Reklama

Pielgrzymka konna

...U Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi...

2014-07-08 13:29

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 28/2014, str. 46-47

Mateusz Wyrwich

Zaręby Kościelne to niewielka wieś na terenie Mazowsza, oddalona od stolicy o sto kilometrów na wschód. Liczy ledwie siedmiuset mieszkańców. Parafia zaś - niewiele ponad dwa tysiące.
Stąd już po raz piętnasty wyrusza w tym roku pielgrzymka konna na Jasną Górę.

Wioskę, położoną nad rzeką Brok, założył Świętosław z Zarembina w początkach XV wieku. Do dziś na przestrzeni dziejów przewinęły się przez nią różne żywioły. Przede wszystkim polski, rusiński i żydowski. Jak odnotowują kroniki, pierwszy kościół zbudowano we wsi w 1430 r., zaś w 1765 osiadły w tym miejscu zakon reformatów zbudował kościół i zabudowania klasztorne. Tym samym w wiosce znalazły się dwie świątynie. Na przestrzeni wieków z Zarębów wystawiano żołnierzy pieszych i konnych, którzy „przez tysiąc lat polskiej państwowości wolność dla Polski nieśli na koniach” - mówi obecny proboszcz parafii pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennnika w Zarębach Kościelnych ks. Andrzej Dmochowski.

Ułańskie korzenie

Ksiądz proboszcz urodził się w Czyżewie, nieopodal Zarębów, w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Od dziecka niemal codziennie słuchał opowieści ojca i stryja o koniach. Dziadek przez 17 lat służył w carskiej kawalerii. Ojciec księdza był ułanem już w wolnej Polsce, służył w X Pułku Ułanów Litewskich Podlaskiej Brygady Kawalerii w Białymstoku. Podobnie jak i stryjowie księdza. Kiedy jego rówieśnicy wybiegali, żeby popatrzeć na nowoczesne kombajny, jego z domu wyganiał dźwięk podkutych końskich kopyt, wybijających tajemniczą melodię na czyżewskim bruku.

Jako dzieciak ks. Andrzej Dmochowski, później absolwent seminarium w Łomży, niezbyt często mógł pojeździć konno, choć wykorzystywał każdą okazję, która się nadarzyła. Przede wszystkim jednak chłonął, pisane i mówione, opowieści o kawalerzystach i ułanach - dziś ma o nich taką wiedzę, że mógłby napisać na ten temat kilka książek. Zajmowały go zwłaszcza te obnażające kłamstwo nazistowsko-komunistycznej propagandy, wyszydzającej polskich ułanów. - Był taki, wykreowany przez Niemców, obraz: ułan nieudacznik, pijany, rozpaczliwie tnący szablą lufę czołgu. Podtrzymywali ten fałsz komuniści w czasach PRL-u. Nic bardziej kłamliwego - mówi nie bez emocji ks. Dmochowski. - Gdyby ułan był pijany i ktoś by o tym powiedział przełożonemu, to do końca swojej służby wynosiłby spod koni obornik. Nie wziąłby udziału w żadnej defiladzie. Oficer zaś zostałby od razu zdegradowany. Bóg, Honor, Ojczyzna - to były dla ułanów wartości nadrzędne. Jeśli ułan dał słowo honoru, to mogli go posiekać, a on tego słowa nie cofnął.

Reklama

Bo honor był podstawą bycia w kawalerii. W czasie kampanii wrześniowej 40 pułków kawalerii wyruszyło na pola bitewne i żaden sztandar nie dostał się w ręce Niemców. I to był dowód na to, jak sztandar był ceniony i jaki był dla niego szacunek.

Dzisiaj ksiądz proboszcz boleje, obserwując ludzi, którzy nie wiedzą, jak zachować się wobec sztandaru. Bywa, że okazują obojętność, a nawet lekceważenie. - A przecież pod sztandarem, jak napisał marszałek Piłsudski: „żołnierz służy, żołnierz walczy i żołnierz ginie”. I sztandar odprowadza go na wieczną wartę. Poza tym - wyjaśnia ks. Dmochowski - kawaleria zawsze była bardzo maryjna. To nie byli żadni wielkopańscy ułani, jak wmawiała komunistyczna propaganda. Służyli w niej ludzie, którzy mieli do tego predyspozycje. O tym, że kawaleria była maryjna, świadczą właśnie jej sztandary z wizerunkami Matki Bożej i Pana Jezusa. Na naszym sztandarze X Pułku Ułanów Litewskich widnieje wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej. Pielgrzymując, składamy hołd hetmance żołnierza polskiego, której oni służyli i byli wierni. Tak jak śpiewali konfederaci barscy: „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, nigdy przed mocą nie ugniemy szyi; bo u Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi!” (J. Słowacki, „Pieśń Konfederatów

Barskich”, w: „Ksiądz Marek” przyp. red.). Ułani to byli słudzy Maryi. Brali udział w maryjnych świętach. Ułanami byli zresztą nie tylko wierni Kościoła rzymskokatolickiego. Wśród nich służyli również prawosławni i wyznawcy religii mojżeszowej, co widzimy po ofiarach Katynia.

Chrzest bojowy księdza

Ks. Dmochowski był 8 razy na pieszej pielgrzymce do Częstochowy. Ilekroć przemierzał trasę do częstochowskiej Pani, marzył, aby wybrać się do Niej z pielgrzymką konną. Pewnego dnia marzenie zaczęło nabierać realnych kształtów. Podczas posługi w parafii w Kolnie w 1995 r. ksiądz dziekan mianował wikarego - ks. Dmochowskiego - duszpasterzem żołnierzy AK. Ci, widząc zainteresowania młodego księdza kawalerią, zaproponowali mu spotkanie z dowódcą IV Suwalskiej Brygady Kawalerii Pancernej w Orzyszu, płk. Kazimierzem Pałaszem, który był równie wielkim entuzjastą ułanów. Obaj pasjonaci szybko znaleźli wspólny język i pułkownik zaproponował księdzu wzięcie udziału w szarży na polach Grunwaldu w kolejną rocznicę słynnego zwycięstwa. - Zgodziłem się, ale jeszcze nie miałem własnego konia - wspomina ks. Dmochowski. - Pułkownik wypożyczył więc konie od zaprzyjaźnionych hodowców na Mazurach. Miesiąc spędziłem w koszarach, ćwicząc z żołnierzami, oficerami i podoficerami. Wreszcie 14 lipca w dwadzieścia trzy konie wystąpiliśmy na polach Grunwaldu w uroczystościach, w czasie których siedem brygad WP przyjmowało tradycje kawaleryjskie. I w ten sposób odbył się chrzest bojowy ułana - ks. Andrzeja Dmochowskiego. Dzięki płk. Pałaszowi ksiądz zaczął poznawać również przedwojennych kawalerzystów - „żołnierzy Września”, dzięki którym mógł poszerzać swoją wiedzę o polskim orężu i jego historii. Na pierwszą konną pielgrzymkę ks. Dmochowski wybrał się nie do Częstochowy, ale do sanktuarium Matki Bożej Królowej Podlasia - Królowej Pojednania w niedalekim Hodyszewie. Już ze swoim niewielkim konnym „proporcem”.

Emocje konia

Pewnego dnia ks. Andrzej Dmochowski wyjawił płk. Pałaszowi swój pomysł pielgrzymki do Częstochowy. - Wtedy już blisko współpracowałem ze śp. profesorem ASP Ludwikiem Maciągiem, malarzem koni i wielkim miłośnikiem jeździectwa - opowiada ksiądz proboszcz. - Bardzo mu się spodobał mój pomysł. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie i powiedział, że jeśli mu się uda, to pojedzie do Częstochowy ze swoimi żołnierzami i oficerami. Wówczas był już dowódcą XV Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej im. Zawiszy Czarnego. I to nam bardzo pomogło. Oni nam przetarli szlaki. Jako wojsko mieli szczegółowe mapy, przygotowanych ludzi. Pułkownik wystawił 23 ułanów, tzw. pluton giżycki, my zaś - 20.

Ale od pomysłu do pierwszej pielgrzymki upłynęły 4 lata. Przez ten czas ochotnicy ćwiczyli jazdę konną, brali udział w pogadankach na tematy historyczne związane z kawalerią, w szczególności polską. Uczestniczyli też w zajęciach z historii Polski. Pierwsza pielgrzymka do Jasnogórskiej Panienki ruszyła w 2000 r. Z parafii Zaręby Kościelne pojechali od najmłodszego - 8-latka, po najstarszego - 82-latka. Razem - uczniowie, urzędnicy, rolnicy i lekarze - wyruszyli w 400-kilometrową podróż, pełną niewiadomych i modlitwy, żegnani niemal przez całą parafię. - Nie do końca miałem świadomość, że przy pielgrzymowaniu konnym potrzebne jest innego rodzaju zabezpieczenie logistyczne, że trasa przemarszu musi być bardzo szczegółowo opracowana - opowiada ks. Dmochowski. - M.in. również że trzeba mieć odpowiednie miejsca do furażu. Jednak dzięki uprzejmości wójtów, burmistrzów, dyrektorów szkół i księży do dziś nie mamy problemów z noclegami. Zawsze serdecznie nas przyjmują. Inną kwestią jest sama jazda. Ludzie nie mają problemu podczas przejścia przez ruchliwe skrzyżowanie, przy natłoku samochodów. Ale koń boi się, kiedy z naprzeciwka jadą wielkie samochody ciężarowe. Idzie wtedy pełen niepokoju. Inaczej też wygląda przeprawa przez Wisłę, co jest jedną z większych przeszkód, ponieważ na naszej trasie nie ma żadnego objazdu. Koń odbiera bardzo emocjonalnie drgania mostu, kiedy jadą po nim potężne ciężarówki. Boi się. Człowiek, choć czuje te drgania, potrafi je zracjonalizować. Koń nie. I choćby taka przeszkoda, z pozoru niewielka, jest dla nas poważna. Koń może zareagować zbyt nerwowo - i co wtedy? Trzeba się ciągle odnajdywać w ruchu ulicznym. Kierowcy często podjeżdżają blisko konia. Uważają chyba, że żywy koń jest czymś w rodzaju pluszowego misia, a jeździec - drewnianego żołnierzyka. A przecież koń może się spłoszyć. Albo inna sprawa: trzeba pamiętać, by nie dawać koniowi zimnej wody, tylko nieco podgrzaną na słońcu, żeby nie doszło do wstrząsu termicznego, bo jest zestresowany marszem ulicznym...

Wolność zawsze wjeżdżała na koniach

Pielgrzymka to jednak przede wszystkim przeżycie duchowe. Rodzaj rekolekcji w siodle. Jej uczestnicy, jak wszyscy inni pielgrzymi, codziennie się modlą. Odprawiane są Msze św., odmawiany Różaniec w drodze. W piątek - Droga Krzyżowa i modlitwa za zmarłych ułanów, ofiary wojny i powojennego terroru. Regulamin pielgrzymki jest wzięty z przedwojennych marszów kawaleryjskich. - Co najpiękniejsze, nasi ułani przystępują codziennie do Komunii św.

Dzień bez Eucharystii to dzień stracony - opowiada ks. Dmochowski. - Mamy intencje, z którymi jedziemy. Kiedy ruszaliśmy na pierwszą pielgrzymkę, na trasie słyszeliśmy jakieś docinki, np.: „Co, jedziecie na wojnę, wojna będzie? Sprzedajcie konie, kupcie samoloty”. Ale to wynikało z nieświadomości. Dziś ludzie wiedzą, kim jesteśmy. Przyjmują nas niezwykle serdecznie, często nad wyraz wzruszająco. Kiedyś starsza pani mówi do mnie: Ja codziennie wychodzę na drogę i patrzę, ile śladów zostało po waszych koniach. I tak widzę, że z każdym dniem jest ich mniej. Bo deszcz, bo samochody. A później czekam przez rok i modlę się, bym waszej wizyty doczekała.

Pielgrzymka to też lekcja historii na trasie przemarszu. Niemal na co dzień pielgrzymi spotykają groby powstańców z XIX wieku, „żołnierzy Września”, ofiar późniejszych walk z czasów wojny z Niemcami czy Rosjanami, a także powojennych, z nowym sowieckim okupantem. Wędrują rokrocznie przez Ruski Bród, gdzie był rejon działań mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”. Tu „Hubal” przychodził do ks. Edwarda Ptaszyńskiego na plebanię, stąd czerpał siłę duchową.

- W tym miejscu czuje się hubalczyków. Szkoda tylko, że co roku przychodzi coraz mniej świadków tamtych wydarzeń - mówi ks. Dmochowski. - Nie zapomnę starszego pana opartego na lasce, który gdy zobaczył naszego wspaniałego konia - powiedział: - Gdyby „Hubal” tu był, to by od razu od was tego konia kupił. Na takich koniach jeździli hubalczycy. Przychodzą do nas ludzie, którzy jeszcze jako dzieci zapamiętali mjr. „Hubala”. Niestety, ich również jest coraz mniej. Spotkałem panią, która powiedziała mi kiedyś: Mieszkałam w Nowym Mieście nad Pilicą koło apteki, do której po zaopatrzenie przychodzili „Hubal” i jego żołnierze. Później dowiedziałam się, że był to również ich punkt kontaktowy z kurierami... To są przeżycia, dla których też warto jeździć. Wiele osób przyjmuje nas we wsiach kwiatami i modlitwą. Często też proszą: „Pomódlcie się za mnie u Matki Bożej Częstochowskiej”. Dla mnie ta pielgrzymka, oprócz jej części rekolekcyjnej, jest też oddaniem hołdu walce żołnierza polskiego. Pielgrzymując, czuję, że oni z nieba patrzą, że są z nami. Mam zresztą od nich wiele znaków. Chodzi więc też o pokazanie prawdy o ułanach w tym pędzącym świecie. Trzeba pamiętać, że przez tysiąc lat polskiej państwowości wolność wjeżdżała do Polski na koniach. Winniśmy im szacunek i pamięć. Chcemy, żeby znalazło się dla nich należne i godne miejsce w historii Polski. Organizujemy w Zarębach uroczystości patriotyczno-kościelne z okazji 11 listopada, Cudu nad Wisłą, powstania listopadowego, styczniowego. Grupa, z którą pielgrzymuję, spotyka się przez cały rok co tydzień po niedzielnej Mszy św. porannej. Oczywiście, niektórzy z nas odchodzą na wieczną wartę - przecież każdy z nas kiedyś odejdzie. Odprowadzamy więc ich godnie: jest Msza św., koń idący w kondukcie okryty jest kirem, dwóch ułanów prowadzi za trumną osiodłanego rumaka. W ten sposób chcemy też podkreślić udział naszego ułana w pielgrzymkach na Jasną Górę... q

Tagi:
pielgrzymka

Piękny jubileusz

2019-12-04 07:37

Maria Fortuna-Sudor
Edycja małopolska 49/2019, str. I

Maria Fortuna-Sudor
Chrześcijańscy przedsiębiorcy w procesji z darami ofiarnymi

Dwa dni trwała XVI Pielgrzymka Przedsiębiorców i Pracodawców Duszpasterstwa „Talent”, a motywem przewodnim był jubileusz 20-lecia działalności. Spotkanie rozpoczęło się w sobotę 30 listopada (w Centrum Jana Pawła II na Białych Morzach) od cyklu konferencji poświęconych tematyce związanej z wartościami chrześcijańskimi w biznesie. Z kolei w godzinach popołudniowych był czas składania świadectw przedsiębiorców i dyskusje wokół tematu: „Zostać liderem, pozostać sługą”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: Maryja jest kobietą, uczennicą i metyską

2019-12-13 09:44

kg (KAI) / Watykan

Maryja jest kobietą, uczennicą i metyską, ale też jako Pani z Guadalupe Matką i Królową ludu Ameryki Łacińskiej, jak również całego Kościoła – przypomniał Franciszek w kazaniu podczas Mszy św., której przewodniczył w bazylice św. Piotra w Watykanie 12 grudnia, w uroczystość Matki Bożej z Guadalupe. Koncelebrowali ją wraz z nim liczni kardynałowie, biskupi i księża, głównie z Ameryki Łacińskiej, w tym dwaj kardynałowie kurialni: Marc Ouellet - prefekt Kongregacji ds. Biskupów i przewodniczący działającej w jej ramach Papieskiej Komisji dla Ameryki ŁŁacińskiej i Leonardo Sandri - prefekt Kongregacji Kościołów Wschodnich.

Grzegorz Gałązka

Liturgia była sprawowana niemal w całości po hiszpańsku, z wyjątkiem pierwszego czytania - z Listu św. Pawła do Galatów - które wygłoszono po portugalsku, psalmu responsoryjnego - po włosku i aklamacji "Alleluja" - po łacinie. Oprawę muzyczną zapewniły chór Kapeli Sykstyńskiej oraz zespoły wokalno-muzyczne rzymskich uczelni - Kolegium Latynoamerykańskiego i "Mater Ecclesia".

W krótkim improwizowanym kazaniu Ojciec Święty podkreślił na wstępie, że dzisiejsza uroczystość, przygotowane na nią teksty liturgiczne i wystawiony przy ołtarzu obraz Matki Bożej z Guadalupe nasunęły mu trzy dotyczące Jej określenia: pani-kobieta, matka i metyska.

"Maryja jest kobietą i panią, jak mówi Nican mopohua [dokument z połowy XVII, dotyczący objawienia guadalupańskiego - KAI]. Ukazała się jako kobieta i ukazuje się z innym jeszcze orędziem, to znaczy jest kobietą, panią i uczennicą" – tłumaczył kaznodzieja. Zwrócił uwagę, że św. Ignacy Loyola lubił nazywać Ją Naszą Panią i "tak jest rzeczywiście, nie próbuje być kimś innym, ale jest kobietą i uczennicą".

W ciągu wieków pobożność ludowa zawsze próbowała Ją wielbić nowymi tytułami: synowskimi i wynikającymi z miłości ludu bożego, które jednak w żadnym wypadku nie odbierały Jej tego bycia kobietą-uczennicą – zaznaczył Ojciec Święty. Dodał, że św. Bernard z Clairvaux uważał, iż gdy mówimy o Maryi, nigdy nie jest dość wielbienia Jej, nadawania Jej tytułów pełnych chwały, nie ujmujących Jej jednak bycia pokorną uczennicą. Wierna swemu Nauczycielowi, który jest Jej Synem, jedynym Odkupicielem, nigdy nie chciała dla siebie czegokolwiek od swego Syna. "Nigdy nie przedstawiała się jako współodkupicielka, nigdy, była tylko uczennicą" – podkreślił mówca.

Zauważył, że pewien Ojciec Święty powiedział na tej podstawie, że bycie uczniem jest godniejsze niż macierzyństwo. Teologowie się spierają, ale Ona jest uczennicą, nigdy nie "ukradła" dla siebie czegokolwiek od swego Syna, służyła Mu, bo jest matką, daje życie w pełni czasów, jak usłyszeliśmy o tym Synu, zrodzonym z kobiety – dodał z mocą Franciszek.

Zwrócił następnie uwagę, że Maryja jest Matką naszych narodów, nas wszystkich, Kościoła, ale jest również wizerunkiem Kościoła. I jest matką naszych serc, naszej duszy. Pewien papież powiedział, że to, co mówi się o Maryi, można też powiedzieć na swój sposób o Kościele i o naszej duszy, Kościół bowiem jest kobiecy a nasza dusza ma tę zdolność przyjmowania od Boga łaski i w pewnym sensie Ojcowie Kościoła postrzegali ją na sposób kobiecy. Nie możemy myśleć o Kościele bez tej maryjnej zasady, która się na niego rozciąga – zauważył papież.

Jego zdaniem, gdy szukamy roli i miejsca kobiety w Kościele, możemy iść drogą funkcjonalności, jako że kobieta pełni funkcje, które pełni w Kościele. Ale nie powinno to nas zatrzymywać w połowie drogi – dodał. Podkreślił, że w Kościele idzie ona dalej, zgodnie z tą zasadą maryjną, która niejako "umatczynia" Kościół i przeobraża go w Świętą Matkę Kościół.

Zasadniczymi tytułami Maryi są kobieta i matka i nawet Jej wezwania z Litanii Loretańskiej pochodzą od zakochanych dzieci, które opiewają Ją jako matkę, nie naruszając jednak istoty bycia Maryi jako kobiety i matki – tłumaczył dalej papież.

Trzecim określeniem jest, według niego, metyska, Patrząc na obraz Pani z Guadalupe, widać, że chce Ona uczynić z nas metysów, a więc wymieszać. Ona sama się wymieszała, aby być Matką wszystkich, wymieszała się z ludzkością, gdyż wymieszała się z Bogiem, prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem w Jego Synu.

Na zakończenie swych rozważań Franciszek przestrzegł przed uleganiem żądaniom ogłoszenia takiego czy innego dogmatu, nazywając to "głupotami". I dodał: "Maryja jest kobietą, jest Naszą Panią, jest Matką swego Syna i Świętej Matki Kościoła hierarchicznego, jest metyską, matką naszych narodów, ale która zmieszała się z Bogiem". "Niech mówi do nas tak, jak przemawiała do Jana Diego, wychodząc od tych trzech tytułów: czułości, kobiecego ciepła i z bliskości zmieszania" – zakończył kazanie Ojciec Święty.

Następnie trzy rodziny - z Filipin, Ekwadoru i Kolumbii - złożyły na ołtarzu dary ofiarne i rozpoczęła się główna część liturgii. Po komunii papieżowi podziękował – w imieniu narodów Ameryki Łacińskiej i całego Kościoła – kard. Marc Ouellet. Życzył jednocześnie Franciszkowi z okazji przypadającej jutro 50. rocznicy jego święceń kapłańskich obfitych łask Bożych, zapewniając go jednocześnie o stałych modlitwach w jego intencji. Podkreślił, że "Twoje kapłaństwo jest darem dla Ciebie i podarkiem dla całego Kościoła".

Po końcowym błogosławieństwie Ojciec Święty pomodlił się chwilę przed wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe, po czym przy śpiewie hymnu ku Jej czci "La Guadalupana" opuścił procesjonalnie bazylikę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Metafizyka obecności

2019-12-14 13:08

Maria Fortuna- Sudor

Do 6 stycznia 2010 r. można zwiedzać wystawę w Muzeum Archidiecezjalnym Kardynała Karola Wojtyły (przy ul. Kanoniczej 19 w Krakowie).

Maria Fortuna- Sudor

Otwierający wystawę bp Jan Szkodoń, stwierdził: - Większość prezentowanych prac ma charakter, zmuszający do szukania, zmuszający do odnajdywania obecności Boga w tym, co zazwyczaj nam sie nie kojarzy z naszym Stwórcą. A zwracając się do twórców, zauważył: - Myślę, że państwo artyści, którzy tutaj przedstawiają swoje prace, doświadczacie tego, że wykonując obraz, malując obraz, sami metafizycznie dojrzewaliście albo mieliście poczucie wielkiego niedosytu. Zaznaczył też, że twórca może na różne sposoby pokazać Tego, który Mojżeszowi powiedział: „Ja Jestem, Który Jestem.”.

Honorowy patronat nad wystawą objął metropolita krakowski, który w liście do twórców i zwiedzających napisał m.in. : „Życzę, aby wystawa stała się okazją do uwrażliwienia na obecność Bożą w świecie…” Myślę, że zbliżający się przełom roku to dobry czas na obejrzenie tej wystawy i zamyślenie się nad prezentowanymi treściami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem