Reklama

Kasowanie rolnictwa

2015-02-17 13:55

Z Jerzym Chróścikowskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 8/2015, str. 36-37

Dominik Różański
Jerzy Chróścikowski

O niepewnej przyszłości polskiej ziemi i niszczeniu rodzinnych gospodarstw z Jerzym Chróścikowskim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Rolnicy w Polsce są grupą społeczną chyba wciąż niezadowoloną. Ostatnio wyjątkowo ostro dają temu wyraz, od początku roku protestują wszystkie opozycyjne organizacje i związki rolnicze. Dlaczego właśnie teraz?

JERZY CHRÓŚCIKOWSKI: – Zmusza nas do tego – proszę wierzyć – widmo biedy, znaczące pogorszenie się sytuacji gospodarstw rolnych w 2014 r. Nagromadziło się już zbyt wiele niezałatwionych spraw, niespełnionych obietnic. Mijają dwa lata od podpisanych w roku 2013 porozumień z rządem – po ówczesnych protestach dotyczących sprzedaży ziemi – i niestety do dziś nie mamy ustawowej regulacji obrotu ziemią. Nasz związek nieustannie domaga się tego, a rząd milczy.

– Prawdę mówiąc, Panie Przewodniczący, reszta społeczeństwa trochę się tym obecnym protestom rolników dziwi, ponieważ panuje opinia, że rolnikom od czasu wstąpienia Polski do Unii wiedzie się nie najgorzej. Naprawdę można mówić dziś o biedzie na polskiej wsi?

– Tak, dlatego, że wiele gospodarstw rolnych znalazło się dziś w bardzo trudnej sytuacji, a przyszłość polskiego rolnictwa rysuje się bardzo niejasno. Proszę pamiętać, że polscy rolnicy otrzymują niższe dopłaty niż rolnicy z Niemiec, Francji, Danii i innych państw starej piętnastki. W większości rolnicy zaciągają kredyty na nowe traktory, sprzęt rolniczy, zakup ziemi czy inne inwestycje. Te kredyty muszą spłacać, co przy tak nieustabilizowanej sytuacji w rolnictwie jest bardzo trudne. Dodatkowo ceny środków ochrony roślin, nawozów stale rosną, a ceny produktów rolnych są na tym samym poziomie od kilku lat.

– Minister rolnictwa zapewnia, że polskie rolnictwo jest w stanie kwitnącym, gotowe niemal wyżywić całą Europę...

– Minister wiele mówi, lecz nie rozwiązuje nabrzmiałych problemów. Gdy wiosną ubiegłego roku wystąpiła plaga afrykańskiego pomoru świń, hodowcy trzody ponieśli ogromne straty; spadające ceny wieprzowiny powodują teraz bankructwa wyspecjalizowanych gospodarstw. Dziś produkcja polskiej wieprzowiny jest już o prawie połowę mniejsza niż w roku 2007. Nie eksportujemy już więc, lecz importujemy mięso wieprzowe z Europy Zachodniej. Doszło już do tego, że zagraniczne koncerny, którym w Polsce wiedzie się znakomicie, sprowadzają warchlaki np. z Danii...

– To brzmi kabaretowo!

– Sprawa jest naprawdę poważna. Brak odpowiednich działań zaradczych ze strony rządu powoduje, że polscy rolnicy likwidują produkcję tuczników, zostawiając pole do jej rozwoju innym krajom; w ubiegłym roku wyraźny wzrost odnotowały Niemcy. Jeśli ten nasz liberalny rząd będzie nadal prowadził tę swoją „europejską” politykę, to staniemy się wyłącznie konsumentami śmieciowej żywności z całego świata. Nasze rolnictwo wymaga systemowych rozwiązań. Mamy dobrą, zdrową żywność. Jesteśmy w stanie konkurować na rynku europejskim, ale polski rząd musi pomóc rolnikom, musi bronić naszych interesów, naszej produkcji na forum Parlamentu Europejskiego, tak jak to robią rządy innych krajów członkowskich.

– Polscy rolnicy dostają tzw. dopłaty z Unii Europejskiej, dostają też rekompensaty z tytułu utraconej produkcji i mimo to wpadają w długi, ubożeją?

– No właśnie, ciągle powtarzamy, że rolnicy mają ogromne długi. Rzeczywiście, jeszcze jakoś udaje im się wiązać koniec z końcem, bo ciągle przestawiają się na jakiś inny rodzaj produkcji – ze zwierzęcej na roślinną... aż do spadku cen zbóż i braku zbytu na zboża paszowe (bo ograniczona jest hodowla trzody)... Polskie rolnictwo zatacza dziś błędne koło. Poważne problemy mają już niemal wszyscy rolnicy. Spada opłacalność produkcji rolnej.

– To jest rynek, mówią liberałowie.

– Chyba tylko polscy „liberałowie” z rządu PO-PSL. Inne państwa potrafią rozwiązywać tego rodzaju problemy w interesie swoich rolników. W Polsce pilnie potrzebna jest świadoma polityka rolna kreowana przez państwo, a polski rząd powinien stawać na forum UE w obronie polskiego rolnictwa, tak jak robią to Francuzi, Niemcy, Duńczycy i chyba wszyscy inni poza Polską... Polski rząd zachowuje się dziś, jakby nie rozumiał, co się dzieje, jakby nie wiedział, o co tak naprawdę walczą rolnicy.

– O co walczą?

– Walczą o swoje miejsca pracy i o dobro kraju. Zobaczmy, co się dzieje w innych dziedzinach gospodarki, mamy zniszczony polski przemysł, sprzedajemy nasz majątek narodowy, obcy kapitał przejmuje naszą gospodarkę. A Polacy wyjeżdżają do pracy za granicę. Nie możemy na to pozwolić. Musimy dbać o polskie rolnictwo, o samowystarczalność żywnościową, a więc o bezpieczeństwo żywnościowe całego naszego społeczeństwa. Dla dobra nas wszystkich musimy utrzymywać produkcję rolną. To jest kapitał nasz, naszych dzieci i przyszłych pokoleń. Jeśli upadną pełniące dziś również funkcję socjalną gospodarstwa rodzinne, to może się wkrótce pojawić kolejny milion bezrobotnych na garnuszku opieki społecznej. Dzisiaj wieś jest jeszcze buforem stabilizującym bezrobocie.

– Co można zrobić, aby nim pozostała?

– Wystarczy kilka prostych rozwiązań. Od dwóch kadencji Sejmu nawołujemy do stworzenia ram prawnych do tzw. sprzedaży bezpośredniej produktów rolnych, która z pewnością wszystkich by ucieszyła.

– Dlaczego nie można do tego doprowadzić? Tak wiele mówi się przecież o produktach regionalnych, które powinny być sprzedawane przede wszystkim w miejscu ich wytworzenia...

– Pan minister rolnictwa tłumaczy, że to pan minister zdrowia nie wyraża tu zgody. Nie wyraża jej również minister finansów, jako że trzeba by tę działalność wyłączyć od opodatkowania (z uwagi na płacony już podatek rolny). Naprawdę trudno zrozumieć, że w Polsce niemożliwe jest to, co w innych krajach sprawdza się od dawna. Możliwość bezpośredniej sprzedaży byłaby korzystna dla wszystkich, nie tylko dla rolników.

– Jednak to rolnikom zarzuca się, że myślą przede wszystkim o swoich korzyściach...

– Bo domagają się rekompensat za niezawinione straty? Bo nie mogą wydobyć od upadających firm należności za sprzedane im mięso, zboże, mleko? Minister rolnictwa tworzy jakoby tzw. fundusz stabilizacyjny (100 mln zł rocznie), który już z założenia nie pokryje strat ponoszonych przez rolników. Tego Funduszu jeszcze nie ma, tymczasem namawia się nas do zaciągania kredytów... Minister Sawicki wiele obiecuje, ale niewiele realizuje, bo nie może. Dlatego żądamy spotkania z panią premier.

– Wierzy Pan w moc sprawczą pani premier?

– Szczerze powiedziawszy, nie bardzo. Chcemy jednak, żeby nam odpowiedziała na kilka fundamentalnych dla polskiego rolnictwa pytań. Czy będzie ustawa o obrocie ziemią, która regulowałaby odpowiednio ustrój rolny? Czy będzie sprzedaż bezpośrednia? Czy będą pakietowe ubezpieczenia rolnicze, o których mówimy już od wielu lat? Czy będzie przychylna rolnictwu ustawa o funduszu stabilizacyjnym?

– Naprawdę liczy Pan na konkretne odpowiedzi?

– Jak na razie pani premier nie wyraża specjalnej ochoty na rozmowę. Obawiam się, że nawet jeśli do niej dojdzie, to skończy się na deklaracjach i żadne decyzje nie zapadną, a rolnictwo nadal będzie się – w sposób mniej lub bardziej widoczny – pogrążać.

– Rolnicy mają dziś do rządu pretensje o zbyt ostrą – według nich – politykę wobec Rosji, skutkującą rosyjskim embargiem na polskie produkty rolne. Prawdę powiedziawszy, to dość dziwna postawa.

– Rzeczywiście, słyszy się w mediach tego rodzaju krytyczne głosy rolników. Mają rządowi za złe to, że nie działa on w tej sprawie odpowiednio aktywnie na forum UE. Polscy rolnicy mają prawo oczekiwać od swojego rządu, by ich bronił.

– Może rolnicy niepotrzebnie tak silnie związali swoją przyszłość z rosyjskim rynkiem, który wprawdzie jest chłonny, ale – o czym od zawsze wiadomo – politycznie niepewny?

– Taka była potrzeba chwili, trzeba było wykorzystać szansę. Natomiast nie może być tak, że ogłaszająca sankcje wobec Rosji Unia Europejska nie znajduje możliwości rekompensowania utraconych dochodów. W takiej sytuacji możemy doprowadzić do zniszczenia całej gospodarki, nie tylko polskiej, także europejskiej, ku satysfakcji Rosji. Obowiązkiem UE i polskiego rządu jest znaleźć sposoby rekompensowania utraconych dochodów, co spowodowałoby ustabilizowanie rynku wewnętrznego i utrzymanie opłacalności produkcji rolników i przetwórców.

– Jak widać, krajom zachodnim to się lepiej udaje niż Polsce.

– Stare kraje unijne śmieją się z nas – u nich produkcja rośnie, a u nas spada.

– Będziemy wycinać sady, z których byliśmy tak dumni?

– Mimo wszystko mam nadzieję, że do całkowitej zagłady polskiego sadownictwa nie dojdzie, choć sadownicy dostali mocno po głowie. Wywalczyliśmy tylko częściowe rekompensaty, które nie ustabilizowały rynku, ponieważ ceny jabłek spadły bardzo drastycznie. Nie wiemy, co sadownicy zrobią w przyszłym roku, jeżeli nie pozyskają nowych rynków. Pytanie, czy rząd ma jeszcze jakiś pomysł na rozwiązanie problemu, czy UE zechce pomóc lub nie przeszkadzać?

– Dlaczego rolnicy tak bardzo boją się uwolnienia handlu ziemią w 2016 r.?

– Tego powinni się bać wszyscy Polacy. W majestacie unijnego prawa całkiem dobrowolnie zaczniemy się wkrótce wyzbywać naszej ziemi. Kiedyś, gdy ją nam zabierano siłą, zawsze walczyliśmy o tę swoją ojcowiznę, odbijaliśmy ją też siłą... Jeśli ją teraz sami sprzedamy, tak po prostu, to nie będzie już o co walczyć.

– Teraz walczą jeszcze tylko rolnicy?

– Tak, walczą o rozsądny obrót ziemią, który jest podstawą rozwiązań systemowych dla całej gospodarki kraju, w tym rolnictwa. Problem ziemi był jednym z głównych powodów tworzenia przed laty naszego związku zawodowego. Pojawił się już w 1978 r., gdy Państwowy Fundusz Ziemi zabierał rolnikom ziemię w zamian za renty. Wtedy powstawały komitety obrony, będące zalążkiem przyszłego związku zawodowego rolników. Później stoczyliśmy ogromną bitwę o zarejestrowanie NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, a w naszym statucie i na sztandarze zostało wypisane, że ziemia to podstawa naszego bytu i suwerenności kraju. Dzisiaj, niestety, musimy to przypominać, musimy walczyć o prawo Polaków do pierwokupu polskiej ziemi.

– Przynależność do Unii Europejskiej wyklucza jednak tego rodzaju przywileje; od 2016 r. także w Polsce ma obowiązywać wolny obrót ziemią. Uważa Pan, że Polska może i powinna zignorować to unijne prawo?

– Prawo unijne mówi wprost, że nie ma żadnego zakazu obrotu ziemią. W przypadku Polski udało się je uchylić na 12 lat, zacznie więc obowiązywać od maja 2016 r. Uważamy, że należy ten termin przesunąć jeszcze o co najmniej 7 lat.

– Dlaczego?

– Dlatego, że Polska nie ma odpowiednich regulacji wewnętrznych, mechanizmów zabezpieczających interes własnych obywateli. Pod tym względem jest dziś w znacznie gorszej sytuacji niż inne kraje europejskie. Wolny obrót ziemią wchodzi w grę tylko pod warunkiem zrównania opłacalności i konkurencyjności polskiego rolnictwa z europejskim. W przeciwnym razie grozi nam masowy wykup gruntów przede wszystkim przez obcy kapitał. Już dziś to obserwujemy. Raport NIK pokazuje, jak bardzo patologiczna jest obecna sytuacja w obrocie ziemią.

– Jak można temu przeciwdziałać?

– Skoro sami tak niewiele możemy – polski rząd nie liczy się dziś z wolą narodu, nie dopuszcza np. możliwości referendum jako argumentu w dyskusjach z UE – to trzeba przynajmniej sprawdzić, jak inne kraje zabezpieczają własną ziemię. Nasz związek już od 20 lat wskazuje na rozwiązanie francuskie, które znalazło dziś pewne odbicie w projekcie ustawy PSL. Organizujemy konferencje, debatujemy, proponujemy rozwiązania, minister się z nami zgadza, ale wreszcie ktoś musi podjąć decyzję! Tymczasem polski rząd mówi: Nie! Oczekujemy na głos pani premier w debacie o przyszłości polskiej ziemi.

* * *

Jerzy Chróścikowski
polityk, wieloletni działacz samorządowy, działacz związkowy, senator IV, VI, VII i VIII kadencji, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Ochrony Środowiska. Od 2007 r. przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”

Tagi:
wywiad polityka rolnictwo rozmowa

Reklama

Wspólna historia odrębna prawda

2019-03-20 09:25

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 42-43

W drugiej połowie lutego br. Polacy spotkali się z nową falą brutalnej agresji ze strony izraelskich polityków i środowisk żydowskich. Jest to bardzo przykre i nigdy nie możemy tego zaakceptować. Jednak czy nie ma w tym wydarzeniu także szansy na kolejne odblokowanie prawdy w publicznym sposobie opowiadania o naszej historii, tłumionym dotąd przez poszanowanie wrażliwości naszych „starszych braci w wierze”, a często też przez wpajaną nam „polityczną poprawność”?

Prezesi z Kalifornii

Przed kilkoma laty dostałem propozycję oprowadzenia po Muzeum Powstania Warszawskiego grupy „prezesów żydowskich wspólnot wyznaniowych z Kalifornii”. Było to dla mnie, przewodnika wolontariusza, duże wyzwanie, tym bardziej że dopiero zaczynałem wówczas oprowadzać w języku angielskim. Okazało się jednak, że moi goście to cztery sympatyczne małżeństwa z zachodnich stanów USA, mówiące globalnym językiem angielskim. Szybko nawiązaliśmy pozytywne relacje i ruszyliśmy naprzód przez historię muzealną ścieżką. Problemy zaczęły się już przy 1939 r. i ogólnym obrazie II wojny światowej. Sama informacja, że liczba Polaków zamordowanych lub poległych w tym okresie dochodzi do 2,5 mln ofiar, była trudna do zaakceptowania przez moich gości. Podobnie nieufnie została przyjęta historia o mordach na polskiej inteligencji dokonanych w Palmirach i innych miejscach straceń warszawskiego pierścienia śmierci. Żydzi nie potrafią uznać tego, że nie byli oni jedynymi ofiarami ludobójstwa dokonywanego w latach 30. i 40. XX stulecia. Po chwili weszliśmy do muzealnego pomieszczenia, gdzie przy starych maszynach drukarskich opowiadamy o prasie podziemnej. Kiedy zdziwienie wywołała informacja, że samych tytułów pism wychodzących w konspiracji było ponad tysiąc, pospieszyłem z następującym wyjaśnieniem: Tam, gdzie jest dwóch Polaków, tam potrzebne są trzy gazety, gdyż każdy z nich ma inne zdanie, ale jest też wiele spraw, w których się zgadzają i też chcieliby o tym napisać. Moi goście się roześmiali, a jeden z nich powiedział: – Wiesz, to zupełnie tak samo jak w Izraelu. Przez chwilę rozmawialiśmy o podobieństwach życia społecznego w Polsce i w kraju stworzonym przez ich rodaków na biblijnej ziemi. Bardzo mnie zaskoczyło, gdy się dowiedziałem, że tam nazwanie przeciwnika faszystą w ferworze politycznych kłótni jest tylko zwykłą banalną obelgą. Teraz i w Polsce już ten stan osiągnęliśmy. Od tej chwili mój kontakt z gośćmi ocieplił się do tego stopnia, że gdy opowiadałem o powstańczych szpitalach, wspomniałem też o tym, co w czasie okupacji robił chirurg urolog Stefan Wesołowski, a wykonywał on plastyczno-urologiczne operacje ukrywające obrzezanie u mężczyzn. Jedna z pań zapytała, ile mógł on dokonać takich zabiegów. – Nie wiem – odpowiedziałem – ale nie było ich dużo, kilka, kilkanaście, może więcej. Odpowiedzią był smutny uśmiech. Historia dr. Wesołowskiego z samego okresu walk powstańczych, które cudem przeżył w szpitalach na Woli, dzielnicy zagłady, jest tak nieprawdopodobna, że wystarczyłaby na kilka filmów fabularnych. Niestety, nie zrobiono ich ani w Hollywood, ani w Łodzi. Dobrze, że chociaż pod koniec długiego życia uhonorowano lekarza „Dyplomem dla Sprawiedliwego”, ustanowionym przez

Polsko-Amerykańsko-Żydowskie Stowarzyszenie na Rzecz Współdziałania Młodych (PAJA) dla osób, które ratowały Żydów w czasach Shoah. Przed opuszczeniem muzeum moi goście poprosili mnie jeszcze, abym zaprowadził ich do sklepu z pamiątkami i polecił jakąś książkę o Powstaniu Warszawskim. Zaproponowałem Normana Daviesa. Miła Amerykanka wzięła tom do ręki i uśmiechnęła się wymownie, było to ponad 800 stron drobną czcionką. – Ale może zobaczę o tych kamieniach? – zapytała. Teraz zrobiło mi się naprawdę wstyd. Gdy mówiłem o ruchu oporu, nieopatrznie wymieniłem tytuł wydanej w konspiracji książki Aleksandra Kamińskiego, która nigdy w Polsce w języku angielskim się nie ukazała. – Przepraszam, chwilowo brakuje – odpowiedziałem, częściowo mijając się z prawdą. – Szkoda – odparł mój gość. Podczas pożegnania poczułem w kieszeni rękę, domyśliłem się, że dostałem napiwek. Mam zasadę, że podobnych ofiarodawców odsyłam do puszki w muzealnej kaplicy. Jednak aby nie psuć pełnej harmonii rozstania, tym razem udałem, że nie zauważyłem tego zwykłego w USA wyrazu wdzięczności. Po kilku dniach banknot zostawiłem w puszce franciszkańskiego kościoła, podobnego do istniejących w Ziemi Świętej, wspólnej ojczyźnie naszych religii.

Wrażliwość

Nie tylko ja, ale w pierwszym rzędzie przewodnicy zawodowi dokładamy wszelkich starań, aby nie urazić wrażliwości żydowskich gości. Nie opowiedziałem np. o współpracy mniejszości żydowskiej z czerwonym okupantem na terenach zajętych przez Sowietów w 1939 r., a polegała ona m.in. na pomocy w dokonaniu selekcji klasowej tak, aby nie ocalał nikt, kto według sowieckich kryteriów żyć nie miał prawa. Nie wprowadziłem też moich gości do czerwonego korytarza relacji o powojennych losach wielu powstańców warszawskich, nad którym unosi się złowrogi cień Jakuba Bermana jako symbolu kierowniczego sprawstwa zbrodni i terroru lat 1944-56. W historii opowiadanej o powstaniu w warszawskim getcie nie wspominałem o znikomym znaczeniu militarnym tego zrywu, określonym liczbą strat po niemieckiej stronie. Powstanie w 1943 r. uważane jest za największy zbrojny sprzeciw Żydów wobec zbrodni Holokaustu. Według raportu Jürgena Stroopa, dowódcy oddziałów tłumiących powstanie, w walkach zginęło 16 niemieckich żołnierzy. Nie ma podstaw do kwestionowania tych danych, administracja w SS była precyzyjna i wiarygodna, prawdopodobnie też ten wysoki niemiecki oficer nawet mentalnie nie byłby zdolny do fałszowania raportu. Kiedy przy muzealnej tablicy z napisem „GETTO” pytam niekiedy gości obcokrajowców zwiedzających muzeum, jakie, ich zdaniem, straty zdołali zadać żydowscy bojownicy Niemcom, otrzymuję odpowiedź, że od tysiąca do kilkunastu tysięcy żołnierzy. Fakt istnienia żydowskiej policji na terenie gett jest także zupełnie nieznany. Unikanie tematów trudnych i kontrowersyjnych w rozmowach z rodakami ofiar Shoah jest wyrazem naszego współczucia oraz szacunku dla ludzi walczących o godną śmierć, a także wszystkich ofiar. Jednak nie tylko. W wielu polskich rodzinach żyje wspomnienie kogoś, pochodzącego ze starego przymierza, kto włączył się kiedyś w ciąg pokoleń ich polskich przodków.

100 lat temu w Żarnowie

Na przełomie XIX i XX wieku żył i pracował w Żarnowie, miasteczku leżącym dziś w powiecie opoczyńskim, dr Ludwik Lubodziecki. Właściwie nazywał się on Libkind, jednak kiedy przyjął chrzest katolicki i ożenił się z Polką, zmienił nazwisko. Odtąd nie istniał dla swojej żydowskiej rodziny. To było naprawdę zero tolerancji. Przez ponad 40 lat był później prawdziwym błogosławieństwem dla mieszkańców Żarnowa i okolic. W „Gazecie Radomskiej” nr 28 z marca 1888 r. tak zraportowano jego sukcesy w zwalczaniu tyfusu: „(...) praktykujący tu stale od 12 lat dr. Lubodziecki opanował do tego stopnia epidemię, że na 80 chorych jak do tej chwili, były tylko 4 wypadki śmierci”. Zmarł w opinii świętości w 1916 r., gdy wracał od pacjenta. Na tablicy w kościele św. Mikołaja w Żarnowie można przeczytać inskrypcję ku jego czci.

W sytuacji, gdy znamy takie świadectwa i mamy takich przodków jak pradziadek mojej żony dr Ludwik Lubodziecki, nam, Polakom, trudno będzie pozbyć się empatii wobec wielowiekowych sąsiadów i odpowiadać obelgą na obelgę. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy stopniować prawdę i pozwolić znieważać jedno z najdzielniejszych i najbardziej doświadczonych pokoleń Polaków w naszej historii – pokolenie rówieśników II Rzeczypospolitej oraz nas wszystkich. Tu musi obowiązywać zasada: Zero tolerancji.

Wojciech Bobrowski
Autor jest przewodnikiem wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego i jego filii „Cele Bezpieki”. Stały współpracownik „Niedzieli”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Dar na Stulecie” – 18 maja startuje ogólnopolski projekt na 100. urodziny św. Jana Pawła II

2019-04-24 16:27

tk / Warszawa (KAI)

Już 18 maja startuje wielka ogólnopolska akcja „Dar na Stulecie”, która ma upamiętnić przypadającą 18 maja przyszłego roku 100. rocznicę urodzin Jana Pawła II. Pomysłodawca, o. Maciej Zięba, ma nadzieję, że akcja zaowocuje podjęciem szeregu dzieł charytatywnych, modlitewnych, edukacyjnych i kulturalnych oraz, że pomysł zjednoczy wszystkich Polaków.

Biały Kruk/Adam Bujak, Arturo Mari

Zachęcając do podjęcia akcji organizatorzy wymieniają przykłady różnego typu działań. Może to być osobiste zaangażowanie poprzez podjęcie dodatkowych praktyk związanych z modlitwą, postem i jałmużną, zaangażowanie się w pomoc osobom potrzebującym w najbliższym otoczeniu czy systematyczne studiowanie Pisma Świętego lub nauczania Jana Pawła II.

Wśród proponowanych, przykładowych działań wymienia się też m.in. działania w najbliższym otoczeniu na rzecz wzmocnienia pobożności, działań kulturalnych, charytatywnych, samokształcenia czy edukacji.

Uczestnictwo w „Darze na Stulecie” może też polegać na zorganizowaniu nabożeństw i innych form modlitewnych w intencji Ojczyzny i pokoju na świecie oraz wydarzeń promujących i upowszechniających nauczanie Jana Pawła II. Może to być także zaangażowanie duchowe, fizyczne lub materialne w konkretne potrzeby lokalnego Kościoła np. poprzez wolontariat lub wsparcie misji.

„W Polsce jest wielki potencjał społeczny do czynienia dobra, ale nie jest on uruchamiany” – powiedział o. Zięba podczas dzisiejszego spotkania w Centrum Medialnym KAI. Zapowiedział, że w ramach projektu uruchomiona zostanie „mapa dobrych inicjatyw”, na którą nanoszone będą kolejne pomysły i przedsięwzięcia, zgłaszane z całego kraju. „Chodzi o multiplikowanie dobrych inicjatyw” – tłumaczy zakonnik.

O. Zięba zaznacza, że inicjatywa ma być formą odpowiedzi na papieskie wezwanie by „duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjąć z wiarą, nadzieją i miłością”. Stąd pomysł stworzenia pomnika z serc i umysłów tysięcy Polaków, zbudowanego z inicjatyw modlitewnych i charytatywnych, naukowych i artystycznych, edukacyjnych i wychowawczych wspierających pomnażanie owego duchowego dziedzictwa.

Projekt „Dar na Stulecie” zostanie zainaugurowany 18 maja bieżącego roku na Wawelu. Natomiast 18 maja przyszłego roku, w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły, w sanktuarium Jana Pawła II w Krakowie złożone zostanie wotum – księga ze spisem wszystkich działań duchowych i materialnych podjętych w ramach projektu.

Kilka dni wcześniej, 15 maja w Warszawie odbędzie się konferencja prasowa promująca cały projekt. W trakcie spotkania zostanie uruchomiona specjalna strona internetowa, dziennikarze zobaczą też specjalny spot telewizyjny zachęcający do włączenia się w akcję.

Do włączenia się w inicjatywę zaproszeni są wszyscy Polacy, żyjący w kraju jak i za granicą oraz wszystkie grupy społeczne. „Nauczanie Jana Pawła II nazywam 'odkrywkową kopalnią złota'” – wskazuje o. Zięba dodając, że ta kopalnia „trochę nam zarasta, ale chaszcze są małe i jeszcze można je usunąć”. Temu właśnie, jak tłumaczy, służyć ma "Dar na Stulecie", a jego celem nie jest przekonywanie kogokolwiek, iż papież Wojtyła był „wielki” tylko pokazanie, że może być patronem różnych dzieł „tu i teraz”.

Organizatorzy podkreślają, że wyzwania stojące przed Polską i Kościołem domagają się ewangelicznej odpowiedzi – odważnej i wyrazistej. Ich zdaniem, nie istnieje lepsza inspiracja, aby sprostać tym wyzwaniom niż przesłanie Jana Pawła II do rodaków. Jest to zarazem odpowiedź na apel papieża Franciszka: „Niech ponowne odkrycie świadectwa wierności Bogu i miłości do człowieka mojego czcigodnego poprzednika zachęci wszystkich, zwłaszcza młodych, do tego, by otworzyli na oścież drzwi Chrystusowi na rzecz wielkodusznego zaangażowania dla pokoju, braterstwa i solidarności”.

W ramach akcji do 6 maja rozesłane zostaną pakiety informacyjne do wszystkich, ponad 10. tys., parafii w Polsce. Przewiduje się także uruchomienie strony internetowej i specjalnej aplikacji.

„Dostrzegamy znamiona pełzającej sekularyzacji i element religijnego ożywienia jest niezbędny” – powiedział KAI o. Zięba. Zaznaczył, że Jan Paweł II jest wpisany w wiele polskich serc, dlatego wydaje się, że łatwo będzie wzbudzić takie ożywienie oraz poczucie wspólnoty, które On tworzył przez prawie 30 lat. „Każdy może dołożyć swoją cegiełkę, niezależnie od tego czy jest stary czy młody, prawicowy czy lewicowy, praktykujący czy też nie” – zaznacza zakonnik.

Organizatorami akcji „Dar na Stulecie” są: Stowarzyszenie Lednica 2000, Centrum Myśli Jana Pawła II, Fundacja Dzieło Nowego Tysiąclecia, Instytut Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II, Stowarzyszenie „Środowisko Ks. Karola Wojtyły - św. Jana Pawła II”, Instytut Tertio Millennio.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Liberalny dziennik portugalski: chrześcijaństwo najbardziej zwalczaną religią na świecie

2019-04-24 20:27

mz (KAI/Publico) / Lizbona

Liberalny dziennik lizboński "Público" zwraca uwagę, że chrześcijaństwo jest obecnie najbardziej zwalczaną religią na świecie. Nawiązując do wielkanocnych zamachów na Sri Lance gazeta podkreśla, że choć terroryzm dotyka głównie wyznawców islamu, to jednak celowe prześladowania ze strony decydentów politycznych uderzają dziś w wyznawców chrześcijaństwa.

Bożena Sztajner/Niedziela

"Najwięcej aktów terrorystycznych, w których giną ludzie, dokonuje się w państwach muzułmańskich. Z kolei zaplanowane zwalczanie religii prowadzone jest z największą siłą wobec chrześcijaństwa. Programowo zwalczają je liczące się kraje świata, jak Arabia Saudyjska czy Chiny" – odnotował dziennik.

W tym kontekście wskazał na Afrykę i Azję jako kontynenty, na których chrześcijanie są obecnie najbardziej prześladowani. "Wielu dyktatorów, a także radykalnych organizacji atakuje tam chrześcijan, postrzegając ich niekiedy jako przedstawicieli świata zachodniego" – czytamy w gazecie.

Według najnowszych ustaleń w wyniku przeprowadzonych w Niedzielę Wielkanocną 21 kwietnia zamachów w Sri Lance zginęło co najmniej 359 osób, w większości chrześcijan a ponad 500 zostało rannych. W obu tych grupach było prawie 40 cudzoziemców. Terroryści-samobójcy dokonali serii ataków na dwa kościoły katolickie i jeden protestancki oraz na cztery luksusowe hotele. Po zamachach władze kraju oskarżyły o ich przeprowadzenie miejscową organizację islamistyczną National Thowheeth Jana'ath (NTJ), wskazując, że sprawcy korzystali z pomocy zagranicznej siatki terrorystycznej. 23 bm. odpowiedzialność za ataki wzięło na siebie Państwo Islamskie (IS).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem