Reklama

„Miejsce nieba” koło Gorzowa

2014-11-06 07:51

Ks. Adrian Put
Edycja zielonogórsko-gorzowska 45/2014, str. 4-5

Ewoj/wikimedia.org
Krużganek klasztoru cysterskiego w Bierzwniku

Podążając po ziemiach naszej diecezji śladami cystersów, trafiłem na... centrum konferencyjno-szkoleniowe nawiązujące w swej nazwie do zakonników. Ma się ono znajdować na miejscu dawnego opactwa cysterskiego w Mironicach. Przyznaję – coś czytałem na temat tego miejsca, ale nie myślałem, że zostały po opactwie jakieś materialne ślady. Przez ponad 200 lat modlili się tu szarzy mnisi

Mironice leżą na terenie gminy Kłodawa, w bliskim sąsiedztwie Gorzowa. Przez ponad dwa stulecia było to najbliżej Gorzowa położone opactwo cysterskie. Jak się dowiedziałem później, nic z zabudowań klasztornych nie przetrwało do naszych czasów poza reliktami ukrytymi w ziemi. Prowadzone badania archeologiczne pozwoliły ustalić położenie niektórych budynków.

Ale od początku

Opactwo w Mironicach, podobnie jak leżące za Dobiegniewem opactwo w Bierzwniku, zostało założone na ziemiach książąt wielkopolskich zajętych w połowie XIII wieku przez margrabiów brandenburskich z dynastii askańskiej. Klasztor w Mironicach ufundował margrabia brandenburski Albrecht III, żyjący w latach ok. 1250 – 1300. Był synem Ottona III Pobożnego oraz Bożeny, córki Wacława I, króla Czech. Odznaczał się szczególną pobożnością. Więzy rodzinne łączyły go z księciem szczecińskim Ottonem I, który był wielkim dobroczyńcą klasztoru w Kołbaczu. Gdy w 1298 r. Albrecht III ufundował kolegiatę pw. Świętych Piotra i Pawła w Myśliborzu, nadał jej rozległe ziemie pomiędzy Gorzowem a Barlinkiem. Tam właśnie dobra kolegiackie stykały się z ziemiami utworzonego później klasztoru w Mironicach.

Początki mironickiego klasztoru sięgają 22 maja 1300 r. Tego dnia Albrecht III, przebywając w Kłodawie, nadał opatowi Dytmarowi z Kołbacza wieś Kłodawę oraz dwór Creuesdorp celem założenia nowego opactwa pod nazwą „Miejsce Nieba”.

Reklama

W przywileju fundacyjnym Albrecht nadawał jeszcze inne dobra. Były to wioski: Santocko, Chwalęcice, Małyszyn, Chróścik, Racław, Wysoka, Lubno, Tarnów, Baczyna, Stanowice, Witnica, Pyrzany, Jenin, Łupowo oraz liczne jeziora. Te nadania nie są jednak do końca pewne. Znawcy dziejów tych ziem do dziś zastanawiają się zarówno nad wielkością tego przywileju, jak i nad jego rzeczywistym zaistnieniem. Sam Albrecht zmarł kilka miesięcy po wystawieniu przywileju, a jego następca nie uczynił zbyt wiele, by zapisy fundacyjne przekłuć na fakty. Wiele z tych wiosek i jezior dzierżawili w późniejszym okresie nowomarchijscy rycerze. Wiemy, że samo opactwo co najmniej do 1311 r. nie powstało, choć sami mnisi przebywali na terenie Mironic we dworze. Tworzenie opactwa także zostało przerwane przez najazd polski z 1326 r. Istniejące wówczas budynki zostały zniszczone. Gdy cesarz Karol IV Luksemburg w 1355 r. potwierdzał w Pradze dobra nadane cystersom z Kołbacza, to klasztor nadal nie był wymurowany. Zaś z wiadomości z 1368 r. wiemy, że klasztor był w budowie. Dziś przyjmuje się powszechnie, że klasztor w Mironicach powstał ok. 1370 r.

Z krótkich dziejów

Gdy już opactwo otrzymało solidne fundamenty w postaci budynków klasztornych, przystąpiono do intensywnego zagospodarowywania lasów i bagien. Cystersi z Mironic otrzymywali także dalsze nadania w postaci bagien i nieużytków.

Sam konwent musiał dużo ucierpieć podczas licznych rozbojów, jakie przeżywała Nowa Marchia pod rządami Luksemburgów (1373 – 1402). Cystersi z Mironic zwrócili się o pomoc do papieża Bonifacego IX, a ten polecił zająć się sprawą prepozytowi kolegiaty mariackiej w Szczecinie.

W latach 1402-54 władanie Nową Marchią przejęli zakonnicy-rycerze z Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego, czyli… Krzyżacy. Początkowo nie było większych problemów pomiędzy cystersami z Mironic a Krzyżakami, którzy władali państwem. Klasztor ucierpiał zrazu od najazdu wojsk wielkopolskich oraz husyckich w 1433 r. Wiemy, że wioski należące do cystersów zostały splądrowane.

Ostatnie lata panowania krzyżackiego w Nowej Marchii przyniosły pogorszenie relacji cystersów z Mironic z władcami państwa. Choć nie znamy do końca natury tych wydarzeń, wiemy, że był rozważany pomysł likwidacji opactwa i przeniesienia go do Prus. Sam pomysł nie był nowy, gdyż już po bitwie pod Grunwaldem rozważano możliwość przeniesienia opactwa mironickiego do Królewca.

Gdy w 1454 r. Nowa Marchia przeszła pod panowanie elektorów brandenburskich, klasztor zaczął chylić się ku upadkowi. Opat mironicki nie odgrywał większej roli w życiu kraju. Więcej do powiedzenia w sprawach duchowieństwa nad Dolną Wartą i Notecią mieli prepozyt z Myśliborza oraz opat z Bierzwnika.

Sam klasztor dodatkowo ucierpiał jeszcze w 1470 r., gdy Pomorzanie splądrowali go podczas walk elektorów o sukcesję po ostatnim księciu szczecińskim.

W 1515 r. klasztor mironicki został zwizytowany przez opata z Kołbacza Walentyna. Ten stwierdził w klasztorze upadek życia zakonnego. Kurczyły się także dobra klasztorne, podkopując fundamenty ekonomiczne istnienia opactwa.

Gdy na teren Nowej Marchii dotarł luteranizm, klasztor mironicki nie reprezentował zbyt gorliwego życia zakonnego. Zmianom w kraju zaczął sprzyjać margrabia Jan Kostrzyński, który w 1539 r. przystąpił do reformowania Kościoła według zaleceń Marcina Lutra. Ostatni opat z Mironic Jan Kune 26 czerwca 1539 r. przekazał margrabiemu dobra klasztorne. Kune otrzymał za to odszkodowanie i urząd proboszcza luterańskiego w Baczynie z siedzibą w Chróściku. Nie wiadomo nic o mnichach. Zapewne rozproszyli się przy okazji tych zmian.

Jak ten klasztor wyglądał?

Nie znamy wyglądu zabudowań klasztornych. Być może tylko piwnica pod ziemnym nasypem pochodzi z czasów cysterskich, choć bardziej prawdopodobne jest to, że wzniesiono ją już w czasach po kasacji klasztoru. Ostatnia pamiątka po opactwie zniknęła w latach 60. XX wieku. Była to jedna ze ścian kościoła, która w połowie ubiegłego stulecia przestała istnieć. Bardzo niewiele możemy powiedzieć o prowadzonej przez cystersów działalności. Wraz z nadejściem reformacji doszło do kasacji klasztoru w 1539 r.

Z dóbr cysterskich utworzył margrabia Jan państwową domenę, którą w 1575 r. przekształcono w starostwo. Zabudowania klasztorne zamieniono na siedzibę zarządcy. W późniejszym okresie powstał tu także zameczek myśliwski elektorów brandenburskich. Samego wyglądu klasztoru jednak nie znamy. Od czasu kasacji opactwa kościół został zamieniony w budynek gospodarczy i tylko w prezbiterium sprawowano kult.

Z późniejszych sztychów dowiadujemy się jedynie, jak wyglądały budynki z czasów, gdy były one już siedzibą folwarku władcy. Wielki pożar z 1872 r. zniszczył budynki. W jego następstwie ruiny kościoła i klasztoru rozebrano.

Muzeum Lubuskie im. Jana Dekerta w Gorzowie w latach 1999 – 2010 prowadziło badania wykopaliskowe, podczas których szukano pozostałości pochodzącego z drugiej połowy XIV wieku kościoła klasztornego. Odkrywane pozostałości powiedziały wiele o dziejach mironickiej świątyni. Nadal brakuje jednak wielu istotnych informacji.

Mironickie opactwo cystersów nie istniało zatem długo. Nie pozostały po nich imponujące zabytki. Jak wiele klasztorów na naszych ziemiach, również cystersi musieli zmierzyć się z nowymi prądami religijnymi Marcina Lutra. Połączenie nowej nauki z chęcią wzmocnienia władzy przez margrabiego Jana z Kostrzyna wyznaczyło kres działalności mnichów. Zostało po nich dobro duchowe. Liczne Msze św., śpiewane modlitwy i praca, którą wykonali dla utwierdzenia wiary na tych ziemiach. Zostało coś jeszcze. Wiele obszarów, które kiedyś w okolicach Gorzowa były bagnami i nieużytkami, zamienili na żyzne pola i łąki. Tyle po nich pozostało. No i miejsce po dawnym klasztorze. Takie niewielkie miejsce pod Gorzowem, gdzie Niebo miało swoje miejsce.

Tagi:
zakon zabytki

Drugie życie starych obiektów

2019-04-30 09:16

Anna Skopińska
Edycja łódzka 18/2019, str. 4-5

– Mody się zmieniają, ale trzeba zadbać, by zachować pewną ciągłość historii i jeśli są rzeczy, które można ocalić, to nie należy ich wyrzucać ani niszczyć – mówi Joanna Zajączkowska-Kłoda, łódzka konserwator zabytków, która w swojej pracowni przywraca starym przedmiotom życie, zachowując to, co w nich najcenniejsze – duszę

Marian Zubrzycki
W pracowni

Obrazy, ramy, rzeźby, elementy wystroju powracają do stanu pierwotnego i dalej mogą cieszyć oczy. Jednak, jak tłumaczy, choć wokół jeszcze dużo rzeczy pozostało nieodkrytych, choćby w starych kościołach, gdzie często pod warstwami farb kryją się bezcenne polichromie, to – gdy nie ma środków ani wizji – najlepiej „zostawić to na lepsze czasy”. Bo to, co pod spodem – przetrwało, bo jest przykryte, a to, co na wierzchu – wbrew pozorom dobrze chroni.

I opowiada niesamowite historie z prac konserwatorskich w Tarnowie Pałuckim i Krotoszynie, gdzie restaurowane są drewniane świątynie. Pokazuje też obrazy, jakie trafiły do jej pracowni – to dzieła artystów ludowych przedstawiające Matkę Bożą i świętych. Niektóre zniszczone, inne w dobrym stanie. – Odzyskanie wielu rzeczy wymaga czasu, ale jest możliwe – podkreśla. Tak, jak barokowy obraz św. Mateusza zakupiony przez jednego z kolekcjonerów w Czechach, gdzie sztuka sakralna nie cieszy się zainteresowaniem. Był podarty, zniszczony. Po renowacji jest piękny. Jednak żaden kościół, żadna parafia go nie chce...

Nie zatracić duszy

Joanna Zajączkowska-Kłoda, pokazując restaurowane dzieła, opowiada też o pracy konserwatora, o trudnych decyzjach czy nawet błędach, jakie się zdarzają. – Największym problemem w konserwacji jest to, że wiele obiektów po renowacji zatraca duszę – mówi. Dlatego tak potrzebne, by prace zawsze nadzorował ktoś, kto włoży w nie swoją osobowość. I kto będzie mieć czas, by obiekt poznać.

Zwraca też uwagę na zachowanie ludzi, których świadomość opiera się o wartość finansową danego obiektu. – Zawsze tłumaczę, że są rzeczy, które wartości materialnej nie mają, ale mają za to wartość sentymentalną czy historyczną – podkreśla. Podaje też przykłady zastępowania dobrych rzeczy pozornie lepszymi. – W kościołach często montowane są ogrzewania podłogowe, więc zrywa się podłogę, robi prace, a na wierzchu przykrywa wszystko granitem sprowadzonym z Chin. To obce naszej kulturze, bo w Polsce stosowano piaskowce i wapienie – tłumaczy konserwator. – Oczywiście, lepiej myje się granit, ale nie można tracić czegoś bezpowrotnie – dodaje.

Szacunek to kultura

Podaje też inne przykłady niszczenia istotnych z punktu widzenia historii obiektów – pewnie nieświadomego, ale realnego. Tyle, że jeśli coś podlega ochronie, bo jest zabytkiem, to na wszelkie prace musi wyrazić zgodę konserwator. – Jest za mało osób, które nadzorują ochronę zabytków, w wielu wypadkach pracownicy urzędów konserwatorskich nie mają fizycznie czasu przejrzeć dobrze wniosku – mówi. Dlatego apeluje o wrażliwość do zwykłych ludzi. I pokazuje ramy uratowane z małej prowincjonalnej kaplicy, które leżały porąbane na kawałki i przygotowane do spalenia w piecu. – Tu zostały posklejane, uzupełnione – są już uratowane i czekają na pozłocenie. To skrzydła boczne jakiegoś ołtarza.

Wskazuje też przykład kaplicy Scheiblera z ewangelickiego cmentarza na Ogrodowej w Łodzi. – Ponieważ tu dorastałam – na moich oczach została rozwalona: cały wystrój wnętrza, ludzie wchodzili i wybijali witraże, dewastowali. To świadczy o kulturze narodu – podkreśla. Dlatego kolejny raz powtarza: – Ratujmy, nie wyrzucajmy.

Serce się kraje

I zaznacza, jak aktualne jest to w przypadku kościołów. – Widziałam, jak były rozbierane organy, a piszczałki cynowe wyrzucano przez okno i pod murem kościoła leżał cały zwal piszczałek, albo stalle, które nie mieściły się na auto, zostały przecięte piłą... – opowiada i mówi, jak na taki widok kraje się serce. Nie tylko konserwatora, ale chyba każdego, kto ma w sobie jakąś historyczną czy emocjonalną wrażliwość. Podaje przykład kościoła, w którym pod koniec lat siedemdziesiątych całkowicie zamalowano wnętrze i to w bardzo dobry sposób – dobry technicznie. – A pod spodem, w kaplicach bocznych, zostały zamalowane bardzo dobre iluzjonistyczne ołtarze, dzieło ucznia Franciszka Smuglewicza, teraz trzeba napisać projekt, zdobyć pieniądze na to, by to odzyskać – mówi. – To cały absurd, że są podejmowane decyzje, nawet działania, by pomalować kościół – pytanie tylko: po co, dlaczego? Bo nawet jeśli te iluzjonistyczne ołtarze nie całkiem są wspaniałe, to wystarczyło ich nie ruszać – podkreśla.

Przypomina też historię z Tarnowa Pałuckiego. – W dokumentach znaleziono ślad prośby o jego rozbiórkę i wybudowanie z jego pozostałości kaplicy na miejscowym cmentarzu. Ale nie było na to pieniędzy, więc ludzie nie rozebrali kościoła i on dzięki temu nadal stoi. W środku jest instrument, na który prawdopodobnie swoje utwory komponował Adam z Wągrowca. Wszystko wskazuje na to, że instrument ocalał do dzisiaj, bo nikt nie miał pieniędzy, by zmienić go na coś fantastycznego i lepszego. Teraz jest to ewenement na skalę europejską – dodaje Joanna Zajączkowska-Kłoda.

Jej apel o szanowanie tego, co należy do przeszłości, dotyczy wszystkich. – Przy konserwacji trzeba starać się zachować maksimum oryginału. W większości wypadków, gdy ktoś mówi, że jakaś tam belka jest uszkodzona i trzeba ją wymienić, jest tak, że można nie wymieniać tylko ją uzupełnić, podratować, a nie od razu wyrzucać – zapewnia. Bo – według niej – poczucie estetyki przysłowiowego pana Janka czy Zdzisia niekoniecznie odpowiada prawdzie. Przypomina też, że należy mieć świadomość, że są rzeczy, które muszą kosztować. – Jeśli coś jest złocone, to powinno być złocone, a nie zastępowane materiałem z marketu. Po prostu niektóre rzeczy trzeba robić po Bożemu – mówi.

Niczym lekarz

Wskazuje też na piękno zawodu konserwatora. – Jesteśmy niczym lekarze, choć nasi pacjenci nie krzyczą i mam nadzieję, że nic ich nie boli, ale mają duszę i to niezwykłą – stwierdza.

Joanna Zajączkowska-Kłoda namalowała m.in. obraz Matki Bożej Ostrobramskiej do łódzkiego kościoła Miłosierdzia Bożego na Teofilowie. To bliski oryginału wizerunek. Artystka posłużyła się obrazem z kościoła na Rudzie, który powstał w 1927 r. Jej replika zyskała sukienkę wykonaną przez znanego rzeźbiarza jubilera Mariusza Drapikowskiego.

Oprócz projektów na terenie całej Polski w łódzkiej pracowni restauruje też sztukę współczesną. Nigdy nie odmawia osobom proszącym o renowację, bo uważa, że wszystko można uratować i dać przedmiotom drugie życie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież w Camerino: dla Boga jesteśmy cenni

2019-06-16 13:14

tł. st (KAI) / Camerino

Jesteśmy mali pod niebem i bezsilni, gdy ziemia się trzęsie, ale dla Boga jesteśmy bardziej cenni niż jakakolwiek rzecz - mówił papież Franciszek w homilii podczas Mszy św., jaką odprawił w Camerino.

Grzegorz Gałązka

Publikujemy polskie tłumaczenie papieskiej homilii:

„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?” Modliliśmy się w psalmie (8, 5). Myśląc o was, przyszły mi na myśl te słowa. W obliczu tego, co widzieliście i znieśliście, w obliczu zawalonych domów i budynków, które stały się ruinami, pojawia się pytanie: czy jest człowiek? Czym jest, jeśli to, co wznosi może upaść w mgnieniu oka? Czym jest, jeśli jego nadzieja może obrócić się w proch? Czym jest człowiek? Odpowiedź zdaje się wynikać z dalszego ciągu zdania: czym jest człowiek, że o nim pamiętasz? Bóg pamięta o nas, takimi jakimi jesteśmy, z naszymi słabościami. W niepewności, którą odczuwamy na zewnątrz i w naszym wnętrzu, Pan daje nam pewność: o nas pamięta. O nas pamięta, to znaczy powraca do nas swym sercem, ponieważ zależy Mu na nas. I chociaż tutaj na niskościach w pośpiechu zapominamy o zbyt wielu rzeczach, to Bóg o nas nie zapomina. Nikt w Jego oczach nie jest godny pogardy, dla Niego każdy ma nieskończoną wartość: jesteśmy mali pod niebem i bezsilni, gdy ziemia się trzęsie, ale dla Boga jesteśmy bardziej cenni niż jakakolwiek rzecz.

„Pamiętam” to słowo kluczowe dla życia. Prosimy o łaskę pamiętania, że nie jesteśmy zapomniani przez Boga, że jesteśmy Jego umiłowanymi dziećmi, wyjątkowymi i niezastępowalnymi. Pamięć o tym daje nam siłę, by nie poddawać się w obliczu przeciwności życia. Pamiętamy, ile jesteśmy warci w obliczu pokusy zasmucenia i nieustannego grzebania się w tym gorszym, które zdaje się nigdy nie kończyć. Złe wspomnienia przychodzą, nawet jeśli o nich nie myślimy; ale się nie opłacają: pozostawiają jedynie melancholię i tęsknotę. Ale jakże trudno uwolnić się od złych wspomnień! Nadal prawdziwe jest to powiedzenie, według którego łatwiej było Bogu wyprowadzić Izraela z Egiptu niż Egipt z serca Izraela.

Aby uwolnić serce z przeszłości, która powraca, z negatywnych wspomnień, które nas zniewalają, z żalu, który paraliżuje, potrzebny jest ktoś, kto pomoże nam dźwigać ciężary, jakie mamy w naszym wnętrzu. Dzisiaj Jezus mówi, że nie jesteśmy „zdolni znieść wiele rzeczy” (por. J 16, 12). A co czyni w obliczu naszej słabości? Nie usuwa nam ciężarów, jak tego chcielibyśmy, poszukując stale rozwiązań szybkich i powierzchownych; nie, Pan daje nam Ducha Świętego. Jego potrzebujemy, ponieważ jest On Pocieszycielem, Tym, który nie zostawia nas samymi pod ciężarem życia. To On przemienia naszą zniewoloną pamięć w pamięć swobodną, rany przeszłości w pamięć o zbawieniu. Dokonuje w nas tego, co uczynił dla Jezusa: Jego rany, okrutne rany wyrzeźbione przez zło, mocą Ducha Świętego stały się kanałami miłosierdzia, świetlistymi ranami, w których jaśnieje miłość Boga, miłość, która podnosi, która wskrzesza. To właśnie czyni Duch Święty, gdy Go zapraszamy do naszych ran. Namaszcza okrutne wspomnienia balsamem nadziei, ponieważ Duch Święty odbudowuje nadzieję.

Nadzieję. O jaką nadzieję chodzi? Nie jest to przelotna nadzieja. Ziemskie nadzieje są ulotne, zawsze mają datę ważności: są zbudowane z ziemskich składników, które prędzej czy później się zepsują. Nadzieja Ducha Świętego jest nadzieją długoterminową. Nie traci ważności, ponieważ opiera się na wierności Boga. Nadzieja Ducha Świętego nie jest też optymizmem. Rodzi się głębiej, rozpala w głębi serca pewność bycia cennymi, bo jesteśmy miłowanymi. Tchnie pewność, że nie jesteśmy sami. Jest to nadzieja, która pozostawia w głębi pokój i radość, niezależnie od tego, co dzieje się na zewnątrz. Jest to nadzieja, która ma silne korzenie, której nie może wyrwać żadna burza życiowa. Jest to nadzieja, jak mówi dzisiaj św. Paweł, która „zawieść nie może” (Rz 5, 5), która daje siłę do pokonywania wszelkich udręk (por. ww. 2-3). Kiedy jesteśmy pognębieni lub poranieni, jesteśmy skłonni do „budowania gniazdka” wokół naszego smutku i naszych lęków. Natomiast Duch Święty uwalnia nas od naszych gniazd, sprawia, że rozwijamy skrzydła, ukazuje nam cudowne przeznaczenie, dla którego się narodziliśmy. Duch Święty karmi nas żywą nadzieją. Zaprośmy Go. Prośmy Go, aby w nas wszedł, a stanie się dla nas bliskim.

Bliskość to trzecie i ostatnie słowo, którym chciałbym się z wami podzielić. Dzisiaj obchodzimy uroczystość Świętej Trójcy. Trójca Święta nie jest zagadką teologiczną, lecz wspaniałą tajemnicą bliskości Boga. Trójca mówi nam, że nie mamy Boga samotnego w niebie, odległego i obojętnego; nie, On jest Ojcem, który dał nam swego Syna, który stał się człowiekiem takim jak my, i który, aby być jeszcze bliższym nas, aby nam pomóc dźwigać brzemiona życia, posyła nam swojego Ducha Świętego. On, który jest Duchem, przychodzi do naszego ducha i w ten sposób pociesza nas od wewnątrz, wnosi w głębię nas samych czułość Boga. Z Bogiem brzemiona życia nie pozostają na naszych barkach: Duch, którego przyzywamy za każdym razem, gdy czynimy znak krzyża, kiedy dotykamy naszych ramion, przychodzi, aby dać nam siłę, aby dodać nam otuchy, abyśmy unieśli ciężary. Istotnie jest specjalistą od wskrzeszania, podnoszenia, przebudowy. Potrzeba więcej siły, aby naprawić, niż zbudować, by zacząć na nowo, niż aby rozpocząć, aby się pojednać, niż aby zgodnie iść. To jest siła, którą daje nam Bóg. Dlatego ten, kto zbliża się do Boga, nie upada, idzie dalej: zaczyna od nowa, próbuje ponownie, odbudowuje.

Drodzy bracia i siostry, przybyłem dzisiaj, aby być blisko was. Jestem tu, aby modlić się z wami do Boga, który o nas pamięta, żeby nikt nie zapominał o tych, którzy przeżywają trudności. Modlę się do Boga nadziei, aby to, co jest niestabilne na ziemi, nie zachwiało pewności, jaką mamy w sobie. Modlę się do Boga bliskiego, aby wzbudził konkretne gesty solidarności. Minęły niemal trzy lata i istnieje ryzyko, że po pierwszym emocjonalnym i medialnym zaangażowaniu uwaga się zmniejszy, a obietnice pójdą w zapomnienie, powiększając frustrację tych, którzy widzą, że obszar ten staje się coraz bardziej wyludniony. Pan Bóg pobudza natomiast do pamiętania, naprawiania, odbudowywania i czynienia tego razem, nie zapominając nigdy o tych, którzy cierpią.

Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz? Bóg, który o nas pamięta, Bóg, który uzdrawia nasze zranione wspomnienia, namaszczając je nadzieją, Bóg, który jest blisko nas, aby nas podnieść wewnętrznie, niech nam pomoże być budowniczymi dobra, pocieszycielami serc. Każdy może uczynić trochę dobra, nie czekając aż inni rozpoczną. Każdy może kogoś pocieszyć, nie czekając, aż jego problemy zostaną rozwiązane. Czym jest człowiek? Jest on Twoim wspaniałym marzeniem, Panie, o którym zawsze pamiętasz. Spraw, abyśmy również pamiętali, aby być dla świata, żeby dawać nadzieję i bliskość, ponieważ jesteśmy twoimi dziećmi, „Boże wszelkiej pociechy” (2 Kor 1, 3).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

CIDSE apeluje o neutralność klimatyczną przed 2050 rokiem

2019-06-16 20:10

ts / Bruksela (KAI)

Sekretarz generalna Katolickiego Stowarzyszenia Międzynarodowej Współpracy dla Rozwoju i Solidarności (CIDSE) Josianne Gauthier zaapelowała o neutralność klimatyczną przed 2050 rokiem. W dniach 20 i 21 czerwca w Brukseli odbędzie się konferencja unijnych szefów państw i rządów przed planowanym na 23 września szczytem w sprawie zmian klimatycznych.

pixabay.com

Ludzie w Europie i Ameryce Północnej jeszcze nie odczuwają w swoim życiu codziennym, jak pilnym problemem jest kryzys klimatyczny, powiedziała Kanadyjka w rozmowie z niemiecką agencja katolicką KNA 16 czerwca w Brukseli. Ale – dodała – jeśli ktoś żyje w regionie Pacyfiku, w Ameryce Południowej czy Afryce, odczuwa to każdego dnia.

Pod pojęciem „neutralności klimatycznej” należy rozumieć taką formę działania człowieka na Ziemi, która nie powoduje żadnej emisji „netto” gazów cieplarnianych: chodzi o ograniczenie emisji i wyrównanie jej poziomu z poziomem pochłaniania (dotyczy to przede wszystkim CO2) oraz stosowanie (głównie w przemyśle) różnorodnych mechanizmów kompensujących emisję gazów cieplarnianych, takich jak limity emisji i różnorodne formy handlu nimi.

Sekretarz generalna CIDSE uważa, że „musimy odejść od modelu wzrostu gospodarczego, gdyż dokładnie wiemy, że ten model prowadzi nas do ściany”. Celem natomiast powinien być powolny i systematyczny wzrost. Jednocześnie zwróciła uwagę, że środki podejmowane przeciwko zmianom klimatycznym nie mogą naruszać praw człowieka, nie mogą też tworzyć nierówności społecznych: „Jeśli na przykład chcemy wspierać energie alternatywne, to dla budowy elektrowni wiatrowych nie możemy wykorzystywać surowców spornych”.

Jako organizacja katolicka CIDSE wprowadza do rozmów na ten temat kwestie moralne i podkreśla aspekt sprawiedliwości. Gauthier wyjaśniała, że „chodzi tu o niesprawiedliwości gospodarcze, historyczne i geograficzne, a także niesprawiedliwości międzypokoleniowe oraz między mężczyznami i kobietami”.

CIDSE jest związkiem 18 katolickich organizacji na rzecz rozwoju z Ameryki Północnej i Europy, działających w 120 krajach świata. Przed zaplanowanym na 23 września szczytem klimatycznym, w dniach 20 i 21 czerwca szefowie państw i rządów będą rozmawiali o roli Unii Europejskiej w walce ze zmianami klimatycznymi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem