Reklama

Ks. Łukasz Ziemski... Nieziemski

2014-11-06 07:51

Tomasz Pluta
Edycja świdnicka 45/2014, str. 1, 4-8

Archiwum ks. Łukasza Ziemskiego

Kiedy przychodzi nam żegnać kogoś bardzo bliskiego, niezwykle przyjaznego i dobrego, brakuje nam słów, by wyrazić to, co czuje serce. Bo jakie słowa mogą zastąpić uścisk dłoni, uśmiech czy ciepłe spojrzenie? Co powiedzieć, jeśli już się wie, że przyjaciel nie odpowie, nie odwzajemni uśmiechu, nie doda otuchy?

Jak opisać puste miejsce, które tak nagle pojawiło się w sercu. Czym wypełnić pustkę, która tego się domaga. I jak to zrobić, kiedy traci się człowieka, który dotąd wypełniał nasze serce. Tym trudniej im większa pustka, a rozmiar tej pustki świadczy o tym, ile serca podarował nam przyjaciel. Boli to odejście. Bardzo. Nikt z przyjaciół, nawet tych najbliższych, nie jest jednak w stanie zrozumieć, jak bardzo cierpi i smuci się serce Matki ks. Łukasza. Smutek przeżywają jego najbliżsi, a wśród nich Siostra i Brat. Wszystkich ich ogarniamy serdeczną modlitwą i ludzkim współczuciem. Im właśnie dedykujemy tę garść radosnych wspomnień, w których nie zabraknie wzruszających sytuacji, ale również takich, które wzbudzą uśmiech. Świadectw ludzi, wśród których ks. Łukasz Ziemski żył i pracował. Niech ich opowieści będą serdecznym podziękowaniem za trud wychowania i świadectwo wiary rodziny ks. Łukasza, w której wzrastał, wychowywał się i odczytał powołanie.

Uczniowie

Do Wałbrzycha ks. Łukasz przybył zaraz po studiach i święceniach w 2005 r. Pierwszą jego parafią była ta pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w dzielnicy Podzamcze. Jest to najmłodsza część Wałbrzycha, nowe budownictwo, młode rodziny, dużo dzieci i młodzieży. Właśnie z młodzieżą ks. Łukasz miał doskonały kontakt. Od samego początku z wielkim zapałem i oddaniem podjął obowiązki katechety w Gimnazjum nr 9 z Oddziałami Integracyjnymi, w szkole, która leżała na terenie parafii. Oto jak wspominają ten czas uczniowie.

– Wspaniały człowiek, świetny nauczyciel, ksiądz z powołania! Pamiętam jak dziś jego lekcje religii, ciepłe słowo i zawsze pomocną dłoń – Artur Marlinga.

Reklama

– Księże Łukaszu, zawsze będę pamiętać te lekcje religii, które często były poświęcane różnym problemom egzystencjalnym. My, młodzi, byliśmy pełni wątpliwości, Ty cierpliwie i z mądrością tłumaczyłeś nam, że nie warto tracić wiary i nadziei, ponieważ Bóg zawsze gdzieś tam jest i czuwa. Nigdy nie narzucałeś nam swojego zdania, zawsze nasze dyskusje kończyły się konsensusem i wzajemnym zrozumieniem. Wraz z Twoim odejściem Kościół stracił na jakości, to właśnie księża tacy jak Ty czynili go otwartym na ludzi, niezależnie od ich światopoglądu. Nie mogąc zrozumieć celu ani sensu Twego odejścia, wierzę, że patrzysz na nas z góry i kibicujesz w naszemu codziennemu życiu – Krzysztof Sokół.

Grono pedagogiczne

W podobnym klimacie wspominają ks. Łukasza nauczyciele dziewiątego gimnazjum.

– Nie jestem pewnie jedyna wśród tych, którzy nie mogą wciąż uwierzyć, że nie ma go już wśród nas. Zbyt wiele było w nim życia, zbyt wiele energii, entuzjazmu, zaangażowania we wszystko, co robił. Był człowiekiem niezwykłym. Absolutnie oddanym wszystkiemu, w co wierzył. Wielki przyjaciel naszych uczniów i nas, nauczycieli. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Dla mnie i wielu innych był właśnie kimś takim – wspomina dyrektor szkoły Bożena Kruszyńska. – Rozumiał problemy naszej dorastającej młodzieży i potrafił w prosty sposób trafiać do ich serc, doradzając, wskazując drogę, pokazując jak żyć. Zawsze taki bliski i gotowy, aby drugiej osobie poświęcić czas i uwagę – podkreśla pani Bożena. – Pamiętam nasze wspólne wyjazdy na zieloną szkołę nad morze, na którą ksiądz Łukasz zawsze z ochotą się wybierał. Obciążony licznymi obowiązkami, na co dzień bardzo zajęty, ciągle z telefonem przy uchu, nie mógł jechać co prawda każdego roku, ale zawsze bardzo żałował, jeżeli zdarzało się, że wyjazd był dla niego niemożliwy – wspomina pani dyrektor. – Tam podczas wycieczek, wspólnych spotkań przy ognisku, lekcjach na plaży, ksiądz Łukasz miał najbliższy kontakt z naszą młodzieżą; wesoły i bezpośredni, ale pełen życiowej mądrości i kultury był nieocenionym opiekunem dla naszej wesołej gromady. Wiele godzin spędzaliśmy, rozmawiając o tym, co w życiu jest najważniejsze, jak pomagać naszym dzieciom rozwijać skrzydła, co jeszcze można zrobić, żeby było im w szkole jak najlepiej. Zawsze był szczególnie poruszony trudną sytuacją naszych uczniów, chorobami, które ich dotykały, nieszczęściami które często były ich udziałem. Pomagał, doradzał, wspierał… Będąc w szkole, zwykle zaglądał do mojego gabinetu i z uśmiechem na twarzy pytał: „Co dobrego słychać?”, a widząc moją zatroskaną twarz, z przekonaniem mówił: „Będzie dobrze”. I tak rzeczywiście było – dodaje ze wzruszeniem. Ostatni raz widziałam księdza Łukasza 1 września. Odwiedził mnie w szkole. Mówił, że przecież dziś powinien rozpoczynać rok szkolny ze wszystkimi. Że bardzo chce, żeby to jego chorowanie już się skończyło. Że czas już do nas wrócić i w drugim semestrze będzie już na pewno. Powiedziałam: „Będziemy czekać, jak długo będzie trzeba”. A dziś już nie ma go wśród nas. A tak chciałabym usłyszeć: „Będzie dobrze”.

– W dniu śmierci Łukasza obejrzałam ponownie jeden z wielu wywiadów telewizyjnych z jego udziałem – dzieli się p. U. Witkowska. – Bardzo poruszyła mnie wypowiedź na temat zmartwychwstania, miłości do drugiego człowieka i wiary Księdza w jej nieskończoność: „Grób jest zbyt pusty, żeby pomieścić ludzką miłość” – rozpoczął poetyckim cytatem i dodał: „Warto sobie to uświadamiać, że elementy ponadfizyczne, które tak naprawdę nadają sens naszemu życiu, to że kochamy, że poświęcamy się dla drugiego człowieka, że jesteśmy kochani, tego nie można określić żadną miarą i ufamy głęboko, że to nie może się skończyć, że nasze ciało rozpada się i właściwie nic z niego nie zostaje, wierzymy jednak, że w ten cudowny sposób na końcu czasów Chrystus wskrzesi nasze ciała, i tak jak On został wskrzeszony i zostawił grób pusty, tak i nasze groby też będą puste”… Ksiądz wielokrotnie posługiwał się cytatami, dając wyraz swojemu przywiązaniu do drugiego człowieka. Najważniejsze jednak jest to, że słowa te zamieniał w czyny, niosąc w swym zbyt krótkim życiu pomoc, dobro, życzliwość i miłość. Pustka grobu nie jest tak wielka jak ta, którą po sobie pozostawił – dodaje p. Witkowska.

– Odeszła od nas niezwykła osoba, która potrafiła łączyć a nie dzielić. W tym właśnie tkwiła jego ogromna moc odziaływania na ludzi. Ksiądz, katecheta, redaktor, dyrektor, jednak przede wszystkim dobry człowiek – krótko dzieli się p. K. Korczyńska.

– Dziękuję księdzu Łukaszowi za wypromowanie książki Maćka Lazara „Labradoodlusiowo” – mówi Ewa Nowak. – Losy księdza i naszego ucznia są dość podobne, choroba, walka z nią i przedwczesne przejście na „drugi brzeg”. W swoim młodym życiu okazał ksiądz Łukasz wiele serca, angażując się w różne ludzkie sprawy. Za pozostawione dobro serdecznie mu dziękuję.

– Księdza Łukasza zapamiętam jako dobrego przyjaciela – wspomina Alicja Garwol. – Był ciepły, życzliwy, wyrozumiały, każdego obdarzał uśmiechem. Będzie mi brakowało jego poczucia humoru, ale też mądrości życiowej. Był jak port dla zabłąkanych statków. Przebywanie w jego towarzystwie zawsze poprawiało nastrój. Czasem wystarczyło krótkie spojrzenie i śmialiśmy się do rozpuku. W trudnych chwilach zawsze miał dobrą radę, w sytuacjach nie do rozwiązania znajdował zaskakujące rozwiązanie. Miał świetny kontakt z młodzieżą, ufał młodym ludziom. Podczas wycieczek nigdy nie ustawiał ich w szeregu, sami na niego czekali. W czasie zielonych szkół odprawiał Msze św. w lesie, na plaży, w hangarze – przybliżał Boga wszystkim, nawet przechodnie się zatrzymywali. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych, jednego dnia prowadził zajęcia w Jarosławcu, a nocą pędził do Świdnicy, bo Biskup potrzebował jego pomocy. Swoim spokojem potrafił poskromić najtrudniejszych uczniów, sobie tylko znanymi sposobami docierał do ich rozumów i serc. Sprawiał, że przestawałam się przejmować przyziemnymi sprawami, do problemów podchodziłam z większym dystansem. Ot, taki właśnie był ks. Ziemski – „nieziemski” – podsumowuje p. Alicja.

– Ksiądz Łukasz rozpoczął pracę w naszej parafii zaraz po ukończeniu studiów – wspomina parafianka i jednocześnie nauczycielka, koleżanka z pracy, Małgorzata Małolepsza. – Od samego początku nawiązał wspaniały kontakt z młodzieżą, zarówno tą uczącą się, jak i pracującą. Uczestniczyliśmy w cotygodniowych spotkaniach formacyjnych, podczas których mieliśmy okazję czerpać z mądrości Księdza. Zawsze podkreślał, jak ważne jest, aby wiara miała swoje odzwierciedlenie w codziennym życiu wśród ludzi. Ksiądz wiedział, jak ważne jest poczucie wspólnoty wśród ludzi młodych i dlatego organizował dla nas także wiele spotkań, wspólnych wyjść do kina, na koncert, wycieczek, wyjazdów wakacyjnych. Było tego mnóstwo. Zawsze pamiętał o wszystkich, martwił się, gdy ktoś przeżywał trudności. Wiele pomagał sam, ale też mobilizował nas do myślenia o potrzebach innych – zauważa p. Małolepsza. – Był bardzo skromny, pogodny, często żartował. Był dla nas opiekunem, ale przede wszystkim przyjacielem. Był bardzo zdolny, pracowity, wkładał serce w to, co robił. Bardzo angażował się w życie szkoły. Zależało mu, aby dobrze się rozwijała. Chciał, by wśród nas, nauczycieli, panowała życzliwa, ciepła atmosfera. Często inicjował różne koleżeńskie spotkania, wyjazdy, rozmowy. Był dobrym kolegą, chętnie wysłuchał, gdy przeżywaliśmy swoje życiowe problemy. Jak umiał, służył pomocą i dobrą radą. W pracy z młodzieżą szkolną wykazywał wiele taktu i zrozumienia. Inicjował mnóstwo imprez szkolnych, na które zapraszał ciekawych ludzi. Wiedział, że słowa niewiele znaczą bez przykładu, dlatego poprzez takie spotkania pokazywał, jak wyznawana wiara ma przekładać się na konkretne czyny. Aktywnie włączał się w pracę nad projektami samorządu uczniowskiego, nie szczędząc sił i czasu dla spraw młodzieży. Jako kolega był szanowany za wierność zasadom, ale także za wyrozumiałość dla ludzi, często słabych, niepewnych, pogubionych. Rozbrajał wszystkich uśmiechem i poczuciem humoru. Bardzo nam Księdza brakuje – kończy p. Małgorzata.

Dziennikarze

Ksiądz Łukasz wśród swoich rozlicznych obowiązków i odpowiedzialnych funkcji, pracował również jako dziennikarz w naszej świdnickiej redakcji.

– Po zakończeniu seminarium minęło kilka lat, jak na nowo nawiązałem bliższe relacje z Łukaszem – wspomina ks. Wojciech Baliński, redaktor prowadzący edycję świdnicką „Niedzieli”. – Było to chyba w 2007 r., kiedy szukałem współpracownika do „Niedzieli Świdnickiej”. Kiedy do niego przyjechałem, powiedział, że on wie, co od niego chcę i nie zgadza się. Po kilku minutach przekonywania go ciągle był nieugięty. W końcu po dłuższej rozmowie okazało się, że chodzi nam o dwie różne sprawy. On myślał, że ja zostałem do niego przysłany przez Księdza Biskupa, aby namówić go na studia w Rzymie. Kiedy okazało, że mój cel wizyty był inny, od razu atmosfera się bardzo poprawiła. I bardzo chętnie zgodził się na współpracę. I trzeba powiedzieć, że był to wyśmienity wybór. Łukasz okazał się świetnym współpracownikiem i przyjacielem. Kiedy podejmował kolejne obowiązki związane z mediami, był mi wielką pomocą. Wiedziałem, że mogę na niego zawsze liczyć. I nigdy się nie zawodziłem. Pamiętam dobrze nasz ostatni wyjazd wspólny do Częstochowy, do redakcji. Było to wiosną tego roku. Rozmawialiśmy wtedy o naszych planach na przyszłość. Co planujemy robić z naszym kapłaństwem. Jak rozwijać naszą edycję gazety. I nawet przez myśl wtedy mi nie przeszło, że to może być nasz ostatni wspólny wyjazd. A jednak. Potem już tylko się kontaktowaliśmy telefonicznie lub rozmawialiśmy przez chwilę o bieżących sprawach. Ostatni raz odwiedziłem Łukasza w szpitalu chyba na początku września. Był pełen nadziei na wyzdrowienie. Niestety, nie udało się.

– Jest czas życia i czas śmierci – zaczyna swoje wspomnienia Marta Kilian, redaktor „Niedzieli Świdnickiej”. – Dla Łukasza czas ziemski był krótki i został on odebrany nam – osobom, które mogły go poznać, z nim przebywać, za szybko. Kapłan z powołania, wartościowy człowiek, który był niezwykle ambitny, empatyczny, każdemu chciał pomóc, każdego zaangażować. Poznaliśmy się pięć lat temu na studiach dziennikarskich. Była to pierwsza osoba, która uwierzyła w moje umiejętności i pozwoliła odnaleźć poczucie własnej wartości. Zaproponował pracę w świdnickiej edycji Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, zanim mogłam pochwalić się dyplomem ukończenia wyższej uczelni. To mój promotor, mentor i opiekun. Jestem przekonana, że w swoim otoczeniu miał niejednego wychowanka, który dziś mocno odczuwa stratę, jaką poniósł, dowiadując się o śmierci tak bezcennego człowieka i kapłana, który swą posługę wypełniał najlepiej, jak potrafił, zarażając wiarą w Boga tych, którzy z mogli przebywać z Łukaszem i odczuwali z nim silną więź. Bóg powołał do siebie nie tylko dobrego człowieka, zabrakło wśród nas księdza z głębokim przesłaniem i wielką pasją, zostaliśmy pozbawieni starszego brata i opiekuna, który dał nam wielkie świadectwo życia.

– Łukasz był niezwykle dobrym człowiekiem, gotowym w każdej chwili na to, by – jeśli trzeba – pomóc w potrzebie – dzieli się Rafał Palacz, dziennikarz prasowy i telewizyjny. – Tą pomocą jednak nigdy się nie chwalił, wręcz przeciwnie, nie lubił nawet, kiedy się mu za nią dziękowało... Miałem to szczęście znać go od jego pierwszych chwil pracy w redakcji „Niedzieli”, a z racji wykonywanego zawodu także w kontaktach służbowych związanych z jego posługą jako duszpasterza i rzecznika prasowego Świdnickiej Kurii Biskupiej. Zawsze słowny, terminowy pomimo nawału zajęć, z jakimi nieraz musiał sobie radzić. Z przyjemnością wspominam też nasze liczne, już zupełnie nieformalne, na stopie przyjacielskiej, spotkania, przy jego ulubionej kawie espresso. Ogromnie żal, że już nie będzie mi dane spędzić z nim choć jeszcze jednej takiej chwili.

Współpracownicy… przyjaciele

– Księdza Łukasza poznałam parę lat temu, jeszcze jak pracowałam w drukarni u taty, a on przyjeżdżał w sprawach wydawniczych Kurii – wspomina p. Aneta z Agencji Barwa z Nowej Rudy. – Jednak na dobre zaprzyjaźniliśmy się dopiero, gdy cztery lata temu wraz z mężem (ówczesnym narzeczonym) otworzyliśmy naszą Agencję Reklamową, a ksiądz Łukasz zlecił nam naszą pierwszą pracę – wykonanie strony internetowej diecezji świdnickiej. Od tego czasu był nierozerwalną częścią naszego życia. Bywały tygodnie, w których niemalże codziennie przebywaliśmy razem podczas robienia wspólnych projektów czy po prostu spotkań przy kawie. Ksiądz Łukasz zawsze skrupulatny perfekcjonista dopracowywał każdy szczegół danego projektu, nigdy też nie zapominał o „swoich dzieciach”, które uczył w szkole, i zawsze wymyślał, co im przywieźć od nas, aby się cieszyły. Przez te lata stał się dla nas bardzo bliską osobą, która była z nami w najważniejszych chwilach naszego życia. Na zawsze pozostaniesz w naszych sercach i jestem pewna, że będziesz spoglądał na nas z góry ze swoją opieką i modlitwą.

Rodzina

Wśród kapłanów, których zapytaliśmy o ks. Łukasza, jest kuzyn zmarłego ks. Piotr Gołuch, student KUL-u. Na początku nie chciał się zgodzić. Miał wątpliwości, ponieważ ich dorosłe drogi i różne obowiązki sprawiły geograficzny dystans, jednak poproszony o garść wspomnień z lat, kiedy jeszcze byli chłopcami, zgodził się.

– Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, gdy usłyszałem tę propozycję, było, nie mogę tego zrobić – dzieli się ks. Piotr. – Wydało mi się kłamstwem pisać o człowieku, który fakt, jest, był moim kuzynem, ale z którym tak naprawdę od lat nie miałem okazji spokojnie porozmawiać. To samo powołanie kapłaństwo, ta sama diecezja świdnicka, ale zdecydowanie różne drogi i obowiązki. Później pomyślałem, że to przecież jest prawda o nim, taki był Łukasz i tak trzeba pisać. Zacząłem od obowiązków, zatem jako pierwsze podkreślę, że ksiądz Łukasz był pracowity i obowiązkowy, jak mało kto. To pewne. Nie stał się taki z chwilą święceń. Zawsze wytrwale brnął do celu, który sobie obrał. Zawsze też szukał właściwego celu i właściwej drogi. Była to z pewnością droga wiary. W tej drodze mogłem czasem uczestniczyć. Jeździł na rekolekcje powołaniowe. Nawet zabrał mnie kiedyś ze sobą na jedyne takie rekolekcje w moim życiu. Nie od razu przyniosły skutek, ale pamiętam, że nauczyłem się przy tej okazji posługiwania sieciowym rozkładem jazdy PKP, więc jednak czegoś mnie nauczył. Łukasz pokazał mi, że można pójść na cmentarz i odmówić Różaniec za zmarłych. Robię to do dzisiaj, a od dzisiaj myślę o tym jakoś inaczej. Później seminarium, święcenia Łukasza. Zdecydowanie wiedział, czym jest wiara, co oznacza słowo powołanie. Wiedział, a może raczej potrafił zachwycić tym innych. Nie jest to tylko moje świadectwo ale też obserwacja i wniosek z rozmów z ludźmi, których Łukasz spotkał. Nie myślę tylko o ludziach, których spotykał w parafiach, w których posługiwał. To wiele więcej. To na przykład trwająca do dziś pamięć o nim ludzi, których spotkał przed wielu laty w Mieroszowie, gdzie jeszcze jako kleryk odwiedzał naszego wujka – śp. ks. Władysława Stracha. Łukasz potrafił zauważyć ludzi, których spotykał. Potrafił poświęcić czas, miał cierpliwość. Nawet do licealisty, który w drodze ze szkoły do domu przeszkadzał mu w przygotowaniach do matury. I był wtedy, kiedy była potrzeba. To bardzo ważne, bo chociaż cały czas gdzieś pędził, nie zapominał. Pomagał. Czasem jednym słowem, czasem radością, którą wszyscy znają, ale zawsze.

Przyjaciele

– Śmierć ks. Łukasza Ziemskiego, związana z doświadczeniem ciężkiej choroby, stała się powodem głębokiej refleksji, szczególnie dlatego, że jeszcze nie tak dawno spotykaliśmy się i rozmawialiśmy o różnych planach dotyczących przyszłości – dzieli się ks. Przemysław Durkalec, przyjaciel i kolega kursowy. – Nie mieliśmy jednak świadomości, iż w tak krótkim czasie wszystko się zmieni. Poznaliśmy się z Łukaszem we wrześniu 1999 r., kiedy to po zdanej maturze, słysząc głos wezwania Chrystusowego, wstąpiliśmy do Wyższego Seminarium Duchownego w Legnicy. Już na pierwszym roku pośród licznego grona 34 alumnów udało się odkryć w Łukaszu człowieka rozważnego i godnego zaufania, dlatego została mu powierzona funkcja seniora roku. W czasie pobytu w seminarium dał się poznać jako człowiek bardzo odpowiedzialny, koleżeński i staranny w powierzonych zadaniach. W czasie piątego roku studiów, gdy została utworzona diecezja świdnicka, klerycy pochodzący z jej terenu, a studiujący w Legnicy, zostali przeniesieni czasowo do Wrocławia, a następnie do Świdnicy. Tam też Łukasz z pozostałymi trzema kolegami przyjął świecenia diakonatu i prezbiteratu. Pomimo podziału diecezji nasze przyjacielskie relacje nie ustały. Kiedy zostaliśmy wyświęceni i trafiliśmy do pierwszych parafii, spotykaliśmy się przy różnych okazjach i przez kilka lat we wspólnym gronie spędzaliśmy choć kilka dni na wakacyjnych rekolekcjach czy urlopie. Łukasz był inicjatorem wspólnych wyjazdów z młodzieżą parafialną na wakacje. Wraz z ks. Marcinem Urygą przez kilka lat w ponadstuosobowym gronie młodych ludzi wyjeżdżaliśmy nad morze. Ks. Łukasz bardzo przeżywał sytuacje, w których spotykał się z niezrozumieniem. Tym bardziej, kiedy został rzecznikiem prasowym starał się różne trudne sprawy doprowadzić do końca i znaleźć takie rozwiązanie, które usatysfakcjonuje zainteresowane osoby. Był bardzo pracowity, nawet w czasie urlopu, co nas niejednokrotnie nawet denerwowało, odpisywał na e-maile, pisał artykuły i załatwiał różne sprawy przez telefon. Każde zadanie, jakie zostało mu powierzone, a sporo ich było, starał się wykonać jak najlepiej. Przy całym swoim zaangażowaniu nie tracił poczucia humoru. Kiedy pojawiły się wyraźne oznaki choroby, nikt nie spodziewał się, że tak szybko doprowadzi ona do jego śmierci. On sam wciąż miał wielką nadzieję, że szybko uda się uporać z tymi przeciwnościami. Jednak okazało się inaczej. To doświadczenie choroby i śmierci, które najbardziej dotknęło jego najbliższych, daje nam na nowo naukę o konieczności wykorzystania każdej chwili na to, aby z miłością realizować swoje życiowe powołanie i cieszyć się każdą chwilą życia oraz nie tracić energii na niepotrzebne sytuacje. Choć dopiero wkroczyliśmy w 10. rok kapłaństwa, przychodzi nam pożegnać wyjątkowego kolegę i przyjaciela. Jest to wyjątkowo trudna lekcja, jaką przynosi nam życie. Jestem przekonany, że jak za życia można było liczyć na jego przyjacielską pomoc, tak również teraz, stając przed Panem Bogiem, będzie o nas pamiętał. Łukaszu, spoczywaj w pokoju.

Kapłani

– Ks. Łukasz Ziemski dał się poznać jako gorliwy duszpasterz, mający dobry kontakt z młodzieżą, a także jako dobry katecheta, bardzo lubiany i szanowany w szkole, której uczył – opowiada o zmarłym bp Adam Bałabuch. – Odszedł do wieczności kapłan, który wiernie szedł za Chrystusem, swoim Mistrzem, i z oddaniem służył świdnickiemu Kościołowi. Wyróżniała go ogromna pracowitość i gotowość do podejmowania zadań, o które był proszony. Zadania mu powierzone wykonywał sumiennie. Na ks. Łukasza można było zawsze liczyć. Odszedł, kiedy rozpoczęła się w naszej diecezji peregrynacja figury Matki Bożej Fatimskiej. Niech Najświętsza Maryja Panna wyjdzie na jego spotkanie w progach domu Ojca. Jesteśmy wdzięczni Panu Bogu za życie i kapłańską służbę śp. ks. Łukasza Ziemskiego.

– Każdego dnia Bóg na różny sposób przemawia do człowieka i świata. Są jednak dni i wydarzenia, poprzez które Bóg przemawia z całą mocą – mówi ks. Jarosław Lipniak. – Z pewnością dzień 26 października przejdzie do naszej historii jako szczególna mowa Boga poprzez śmierć ks. Łukasza. Dla każdego z nas wiadomość o jego śmierci była porażająca. Jego śmierć wywołuje szczególny ból i cierpienie, bo odszedł tak wcześnie. Odszedł od nas dobry człowiek. Odszedł człowiek, którego szanowaliśmy, którego pokochaliśmy, z którym zżyliśmy się, który był dobry i wiele dobra dokonał. Był człowiekiem nieprawdopodobnie zdolnym i ciekawym świata, życia. Świadczyły o tym jego zainteresowania i podróże, lektury, wiedza. Miałem łaskę wysłuchać ostatniej spowiedzi Łukasza, udzielić mu sakramentu chorych, odprawić wspólnie ostatnią w jego ziemskim życiu Mszę św. i udzielić ostatniej Komunii św. pod postacią Krwi Pańskiej. Nie zapomnę jak w czasie, jak się później okazało, ostatniej Mszy wyciągał, leżąc w łóżku, rękę, aby konsekrować chleb i wino w Ciało i Krew Pana. A potem powoli czynił znak krzyża po błogosławieństwie. Przed śmiercią na kartce napisał: „Czy Bóg się na mnie gniewa?”. Każdy z nas jest grzesznikiem, ale tylko niektórzy mają odwagę przyznać się do swoich słabości. Jako kapłani też mamy upadki, ale wierzymy w Boga, który jest Miłością i który pozwala nam nieustannie powstawać z upadków i usprawiedliwia nas z naszych grzechów. Bóg się na Łukasza nie gniewał, chciał go u siebie, pozwolił mu oczyścić się z tego, co było ludzką słabością i czystego powołał do siebie.

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy opiekowali się Łukaszem: Mamie, Bratu i Siostrze, p. Piotrowi Berganderowi, lekarzom z Poznania, Świdnicy i Nowej Rudy. Dziękuję za modlitwę tysięcy osób. Dziękuję za pomoc materialną naszym biskupom: Ignacemu i Adamowi, ks. Krzysztofowi Iwaniszynowi, przyjaciołom z wałbrzyskiej szkoły, gdzie uczył ks. Łukasz, a przede wszystkim wiernym z parafii w Witoszowie, którzy każdego miesiąca przeprowadzali zbiórki ofiar dla swojego kapłana.

Legitymacja prasowa

Parę lat temu kiedy ks. Łukasz wybierał się do redakcji w Częstochowie, poprosiłem go o podbicie mojej legitymacji prasowej. Oczywiście, zgodził się i solidnie sprawę załatwił. Ale był na tyle zajęty, że nie miał mi kiedy jej przekazać, a kiedy już się spotykaliśmy przy jakiś okazjach, to przy sobie jej nie miał. Dzisiaj, kiedy odszedł, w pewnym sensie z moją legitymacją prasową, myślę sobie, że moje dziennikarstwo jest w jego rękach. Kiedy przygotowywałem ten tekst, uświadomiłem sobie, jak mało go znałem. Współpracowaliśmy ze sobą, najwięcej w okresie pieszej pielgrzymki, on rzecznik Kurii, ja wtedy rzecznik pielgrzymki. Bardzo sprzyjał pieszej pielgrzymce, wspierał ją, opracowując informacje do KAI, dla dziennikarzy i do „Niedzieli”. Właśnie jeden z jego ostatnich tekstów dotyczył tegorocznej pielgrzymki. Zapadły mi z tego tekstu takie słowa ks. Łukasza: „Nikt nie jest w stanie wykorzenić z człowieka sfery ducha…”.

Tagi:
kapłan

Atak na księdza w Szczecinie - sąd przedłużył areszt

2019-09-26 13:41

Ordo Iuris/ lk / Szczecin (KAI)

Sąd Rejonowy Szczecin-Centrum postanowił o przedłużeniu aresztu dla oskarżonych o napaść na księdza w Szczecinie o trzy miesiące oraz przekazaniu sprawy do tamtejszego Sądu Okręgowego, gdyż jeden z zarzucanych czynów dotyczy przestępstwa motywowanego religią pokrzywdzonych. Księdza reprezentują prawnicy z Instytutu Ordo Iuris.

Kaspars Grinvalds/fotolia.com

Sprawa dotyczy napaści na ks. dr. Aleksandra Ziejewskiego, proboszcza i kustosza Bazyliki św. Jana Chrzciciela w Szczecinie. W lipcu został on zaatakowany w zakrystii świątyni przez trzech napastników. Podejrzanym postawiono zarzut kradzieży rozbójniczej, usiłowania oszustwa, naruszenia nietykalności cielesnej i miru domowego oraz dyskryminacji z powodu przynależności wyznaniowej.

Do zdarzenia doszło w zakrystii bazyliki na chwilę przed niedzielną Mszą św. Trzech mężczyzn domagało się wydania ornatów w celu rzekomego odprawienia Mszy i udzielenia ślubu, co mogło się wiązać z chęcią popełnienia przestępstwa obrazy uczuć religijnych. Ks. Ziejewski nie chciał wydać szat liturgicznych i zażądał, aby napastnicy opuścili pomieszczenie. Wówczas sprawcy zaatakowali duchownego oraz kościelnego i zakrystiankę, którzy byli również obecni w zakrystii.

W związku z odniesionymi obrażeniami, ks. Ziejewski oraz kościelny zostali przewiezieni do szpitala. W przypadku duchownego niezbędne okazało się założenie szwów na twarzy, gdyż sprawcy rozcięli mu policzek podczas zadania jednego z ciosów w twarz krzyżem od różańca.

Prokuratura Rejonowa Szczecin-Śródmieście skierowała akt oskarżenia przeciwko trzem napastnikom, zarzucając im kradzież rozbójniczą, usiłowanie oszustwa oraz naruszenia nietykalności cielesnej i miru domowego. Jeden z postawionych mężczyznom zarzutów dotyczy przestępstwa z art. 119 § 1 Kodeksu Karnego, czyli zastosowania przemocy lub groźby bezprawnej wobec pokrzywdzonych z powodu ich przynależności wyznaniowej.

Z uwagi na szczególne zabarwienie dotyczące motywów sprawcy, tego typu czyny są rozpatrywane w I instancji przez sądy okręgowe. W związku z tym prawnicy z Instytutu Ordo Iuris w imieniu ks. Ziejewskiego wystąpili o status oskarżyciela posiłkowego w postępowaniu oraz złożyli wniosek o skierowanie sprawy do sądu wyższego szczebla.

Sąd zgodził się na przekazanie sprawy do Sądu Okręgowego w Szczecinie z uwagi na kierowanie się przez napastników nienawiścią na tle religijnym. Uznał także za zasadne przedłużenie aresztu dla trójki oskarżonych o trzy miesiące. Za zarzucane mężczyznom czyny grozi kara nawet 10 lat pozbawienia wolności, a jednemu z oskarżonym nawet do 15 lat pozbawienia wolności, z uwagi na działanie w warunkach recydywy.

„Należy z niepokojem wskazać, że coraz częściej dochodzi w Polsce do przestępstw z nienawiści religijnej, w tym do aktów profanacji, takich jak znieważania przedmiotów czci religijnej i obrazy uczuć religijnych, czy nawet fizycznych napaści na duchownych. Z uwagi na to konieczne są zdecydowane działania i stanowczy opór wobec wszelkich przejawów nienawiści wobec grup wyznaniowych. Dlatego Instytut Ordo Iuris interweniuje we wszystkich tego typu spawach” - skomentował mec. Lew Lizak z Centrum Interwencji Procesowej Instytutu Ordo Iuris.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niedzielna Msza święta w sobotę

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 10/2004

Nie tak dawno w czasie lekcji jeden z licealistów zapytał mnie w intrygującej go sprawie. „Proszę księdza, Kościół uczy, że jeżeli z ważnych powodów nie możemy iść do kościoła w niedzielę (np. idziemy na zabawę karnawałową trwającą do białego rana, lub będziemy musieli w niedzielę pracować) to powinniśmy to uczynić w sobotę wieczorem.

Bożena Sztajner/Niedziela

Takie uczestnictwo nie będzie pociągało konsekwencji grzechu. Niestety, coraz częściej słyszę, iż niektórzy moi znajomi, dla wygody, by mieć niedzielę tylko dla siebie, idą w sobotę, a nie w niedzielę na Mszę św. Czy jest to postawa słuszna, prawidłowa? W Piśmie Świętym czytamy, jak to Pan Bóg polecił świętować siódmy dzień, a nie szósty. Wyznaczył niedzielę na świętowanie, a nie sobotę wieczorem. Czy więc regularne uczestniczenie w niedzielnej Mszy św. w sobotę wieczorem nie jest nadużyciem?”

Otóż tytułem wstępu przypomnę, iż obowiązek uczestniczenia we Mszy św. wiąże katolika w sumieniu. Dobrowolne zaniedbanie uczestniczenia we Mszy św. w niedzielę jest grzechem śmiertelnym i powoduje zerwanie kontaktu z Bogiem. Wracając do kwestii dnia, którego powinniśmy świętować, zgodnie z poleceniem Boga Izraelici zobowiązani byli do świętowania szabatu czyli siódmego dnia, dnia Bożego odpoczynku po dokonanym dziele stworzenia. Jednak po Zmartwychwstaniu Chrystusa, które miało miejsce w pierwszym dniu tygodnia (w niedzielę), rozpoczął się nowy etap w historii zbawienia. Etap ten jest czasem nowego stworzenia. I właśnie ten dzień nowego stworzenia, bo zostało ono zapoczątkowane Zmartwychwstaniem i umocnione zesłaniem Ducha Świętego też w niedzielę, obchodzimy jako najważniejsze święto każdego tygodnia. Świętujemy niedzielę, jako pierwszy dzień tygodnia. Wyraźnie słyszymy to w II Modlitwie Eucharystycznej, w której kapłan wypowiada słowa: „Dlatego stajemy przed Tobą i zjednoczeni z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia, w którym Jezus Chrystus Zmartwychwstał i zesłał na Apostołów Ducha Świętego”.

Kościół o sposobie spełnienia obowiązku uczestniczenia we Mszy św. wypowiada się w kanonie 1248 Kodeksu Prawa Kanonicznego w następujący sposób: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy św. czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego”. Jak widać, kanon ten nic nie mówi na temat przyczyn naszej decyzji co do dnia uczestniczenia we Mszy św. Termin, w którym udamy się na Mszę św. - w sobotę wieczorem (lub inny dzień poprzedzający święto) czy też w sam dzień świąteczny - zależy tylko od nas. Tak więc z formalnego punktu widzenia wszystko jest w porządku. Każdy jednak medal ma dwie strony. Stąd warto w tym miejscu przypomnieć, na czym polega zadanie świętowania. Otóż do istoty chrześcijańskiego świętowania należy uczestniczenie w liturgicznym spotkaniu, które wielbi Pana, rozważa Jego słowa i umacnia się wzajemnym świadectwem wiary. Kościół od samego początku prosił swoje dzieci, aby pilnowały niedzielnej Eucharystii. Już około 108 r. pisał św. Ignacy z Antiochii: „Niechaj nikt nie błądzi. Ten, kto nie jest wewnątrz sanktuarium, sam pozbawia się Chleba Bożego.

Jeśli modlitwa wspólna dwóch zwykłych ludzi ma moc tak wielką, o ileż potężniejsza jest modlitwa biskupa i całego Kościoła! Kto nie przychodzi na zgromadzenie, ten już popadł w pychę i sam siebie osądził” (List do Efezjan 5,2-3). A dwie strony dalej dodaje św. Ignacy następujący argument: „Gdy się bowiem często schodzicie, słabną siły szatana i zgubna moc jego kruszy się jednością waszej wiary” (13,1).

Stąd jeśli z czystego wygodnictwa pomijamy Mszę św. w sam dzień świąteczny, nasze świętowanie stałoby się niepełne. To jest podstawowa racja, dla której winniśmy dążyć do zachowania niedzielnej Mszy św. Warto zobaczyć dla jakich powodów ludzie najczęściej rezygnują w ogóle z Mszy św. w niedzielę, przychodząc na nią w sobotę wieczorem. Wygodne wylegiwanie się w łóżku, oglądanie telewizji, wycieczka, goście, widowisko sportowe - to są dla nich w niedzielny dzień ważniejsze rzeczy, aniżeli uczestniczenie we Mszy św. Oczywiście, - zauważmy - że w takim przypadku nie mówimy o grzechu (bo przecież można przyjść na Mszę św. w sobotę). Pojawia się natomiast coś, co można nazwać apelem do naszego serca, do naszego sumienia, by nie wybierać tego, co łatwiejsze, ale to, co stosowne, co buduje wiarę naszą i wiarę całej wspólnoty. W przeciwnym razie można pokusić się o stwierdzenie, że wybierając to, co łatwiejsze, czyli sobotnią Liturgię, jakby w sposób pośredni dajemy dowód, iż uczestnictwo w Ofierze Chrystusa jest dla nas jakimś ciężarem, obowiązkiem, a nie radosnym spotkaniem przy stole na wspólnej uczcie.

Kiedy przeżywamy okres Wielkiego Postu, czas nawracania się, pracy nad sobą, podejmowania dobrych postanowień celem przybliżenia się do Boga i pogłębienia swej wiary, miłości, może warto byłoby podjąć trud podjęcia decyzji o prawdziwym świętowaniu niedzieli w połączeniu z uczestnictwem właśnie tego dnia w Eucharystii. Może będzie mnie to kosztować godzinę mniej snu, ale to przecież wszystko ad maiorem Dei gloriam - na większą chawałę Boga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Człowiek dialogu

2019-10-21 05:02

Urszula Buglewicz

Abp Stanisław Budzik został laureatem Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Józefa Łobodowskiego.

Paweł Wysoki

Jak podkreślił przewodniczący jury ks. prof. Edward Walewander, uhonorowany został „człowiek o pałającym sercu, szukający zawsze prawdy, dobra i piękna”. - Dokonując wyboru, jury kierowało się kryterium wkładu w kulturę polską. Wzięło pod uwagę postawę kapłana i hierarchy Kościoła katolickiego, który prezentuje otwartość i gotowość do dialogu z drugim człowiekiem. Dowodem tego są m.in. często padające z ust Księdza Arcybiskupa słowa, że Kościół opowiada się zawsze za tym, by jednoczyć ludzi różnych narodów, kontynentów, języków czy przekonań - mówił Ksiądz Profesor. Uroczyste wręczenie nagrody za „twórcze inicjatywy podejmowane w dziedzinie naukowej oraz kościelnej w celu zbliżenia Kościoła w Polsce z chrześcijanami żyjącymi za naszą wschodnią granicą i z ludźmi dobrej woli” odbyło się 10 października w sali reprezentacyjnej Trybunału Koronnego w Lublinie.

Nagroda Łobodowskiego

Pomysłodawcami wręczonej po raz 5. nagrody są: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich oddział Lublin, Stowarzyszenie „Polska - Wschód” oddział w Lublinie, Fundacja „Willa Polonia”, Fundacja „Dla Pokoleń” i Muzeum Niepodległości w Warszawie. Patronem nagrody przyznawanej tłumaczom literatury krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz popularyzatorom idei pojednania między narodami jest Józef Łobodowski (1909-1988), polski poeta związany z Lublinem. Nagroda przyznawana jest w trzech kategoriach: dla pisarza z krajów wschodnich, którego książka ukazała się w przekładzie na język polski; dla tłumacza literatury polskiej za przekład książki współczesnego polskiego autora na jeden z języków Środkowej i Wschodniej Europy; dla popularyzatora idei ponadgranicznej współpracy na polu polityki, nauki, literatury i sztuki z krajów Środkowej i Wschodniej Europy. W tym roku wraz z abp. Stanisławem Budzikiem uhonorowani zostali: Łyczezar Seliaszki, bułgarski poeta i eseista, prof. Hryhorij Arkuszyn, ukraiński językoznawca i Serhij Efimenko, dyrektor artystyczny filharmonii w Łucku.

Filary życia

Podczas uroczystego spotkania laudację wygłosił ks. prof. Edward Walewander. Konstrukcję wypowiedzi oparł na czterech pryncypiach obecnych w bogatym życiu abp. Stanisława Budzika.

Pierwszym filarem jest „religio” - przywiązanie do spraw Bożych i do Kościoła. - Stanisław Budzik wzrastał w bardzo religijnej rodzinie wiejskiej, w której na co dzień żyło się Kościołem i jego nauką w powiązaniu z polską tradycją katolicką. Mówimy tu o duchowych korzeniach. Miejsce urodzenia, Łękawica koło Tarnowa, jest taką genealogią jego wiary i wszystkich tych, którzy z niej czerpali przynależność do Chrystusa przez Maryję - mówił Ksiądz Profesor. W laudacji przywołał myśli abp Budzika, który w różnych publikacjach podkreślał, że „naturalnym miejscem życia i posługi duszpasterza jest zawsze Kościół; Kościół jest dla ludzi kalendarzem życia, lampą na splątanych ścieżkach oraz jasnym drogowskazem wśród ciemności”.

Drugim filarem jest „patria”, o której kard. Stefan Wyszyński uczył, że druga po Bogu wartość to umiłowanie Ojczyzny i stron rodzinnych. - Laureat dorastał wśród ludzi, których trzeba było szanować i poważać, bo zasługiwali na to ze względu na swoją wiedzę, postawę moralną, codzienne zachowanie, bohaterską wojenną przeszłość. Wszyscy oni uczyli młodych i wychowywali do aktywności, wspierali w wyborach życiowych - mówił ks. Walewander, przywołując znamienite postaci z historii Łękawicy.

Opisując trzeci paradygmat - „scientia”, prelegent wskazał na czas nauki abp. Budzika w tarnowskim liceum, któremu patronuje Kazimierz Brodziński, a do którego uczęszczał m.in. Romana Brandstaetter; na czas formacji w seminarium i późniejsze zainteresowanie teologią, filozofią i literaturą, czego owocem były i są liczne wykłady i publikacje. Przywołał też zasługi laureata na płaszczyźnie porozumienia między Kościołem Katolickim z Cerkwią Prawosławną i cenny wkład w dialog Polski ze Wschodem. Metropolita Lubelski był i wciąż jest gorącym zwolennikiem międzynarodowej współpracy zarówno naukowej, jak też kulturalnej i gospodarczej.

Jako ostatni filar przywołana została „amicitia”, szczera przyjaźń, trwająca niezależnie od okoliczności i układów. - Laureat jest znany jako człowiek życzliwy i oddany ludziom. Zawsze można na niego liczyć; pielęgnuje przyjaźń. Ma dłonie otwarte dla potrzebujących wszelkiego wsparcia, zwłaszcza duchowego; jego serce od zawsze pała do prawdy, sprawiedliwości, krzewienia dobra w życiu codziennym - podkreślał ks. prof. Edward Walewander.

Otwarta brama

Odbierając nagrodę abp Stanisław Budzik przyznał, że jest poruszony międzynarodowym wyróżnieniem. Wraził radość, że otrzymuje ją w Lublinie - mieście, które jest miejscem spotkania kultur, bramą szeroko otwartą na Wschód. Podkreślił, że nagroda jest uznaniem tego, co robi archidiecezja lubelska w dialogu polsko-ukraińskim. - Wielu kapłanów naszej archidiecezji pracuje na Wschodzie, dokąd wciąż płynie pomoc. W Metropolitalnym Seminarium Duchownym od ponad 50 lat pod jednym dachem kształcą się nasi alumni i grekokatolicy z Ukrainy. Dzięki temu kapłani wychowują się w otwartości na inne wyznania, na sąsiedni kraj - przypomniał abp Budzik. Mówiąc o międzynarodowym i międzyreligijnym dialogu i spotkaniu, Metropolita przywołał też obecność chełmskiej ikony Matki Bożej, którą od wieków czczą prawosławni, grekokatolicy i katolicy. Kończąc wystąpienie, Ksiądz Arcybiskup zacytował „Balladę o Lublinie” Józefa Łobodowskiego, utwór wyrażający tęsknotę poety za ukochanym miastem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem