Reklama

Znowu w podziemiu

2014-09-30 15:12

Elżbieta Morawiec
Niedziela Ogólnopolska 40/2014, str. 48-49

Piotr Markowski
Taras Komapniczenko z bandurą

To było spotkanie pojednania i zrozumienia, solidarności i nadziei na wspólną wygraną – wolność. Jak od zawsze w polskiej historii – naszą i waszą

Pomysł tego koncertu wyszedł od wybitnego artysty fotografika, niestrudzonego rycerza spraw z pozoru beznadziejnych – Stanisława Markowskiego. Wśród współorganizatorów były m.in.: Kluby „Gazety Polskiej”, Stowarzyszenie „Pokolenie” w Krakowie, „Gazeta Polska”, Telewizja Republika, była także znana społeczniczka – dr Grażyna Jasieniak-Pinis. Niewiele brakowało, a nie doszłoby do koncertu solidarności z walczącą Ukrainą. Rosyjska agentura wpływu okazała się bowiem bardzo czujna, najpierw zmuszono proboszcza kościoła św. Jadwigi Królowej do odwołania koncertu, potem, po przeniesieniu go do Kamieniołomu im. Jana Pawła II w podgórskim kościele św. Józefa, zaczęły się również tutaj naciski na proboszcza, a „nieznani sprawcy” zawiesili na figurze Matki Bożej Fatimskiej przed Kamieniołomem ochlapaną czerwoną farbą flagę Ukrainy. Na ścianie przy krakowskiej księgarni „Gazety Polskiej” nieznana ręka napisała: „Śmierć zbrodniarzom z Donbasu” i poniszczyła tablice informacyjne.

W krakowskim Kamieniołomie

Tylko determinacji Stanisława Markowskiego można zawdzięczać, że doszło do tego koncertu solidarności. Niewielka salka podgórskiego Kamieniołomu to miejsce naznaczone dobrą pamięcią – tutaj w stanie wojennym odbywało się wiele imprez kulturalnych, organizowanych przez podziemną „Solidarność”. Widownia znalazła się – jakże symbolicznie – w miejscu bardzo znaczącym dla polskiej walki o wolność w latach 80. ubiegłego wieku. Znowu odnaleźliśmy to, co najważniejsze, w podziemiu, w katakumbach.

Koncert, przy wypełnionej sali, z udziałem wicekonsul Ukrainy – p. Tamili Shutak, zakończył się wielkim sukcesem. Słowo „sukces” brzmi tu zresztą fałszywie i pusto. To było spotkanie pojednania i zrozumienia, solidarności i nadziei na wspólną wygraną – wolność. Jak od zawsze w polskiej historii – naszą i waszą. Jednak organizatorzy i współtwórcy koncertu – Stanisław Markowski, prof. Andrzej Nowak, Grażyna Jasieniak-Pinis – nadal otrzymują obraźliwe i wypełnione groźbami maile. Organy ścigania – tak ochoczo trafiające niedawno do blogera, który miał rzekomo obrazić prezydenta – jakoś nic nie zauważyły. Nie trzeba chyba wyjaśniać dlaczego.

Reklama

Sztafeta wolności dwu narodów

Nikt, kto uważnie obserwuje Putinowską wojnę z Ukrainą, nie pozwoli sobie wmówić, że cała Ukraina to banderowcy spod znaku UPA, dziedzice i potomkowie tych „strilciw”, którzy dokonywali krwawych rzezi na Polakach z Wołynia. To bolesna karta w relacjach polsko-ukraińskich, ale rewolucja Majdanu nie ma z nią nic a nic wspólnego, choć tak usilnie stara się nam to wmówić rosyjska agentura i jej polscy „podwykonawcy”. Dziś na Ukrainie, jak niegdyś w Gdańsku i Warszawie, toczy się walka nie tylko o wolność jednego narodu, ale o twarz i przyszłość całej Europy. Nikt lepiej niż bard Andrzej Kołakowski nie podsumował sytuacji w Europie i na Ukrainie: „Putin zajął Ukrainę, Unia Europejska zajęła stanowisko”. Kołakowski był w Kamieniołomie wykonawcą czterech pieśni. Dwie – „Bój”, „Obrona dworu” – inspirowane sztuką Artura Grottgera, nawiązywały do tradycji powstania styczniowego, podobnie jak ballada „Stracenie rządu narodowego na stokach Cytadeli”. Ale bodaj największe wrażenie zrobiła pieśń „Stacja I, Pan Jezus na śmierć skazany”. Odnosiła się ona do groteskowego sądu nad Chrystusem, zorganizowanego w latach 20. XX wieku w Sowietach przez Trockiego, w którym Chrystus, po raz wtóry na śmierć skazany, miał na zawsze zostać wygnany z serca nowego, sowieckiego człowieka – „homo sovieticus”. Że ta operacja się nie powiodła – dowodem są dzieje Polski powojennej i dzisiejszej Ukrainy – Ukrainy Majdanu. Tę Ukrainę reprezentował na krakowskim koncercie świetny zespół „Chorea Kozacka”, prowadzony przez Tarasa Kompaniczenkę.

Ten 7-osobowy zespół, grający muzykę dawną, przede wszystkim barokową, na pewno nie jest spod znaku ideologii Dmytro Doncowa ani praktyki Stepana Bandery. Na pewno jest spod znaku starej ukraińskiej bandery – św. Michała Archanioła i Bogurodzicy. Tradycji hetmana Mazepy i poezji Tarasa Szewczenki. Taras Kompaniczenko – uosobienie tego, czym jest i może być w przyszłości Ukraina, syn rodziców (obojga!) urodzonych w sowieckim łagrze koło Archangielska, czynny w opozycji przeciw komunizmowi od 19. roku życia – przeplatał koncert opowieścią o tym, jak wyglądała rzeczywistość Majdanu. O zabitych przyjaciołach, o tym, jak sam cudem uniknął śmierci. Ale nade wszystko o tym, jakie znaki, jaki duch patronował Ukraińcom na Majdanie. Przypomniał, że obie ukraińskie irredenty: i pomarańczowa, i ta na Majdanie zaczęły się – znamiennie – we wspomnienie św. Michała Archanioła (obchodzone na Ukrainie 21 listopada). O tym, że najważniejszą towarzyszką ludzi na Majdanie była modlitwa – mówiona i śpiewana. Kozackie śpiewanie przy wtórze znakomitego instrumentarium – 2 bandury, instrumenty smyczkowe, perkusja – zachwycało czystością brzmienia, uduchowionym, chciałoby się powiedzieć: skrzydlatym tonem muzycznym. Ukraińcy zaczęli swój występ marszem żałobnym, przechodząc następnie do pięknej maryjnej XVI-wiecznej pieśni „Różo slicznaja, diwo czistaja”, której refren brzmiał modlitewnym błaganiem: „Podaj nam ruku, nie daj na muku, Matko Miłosierna”. Słowa niewymagające tłumaczenia. Potem były pieśni modlitewne i bojowe, a wśród nich – przełożona na ukraiński polska „Warszawianka 1905”, która – według słów Tarasa Kompaniczenki – była swoistym bojowym hymnem Majdanu. I na koniec wieczoru – po panelowej przerwie – zabrzmiały hymny ukraiński i polski, a całości dopełniła, odśpiewana po polsku „Bogurodzica”. Powiało wielkim duchem Ukrainy, tym, o którym Słowacki pisał w „Beniowskim”: „Boże, kto Ciebie nie czuł w Ukrainy błękitnych polach...”, powiało wspólną historią i tym, co tak świeże, a tak już oddalone w naszej pamięci – duchem „Solidarności”. Tej spod bramy Stoczni Gdańskiej – z portretem Jana Pawła II i obrazem Matki Bożej Częstochowskiej.

Do wieńca wolności i solidarności z Ukrainą także polscy wykonawcy wnieśli swój znaczący wkład. Leszek Długosz – wierszem z lutego 2014 r. poświęconym Majdanowi i drugim pt. „Pamięć”. Ten pierwszy, napisany 14 lutego – już nazajutrz przełożony na ukraiński, czytany był na Majdanie. „Spiritus movens” wieczoru – Stanisław Markowski zaśpiewał „Pomnik Powstania Warszawskiego” (do słów Jerzego Narbutta) i napisany w roku 1956 dla powstania w Budapeszcie wiersz Tadeusza Śliwiaka „Słowo o krwi”, objawiający niezwykle aktualne znaczenie w sytuacji Ukrainy dziś. Jerzy Zelnik przeczytał kolejno: „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta i wiersz Adama Asnyka „Póki w narodzie myśl swobody żyje”.

Panel dyskusyjny – czyli co robić po upadku imperium

W przerwie koncertu odbył się panel dyskusyjny, prowadzony przez prof. Andrzeja Nowaka, z udziałem Dawida Wildsteina, Wojciecha Muchy, Przemysława Miśkiewicza i Tarasa Kompaniczenki. Prof. Nowak rozpoczął od wskazania znaczących kart z polsko-ukraińskich stosunków, przypomniał o wspólnym oblężeniu Kremla w roku 1617, z udziałem Ukraińców pod wodzą Piotra Konaszewicza Sahajdacznego i takąż wspólną walkę przeciw inwazji islamu w 1621 r. pod Chocimiem, także z udziałem Sahajdacznego. Następnie postawił panelowcom ważne pytania: Co po upadku imperium Putina? Jaka Rosja – z twarzą Władimira Bukowskiego czy kolejnego satrapy? Nikt z zebranych nie podjął się określić, kiedy imperium upadnie, ale co do tego, że tak się stanie, nikt nie miał wątpliwości. A odpowiedzi na podstawowe pytanie dotyczyły raczej stanu obecnego, który charakteryzują już pewne dokonania praktyczne. Dawid Wildstein wspominał swoje 90 dni spędzone na Majdanie i zachodzące na jego oczach przemiany świadomości ludzi. Przemysław Miśkiewicz, organizator pomocy dla Ukrainy z ramienia Stowarzyszenia „Pokolenie”, który właśnie powrócił z konwoju na Ukrainę, mówił o wielkiej ofiarności Polaków, o pieniądzach i darach, nieustannie wpływających na konto „Pokolenia”. Wojciech Mucha podkreślał, jak ważna dla Ukrainy i wolności kontynentu jest przemiana świadomości zachodnich Europejczyków. W dość długiej wypowiedzi Taras Kompaniczenko zobrazował powolne zmiany świadomości Ukraińców. Jeszcze do niedawna proces moskwicyzacji, utożsamiania się społeczeństwa z putinowskim imperium, był daleko posunięty. Niemałą rolę odegrała tu Cerkiew prawosławna. I – co się wiąże z tym procesem – eliminacja języka ukraińskiego, ukraińskiej kultury z TV, nawet z muzyki pop. Sytuacja zmieniła się, kiedy po wkroczeniu na Ukrainę maski z imperium opadły, „russkij mir” już do Ukraińców nie przemawia i Putin już „dobry” nie jest. Mając świadomość, że na Ukrainie gra idzie o coś więcej niż tylko o wolność jednego kraju, Kompaniczenko wyraził nadzieję, że ta rewolucja dokonuje się – musi się dokonać w sferze ducha. I nie bojąc się patosu, którego się dziś tak wszyscy wstydzimy, dodał: – Duch prowadzi naród, jak was (Polaków) prowadził. Bóg zna motywację serc. Jeśli będziemy szczerzy w prawdzie – Bóg usłyszy i da nam zwycięstwo.

Czy można coś dodać do tych pięknych słów? Przecież to i nasza idea z Sierpnia’80, idea niedokończonej, więcej – zdradzonej rewolucji ducha, rewolucji serc...

Na koniec – nie wolno zapomnieć o wyrazach wdzięczności dla Polaków. Padły one z ust Tarasa Kompaniczenki i pani konsul Shutak. Dziękując za wszelką pomoc, za wakacje zorganizowane w Polsce dla 300 ukraińskich dzieci, Pani Konsul wzruszająco podsumowała swoją wypowiedź: – Opatrzność Boża chciała, że mamy za sąsiada Rosję. Ale ta sama Opatrzność dała nam z drugiej strony prawdziwie braterskiego sąsiada – Polskę.

Czy jeszcze ktoś – jacyś niedowarzeni, zmanipulowani „małopolscy patrioci”, którzy pojawili się pod Kamieniołomem – może dopatrzyć się w tych faktach, w tych słowach złowrogich cieniów Bandery i UPA?

Tagi:
muzyka koncert

Reklama

Otwock: Koncert "Dziś idę walczyć – Mamo”

2019-08-08 13:07

AKW

Stowarzyszenie MuzaDei zaprasza 16 sierpnia o godz. 19.00 do parafii Zesłania Ducha Świętego w Otwocku, gdzie odbędzie się plenerowy koncert piosenek i utworów literackich z okresu okupacji i Powstania Warszawskiego pt. „Dziś idę walczyć mamo”. Tytuł koncertu nawiązuje do wiersza Józefa Szczepańskiego.

Informacja prasowa

Wystąpią m.in. Dariusz Kowalski, Dominika Chorosińska, Agnieszka Cudzich, Lidia Pospieszalska, Rafał Żur, Paweł Dusza, Piotr Cudzich, Jakub Cudzich, Kamil Cudzich, a także kwartet smyczkowy i chór.

Wykonawcy zaprezentują utwory, których autorami są m.in. Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy, Zdzisław Stoiński, Krystyna Krahelska, Jan Romocki, Mieczysław Ubysz, Andrzej Trzebiński czy Teresa Bogusławska. W ich wykonaniu można będzie usłyszeć znane utwory jak tytułowe: „Dziś idę walczy, Mamo”, „Warszawskie dzieci”, „Modlitwa partyzancka”, „Pałacyk Michla”, i inne.

Program wzbogacą prezentacje multimedialne. W koncercie wystąpią też uczniowie, którzy uczestniczyli w warsztatach recytatorskich, które prowadził Dariusz Kowalski.

Koncert organizowany jest z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Autorem scenariusza i reżyserem koncertu jest Dariusz Kowalski, a kierownikiem muzycznym Piotr Cudzich. Wstęp na koncert jest bezpłatny.

Projekt „Dziś idę walczyć, Mamo” dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Kultura – Interwencje 2019.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dk. Sadowski: diakonat stały to moje powołanie

2019-08-16 13:38

Maria Czerska / Warszawa (KAI)

„Jestem diakonem i jestem szczęśliwy” – deklaruje niezmiennie dk. Bogdan Sadowski, pierwszy diakon stały w archidiecezji warszawskiej i trzeci w Polsce. Wyświęcony został dziesięć lat temu, 9 sierpnia 2009 r. W rozmowie z KAI dk. Sadowski opowiada o tym, czym jest diakonat stały i o swoim doświadczeniu na tej drodze.

Al. Daniel Rynkiewicz

Maria Czerska (KAI): Księże diakonie? Panie diakonie?

Dk. Bogdan Sadowski: Najlepiej po prostu „diakonie”. Tak jest najbezpieczniej. Zadawać pytania można w formie: „Czy diakon uważa, że…?”.

- A zatem - napisał diakon pięć lat temu, po pięciu latach od święceń „Jestem diakonem i jestem z tego powodu szczęśliwy”. Czy nadal?

- Tak! To jest moja droga – marzenie życia. Zawsze byłem blisko ołtarza i w zasadzie zawsze myślałem o tym, by być duchownym. Poważnie rozważałem pójście do seminarium. Zawarłem nawet prywatną „umowę” z Panem Bogiem, że o ile nikogo nie poznam do zakończenia studiów, to wstępuję. Sprawa wydawała się oczywista, bo nie miałem zamiaru nikogo szukać. A jednak poznałem moją żonę i to w okolicznościach, które nie mogły być przypadkowe… Jesteśmy razem już czterdzieści lat. Jeszcze w czasie studiów dowiedziałem się, że Sobór Watykański II przywrócił diakonat stały i że pod koniec lat 70. pierwsi diakoni wyświęceni zostali w Niemczech. Zaraz napisałem list do nowo mianowanego arcybiskupa warszawskiego, Józefa Glempa – mam na to świadków! – że gdyby taka możliwość pojawiła się również w Polsce, proszę, by wzięto pod uwagę moją kandydaturę. Czekałem ok. trzydziestu lat, ale się doczekałem! Wyświęcony zostałem 9 sierpnia w Magdalence przez abp. Kazimierza Nycza na pierwszego diakona stałego archidiecezji i metropolii warszawskiej. Byłem trzeci w Polsce.

- Kto to jest diakon stały?

- Przede wszystkim poprzez święcenia staje się osobą duchowną. Diakonat to pierwszy stopień sakramentu święceń. Warto podkreślić, że w Kościele katolickim, mówiąc poprawnie, jest sakrament święceń, który obejmuje 3 stopnie: diakonat, prezbiterat i episkopat (biskupstwo). Diakonów można podzielić na żonatych i celibatariuszy. Nieżonaci kandydaci na diakonów w momencie święceń zobowiązują się do życia w celibacie. Mogą oczywiście być diakonami stałymi, ale w Polsce najczęściej jest to diakonat przejściowy, po którym następują święcenia kapłańskie.
Diakon stały musi mieć wykształcenie teologiczne i odpowiednie przygotowanie duchowe. W przypadku żonatych mężczyzn wymagany jest wiek minimum trzydzieści pięć lat, pięć lat stażu małżeńskiego i pisemna zgoda małżonki. Jesteśmy trochę na granicy „świata duchownych” i „świata świeckich”. Prowadzimy normalne życie, mamy dzieci, chodzimy do pracy i jednocześnie pełnimy posługę przy ołtarzu.

- Co tak naprawdę robi diakon stały?

- Najważniejsze jest asystowanie prezbiterowi (szczególnie biskupowi) w celebracjach Eucharystii. Diakon nie może oczywiście odprawiać Mszy św., to zarezerwowane jest dla kapłanów. Nie może też słuchać spowiedzi i udzielać sakramentu namaszczenia chorych. Może natomiast odprawiać nabożeństwa, błogosławić małżeństwa, głosić kazania, udzielać Komunii świętej i chrztów oraz prowadzić pogrzeby – tym się właśnie zajmuję.
Rozpocząłem swoją posługę w parafii w Magdalence. Tam byłem zaangażowany m.in. w prowadzenie grup, rekolekcji, głoszenie konferencji przed ślubem, czy przed chrztem, itp. Następnie przeniosłem się do parafii Matki Bożej Różańcowej w Piasecznie (uzyskując nota bene pierwszy w historii Kościoła w Polsce dekret biskupi przenoszący diakona stałego z parafii do parafii). Tam oprócz szeregu innych zaangażowań bardzo często pomagałem przy celebracji chrztu św. Tych chrztów było w Piasecznie bardzo dużo – bywało i kilkanaście na jednej Mszy św. Teraz posługuję w parafii Opatrzności Bożej w warszawskim Wilanowie. Z uwagi na specyfikę tego miejsca wizyty duszpasterskie trwają tam cały rok i wraz z kapłanami z tej parafii chodzę po domach. Zapukałem już do ok. 6 tys. mieszkań. Przyjęto mnie mniej więcej w 1/3, odbyłem więc ok. 2 tys. rozmów.

- Jakie znaczenie ma to, że „po kolędzie” chodzi diakon, a nie kapłan?

- Chodzę w stroju duchownym, w sutannie i z koloratką, więc ludzie widzą księdza. Nie muszę się tłumaczyć. Nikt nie myśli, że jestem świadkiem Jehowy. Wizyty są zresztą ogłaszane i zapowiadane w parafii. W większości przypadków spotykam się z ogromną życzliwością i te rozmowy są dla mnie bardzo miłe.
Przeważają ludzie młodzi, często przyjezdni. Zachowują pewną obrzędowość katolicką, mają w domu święte obrazy, ale żyją bardzo często bez sakramentów, bez ślubu i to im w większym stopniu nie przeszkadza. Ta wiara nie bardzo przekłada się na relację osobową z Bogiem, na życiowe wybory.
Wizyta jest okazją do rozpoczęcia głębszej rozmowy i o dziwo – taka rozmowa jest chętnie podejmowana. Ma to ogromny sens, bo w bardzo wielu przypadkach ludzie zupełnie nie wiedza, że mogą dążyć do uregulowania swojej sytuacji, np. stwierdzenia nieważności poprzedniego, zawartego w Kościele małżeństwa, nawet w okolicznościach, gdy małżeństwo to wydaje się ewidentnie nieważnie zawarte.
Czasem potrzebna jest też pewna zachęta, gdy ludzie żyją bez ślubu, nie mając żadnych przeszkód do przyjęcia sakramentu. Wielką radością są dla mnie sytuacje – wiem o dwóch takich przypadkach – gdy rozmowa ze mną stała się taką pozytywną inspiracją. Byłem na jednym z tych ślubów.

- Parafianie nie dowiadują się, że odwiedził ich diakon stały?

- Ależ tak, często mówię o tym! Zwykle zaczyna się od zagadkowych spojrzeń na moją obrączkę. Wyjaśniam wtedy, że mam żonę i święcenia diakonatu i że jest taka możliwość w Kościele katolickim. To zwykle spotyka się z bardzo pozytywnym przyjęciem, czasem wręcz z entuzjazmem. No i zaczynają się narzekania na celibat. A ja – to nawet trochę zabawne – występuję jako obrońca celibatu. Mówię, że to jest wybór. Nikt nikogo do tego nie zmusza. Ale taka droga ma ogromną wartość, ogromny sens. Natomiast mój przykład pokazuje, że Kościół stwarza przestrzeń dla duchowego zaangażowania żonatych mężczyzn.

- Co na to wszystko żona?

- Kiedy zdarza jej się narzekać na jakieś kolejne moje zadania związane z diakonatem, mówię: „Kochanie, sama na to wyraziłaś zgodę, mam to na piśmie”. A poważnie – to nigdy nie był między nami problem. Ja „zawsze” byłem ministrantem, lektorem. Od czasów narzeczeńskich rzadko kiedy na Mszy św. siedzieliśmy razem w ławce. Nie zostałbym zresztą dopuszczony do święceń, gdyby żona nie wyraziła na nie pisemnej zgody, ze świadomością wszystkich tego konsekwencji.
Diakonat to radość nie tylko dla mnie, ale i dla całej rodziny. Przewodniczę wielu uroczystościom religijnym w rodzinie. Sam ochrzciłem wszystkich pięciu moich wnuczków.

- Jak świętował diakon swoją rocznicę?

- Byłem na Mszy św. odprawianej w mojej intencji w Świątyni Opatrzności Bożej.
rozmawiała Maria Czerska
Bogdan Sadowski – ur. 1956 r., absolwent historii sztuki kościelnej na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, dziennikarz i publicysta, wieloletni pracownik TVP i TV Puls, redaktor naczelny polskiej edycji MAGNIFICAT; od 2004 członek Zespołu KEP ds. Transmisji Mszy św. w Telewizji; pierwszy diakon stały w archidiecezji warszawskiej.
***
Historia diakonatu stałego, jako posługi o charakterze sakramentalnym mężczyzn żonatych lub zobowiązujących się do życia w celibacie sięga czasów apostolskich. Do V w. w Kościele zachodnim diakonat był instytucją kwitnącą, a jego rolę i pozycję potwierdzały liczne sobory oraz praktyka kościelna. W następnych wiekach, z różnych powodów, diakonat zanikł, stając się jedynie stopniem przejściowym do kapłaństwa. W XVI w. Sobór Trydencki dążył do wskrzeszenia tego urzędu, lecz nie powziął żadnych konkretnych uchwał w tej sprawie.
Ostatecznie posługa ta przywrócona została przez Sobór Watykański II w Konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumen Gentium”. Wskazania Soboru wypełnił Paweł VI ogłaszając 18 kwietnia 1967 r. motu proprio "Sacrum diaconatus ordinem" z ogólnymi normami przywrócenia diakonatu stałego.
Pierwszych pięciu żonatych mężczyzn wyświęcono na diakonów w 1968 r. w katedrze w Kolonii. Diakonat stały jest dziś integralną częścią Kościołów katolickich wszystkich kontynentów i odgrywa w nich znaczącą rolę, szczególnie w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej. Obecnie na świecie posługuje ponad 45 tys. stałych diakonów w 129 krajach. W Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także w Polsce, posługa diakona stałego była jednak do niedawna prawie nieznana. Pierwszy diakon stały, Andrzej Chita, wyświęcony został w 1993 r. w diecezji przemyskiej (obecnie archidiecezji przemysko – warszawskiej) obrządku bizantyjsko – ukraińskiego. Polscy biskupi wprowadzili diakonat stały w Kościele rzymskokatolickim w 2001 r. Pierwsze święcenia odbyły się w 2008 r.
Do dziś w Polsce wyświęcono w Polsce 33 stałych diakonów rzymskokatolickich, 29 żonatych i 4 celibatariuszy, w tym 2 zakonników, którzy podjęli posługę poza granicami Polski. Pozostali wyświęceni zostali w diecezjach: opolskiej, ełckiej, katowickiej, szczecińsko – kamieńskiej, warszawskiej, gliwickiej, toruńskiej i pelplińskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ziemia przez Boga stworzona powinna być po Bożemu zarządzana

2019-08-18 15:40

it / Jasna Góra (KAI)

Do modlitwy o nowych proroków, gotowych na podjęcie walki na froncie dla Boga i dla Polski apelował na Jasnej Górze abp Andrzej Dzięga. Tradycyjnie po wspomnieniu swego patrona św. Maksymiliana po raz 34. w swej pielgrzymce przybyli polscy energetycy, elektrycy i elektronicy. W sumie ok. 7 tys. osób.

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Metropolita szczecińsko-kamieński przypominał, że bez Boga świat nie może być zinterpretowany ani uporządkowany a zacząć trzeba od zwykłej etyki, od przywracania Bożego porządku i Bożej moralności, inaczej nie dojdzie się do ładu w polityce, gospodarce, energetyce i świecie.- I ja i ty mamy być prorokami - mówił kaznodzieja. - Nie bój się być prorokiem Bożej sprawy w rodzinie, w małżeństwie, w środowisku twoim – mówił i dodawał: „patrzysz na to co się dzieje na polskiej ziemi i widzisz jak prorocy dzisiejszego czasu są zakrzykiwani, jak z nich się drwi, jak się ich ośmiesza, a nade wszystko jak się ich boją, ci którzy chcą ich zagłuszyć i wyciszyć, chcą ich wystraszyć, aby przestali mówić”. - Ale mąż, który ma w sobie Bożego ducha nie zamilknie, bo on w Bożej służbie musi wołać - podkreślał abp Dzięga. Przekonywał, że „jeśli jeden będzie wyciszany dziesięciu albo stu powstanie w to miejsce”.

Kaznodzieja zauważył, że drwiono także ze św. Maksymiliana, patrona energetyków, którego chciano uciszyć, bo mówił o lożach masońskich, „o ich celach, które kiedyś ujawnili jeszcze w wieku rewolucji francuskiej a potem po wojnach napoleońskich zaprowadzili pozorny pokój w Europie na dwa, trzy pokolenia”. - I wtedy zadbali o przygotowanie filozoficznych koncepcji, ujęć, zwrotów, systematyki pojęciowej, aby zawładnąć umysłami, i gdy w XIX wieku przygotowali sobie to instrumentarium filozoficzne, intelektualne, to weszli w XX wiek z rewolucją ateistyczną, bolszewicką i na Wschodzie i na Zachodzie – mówił abp. Podkreślał, że „Polska im wciąż przeszkadza, bo w Polsce ludzie wciąż klękają przed Bogiem na kolana, bo w Polsce cnota nazywana jest cnotą a grzech jest nazywany grzechem i dlatego im w tym systemie pojęć pomieszanych Polska przeszkadza i będzie przeszkadzała”.

Arcybiskup zauważył, że nie jest to sprawa na jeden dzień, miesiąc, to jest sprawa na całe pokolenie. - I nie myśl, że załatwi to za wszystkich w Polsce jeden czy drugi biskup, muszą stanąć tysiące kapłanów i prawdę mówić, muszą stanąć miliony ojców i matek, steki tysięcy nauczycieli, liderów biznesu, ludzi kultury, stanąć w tej służbie i na tym froncie dla Boga, dla Polski, dla polskiego domu - mówił kaznodzieja. Zachęcał, by nie bać się w takich kategoriach myśleć, „bo Bóg nas prowadzi na tych polskich drogach”.

Wzywał, by modlić się o to by na polskiej ziemi pod opieką Maryi powstali nowi prorocy „mężowie i niewiasty Bożej służby, Bożej wyrazistości, Bożego ładu, który, choć kosztuje, to owocuje potężnie”.

Wobec wielu dyskusji o wykorzystywaniu energii jądrowej kaznodzieja przestrzegał, aby politycy, którzy doprowadzają do wielu krzywd wyrządzanych naszej plancie, nie przerzucali kosztów nadużyć np. ocieplenia klimatu, na prostych ludzi.

Energetycy i elektrycy co roku przybywają, by modlić się za „polski dom” a zwłaszcza o bezpieczeństwo energetyczne dla naszego kraju.

Jak podkreśla minister energii Krzysztof Tchórzewski branża staje przed coraz to nowymi wyzwaniami, poziom życia Polaków powoduje, że potrzebujemy więcej energii. - W ciągu ostatnich czterech lat zużycie energii w Polsce wzrosło o ponad 7 procent, to są dwie duże elektrownie a więc z jednej strony trzeba modernizować nasze stare elektrownie, wymagania unijne powodują, że walczymy z emisyjnością, walczymy o czyste powietrze, a drugiej strony musimy to robić w sposób ewolucyjny, żeby nadążyć za potrzebami, za tym, czego obywatele chcą - powiedział minister.

Ks. Sławomir Zyga, krajowy duszpasterz Energetyków, Elektryków i Elektroników podkreślał, że pielgrzymki mają jednoczyć środowisko. - Taka jest nasza intencja od 34. lat, ale też chcemy przypomnieć o pewnym etosie pracy. Dlatego w tym roku rozważaliśmy szczególnie słowa Jana Pawła II z encykliki o pracy ludzkiej – mówił kapłan.

Pielgrzymi złożyli ofiary na odbudowę kościoła w Dźwiniaczce na Podolu, gdzie ostatnie lata życia spędził św. abp Szczęsny -Feliński.

W ramach pielgrzymki przybyła grupa motocyklowa energetyków z Elektrowni Bełchatów, a także grupa rowerzystów ze Szczecina. Grupę w procesji pielgrzymkowej wprowadzała na Jasną Górę Orkiestra z Elektrowni Turów.

Pielgrzymka rozpoczęła się już wczoraj spotkaniem branżowym, Drogą Krzyżową, wieczorną Mszą św., Apelem Jasnogórskim i całonocnym czuwaniem.

Organizatorem pielgrzymki jest zawsze Katolickie Stowarzyszenie Energetyków Nazaret.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem