Reklama

Na szczęście trzeba pracować

2015-03-31 12:51

Z Pawłem Królikowskim rozmawia Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 14/2015, str. 48-49

Fundacja „SOS dla Życia”

Z Pawłem Królikowskim – aktorem teatralnym i filmowym – o codziennym życiu, o rodzinie i o tym, dlaczego lubi Święta Wielkanocne, rozmawia Jolanta Marszałek

JOLANTA MARSZAŁEK: – Obraz Pana zupełnie odbiega od stereotypu aktora, celebryty. Jedna żona od 27 lat, gromadka dzieci... Zawsze chciał Pan mieć dużą rodzinę?

PAWEŁ KRÓLIKOWSKI: – Dużej rodziny nie planowałem. Ona powstała z... woli Bożej. Z żoną (Małgorzata Ostrowska-Królikowska – telewidzom znana z roli Grażynki Lubicz w serialu „Klan” – przyp. red.) zawsze chcieliśmy mieć dzieci. Teraz nawet nie umiałbym powiedzieć, jak to było, zanim na świecie pojawili się Antek, Jasio, Julcia, Marcelina, Ksawery. Narodziny każdego dziecka traktowaliśmy jako najlepszą rzecz, jaka nas spotkała. Świat jest niedoskonały, a dzieci jawiły się nam jako dar Pana Boga, w którym jest i miłość, i piękno, i mądrość.

– Nigdy Pan się nie obawiał, że nie podoła temu wyzwaniu?

– Jak rodziły się dzieci, to zawsze spotykało nas coś dobrego. Moja żona Małgosia jest bardzo silną kobietą, nie boi się wyzwań. Zawsze uśmiechnięta i aktywna, ani na moment z powodu macierzyństwa nie zrezygnowała z pracy zawodowej. Tylko raz, gdy urodził się Antek, skorzystała z urlopu wychowawczego. I to Małgosia dała mi naukę, kiedy zastanawiałem się, jak sobie z tym wszystkim poradzę: „Ufaj Panu Bogu i wszystko będzie dobrze”.

– Duża rodzina to duża odpowiedzialność...

– Człowiek musi stawiać czoło wyzwaniom i podejmować obowiązki. Choć – nie lubię używać słowa „obowiązki”. To, kim jestem, i wszystko, co robię dla rodziny, wynika ze mnie, a nie z musu, że mam zarobić, zbudować, wychować. Z tego mojego „ja” wynika mój świat. Wszystko, co mi się udało w życiu zrobić, łącznie z moją osobą, jest do podzielenia. Nie można tego roztrwonić. Dostałem w życiu bardzo dużo, uważam się za osobę szczęśliwą. Ale na szczęście trzeba pracować każdego dnia. Niestety, efekty nie są zależne tylko od nas. Można bardzo chcieć, bardzo się starać i nic z tego może nie wyjść. Też mieliśmy szare momenty w naszym życiu, nawet ciemnoszare.

– Czy w takich chwilach szuka Pan ratunku w modlitwie?

– Modlitwę uważam za coś osobistego, intymnego. Nie mam natury misjonarza. Wiem, że każdy katolik powołany jest do apostolstwa, ale ja nie będę nikogo ciągnął za rękę i pokazywał, w którą stronę ma iść. Dla mnie światło, które pochodzi od Pana Boga, jest tak wyraźne, że trudno go nie zauważyć. Jak ktoś tego nie widzi, to może został oślepiony. Może też zbyt wnikliwie się przygląda i dlatego tego nie dostrzega.
Życie jest kolorowe. Niektóre z tych kolorów mogą nam się podobać, inne nie, ale tylko w całości mają one sens. Człowiek nie może wybierać tylko tego, co lubi, bo to byłoby jak tory, których nikt nie łączy.

– Jaką ma Pan receptę na przezwyciężanie problemów?

– Recept na życie nie będę dawał, bo nie czuję się do tego uprawniony. Tym bardziej teraz, kiedy za naszą wschodnią granicą dzieją się rzeczy, jakie się dzieją. To jest poza zasięgiem decyzji zwyczajnego człowieka. Mam nadzieję, że czujność tych, którzy nami rządzą, nie jest uśpiona.

– Jak wygląda codzienne życie w Pańskiej rodzinie, czy dzielicie się obowiązkami?

– Bardzo dobrze byłoby, gdyby istniał świat męski i kobiecy. Z punktu widzenia mężczyzny byłoby to bardzo wygodne – po powrocie do domu łakomym okiem rozglądać się, gdzie obiad, mieć wszystko wyprane, wyprasowane. My dzielimy się obowiązkami w sposób naturalny – co kto może, to robi. Jeśli moja żona wychodzi o 6 rano do pracy i wraca o 21, to ja zajmuję się dziećmi, robię śniadanie, zakupy. Innym razem jest odwrotnie. Ale, oczywiście, są sprawy przypisane Małgosi i takie, które należą do moich obowiązków. Bliższe mi są np. kwestie wychowawcze dotyczące chłopców, a Małgosi – dziewczynek. O czym ja mogę gadać z dorastającymi pannami – szesnastolatką i trzynastolatką? Muszę się przyznać, że jestem tatusiem misiem, z którym mogą zrobić wszystko.

– Czyli nie jest Pan zwolennikiem surowego wychowywania dzieci, synów również?

– Nie, zdecydowanie nie mam jakichś wzorców, reguł wychowywania dzieci. Trzeba je po prostu kochać. Być uważnym, uczyć je dobrego, przestrzegać przed naiwnością. Przekazywać im jak najwięcej z własnego doświadczenia. I nigdy nie uczyć złych rzeczy, bo to się obraca przeciwko nauczycielom. Nieraz to obserwowałem. Jak ojciec jest np. złodziejem i uczy tego fachu swojego syna, to prędzej czy później syn potraktuje go jako tego, którego można złupić.

– Czy wpływa Pan na decyzje swoich dzieci dotyczące ich przyszłości zawodowej?
(Najstarszy syn Antoni jest aktorem, młodszy Jan pisze muzykę – przyp. red.).

– Żyją w rodzinie aktorskiej, trudno, żeby nie nasiąknęli tą atmosferą. W domu dużo się mówi na temat pracy, tego, co jest nam najbliższe. A praca jest jednocześnie naszą pasją, czymś, co chcieliśmy w życiu robić. Dzieci, jak widzą, że ktoś poświęca pracy tyle energii, że czerpie z tego radość, mimo że nie brakuje rozterek, że ta praca ma jakąś amplitudę, że nie jest nudna jak wkręcanie śrubek w zakładach Forda sto lat temu – to same dokonują wyborów.

– Pański syn Antoni brał udział w Wielkim Teście z Historii – teleturnieju emitowanym na żywo na antenie TVP1 – i wykazał się nie tylko refleksem, ale i dużą jak na młodego człowieka wiedzą. Czy to zamiłowanie wyniósł z domu?

– Wychowanie patriotyczne wynika z pewnych wartości, o których mówiliśmy wcześniej. Rodzina, dom, szacunek dla starszych, znajomość kraju, miasta, w którym się mieszka, swoich współbraci. Poczucie obowiązku wobec ojczyzny jest bardzo istotne, to człowieka buduje, począwszy od języka, w którym wypowiada pierwsze słowa, książeczek, które czyta. Dowiaduje się, że ten naród potrafi robić piękne rzeczy. To jest dziedzictwo, z którego może czerpać, ale też musi o nie dbać, żeby nie zostało zmarnowane. Najważniejsze rzeczy, które młody człowiek powinien wynosić z domu, to szacunek do najbliższych – mamy, taty, rodzeństwa, później do swoich rodaków. Jeśli słuchając przedszkolnego wierszyka: „Kto ty jesteś?”, czuje ścisk w gardle, to znaczy, że ma to dla niego jakąś wartość.

– To dlaczego tylu młodych wybiera emigrację?

– Ojczyzna też musi coś dziecku dawać, nie tylko dostojność, łopot flagi. Młody człowiek musi mieć przekonanie, że tu, w tym miejscu, będzie szczęśliwy. Będzie miał pracę, dom, będzie mógł założyć rodzinę i ją utrzymać. Nawet jak zrobi coś złego, będzie mógł liczyć na to, że ktoś poda mu rękę i z tej złej drogi go sprowadzi.

– Zaangażował się Pan wraz z żoną w promocję Ośrodka Pomocy dla Prześladowanych Chrześcijan, który powstaje na Podkarpaciu. To chyba najmniej znana sfera Pańskiej działalności...

– Byłem tam tylko raz, w ubiegłym roku, choć pod tą ideą podpisuję się obiema rękami. Dla mnie jest to niepojęte, że można być prześladowanym tylko za to, że się chodzi do kościoła. Tym bardziej że dotyka to ludzi w najbiedniejszych rejonach świata. Ich świątynie to często lepianki kryte strzechą, gdzie zamiast ozdobnego ołtarza jest tylko prosty krzyż. Inne religie w dzisiejszym świecie są dużo bardziej ekspansywne, agresywne. Nie tylko jako chrześcijanin, katolik, ale po prostu jako człowiek uważam, że każdy ma swoje miejsce. Jak siedzisz na ławce, a ktoś przychodzi i cię spycha, bo mu się nie podoba, że siedzisz, to jest to bardzo nie w porządku. Miejsce na ziemi jest dla każdego z nas, musimy tylko umieć żyć razem. Budować życie, żeby było znośne, ale nie kosztem innych.

– Zbliżają się Święta Wielkanocne. Jak wyglądają one u Królikowskich?

– Podobnie jak większość rodzin spędzamy je razem. Zasiadamy do wspólnego śniadania, składamy sobie życzenia. Wcześniej są, oczywiście, przygotowania. Córki i najmłodszy syn Ksawery na tyle już podrośli, że bardzo pięknie biorą w nich udział – malują, kraszą jajka, próbują różnych technik. Na stole pojawiają się też dania, które dziewczęta przygotowują albo razem z Małgosią, albo same. Jest to też taki miły czas, bo można świętować nie tylko w domu, ale przejść się po ogrodzie. Widać już budzące się życie.

– Lubi Pan Święta Wielkanocne...

– O wiele bardziej niż Boże Narodzenie. Dla mnie są to święta odrodzonej, zmartwychwstałej nadziei. Przykład Chrystusa Zmartwychwstałego jest dla nas, ludzi, największą pociechą i nadzieją. Niezależnie od tego, w jakich okolicznościach życia człowiek by się znalazł, może zmartwychwstać, może się podnieść z największego upadku... My, ludzie, przywiązujemy wagę do materii. Gdy mamy coś w ręku, łatwiej nam uwierzyć. Większość z nas to niewierni Tomasze. Ale ja nie widzę w tym nic złego, taka niepewność jest ludzka. Pan Bóg doskonale o tej przypadłości wie i myślę, że jest Mu ona nawet miła. Dlatego życzę Państwu na te Święta jak najwięcej nadziei.

* * *

Paweł Królikowski, twórca programów telewizyjnych, aktor filmowy i teatralny, największą popularność zdobył jako Kusy z serialu „Ranczo”, prywatnie – ojciec sześciorga dzieci

Marek Jurek: Polska może się rozwijać tylko w oparciu o zasady cywilizacji chrześcijańskiej

2019-08-16 12:28

Marcin Przeciszewski / Warszawa (KAI)

O historycznej roli Ruchu Młodej Polski, jako pierwszego środowiska nawiązującego do wartości konserwatywnych i narodowych w łonie polskiej opozycji - mówi w wywiadzie dla KAI Marek Jurek, lider Prawicy Rzeczypospolitej. Podkreśla przy tym potrzebę powołania dziś w Polsce nowego ruchu politycznego, kierującego się tymi właśnie ideałami. „Oparty na tych podstawach program chrześcijański i konserwatywny, narodowy i państwowy, jest cały czas w Polsce aktualny” - tłumaczy. Wyjaśnia zarazem motywy powołania komitetu wyborczego „Prawica”.

Artur Stelmasiak

KAI: Przed 40-laty powstał Ruch Młodej Polski, jedno z najważniejszych środowisk intelektualnych opozycji w PRL, nawiązujący do spuścizny myśli narodowej i konserwatywnej. Jaką ofertę programową oferował RMP na tle innych środowisk demokratycznej opozycji PRL-u?

Marek Jurek: Główne nurty opozycji w PRL, Komitet Obrony Robotników (KOR) i Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO), były ruchami protestu przeciw zniewoleniu. Natomiast Ruch Młodej Polski był bodaj jedynym środowiskiem, które zaczęło definiować program polityczny, dotyczący przyszłej Polski. Jedynym „współ-wyjątkiem” było tu Polskie Porozumienie Niepodległościowe, złożone z ludzi związanych z Kulturą Paryską. Ale nawet przypadek PPN nie narusza wyjątkowości RMP, bo jego program był po prostu powieleniem ogólnych zasad liberalno-demokratycznych, dość bezkrytyczną afirmacją ówczesnego Zachodu, jedynie ich refleksja geopolityczna miała charakter bardziej oryginalny (w duchu właśnie szkoły Giedroycia). Natomiast Ruch Młodej Polski postawił kwestię chrześcijańskiego ładu społecznego, świadomego wyboru tradycji prawicowych, szczególnie narodowych, konserwatywnych, państwowych, chrześcijańskiej krytyki liberalizmu.
Zakładaliśmy, że jeżeli chcemy pozostać narodem chrześcijańskim, to opór społeczny musi mieć charakter chrześcijański. Obok spraw niepodległości i wolności politycznej występowaliśmy też na rzecz praw rodziny, życia nienarodzonych oraz kultury chrześcijańskiej jako polskiej tożsamości. To nas wyróżniło na tle innych środowisk opozycyjnych. Nawet jeśli było wiele osób, które wyznawały te wartości – nie traktowały ich jako podstawy zaangażowania, nie przypisywały im znaczenia politycznego, bo uważało je za tak oczywiste, że nie angażujące żadnych szczególnych zobowiązań. Bliska przyszłość pokazała, że miały one znaczenie kluczowe dla określenia kształtu odbudowywanego państwa.
Podnosiliśmy znaczenie podstawowych wartości narodowych: tożsamości, tradycji, solidarności, państwa. Jednocześnie podkreślając, że naród jest najważniejszą wspólnotą społeczną obok rodziny – przypominaliśmy, że jest on przede wszystkich wspólnotą kultury, a także odpowiedzialności urzeczywistnianej w państwie lub (czasowo) w dążeniu do niepodległego państwa. Deklaracja Ideowa RMP podkreślała bezpośredni związek naszej kultury z katolickim uniwersalizmem.
W ówczesnej debacie opozycyjnej, zdominowanej przez środowisko definiujące się jako „lewica laicka”, głos środowiska RMP był zjawiskiem nowym i świeżym. Zderzyliśmy się więc z silną kontrakcją również w ramach samej opozycji. Jej nurt postmarksistowski definiował się w opozycji do wartości narodowych. Jacek Kuroń za głównego przeciwnika uznawał „totalitarnych narodowców”, zakładając, że część „obozu władzy”, a więc PZPR, może być w tej konfrontacji przydatnym sojusznikiem. Samo odwoływanie się do wartości narodowych w życiu publicznym miało zaś być początkiem tego „narodowego totalitaryzmu”. Przy całym szacunku dla Jacka Kuronia – widać, jak bardzo te propagandowe konstrukty były naznaczone marksistowską dialektyką „kto nie z nami – ten przeciw nam”, a skoro „przeciw nam” – to „my” zdefiniujemy im poglądy.
Przede wszystkim jednak wyraźnie dziś widać, jak trafnie odczytywaliśmy tendencje polityczne, które już po odzyskaniu niepodległości miały się otwarcie uzewnętrznić. Mówię o trwałym ideowym współdziałaniu post-PZPR-owskiej i opozycyjnej postmarksistowskiej lewicy.
Tymczasem my uważaliśmy, że wartości narodowe są przede wszystkim wyrazem moralnego prymatu dobra wspólnego, definiują obowiązki jednostki wobec społeczeństwa, a żyjących pokoleń – wobec minionych i przyszłych, i są także nośnikiem ludzkiej solidarności i godności. W nich widzieliśmy wielką szansę na rozbudzenie odpowiedzialności społecznej. Dobitne tego potwierdzenie uzyskaliśmy już w pierwszym kazaniu Jana Pawła II na placu Zwycięstwa w Warszawie, kiedy Ojciec Święty powiedział, że choć „naród to nie jest wspólnota jedyna”, jednak „jest to „wspólnota szczególna, najbliżej chyba związana z rodziną, najważniejsza dla dziejów duchowych człowieka”. Odebraliśmy to jako papieskie błogosławieństwo dla naszych zasadniczych wyborów ideowych i moralnych. Wtedy także, podczas pierwszej pielgrzymki papieża do Polski, poznaliśmy profesora Wiesława Chrzanowskiego.

- Jaką rolę odegrał on w tworzeniu RMP i jego ideowego kształtu?

- Wiesław Chrzanowski był naszym patronem duchowym i politycznym mentorem. Był łącznikiem między pokoleniem Armii Krajowej a młodą prawicową opozycją. Pan Wiesław był również autorem koncepcji „obrony czynnej”, która wsparła i rozwinęła naszą strategię niepodległościową. Historycznie wywodził ją od Jana Ludwika Popławskiego oraz Romana Dmowskiego z czasów „Przeglądu Wszechpolskiego”. Głosili oni, że metodą działania nie powinna być ani ugoda z zaborcami bądź ograniczanie się do działania w dostępnych instytucjach, włącznie z parlamentem, ani też nieustające przygotowania powstańcze. Strategią niepodległości powinno być działanie na rzecz wzmocnienia wolności społeczeństwa, aktywność wszędzie, gdzie można tworzyć polskie instytucje, służące społecznemu dobru, budowanie reprezentacji politycznej i podmiotowości wobec narzuconej władzy.
Chrzanowski identyfikował to również ze strategią społeczną prymasa Stefana Wyszyńskiego. Postulował więc stały nacisk na władzę, ale bez prowokowania frontalnego starcia, które strona słabsza musiałaby przegrać. Te koncepcje znalazły się w naszej drugiej deklaracji ideowej z 1983 roku: „Między Polską naszych marzeń a Polską naszych możliwości”. Została ona napisana pod dużym wpływem profesora Chrzanowskiego. Nie w tym jednak sensie, by Pan Wiesław zmienił nasz sposób myślenia, raczej wzmocnił i pogłębił nasze własne intuicje i przekonania, które nas zresztą do niego zaprowadziły.

- Jakie były główne rodzaje działalności RMP?

- Wydawaliśmy i kolportowaliśmy pisma (przede wszystkim „Bratniak” i „Politykę Polską”), książki i ulotki. Organizowaliśmy demonstracje, występowaliśmy z żądaniami do władz (jak akcja „By Ojciec Święty mógł przyjechać do Polski” albo deklaracja w obronie nienarodzonych), organizowaliśmy akcje protestu przeciw represjom, akcje formacyjne dla młodzieży. Działaliśmy w kręgu „Solidarności” i w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Zakładaliśmy własne legalne organizacje młodzieżowe, jak Pro Patria (przed stanem wojennym) czy Młoda Polska (pod koniec lat 80-tych). A także stowarzyszenia i kluby polityczne.

- Czy jednym z nich był warszawski Klub Dziekania?

- „Dziekania” była bardzo ważnym miejscem, gdzie spotkały się przede wszystkim Ruch Młodej Polski, środowisko „Res Publiki” Marcina Króla, grupa dysydentów z PAX-u z Przemysławem Hniedziewiczem (potem większość z nich weszła do PC), krakowscy chrześcijańscy liberałowie Mirosława Dzielskiego, potem również środowisko „Głosu” Antoniego Macierewicza.
Jako forum było to bardzo interesujące, jednak wspólnie z grupą przyjaciół (między innymi z Marianem Piłką) uznaliśmy, że potrzebne jest wyraźne inicjowanie prawicy katolickiej i narodowej, budowanie jednocześnie szerszego i bardziej określonego ruchu społecznego, i tak powstało konwersatorium Plebania. Nazwa była przekorna, miała podkreślać nasze aspiracje do budowy szerokiego ruchu ludowego, a nie elitarnego klubu. W rzeczywistości spotykaliśmy się nie na plebanii, ale w poznańskim Klubie Inteligencji Katolickiej, którego prezesem był wówczas profesor Baehr. W Poznaniu powstał w 1987 Klub Ład i Wolność, którego byłem założycielem.

- Jaki był Wasz stosunek do okrągłego stołu?

- Względnie pozytywny, bo rozmowy o zmianach politycznych, o tworzeniu przestrzeni wolności narodu były oczywiste. Nakłonienie władz do zaniechania represji i akceptacji istnienia opozycji (w tym pracowniczej) było głównym postulatem lat stanu wojennego.
Ale uważaliśmy, że społeczeństwo katolickie powinno postawić tam własne postulaty, że nie powinniśmy ich relatywizować. Uważaliśmy, że należy podnieść kwestię przywrócenia prawa do życia nienarodzonych czy prawa opinii katolickiej do wolnych mediów. Nie mieliśmy złudzeń co do stanowiska lewicowej opozycji w tej sprawie, ale uważaliśmy, że potrzebne jest zaznaczenie podmiotowości opinii katolickiej. W 1987 roku wydaliśmy bardzo ważną deklarację w obronie życia od poczęcia, pod którą podpisał się wtedy nawet Tadeusz Mazowiecki.

- Z jakich powodów w 1989 r. nastąpił wewnętrzy rozłam w RMP? Dlaczego to – tak dotąd spójne ideo środowisko – nie weszło w rzeczywistość nowej Polski z jedną wspólną inicjatywną, np. tworząc pewną nową platformę polityczną?

- To nie był rozłam, raczej rozejście nurtów, i nie nastąpiło to w 1989 roku, ale kształtowało się stopniowo od połowy lat 80-tych, gdy coraz bardziej szliśmy w dwóch różnych kierunkach. (Zresztą to, co mówiłem przed chwilą, odnosi się głównie do nurtu, który reprezentowałem). Nasz nurt, Plebania, w całości podjął budowę z profesorem Wiesławem Chrzanowskim Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Chodziło o świadomą prawicę, która podniesie postulaty katolickie.
Natomiast Aleksander Hall wybrał inną drogę. O ile my bardzo poważnie traktowaliśmy różnice z lewicową opozycją, Olek uważał raczej, że to inny nurt tego samego obozu. Najpierw związał się z profesorem Stanisławem Stommą, a następnie z Tadeuszem Mazowieckim, którzy też reprezentowali to podejście. Olek był przekonany o potrzebie ścisłej współpracy dawnej opozycji solidarnościowej, mimo różnic. Dlatego założywszy (z Kazimierzem Ujazdowskim) Forum Prawicy Demokratycznej, natychmiast wszedł z nim do Unii Demokratycznej. Potem z tego powstało Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe.
Tak więc nie dzieliliśmy się w swoim gronie, ale dokonaliśmy różnych wyborów w realnych kwestiach, które poróżniły całe społeczeństwo. Oczywiście uważam, że mieliśmy rację, że rzeczy dobre, które nastąpiły po odzyskaniu niepodległości, wszystko, co określiło chrześcijański charakter państwa, ale również cała nasza krytyka, która zmaterializowała się w polityce państwa później – były naszym udziałem. I że gdyby cały RMP współtworzył z Wiesławem Chrzanowskim ZChN – wpłynęłoby to korzystnie na Polskę, na sam ZChN i na trwałość naszego dorobku.
Tym niemniej doceniam również kontynuację młodopolskiej tradycji w polityce kolegów. Spotkaliśmy się w większości tworzącej rząd Hanny Suchockiej i to wtedy obaliliśmy stalinowską ustawę aborcyjną i daliśmy Polsce konkordat. Te dwa nurty prawicy – Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowego i Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, radykalnie różniły się w orientacjach społecznych (doborze sojuszy), również w ocenie lat 90-tych, ale razem współtworzyły chrześcijański consensus, który trwał przez pierwsze ćwierć wieku niepodległości.
Ten consensus powstał w odpowiedzi na nauczanie Jana Pawła II i był świadectwem jego pontyfikatu. Bez niego byłby niemożliwy, bo Ojciec Święty nie tylko nauczał, ale walczył w to, by wolna Polska została odbudowana na fundamentach Dekalogu. Bez niego sprawy, które stawialiśmy – zapewne nie zamieniłyby się w instytucje. I w tym wszystkim byli ludzie albo z RMP, albo z nami współpracujący, jak premier Hanna Suchocka czy profesor Krzysztof Skubiszewski (twórcy konkordatu), którzy byli z nami w Klubie Ład i Wolność, których wtedy rozpoznawaliśmy jako bliskich naszych poglądom.

- W tym kontekście warto chyba jeszcze wspomnieć o środowisku Pampersów.

- Zmiany w telewizji publicznej, potem promieniujące na całość mediów, przeprowadzone przez Wiesława Walendziaka i jego dziennikarzy („Pampersów”) zmieniły debatę publiczną i radykalnie wzmocniły opinię publiczną w pierwszej dekadzie niepodległości. Bez nich zatrzymanie postkomunizmu byłoby prawdopodobnie niemożliwe. Stamtąd wyszedł legion dziennikarzy, którzy potem tworzyli opinię prawicową. A to byli w ogromnym stopniu ludzie z Ruchu Młodej Polski: Wiesław Walendziak, Krzysztof Nowak, Jarosław Sellin, Marek Budzisz, czy Piotr Semka. A potem jeszcze wzmocnili media katolickie w drugiej połowie lat 90-tych.

- Jak Pan widzi dziś rolę środowiska RMP oraz aktualność jego koncepcji ideowych? Co mogłyby one wnieść w obecnej sytuacji politycznej Polski, w bolesnej sytuacji coraz bardziej pogłębiającego się podziału?

- Nawet po 40 latach Deklaracja ideowa RMP z 1979 sprawia wrażenie dokumentu świeżego, dobrze rozeznającego wyzwania stojące przed Polską nie tylko w perspektywie tamtego czasu, ale i dziś. Jego fundamenty są całkowicie aktualne: niepodległość, wspólnota narodowa, godność osoby ludzkiej. Oczywiście, poszczególne sformułowania można by zmienić, ale kierunek jest całkowicie aktualny.
Nadal musimy budować silną świadomość państwową i patriotyzm państwowy. Polska musi umacniać swoją niepodległość i prowadzić aktywną politykę w Europie. Tymczasem ciągle słyszymy, że wystarczy, jeśli w Europie pozostanie nam „tożsamość”. Państwo Polskie musi mieć też treść moralną, musi promować (i bronić) zasady cywilizacji chrześcijańskiej na forum międzynarodowym. Tożsamość wyraża się w działaniu, w życiu, a nie w cepelii. I potrzebujemy solidnych form suwerenności: a więc instytucji i wspierającej ją opinii publicznej.
Godność natury ludzkiej, z której wynika godność każdej osoby, wizja człowieka, który ma zarówno prawa, jak i obowiązki, które są zresztą wzajemnie związane – to dziś kwestia zupełnie kluczowa. Dziś musimy bronić wszystkich wartości ludzkich, od życia i rodziny począwszy, a jedyną odpowiedzią na negację natury ludzkiej – może być tylko afirmacja cywilizacji chrześcijańskiej. Oparty na tych podstawach program chrześcijański i konserwatywny, narodowy i państwowy, jest cały czas w Polsce aktualny.

- Dlaczego więc dziś nie ma Was, dawnych działaczy RMP, w głównym nurcie polskiej polityki?

- W ogóle w polityce jest coraz mniej ludzi z dawnej opozycji, a coraz więcej tych, którzy się w nią nie angażowali. Ale opozycja anty-PRL-owska to była dobra szkoła. Wymagała osobistej decyzji o zaangażowaniu. To uświadamiało zarówno znaczenie indywidualnej odpowiedzialności w polityce, jak i prawo do zajmowania osobistego stanowiska. Demokracja masowa zachęca do innych postaw. Partie, które działają dziś, funkcjonują zupełnie inaczej. Skupione są wokół władzy i wyborów, a nie osiągania trwałych celów społecznych. Wartością jest nie prawda, ale propaganda. Kariera brzmi dumnie, a nie podejrzanie. Struktura życia politycznego zmienia się dość radykalnie. Oczywiście jest wielu ludzi ideowych w polityce, zawsze będą, ale system działa przeciwko nim.

- Przez co konkretnie?

- Wymóg udziału w permanentnej kampanii wyborczej, bo wybory wypadają średnio co paręnaście miesięcy. To jedyna przyszłość, o której myślą partyjne centrale i większość polityków. Oczywiście jest jeszcze „tożsamość”, dziś funkcjonująca jako „wizerunek”. Wymaga reakcji w sytuacjach kryzysowych, mocnych wypowiedzi od czasu do czasu, ale bynajmniej nie stałych dążeń, po prostu służby i odpowiedzialności.
Tymczasem w zdrowej, republikańskiej demokracji partie powinny być ciałami pośredniczącymi, a nie przedsiębiorstwami wyborczymi. Powinny jednocześnie kształtować i wyrażać opinię publiczną, a nie jedynie wyłudzać władzę, czyli głosy. Powinny być zdolne współpracować z innymi w ramach solidarności narodowej, a nie jedynie uprawiać propagandę „tylko my”. W takim społeczeństwie najwyższą cnotą obywatelską staje się udział w tej propagandzie, a przynajmniej zaniechanie jakiejkolwiek samodzielnej działalności politycznej. Takie partie są zaprzeczeniem wartości narodowych, tak jak my je rozumieliśmy i rozumiemy.

- Czy widzi więc Pan potrzebę istnienia jakiegoś trzeciego nurtu, czy trzeciej drogi, pomiędzy tymi dwoma głównymi obozami, dominującymi scenę polityczną oraz prowadzącymi brutalną walkę ze sobą?

- Oczywiście, przecież niezależnie od różnic między tymi partiami, często socjologiczno-wizerunkowych, związanych z tożsamością twardego elektoratu każdej z nich – istnieje między nimi szeroki zakres zbieżności. Obie bowiem walczą o władzę w ramach tego samego, liberalnego modelu polityki krajowej i międzynarodowej. Dlatego obie zawierały traktat lizboński, obie utrzymują genderową konwencję stambulską, obie opowiadają są za traktatami TTIP/CETA i zniesieniem handlowych granic Europy, obie poparły kandydatkę klasy rządzącej UE Ursulę von der Leyen, i obie blokują akcję Zatrzymaj Aborcję.
A jest przecież alternatywa dla tej polityki. To zasady cywilizacji chrześcijańskiej i suwerenna polityka na forum europejskim, a więc opozycja wobec trendu dominującego w Unii Europejskiej. Polska może się rozwijać tylko w oparciu o zasady cywilizacji chrześcijańskiej. Tak odzyskaliśmy niepodległość i tak zaczęliśmy budować państwo. Co by z nami było, gdybyśmy odwrócili się wtedy od orędzia Jana Pawła II?
Dlatego powinniśmy działać dziś na rzecz budowy silnej opinii chrześcijańskiej w Europie, ona dla nas powinna być zasadniczym oparciem. W Europie gender nie mamy przyszłości, będziemy jedynie atakowani, wytykani, i stopniowo zmieniani. Tymczasem w Europie jest wobec tej polityki silna opozycja, połowa państw Europy środkowej nie ratyfikowała Konwencji Stambulskiej, w innych, w Chorwacji czy w Rumunii jest (jak w Polsce) silny nurt za jej wypowiedzeniem. O jej odrzucenie apelowali biskupi Europy środkowej. To wszystko mieści się w orędziu świętego Jana Pawła II, który zawsze uczył, że nasz region jest nadzieją dla Europy. Trudno zrozumieć dlaczego rząd nie chce prowadzić tej polityki, a zamiast tego ciągle wszczyna konflikty polityczne, a potem mówi, że ma już ich za dużo, by podejmować nowe wyzwania.
Właśnie dlatego opinię katolicką należy usamodzielnić. Przecież wszystko, co zbudowaliśmy dobrego przez ostatnie trzydzieści lat, jej zawdzięczamy, dzięki niej powstawały wszystkie rządy prawicowe. Ona jest fundamentem wolnego państwa i trzeba jej przywrócić samodzielność. Dziś jest ubezwłasnowolniona przez PiS. Taktyka tej partii nie może stać ponad wszelkimi zobowiązaniami społecznymi. Kiedy odchodziłem z PiS przed dwunastu laty postawiłem tezę, że po czasie bezwarunkowego poparcia opinii katolickiej dla PiS przyszedł czas na warunkową współpracę. PiS przez kilka lat ją odrzucał, potem ją chętnie podjął, gdy był w kłopotach. Spróbowaliśmy jej więc w latach 2012-15 i okazało się, że jest niemożliwa. PiS nie jest w stanie popierać jakichkolwiek postulatów, które nie wynikają z jego taktyki politycznej, nie jest w stanie honorować cudzych uprawnień do współtworzenia polityki i nie jest zdolny do dotrzymywania partnerskich umów wyborczych, nawet z partnerami skromnie formułującymi postulaty i oczekiwania. Akceptuje tylko tych „polityków” i środowiska, które rezygnują z prowadzenia polityki w zamian za stanowiska. Tak wygląda obecny stan rzeczy. Nawet przed tymi wyborami zapowiedziałem, że poprzemy rząd w wyborach – jeśli wypowie konwencję stambulską. To była konkretna propozycja nie podnosząca innych spraw. PiS nie był w stanie przez cztery lata wypowiedzieć tej Genderowej konwencji, a dziś liberalne samorządy już powołują się na nią wprowadzając gender. Tak rozpadają się normy prawa edukacyjnego, które stanowiły jedno z osiągnięć trzeciej niepodległości.

- Czy prowadzi Pan rozmowy z rządem, z PiS na temat Konwencji Stambulskiej?

- Rozmawiałem o tym z ministrem spraw zagranicznych i minister rodziny przy okazji prezentacji projektu Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny, przygotowanego z inicjatywy Prawicy Rzeczypospolitej. Zadeklarowałem wszelką pomoc w tej sprawie. Ale najwyraźniej PiS tych spraw podjąć nie chce.

- Dlaczego?

- Uważa te kwestie za „światopoglądowe”, a więc pozbawione znaczenia politycznego. Za „kwestie (subiektywnego) sumienia”, a więc obiektywnie niezobowiązujące. I co więcej uważają, że ani autorytety opinii katolickiej, ani sami wyborcy katoliccy, nie będą się od nich tego domagać, że to nie rzutuje na poparcie polityczne dla tej partii.
Tymczasem cywilizacja chrześcijańska musi mieć swoją politykę, jeśli ma zachować swoje instytucje, jeśli one mają działać. „Światopoglądowcy”, czyli zwolennicy relatywizmu, z zasady nie powołują się na instytucje chrześcijańskie, nawet jeśli nimi dysponujemy. Lewica odwołuje się do wyimaginowanego „rozdziału Kościoła od państwa”, którego nie ma ani w art. 25 Konstytucji, ani gdzie indziej. Ale utrwalają przekonanie, że jest taka norma. Wojownicza centroprawica nie odwołuje się do kultury chrześcijańskiej jako wartości konstytucyjnej pojawiającej się we wstępie ustawy zasadniczej, bo woli, by był to jej wyróżnik w walkach wyborczych, a nie norma obiektywna, której wpływu trzeba realnie i codziennie bronić. Rzecznik praw obywatelskich uparcie i otwarcie głosi, że tzw. prawa LGBT to prawa człowieka, kiedy mu odpowiedziano, że to wywrotowa ideologia w wielu punktach sprzeciwiająca się Konstytucji i jej normom, a więc zagrażająca prawom obywatelskim? Czy minister Bodnar usłyszał choćby 10 % tych zarzutów, które formułowano przeciw Trybunałowi Konstytucyjnemu „w oparciu” o decyzje, których jeszcze nie podjął („będą nam wszystko kwestionować”).

- Ale czy jest alternatywa dla tej polityki?

- Oczywiście, właśnie dlatego powołaliśmy z panią Kają Godek, rzeczniczką Inicjatywy Obywatelskiej Zatrzymaj Aborcję, komitet wyborczy Prawicy. W kampanii wyborczej zaprezentujemy raz jeszcze wszystkie te zasady: cywilizacji życia i rodziny, suwerenności Rzeczypospolitej, wolności politycznej.
Będziemy prezentować konkrety, tak jak do tej pory. W Sejmie będziemy stawiać konkretne postulaty i gwarantować, że nie będzie ich można zamieść pod dywan. Jesteśmy przekonani, że tylko jasna alternatywa pozwoli wyrazić opinię tym wszystkim prawicowym i chrześcijańskim wyborcom, którzy coraz częściej mówią „nie mamy już na kogo głosować”. Odpowiadamy im: macie już na kogo głosować. I jest absolutnie pewne, że władza usłyszy każdy Wasz głos. Podobnie jak pewne jest to, że każdy głos, który dostanie – potraktuje jak upoważnienie do dalszego lekceważenia postulatów opinii chrześcijańskiej.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

USA: kolejne dwie osoby zabite w strzelaninie

2019-08-17 16:33

vaticannews.va / Waszyngton, Rzym (KAI)

W ubiegły czwartek 15 sierpnia w Montgomery w stanie Alabama w wyniku ran postrzałowych zmarło dwóch studentów, a 3 inne osoby zostały ranne. Z kolei w Filadelfii w dwóch osobnych incydentach rannych zostało 6 policjantów i 5 cywilów.

summerphoto/fotolia.com

Nieznane są motywy strzelaniny w Alabamie. Dwie ranne osoby wciąż znajdują się w szpitalu w stanie krytycznym, życie trzeciej nie jest zagrożone. W Filadelfii ranni zostali funkcjonariusze oddziału prowadzającego operację antynarkotykową, podczas której doszło do wymiany ognia. Kilka ulic dalej nieznany napastnik zranił 5 osób, w tym 16-letniego chłopca.

Temat łatwego dostępu do broni staje się ważnym elementem politycznej kampanii w Stanach Zjednoczonych. Jak wygląda ten problem w praktyce, wyjaśnia w wywiadzie dla Radia Watykańskiego Mattia Diletti, wykładowca nauk politycznych na uniwersytecie Sapienza w Rzymie.

- Temat powrócił w centrum debaty politycznej w ostatnich kilku latach nie tylko dlatego, że masakry zdarzają się cyklicznie, ale także dlatego, że zmieniło się podejście opinii publicznej. Bardziej niż kiedykolwiek istnieje tendencja do żądania reformy przepisów zarówno na szczeblu federalnym, jak i stanowym oraz zapewnienia, że przynajmniej niektóre rodzaje broni nie będą dostępne w publicznej sprzedaży – mówi Mattia Diletti. – Mamy rok wyborów, więc oczywiście dla Donalda Trumpa kwestia ta jest delikatna, ponieważ z jednej strony w swoim obozie ma potężne lobby zajmujące się bronią, które finansuje jego kampanię wyborczą oraz kampanie wielu amerykańskich kongresmenów, a z drugiej strony jest też kwestia związana z kulturą amerykańską. Część elektoratu wierzy w wartość samoobrony, dlatego kupuje broń i jest to niemal kwestia ich tożsamości. Naprzeciw mamy pozbawiony konkretnej formy, ale dość szeroki ruch wzywający do konkretnych reform, który w większości przypadków wspiera kandydatów z Partii Demokratycznej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem