych stopni i godności z całej archidiecezji częstochowskiej, siostry zakonne i wierni świeccy) modlili się o życie wieczne dla śp. ks. kan. dr. Jana Sambora oraz ks. prof. Jana Związka i dziękowali za życie, służbę Bogu, diecezji maryjnej i ludziom.

W homilii abp Nowak powiedział, że „w majestacie śmierci jest głos Boga” i podkreślił: –Śmierć boli i ma coś z tragedii, jest wydarzeniem brutalnym, ale wierzymy, że została przezwyciężona. Choć serca płaczą na pogrzebie, to wiemy, że śmierć została utopiona w śmierci Boga Człowieka i zanurzona w Jego zmartwychwstaniu. Dlatego pocieszamy się słowem Bożym. Kaznodzieja przypomniał wiernym, jak ważna jest modlitwa za kapłanów. W tym duchu powiedział: – Jak umiera kapłan cierpimy, bo tak potrzeba nam kapłanów. Jak umiera kapłan, nasze serce płacze.

Beata Pieczykura /Niedziela

10 lipca w kościele św. Judy Tadeusza Apostoła w Częstochowie Mszy św. żałobnej przewodniczył biskup senior Antoni Długosz. Powiedział on, że Zmarły w ciekawy sposób zrealizował posługę proroka i świadka wiary. Dziś dziękujemy i z wdzięcznością wierzymy, że „życie ks. Sambora nie kończy jego nagła śmierć. Pamiętamy przesłanie Chrystusa, który mówi: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby umarł, żył będzie» (J 11, 25)”. Po Liturgii nastąpiła eksporta do kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego w Borusowej. Tam o godz. 16.00 Mszy św. pogrzebowej będzie przewodniczył bp Andrzej Przybylski. Po Eucharystii ciało zmarłego ciało zmarłego Kapłana zostanie złożone na miejscowym cmentarzu.

Ksiądz kan. dr Jan Sambor urodził się w 1 maja 1946 r. w Borusowej (w diecezji tarnowskiej). Ukończył technikum rolnicze. Pracował m.in. przez rok jako kierownik w Rolniczych Zakładach Doświadczalnych Nawożenia i Gleboznawstwa. W dojrzałym wieku usłyszał głos Pana i w 1971 r. wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego diecezji częstochowskiej w Krakowie. 29 maja 1977 r. przyjął święcenia kapłańskie z rąk bp. Stefana Bareły. Przez 6 lat był wikariuszem w parafii w Żarkach-Letnisko. Potem został prefektem i dyrektorem administracyjnym Wyższego Seminarium Duchownego. Likwidował seminarium częstochowskie w Krakowie i kształtował seminarium w Częstochowie. Był prorektorem Wyższego Instytutu Teologicznego im. Stolicy Mądrości w Częstochowie, wykładowcą katolickiej nauki społecznej, dyrektorem biblioteki seminaryjnej. Był kanonikiem honorowym kapituły zawierciańsko-żareckiej. W 2007 r. został proboszczem parafii św. Judy Tadeusza w Częstochowie, dziekanem dekanatu św. Józefa. W 2016 r. przeszedł na emeryturę i posługiwał w parafii św. Wojciecha w Częstochowie. Zmarł nagle 7 lipca 2020 r. w Maluszynie.

CZYTAJ DALEJ

Lipsk: uczczono bł. Mariannę Biernacką, patronkę teściowych

2020-07-11 12:43

[ TEMATY ]

święci

Ełk

Diecezja Ełcka

Błogosławiona teściowa, Marianna Biernacka, poniosła śmierć męczeńską w Naumowiczach k. Grodna

Tłum pielgrzymów, a przede wszystkim teściowe oraz Koła Gospodyń Wiejskich z terenu diecezji ełckiej, przybyły dziś do Lipska, by we wspomnienie bł. Marianny Biernackiej, wspólnie modlić się w Sanktuarium Matki Bożej Bazylianki. Mszy św. przewodniczył i homilię wygłosił ełcki biskup pomocniczy Adrian Galbas SAC.

Bł. Marianna Biernacka, która pochodzi z Lipska, jest uznana za patronkę teściowych. Coraz więcej kobiet zwraca się do niej, jako do swej patronki i orędowniczki. O jej wstawiennictwo u Boga proszą całe rodziny, a także małżeństwa, które nie mogą mieć dzieci oraz kobiety w ciąży. W czasie II wojny światowej bł. Marianna Biernacka oddała życie w zamian za ocalenie ciężarnej synowej.

Biskup Adrian Galbas w homilii zaznaczył wartość i piękno osoby bł. Marianny. - Gdy przychodzimy na doroczną pielgrzymkę do Lipska, to najpierw po to, by podziękować Panu Bogu za ten hojny plon, który już wydało i wciąć wydaje to maleńkie ziarenko jakim jest ta prosta kobieta stąd, matka, żona, babcia, teściowa, chłopka, chrześcijanka, ale przede wszystkim człowiek: bł. Marianna. To ziarno wrzucone w ziemię wciąż owocuje. Ona nie tylko uratowała życie swojej synowej i wnuków, ale wciąż ratuje nas, zwłaszcza nasze relacje, szczególnie te w rodzinach (…) Choć "w ludzkim rozumieniu doznała kaźni", tak naprawdę trwa w pokoju, żyje, uczy nas i nas pociąga - stwierdził duchowny.

Porównał bł. Mariannę do św. Marii Maksymiliana Kolbego, który oddał swoje życie za p. Franciszka Gajowniczka. - Bł. Marianna zrobiła to samo co św. Maksymilian Kolbe. Ten sam czas, ta sama sytuacja polityczna i ten sam motyw: poświęcam swoje życie, by uratować życie kogoś. Św. Maksymilian Kolbe, oddał życie za rodzinę p. Gajowniczka, a bł. Marianna za życie swojej rodziny (…) Tu i tu motywem tego zwycięstwa była miłość. Miłość, która nie jest uczuciem, a w każdym przypadku nie jest tylko uczuciem, ani przede wszystkim uczuciem. Bo "uczucia przychodzą i odchodzą", napisał Benedykt XVI w encyklice Deus Caritas est - powiedział biskup.

Bp Adrian przypomniał zebranym, że słowa Jezusa "Nikt nie ma większej miłości niż, ta, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich…" bł. Mariana właściwie odczytała i potraktowała je poważnie.

- Osobiście doświadczyła tego jak bardzo jest kochana przez Boga, który w Chrystusie oddał za Nią życie, mogła powtórzyć za św. Pawłem, że nic i nikt jej nie zdoła oderwać od tej miłości: ani utrapienie, ani ucisk, ani prześladowanie, ani głód, ani nagość, ani Gestapo, ani widmo obozu koncentracyjnego... I gdy nadarzyła się okazja, by czytaną wielokrotnie Ewangelię w radykalny sposób zastosować w życiu, bł. Marianna to zrobiła. Gdy do jej domu przyszli gestapowcy, żądając wydania jej synowej, będącej w stanie błogosławionym, bł. Marianna poprosiła, by zabrano ją, doskonale wiedząc co to oznacza. Zaofiarowała się. Dała swoje życie za życie kogoś innego. Jak Chrystus, jak Maksymilian Kolbe i jak tylu, którzy traktowali Ewangelię poważnie – uświadamiał zebranych Hierarcha. - Gdy przychodzimy do Lipska, to nie po to, by się powzruszać losem bł. Marianny, ale po to, by uczyć się od niej takiej miłości w praktyce i by prosić Ją o to, by była dla nas nauczycielką miłości – dodał.

Licznie zgromadzonym pielgrzymom kaznodzieja zadał pytanie: "Czy i co umiem ofiarować dziś mojemu bliźniemu? Na ile jestem zdolny do miłości, a na ile jedynie do jej przeciwieństwa, czyli do egoizmu". - Egoizmu nie musimy się uczyć. Mamy go we krwi, co jest skutkiem grzechu pierworodnego. Miłości uczyć się trzeba. Na szczęście jest ona wyuczalna, co pokazuje nam bł. Marianna. nauczycielka miłości! - dodał.

Rola Matki Bożej również została zauważona przez kaznodzieję. - Św. Maksymiliana i bł. Mariannę łączyło coś jeszcze: miłość do Maryi. On, dla którego Niepokalana - jak mówił św. Jan Paweł II - była "natchnieniem całego życia" i ona, która wiedząc, że idzie na śmierć poprosiła tylko o jedno: O różaniec! Niech Maryja będzie natchnieniem także dla nas, niech modlitwa różańcowa pomaga także nam prowadzić takie życie, w którym liczy się oprócz nas ktoś jeszcze, a nawet, w którym ten ktoś jest ważniejszy od nas – porównał obydwoje męczenników bp. Galbas.

Po uroczystej Eucharystii miał miejsce Akt Oddania Kół Gospodyń Wiejskich opiece bł. Marianny.

Ks. kan. Waldemar Sawicki, proboszcz parafii w Lipsku wyraził wdzięczność pielgrzymom za przybycie na to wyjątkowe spotkanie teściowych. Zachęcał, aby wypraszać u bł. Marianny łaskę bycia zarówno dobrą synową jak i dobrą teściową.

Marianna Biernacka, pomimo prześladowań i okrucieństwa wojny nie utraciła wiary. Próbowała ratować życie swojego syna i synowej. Niemcy zgodzili się ostatecznie, żeby to Marianna poszła na śmierć i w ten sposób uratowała życie nienarodzonego wnuka i synowej.

13 czerwca 1999 roku Jan Paweł II ogłosił Mariannę Biernacką błogosławioną w grupie męczenników II wojny światowej. Beatyfikacja przyniosła wzrost zainteresowania jej życiem nie tylko w diecezji ełckiej, ale także w całej Polsce i poza jej granicami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję