Reklama

Jan Paweł II

1. rocznica kanonizacji

Czy św. Jan Paweł II zostanie Doktorem Kościoła?

Czujesz się mniejszy, kiedy twój ojciec umiera, ponieważ on był silny i brał cię na ręce, nosił cię i uczył – kiedy odszedł, pokój wydawał się bez niego za wielki. Tak samo było na Placu św. Piotra, gdzie czuwali pielgrzymi. Ich twarze oświetlały świece, a oni szeptali: „Nie zostawiaj nas...”

Dziesięć lat temu od tych słów rozpoczęła swój artykuł w tygodniku „Time” dziennikarka Nancy Gibbs, która w 2005 r. relacjonowała to, co działo się owej pamiętnej soboty 2 kwietnia, gdy Jan Paweł II kończył swoją ziemską wędrówkę. Odchodził ojciec, a dzieci czuły się osierocone i opuszczone, choć przecież tak długo był z nimi. Emocje otwierały ludzkie serca i w ten sposób spełniało się jego marzenie, które wyraził w swoim duchowym testamencie:

„Przyjmując już teraz tę śmierć, ufam, że Chrystus da mi łaskę owego ostatniego Przejścia, czyli Paschy – pisał u progu pontyfikatu, w 1980 r. – Ufam też, że uczyni ją pożyteczną dla tej największej sprawy, której staram się służyć: dla zbawienia ludzi, dla ocalenia rodziny ludzkiej, a w niej wszystkich narodów i ludów (wśród nich serce w szczególny sposób zwraca się do mojej ziemskiej Ojczyzny), dla osób, które szczególnie mi powierzył – dla sprawy Kościoła, dla chwały Boga samego”.

Reklama

Ufność Papieża nie okazała się daremna. Po jego śmierci przeszło przez naszą planetę duchowe tsunami. Świat jakby zatrzymał się w pędzie, posypały się doniesienia o cudach i nawróceniach, a pogrzeb Jana Pawła II stał się niezwykłą manifestacją wiary setek tysięcy osób z całego świata.

Z czasem fala emocji opadła i pojawiły się pytania: czy było to tylko niezwykle intensywne, lecz krótkotrwałe uniesienie?, czy pokolenie JP2 rzeczywiście istnieje, czy jest to raczej wyraz tzw. myślenia życzeniowego? Emocje są trudno mierzalne, ale, na szczęście, w ciągu ostatnich dziesięciu lat pojawiło się również kilka istotnych faktów. Nie ulega wątpliwości, że kult Papieża z Polski ma charakter powszechny – ludzie wciąż proszą o łaski za jego wstawiennictwem, pielgrzymki wciąż zmierzają do jego grobu, coraz więcej parafii przyjmuje go za swego patrona – nie tylko w Polsce, ale też w Europie, Stanach Zjednoczonych, krajach Ameryki Łacińskiej, w Azji.

Jednak najważniejsze dwa fakty to beatyfikacja i kanonizacja Jana Pawła II. W ostatnich wiekach historii Kościoła nieznany jest przypadek, aby w ciągu tak krótkiego czasu ktoś został ogłoszony najpierw (po 6 latach od śmierci) błogosławionym, a później, za kolejne 3 lata – świętym. Akt, którego dokonał papież Franciszek 27 kwietnia 2014 r., rozciągnął kult św. Jana Pawła II na cały świat, choć już wcześniej wiele diecezji prosiło o pozwolenie na obchodzenie liturgicznego wspomnienia Papieża z Polski.

Reklama

Czy to wszystko, co Kościół ma do powiedzenia na temat pasterza, którego pontyfikat odmienił oblicze nie tylko ziemi nad Wisłą, ale całego globu w ogóle? A może – jak chcą niektórzy – praca, którą on wykonał, była pożyteczna w „tamtych” czasach, dziś natomiast chrześcijanie stają przed nowymi wyzwaniami, wymagającymi nowych odpowiedzi, a może nawet zapomnienia starych... Takie głosy pojawiły się w czasie ostatniego synodu biskupów o rodzinie, kiedy tu i ówdzie napomykano o „nieaktualnej” już adhortacji św. Jana Pawła II „Familiaris consortio”, w której Ojciec Święty podsumował zwołany przez siebie synod o podobnej tematyce.

Im więcej jednak dzieje się wokół nas, tym wyraźniej widzimy, że ten święty Papież był nie tylko ojcem, z którym nie chcieliśmy się rozstać, ale też prorokiem przygotowującym Kościół i świat na czasy, które właśnie nadeszły.

Mai più la guerra

„Chcę obecnie ponownie wyrazić moje zdecydowane przekonanie, że wojna nie przyniesie dobrych rozwiązań problemów międzynarodowych i że nawet jeśli chwilowo zostanie usunięta niesprawiedliwa sytuacja, to konsekwencje, które prawdopodobnie wynikną z wojny, będą niszczycielskie i tragiczne” – słowa te Jan Paweł II skierował do prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a Busha seniora niemal ćwierć wieku temu, w przededniu ataku sił sprzymierzonych na Irak. Była to tzw. pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, która miała doprowadzić do wycofania się Saddama Husajna z Kuwejtu i zniszczenia potencjału militarnego Iraku. Ani zabiegi dyplomatyczne, ani mediacje, ani list Ojca Świętego do prezydenta, ani też rozmowa telefoniczna, która odbyła się między nimi z inicjatywy Papieża, nie zapobiegły jednak działaniom wojennym, za to Jan Paweł II został uznany za człowieka co najmniej dziwnego, ewentualnie źle poinformowanego przez swoich doradców. Zgodnie z przewidywaniami, wojskom sprzymierzonym udało się przywrócić status quo sprzed irackiej agresji, ale, niestety, również zgodnie z przewidywaniami Papieża, konsekwencje tych działań były niszczycielskie i tragiczne. Nikt wtedy jeszcze nie myślał, że nadciąga zderzenie cywilizacji, a na światowej scenie pojawi się nowy aktor – radykalni islamiści.

W 1993 r. w podziemiach nowojorskich wieżowców World Trade Center wybuchła bomba, która zabiła 6 osób i raniła setki innych. W 1995 r. jeden z odpowiedzialnych za zamach w Nowym Jorku planował pozbawienie życia papieża Jana Pawła II w stolicy Filipin – Manili oraz wysadzenie w powietrze amerykańskich samolotów transatlantyckich. 11 września 2001 r. terroryści z Al-Kaidy porwali samoloty pasażerskie i w samobójczych zamachach uderzyli w wieże World Trade Center oraz w Pentagon. Miał to być pierwszy krok do muzułmańskiego podboju świata, a jego celem było sprowokowanie USA do wypowiedzenia wojny islamowi. Cel ten powiódł się znakomicie. To, co Amerykanie ogłosili jako wojnę z terrorem, liczni muzułmanie uznali za wojnę z ich religią.

Prezydentem Stanów Zjednoczonych był wówczas George Bush junior i jego również – jak dziesięć lat wcześniej ojca – Jan Paweł II prosił o powstrzymanie się od działań zbrojnych. Oto słowa Ojca Świętego z dramatycznego apelu, wygłoszonego 16 marca 2003 r. w czasie modlitwy „Anioł Pański”: „Muszę powiedzieć, że należę do tego pokolenia, które pamięta dobrze i, dzięki Bogu, przeżyło II wojnę światową, i dlatego właśnie mam obowiązek przypomnieć wszystkim młodym, którzy tego nie doświadczyli, by pamiętali i mówili: Nigdy więcej wojny!”.

Słowa te brzmiały niezwykle dramatycznie. „Mai più la guerra” – mówił wtedy chory już i słaby Ojciec Święty i zwracał uwagę, że „bez nawrócenia serca nie ma pokoju”. Prosił też o wzmożoną modlitwę i pokutę, aby ten pokój ocalić.

„To dlatego, wobec straszliwych konsekwencji, jakie przyniosłaby międzynarodowa operacja wojskowa dla ludności Iraku, dla równowagi w całym regionie Bliskiego Wschodu, tak już bardzo doświadczanego, choćby przez ruchy ekstremistyczne, które mogłyby być nią wywołane, mówię wszystkim: jest jeszcze czas na negocjacje, jest jeszcze miejsce na pokój! – wołał Papież. – Nigdy nie jest za późno, by się zrozumieć i rozmawiać. Refleksja nad swoimi powinnościami, zaangażowanie w skuteczne negocjacje nie oznaczają poniżenia, ale odpowiedzialną pracę na rzecz pokoju”.

Oczywiście, Jan Paweł II nie wzywał do pokoju, aby bronić reżimu Husajna. Podkreślał odpowiedzialność irackich władz i zwracając się zarazem do wspólnoty międzynarodowej, zaznaczał, że „użycie siły jest zawsze środkiem ostatecznym”.

I wówczas głos proroka okazał się głosem wołającego na pustyni. Atak na Irak zakończył się upadkiem Husajna, ale nie rozwiązał problemów, mało tego – obecnie to właśnie Irak jest miejscem, w którym radykalni muzułmańscy ekstremiści spod znaku Państwa Islamskiego prześladują chrześcijan i planują podbój świata zachodniego.

Dziś ostrzeżenia Jana Pawła II sprzed kilkunastu lat wyglądają zupełnie inaczej i o wiele bardziej realistycznie, niż wtedy uważano. Być może ekstremiści, którzy pogardzają cywilizacją zachodnią, w świecie islamu są wciąż mniejszością, ale znana zasada mówi, że historii nie zmienia większość, lecz dobrze zorganizowana mniejszość.

Zima nasza, wiosna...

U progu nowego tysiąclecia Jan Paweł II opublikował list apostolski „Rosarium Virginis Mariae”, w którym ogłosił Rok Różańca oraz dodał do tej tradycyjnej modlitwy Kościoła nową część, nazwaną tajemnicami światła. W tym samym liście wskazał na dwie szczególne intencje, w których powinniśmy modlić się na różańcu.

„Pewne okoliczności historyczne sprawiają, że to przypomnienie o modlitwie różańcowej nabiera szczególnej aktualności – pisał Papież. – Pierwszą z nich jest pilna potrzeba wołania do Boga o dar pokoju. Różaniec nieraz wskazywali moi Poprzednicy, i ja sam, jako modlitwę o pokój. Na początku tysiąclecia, które rozpoczęło się przejmującymi grozą scenami zamachu z 11 września i w którym pojawiają się codziennie w tylu częściach świata nowe obrazy krwi i przemocy, ponowne odkrycie Różańca oznacza zagłębienie się w kontemplowanie tajemnicy Tego, który «jest naszym pokojem», gdyż «obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość» (Ef 2, 14)” (nr 6).

Jako drugą intencję Ojciec Święty wymienił rodzinę. Co łączy te – pozornie odległe od siebie – sprawy? Wszak sprawa pokoju kojarzy nam się raczej z działaniami wielkich tego świata – z konferencjami, porozumieniami, paktami o nieagresji i rozejmami, a rodzina to coś małego, intymnego, pozostającego na uboczu codziennego zainteresowania mediów i polityków. Jeśli jednak spojrzymy na obie sprawy (intencje) oczami św. Jana Pawła II, to okazują się one bardzo bliskie sobie.

„Tu, w Kaliszu – mówił Papież podczas Mszy św. dla rodzin w 1997 r. – gdzie św. Józef, wielki obrońca i troskliwy opiekun życia Jezusa, jest czczony w szczególny sposób, pragnę przypomnieć wam słowa Matki Teresy z Kalkuty (...): «Mówię dziś do was z głębi serca – do każdego człowieka we wszystkich krajach świata (...) do matek, ojców i dzieci w miastach, miasteczkach i wsiach. Każdy z nas jest (...) tutaj dzięki miłości Boga, który nas stworzył, i naszych rodziców, którzy nas przyjęli i zechcieli obdarzyć nas życiem. Życie jest najpiękniejszym darem Boga. Dlatego z tak wielkim bólem patrzymy na to, co się dzieje (...) w wielu miejscach świata: życie jest umyślnie niszczone przez wojnę, przemoc, aborcję. A przecież zostaliśmy stworzeni przez Boga do wyższych rzeczy – by kochać i być kochanymi. Wiele razy powtarzam – i jestem tego pewna – że największym niebezpieczeństwem zagrażającym pokojowi jest dzisiaj aborcja. Jeżeli matce wolno zabić własne dziecko, cóż może powstrzymać ciebie i mnie, byśmy się wzajemnie nie pozabijali?»”.

Zmarłą kilka miesięcy po tym przemówieniu Matkę Teresę Jan Paweł II beatyfikował na koniec Roku Różańca Świętego. Jej słowa wyjaśniają precyzyjnie łączność między sprawą pokoju a sprawą rodziny, którą Papież nazywa w „Rosarium Virginis Mariae” „punktem krytycznym naszych czasów”. Ojciec Święty stwierdził w tym dokumencie jednoznacznie, że rodzina jest „coraz bardziej zagrożona na płaszczyźnie ideologicznej i praktycznej siłami godzącymi w jej jedność, które budzą obawy o przyszłość tej podstawowej i niezbywalnej instytucji, a wraz z nią o losy całego społeczeństwa” (nr 6).

Prorocza wymowa tych słów widoczna jest dziś jak na dłoni, gdy spojrzymy na Europę, którą papież Franciszek porównał do babci, „już bezpłodnej i nietętniącej życiem”. Ta Europa, która idzie ulicami Paryża w geście solidarności z ofiarami zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”, wydaje się pogrążona w pustce i nihilizmie, na własne życzenie odarta z tożsamości, zatopiona w wygodzie i skoncentrowana na sobie. Czyż nie przypomina ona starożytnego Rzymu w schyłkowej fazie? Czyż i tam rozkład nie nastąpił od wewnątrz, poprzez demoralizację społeczeństwa, a barbarzyńscy najeźdźcy dopełnili tylko zniszczenia, które zaczęło się od środka?

Papież widział ten nadciągający kryzys i przestrzegał przed nim, ponieważ dobrze życzył cywilizacji zachodniej. Ale są też i tacy, którzy widzą słabość Zachodu i wcale mu dobrze nie życzą. Zdaniem coraz silniejszych, prężnych i jasno określających swoją tożsamość grup islamskich ekstremistów, cywilizację tę należy zniszczyć, a nie będzie to trudne, ponieważ przegniła ona aż do korzeni. Znaków tego jest aż nadto, a najpoważniejsze to szyderstwo z Boga i rozkład rodziny. Kościół katolicki nazywa te zjawiska grzesznymi i wzywa do nawrócenia, czyli zmiany postawy. Radykalny islam ma na to inne lekarstwo – wytępić. I – być może – wcale nie trzeba będzie do tego używać zbyt wiele przemocy, bo minie jeszcze kilkadziesiąt lat, a Europejczycy będą w mniejszości, ponieważ bronią się przed życiem, a to grozi demograficzną zimą.

Inna bomba

Rosa Pich i José María Postigo to hiszpańskie małżeństwo, które szczyci się wspaniałym dorobkiem – mają osiemnaścioro dzieci (z których troje – jak mówią – jest już w niebie). Pod tym względem (i nie tylko) należą do mniejszości rodzin rodowitych Hiszpanów i rodowitych Europejczyków, co budzi zresztą duże zainteresowanie w ich kraju, a nawet poza jego granicami. Przed dwoma laty Rosa napisała książkę o swojej rodzinie. Mąż doradził jej, że jeden rozdział powinien być poświęcony intymności między mężem i żoną.

– Jeśli jest tyle dzieci, to ludzie będą chcieli wiedzieć o tym coś więcej – tłumaczył mi José María w ubiegłym roku. – Ten rozdział jest bardzo piękny, ponieważ wyjaśnia, na czym polega głęboka jedność między mężem i żoną. To jest specjalny czas. Nie chodzi tu tylko o zjednoczenie ciał – to jest zjednoczenie dusz. Potrzebne są takie chwile, kiedy ciała i dusze są razem. Kiedy są otwarte na nowe życie. Tylko od nas zależy, czy powołamy nowe życie. Czy ty to rozumiesz? – upewniał się mój rozmówca. – Możemy powiedzieć Panu Bogu: poczekaj. Bóg czeka, daje nam wolność. I chodzi o to, aby twoja wolność była otwarta na życie. Powołujesz nowe ciało. Bóg czeka, aby stworzyć duszę dla tego ciała, które pochodzi z naszej miłości. To jest tak niezwykły moment. Gdyby ludzie to zrozumieli! Przecież w tej chwili oni mają bezpośrednią łączność ze Stworzycielem. Zobaczyliby, że działanie ich ciał jest tylko częścią cudu. To jest wielka tajemnica. W tej chwili działa Trójca Święta, ponieważ Bóg Ojciec czeka, aby stworzyć duszę, Jezus Chrystus – Syn czeka na nowe dziecko, a Duch Święty jest miłością, która prowadzi nas do stworzenia chłopca czy dziewczynki.

Słuchałem tego wywodu zdumiony, bo oto ojciec wielodzietnej rodziny opowiadał o tym, co jest istotą słynnej teologii ciała św. Jana Pawła II. Miałem przed sobą człowieka zakochanego w swojej żonie i zarazem w Bogu – nie tylko zakochanego, ale żyjącego doświadczeniem płodnej miłości, która ogarniała całe ich życie rodzinne. Telewizja BBC nazywała sypialnię José Maríi i Rosy „fabryką dzieci”, dla nich to było sanktuarium – miejsce spotkania Boga-Miłości z ludzką miłością. Ich osobiste doświadczenie było konkretyzacją tego, co George Weigel nazwał – określając w ten sposób papieskie nauczanie o małżeństwie i rodzinie – teologiczną bombą atomową.

To nauczanie – z wolna odkrywane – jest bez wątpienia profetyczną drogą odrodzenia człowieka w czasach pełnych zamętu, niepewności i strachu.

Jak wiadomo, tytuł doktora Kościoła przyznawany jest świętym, którzy wnieśli znaczący wkład w pogłębienie zrozumienia misterium Boga i wydatnie powiększyli bogactwo doświadczenia chrześcijańskiego. Wydaje się, że kryteria te spełnia teologia ciała św. Jana Pawła II.

W czasach zmagań cywilizacji życia z cywilizacją śmierci papieska nauka domaga się odkrycia, uroczystego potwierdzenia i rozpowszechnienia, ponieważ w niej zawiera się odpowiedź na wyzwania, przed którymi stoi chrześcijaństwo. Z jednej strony pozwala ona bowiem głęboko wejść w misterium Boga, który jest Miłością, z drugiej – odkryć to misterium w codzienności człowieka. Można palić chrześcijańskie kościoły i niszczyć ołtarze, jednak tak długo, jak na ołtarzu małżeńskiego łoża będzie dokonywał się cud stwarzania nowego człowieka, a rodziny będą wprowadzały nowych członków do Kościoła, chrześcijaństwo będzie trwało, rozwijało się i kwitło. To również szansa dla cywilizacji zachodniej, która ginie, ponieważ w myśli i praktyce odwraca się od swoich korzeni.

2015-04-21 14:39

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dobrze życzył prześladowcom – jesienią beatyfikacja ks. Jana Machy

[ TEMATY ]

kanonizacja

wikipedia.org

- Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!” – opowiada o 28-letnim kapłanie, który w październiku zostanie wyniesiony na ołtarze, postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Damian Bednarski. Jan Macha był pełnym życia i aktywizmu młodym człowiekiem, z drużyną szypiornistów Azoty Chorzów dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski, a zaraz po święceniach, na początku wojny zorganizował na Śląsku olbrzymią sieć pomocy, za co został zgilotynowany. „Umieram z czystym sumieniem, żyłem krótko ale uważam, że cel swój osiągnąłem...” - napisał w pożegnalnym liście.

Marcin Przeciszewski, KAI: Polska niebawem będzie mieć kolejnego męczennika w osobie ks. Jana Machy, młodego kapłana archidiecezji katowickiej, który ma zostać wyniesiony na ołtarze 17 października br. w Katowicach. Na czym polegała świętość tego zaledwie 28-letniego księdza?

Ks. Damian Bednarski, postulator procesu beatyfikacyjnego: Ks. Jan Macha był postacią z pewnością wyjątkową. Zaledwie na początku swej posługi kapłańskiej oddał życie, za to, że odważył się pomagać najbardziej potrzebującym w mrocznym czasie okupacji nazistowskiej. Był przekonany, że stanięcie po stronie dobra i wybór miłości bliźniego są sprawą priorytetową.

Był młodym kapłanem, wyświęconym w czerwcu 1939 r. tuż przed wybuchem wojny. We wrześniu 1939 r. został wikarym w pierwszej swej i jedynej zarazem parafii, i zaledwie w ciągu kilku miesięcy spontanicznie zebrał wokół siebie mnóstwo młodych ludzi. Miał wyjątkowy charyzmat przyciągania młodych do siebie i „zarażania” ich swoim entuzjazmem. Na wielką skalę zorganizował sieć pomocy, która objęła kilka tysięcy osób. Śledzony przez gestapo, świadom niebezpieczeństwa nie zdezerterował. We wrześniu 1941 roku jego misja została brutalnie przerwana. Aresztowano go, umieszczono w więzieniu, a w grudniu 1942 r. wykonano wyrok śmierci.

Jestem przekonany, że w czasach współczesnych potrzeba wyraźnych świadków miłości heroicznej i dlatego tym większa jest wartość jego przykładu życia i niezachwianej wiary, czemu dał świadectwo. Oczywiście, można się zastanawiać dlaczego akurat ten ksiądz został wybrany z grona innych i dziś jest włączany do grona błogosławionych, tyle lat po swojej śmierci. Każdy święty ma swój czas. A jeśli jest to postać, która ma się „wybić” na ołtarze, gdyż Pan Bóg tego chce, to tak się stanie!.

KAI: No właśnie, wielu polskich, także śląskich kapłanów oddało podczas wojny życie w obronie wiary i polskości. Jako pierwszy został beatyfikowany a później kanonizowany o. Maksymilian Kolbe. Jan Paweł II wyniósł na ołtarze w 1999 r. 108 męczenników II wojny światowej, w większości kapłanów. Co zadecydowało o tym, że w październiku będziemy świadkami beatyfikacji tego właśnie młodego kapłana?

- Niewątpliwie wielu kapłanów w czasie II wojny światowej, także na Śląsku – podobnie jak ks. Jan Macha – pomagało charytatywnie i włączało się w konspiracyjną działalność pomocową. Znamy księży, którzy tutaj na Śląsku pomagali w tym czasie, chociażby ks. Ignacy Jeż, który był wtedy wikarym w Chorzowie Batorym, a służył u męczennika, bo jego proboszcz został zabrany do więzienia a potem zginął w obozie. Wiemy, że ks. Bolesław Kominek, który wówczas pracował w kurii katowickiej również organizował taką pomoc. Z kolei ks. Paweł Macierzyński z Bierunia Starego organizował pomoc dla więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz i za to sam został uwięziony i zamordowany.

Postać i działalność młodziutkiego ks. Jana Machy na tym tle była fenomenem. Miała znacznie szerszy charakter i skupiła wokół siebie większą ilość ludzi. Ale tym co przeważyło o wyborze akurat jego do procesu beatyfikacyjnego, były nie tylko dokonania w sferze charytatywnej, co jego postawa po aresztowaniu, aż do momentu męczeńskiej śmierci. Mówią o niej zachowane źródła w postaci jego listów oraz świadectwo kapelana więziennego, który mu towarzyszył w ostatniej drodze.

Z listów ks. Jana Machy pisanych do bliskich z celi więziennej gdzie oczekiwał wyroku, przebija zaufanie do Boga, poddanie się woli Bożej i brak wewnętrznego buntu. Nie znajdziemy tam śladów rozczarowania w rodzaju: „dałem swe serce, zrobiłem tyle dobrego, a tymczasem chcą mnie zamordować”… Wielu ludzi w takiej sytuacji przeżywa załamanie i bunt, nieraz traci wiarę. Tymczasem postawa ks. Jana w więzieniu, w trakcie prześladowań, tak jak wcześniej jego zaangażowanie charytatywne, budzi jednoznaczny podziw. Jest to postawa dojrzała i warta naśladowania, prosta i naturalna, ale heroiczna. I to były główne motywy wszczęcia procesu beatyfikacyjnego.

KAI: Przyjrzyjmy się bliżej konspiracyjnej, a chyba głównie charytatywnej działalności ks. Jana Machy bezpośrednio po wybuchu wojny.

- 25 czerwca 1939 r. Jan Macha przyjmuje święcenia kapłańskie. Z początkiem września zostaje skierowany do parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie proboszczem był ks. Jan Skrzypczyk. Szybko proboszcz zauważył jak gorliwego i świetnego ma współpracownika. Gdy dowiedział się o jego śmierci z bólem stwierdził: „w osobie ks. Jana Machy straciłem najlepszego wikarego i prawdziwego pocieszyciela w okresie mojego tułactwa”. Dodać należy, że ks. Skrzypczyk podczas okupacji musiał opuścić Rudę i się ukrywać.

Jak każdy ksiądz Jan Macha włącza się w życie duszpasterskie, pomimo, że było ono coraz bardziej ograniczane przez Niemców. Prowadzi posługę sakramentalną, głosi Słowo Boże, organizuje w możliwym zakresie spotkania parafialne różnych grup. Wkrótce dostrzega jak wielkie są wokół potrzeby, zwłaszcza w rodzinach, które tracą swoich jedynych żywicieli: ojca, brata. Są to rodziny aresztowanych bądź ukrywających się byłych powstańców śląskich, którzy zostali poddani okrutnym prześladowaniom. Są to rodziny tych, którzy poszli na wojnę w wojsku polskim, a wracając trafiają do niemieckich więzień i obozów. Pozostają kobiety i dzieci, znajdujące się w bardzo trudnej sytuacji, często bez środków do życia. Ks. Jan Macha odpowiada na to spontaniczną akcją pomocy. Najpierw robi to sam, a niebawem gromadzą się wokół niego młodzi sodalisi, harcerze, studenci, członkowie KSM. Pomoc polegała na tym, że zbierano środki materialne, żywność, pieniądze, wreszcie kartki na żywność, która była racjonowana. Rodziny byłych powstańców czy innych prześladowanych pozbawione były nawet kartek na żywność. Ks. Macha ze współpracownikami zbiera to wszystko: żywność, lekarstwa, pieniądze i dyskretnie dostarcza poszkodowanym rodzinom. Tworzyli listy najbardziej potrzebujących. Każdy z członków podlegających mu grup dostarczał te dary konkretnym osobom, najczęściej podrzucając pod drzwi, aby zachować anonimowość. Ten krąg osób zaangażowanych w pomoc coraz bardziej się rozszerza, działa na terenie nie tylko jego parafii w Rudzie Śląskiej, ale kilkunastu śląskich miejscowości aż po Opolszczyznę. W kręgu działalności ks. Machy, jak obliczają historycy, mogło znajdować się kilka tysięcy osób.

W pewnym momencie działalność ks. Machy zauważa Polskie Państwo Podziemne, które na Śląsku buduje swoje struktury. Jego przedstawiciele nawiązują z nim kontakt. Akcja zainicjowana przez ks. Jana Machę zostaje włączona w struktury państwa konspiracyjnego pod nazwą „Opieka społeczna”, jednocześnie znajdując pomoc z jego struktur. Był to pion cywilny Państwa Podziemnego, który nie zajmował się walką zbroją, dywersją czy sabotażem.

Niemcy, dostrzegając, że ks. Macha prowadzi tak szeroką działalność, zaczynają się domyślać, że może mieć kontakt z polską konspiracją. Zaczynają się nim interesować. Na wiosnę 1941 r. zostaje dwukrotnie wezwany na przesłuchanie, ale wypuszczony na wolność. Wówczas Niemcy nie mieli na niego jeszcze żadnego haka. Jednak po kilku miesiącach 5 września 1941 r. ks. Macha zostaje aresztowany na dworcu w Katowicach. Gestapowcy znajdują też przy nim listy osób, którym pomagał oraz inne dokumenty świadczące o organizacji zbiórek. W tym samym dniu aresztowanych zostaje kilku innych członków stworzonej przez niego sieci. Ks. Macha więziony jest najpierw z Mysłowicach, a potem w Katowicach. Zostaje mu przestawiony akt oskarżenia, w którym prowadzona przezeń działalność charytatywna zostaje zakwalifikowana jako zdrada stanu i działanie przeciwko państwu niemieckiemu.

KAI: Skąd taka kwalifikacja działalności czysto charytatywnej?

- To nie może dziwić, gdyż wszelka działalność, która nie byłaby koncesjonowana przez Niemców, była zakazana. Zaraz na początku okupacji polskiej części Śląska, Niemcy przejęli istniejącą tam kościelną Caritas. Nawiasem mówiąc, dokładnie tak samo w latach 50. postąpili komuniści. Jasne jest, że podporządkowane Niemcom struktury Caritas pomagały wyłącznie tym, którym okupanci chcieli pomagać. A rodzinom powstańców, czy byłych polskich żołnierzy, podporządkowana okupantowi Caritas oczywiście nie mogła pomagać. Ks. Macha działa więc równolegle, poza strukturami Caritas. Tworzy alternatywną strukturę charytatywną wobec tej, która była dopuszczona przez Niemców. To było przez okupanta traktowane jako duże niebezpieczeństwo, wszelka działalność tego typu była uważana przez za niedopuszczalną i „de facto” skierowaną przeciwko niemieckiemu państwu.

Zresztą, Kościół katolicki na ziemiach polskich, także w dawnej polskiej części Śląska, traktowany był właśnie w taki sposób. Udało mi się dotrzeć do wypowiedzi decydentów niemieckich, np. Himmlera, który instruował swych podwładnych, aby wszelką działalność nastawionych pro polsko duchownych traktować jako zdradę stanu, aby pokazywać, że są oni przeciwnikami państwa niemieckiego. Odnosząc się do postaw prezentowanych przez ks. Machę i jemu podobnych Heinrich Himmler, szef gestapo, stwierdzał: „Aparat III Rzeszy nie może wykreować ich na męczenników, ale ma ich pokazać jako przestępców. Obraz wyznania wiary w Chrystusa należy usunąć, a służących Kościołowi zniesławić jako politykujących urzędników kościelnych, których postępowanie jest „zdradą stanu, a przy tym szczytową formą zakłamania”.

KAI: Jak przebiega pobyt ks. Machy w więzieniu?

- To w sumie 15 miesięcy, od 5 września 1941 do 3 grudnia 1942 r., kiedy został zgilotynowany. Jest to niezwykły okres w jego życiu, dostarczający wielu dowodów na świętość. Z treści jego listów, które się zachowały, wiemy, że zachowuje tam ogromny spokój, a współwięźniom na ile może, udziela posługi duszpasterskiej. Nawet będąc w więzieniu postarał się o odnowienie jurysdykcji, która pozwoliła mu spowiadać współwięźniów. Przez cały ten czas nie mógł odprawiać Mszy św.

Mszy świętych nie mógł sprawować nawet potajemnie, tak jak to bywało w sowieckich łagrach, bo w więzieniu był pod ciągłym nadzorem. Zupełnie niemożliwe było wyprodukowanie wina w takich warunkach czy zdobycie hostii. Pozwolono mu jedynie na posiadanie i odmawianie brewiarza. Zachował się różaniec ks. Jana, który sam zrobił ze sznurków wyciągniętych z siennika i krzyżyk zrobiony z drzazg wydłubanych z pryczy więziennej. Dopiero po przeniesieniu z więzienia mysłowickiego do Katowic mógł regularnie korzystać z posługi kapelana więziennego. Wielką radością była dla niego spowiedź. Raz w tygodniu mógł przyjmować komunię św.

Dobrze odnosił się do swoich oprawców. Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!”. Bo nie tylko cierpliwie znosi te cierpienia, ale błogosławi ich i dobrze życzy tym, którzy się nad nim znęcali.

KAI: Ksiądz jako postulator procesu beatyfikacyjnego dokładnie poznał duchową sylwetkę ks. Jana Machy. Kim on był jako człowiek i kapłan, czym się szczególnie wyróżniał, jaki był na co dzień? Jaki typ duchowości reprezentował? W czym wyrażał się jego szczególny związek z Jezusem?

- Był zupełnie normalnym młodym człowiekiem, pełnym życia, aktywizmu, działał w drużynie sportowej szczypiornistów Azoty Chorzów, grał w piłkę ręczną. Z tą drużyną zdobył mistrzostwo Śląska i dwa razy mistrzostwo Polski. Lubił tańczyć, grał na skrzypcach. Był duszą towarzystwa. A jednocześnie od lat młodzieńczych był blisko Pana Boga i blisko Kościoła, choć nigdy nie był ministrantem. Uczestniczył natomiast w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, gdzie wygłaszał pogadanki, należał też do Róży różańcowej. Bliska mu była duchowość maryjna.

A w tym wszystkim był bardzo wrażliwy i wyczulony na potrzeby innych. Potrafił sobie odjąć od ust, aby drugiemu pomóc. Takie są świadectwa z czasów, gdy był jeszcze w domu rodzinnym. Podobne mamy z seminarium.

KAI: A powołanie kapłańskie, jak ten moment powołania do kapłaństwa wyglądał w jego przypadku?

- Wychowywał się bardzo wierzącej śląskiej rodzinie i miał wujka salezjanina, brata mamy. I to chyba były te inspiracje, aby podjąć tę drogę. Nie ma natomiast świadectwa mówiącego, dlaczego nagle ten młody chłopak zdecydował się na kapłaństwo. Myślę, że była to normalna droga wzrostu duchowego w rodzinie, a później tych grupach czy wspólnotach, w jakich uczestniczył, chociażby w KSM.

A kiedy już podjął decyzję, był bardzo konsekwentny, chociaż początkowo nie został przyjęty do Seminarium Śląskiego w Krakowie. A było to nowe seminarium dla Śląska, utworzone w Krakowie ze względu na bliskość znakomitego wydziału teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Seminarium miało jednak tylko 140 miejsc. Jan Macha zgłasza się za późno i … nie zostaje przyjęty, jest mu smutno ale nie zraża się i idzie na Wydział Prawa UJ. Przez rok tam studiuje ale bez większego zaangażowania, widać, że jest to czas na przeczekanie i nie przystępuje do egzaminów. Po raz drugi puka do furty seminarium w 1934 r. i zostaje przyjęty.

Podczas studiów teologicznych i formacji seminaryjnej postrzegany jest jako człowiek aktywny i z dużą wrażliwością na bliźnich, chętny do różnego rodzaju zaangażowania. Włącza się w działalność studenckiej „Pomocy Bratniej” (popularny „Bratniak”), a gdy bp Stanisław Adamski w seminarium zakłada Akcję Katolicką, to pierwszy wstępuje do niej kleryk Jan Macha.

KAI: A jeśli mielibyśmy scharakteryzować jego duchowość?

- Reprezentuje typową śląską pobożność, nie egzaltowaną, ale mocno stąpającą po ziemi, gdzie modlitwa, bliskość z Panem Bogiem, łączy się bezpośrednio z działaniem. Jest to duchowość otwarta na człowieka i jego potrzeby. Przy tym jest lubiany i zawsze jest duszą towarzystwa. Kocha życie i cieszy się nim wraz z innymi.

Jako młody kapłan, ks. Jan Macha okazywał nie tylko nadzwyczajną zdolność praktykowania wiary, ale szukał sposobów przekazywania jej tym, którzy zostali powierzeni jego trosce duszpasterskiej. Zachowały się wszystkie kazania ks. Jana, gdyż przygotowywał je na piśmie. Są one po polsku i po niemiecku, bowiem w czasie okupacji od pewnego momentu musiał głosić po niemiecku. W sumie jest ich około sześćdziesięciu. Cechuje je solidne umocowanie w Piśmie Świętym. To zakorzenienie w modlitwie ujawniło się później w więzieniu, kiedy brakowało mu dostępu do sakramentów. Z bólem pisze wówczas, że nie może się spowiadać, że słyszy dzwony bijące w pobliskim kościele w Wielki Czwartek, a nie może obecny przy ołtarzu wraz ze innymi kapłanami.

Był też człowiekiem wielkiej nadziei, nawet w najtrudniejszych „beznadziejnych” sytuacjach. W listach z więzienia do rodziny nie tylko nie skarży się na swój los, ale próbuje nadzieję umacniać w swoich bliskich. W jednym z listów pisze: „Mam wielką nadzieję w miłosierdziu Bożym i Opatrzności Boskiej, kogo Bóg kocha dla tego szuka schronienia”...

KAI: Wielkie wrażenie sprawia jego ostatni list, napisany w celi na kilka godzin przed śmiercią...

- Ten list jest faktycznie jest dowodem jego głębokiej duchowości, wręcz świętości. Po pierwsze pokazuje w nim, że po ludzku nie ma sobie nic do zarzucenia. „Umieram z czystym sumieniem, żyłem krótko ale uważam, że cel swój osiągnąłem...” – pisze. A potem zwracając się do bliskich, dodaje: „Nie rozpaczajcie! Idę teraz do Wszechmocnego, On mnie osądzi. Wszystko będzie dobrze. Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali.[…] Pozostało mi bardzo mało czasu. Może jeszcze jakie trzy godziny, a więc do widzenia! Pozostańcie z Bogiem. Módlcie się za Waszego Hanika”. Z tego tekstu tchnie niezwykły pokój, a jest to list pisany na 4 godziny przed śmiercią.

KAI: Jak wyglądał ten szczególny moment, jak zachowywał się skazaniec?

- Zachowało się świadectwo kapelana więziennego, który towarzyszył ks. Janowi i wszystkim tym współwięźniom, którzy zostali zamordowani wraz z nim. 2 grudnia 1942 r. dwunastu osadzonych z katowickiego więzienia usłyszało, że tej nocy wyrok zostanie wykonany. Sprowadzono kapelana ks. Joachima Beslera. Z jego relacji wiemy, co się tam działo, bo dwadzieścia lat po wojnie poproszono go, by zapisał swoje wspomnienia z tych wydarzeń. Na szczęście robił na bieżąco notatki w tzw. czerwonym notesie. Pamiętał, że przybył do więzienia po dwudziestej. Towarzyszył im, gdy jedli ostatnią kolację, gdy pisali pożegnalne listy do rodzin, potem ich spowiadał.

Kapelan więzienny relacjonował: „Wkrótce potem skazańcy zostali pozbawieni swoich ubrań, można powiedzieć symbolicznie odarci z szat, narzucono na ich umęczone ciała papierowe koszule i wyprowadzono przez dziedziniec więzienia do specjalnego pomieszczenia, gdzie stała gilotyna”. Dalej kapłan odnotował: „Pozostałem, żeby jeszcze na ostatniej drodze udzielić absolucji. Pamiętam, jak prowadzono ks. Machę i jak podniósł po raz ostatni oczy ku niebu gwiaździstemu i znikł w drzwiach kaźni śmierci”. Piętnaście minut po północy – o czym informuje księga zgonów – ostrze gilotyny przecięło jego ziemskie życie.

KAI: Przejdźmy do kwestii męczeństwa za wiarę, bo ona jest kluczowa. Pamiętam dyskusje, jakie toczyły się przy okazji procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki. Niektórzy dowodzili, że było to zabójstwo na tle politycznym, a nie męczeństwo za wiarę. Czy w przypadku ks. Machy też były takie wątpliwości?

- Na portalu janmacha.gosc.pl jest mój artykuł, w którym odnoszę się do tej kwestii. Stawiam pytanie czy został skazany na śmierć za dzieła miłosierdzia, czy za zdradę stanu? Czy jako Polak czy jako kapłan? Musiałem się z tego „tłumaczyć” w Watykanie. Ks. Jan Macha będąc Polakiem i angażując się na rzecz swojej ojczyzny, pomagając ludziom, umarł za wiarę, choć nikt od niego nie wymagał zaparcia się wiary, tak jak bywało to w starożytności. Został zamordowany za dzieła miłości świadczone innym. A pozostaje to w ścisłym związku z postawą chrześcijańską. „Jezus mówi: bądźcie miłosierni, wszystko, to co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili”... . Ks. Jan za to waśnie został zamordowany, że nie ustał, że nie poddał się świadcząc miłosierdzie potrzebującym. Robił to wszystko jako kapłan posłuszny Kościołowi i jego misji. Znał wypowiedź papieża Pius XI, który w 1937 roku w encyklice „Mit brennender Sorge”, skierowanej przeciwko narodowemu socjalizmowi, skrytykował antykościelną politykę Hitlera, a zarazem zwrócił się z apelem do kapłanów, by w obliczu ideologii narodowosocjalistycznej nie sparaliżował ich lęk, by nie zaniechali wspierania najbardziej potrzebujących. To właśnie realizował ks. Jan.

A wyrok śmierci otrzymał, gdyż nie podporządkował się prawu niemieckiemu. A dlatego nie podporządkował się, że jako chrześcijanin i jako kapłan ponad prawem stawiał sumienie. Zareagował po kapłańsku, jak dobry pasterz. Zatroszczył się o owce. Niemieccy naziści, jak wszyscy inni prześladowcy Kościoła, maskując swoje prawdziwe zamierzenia nie występowali jawnie przeciw Bogu i Kościołowi, ale twierdzili, że trzeba zrobić porządek z tymi kapłanami, którzy występują przeciw władzy, przeciw państwu. I w tym właśnie kręgu znalazł się ks. Jan Macha. Proces, który był prowadzony przeciwko niemu, prowadzony był co prawda w kategoriach politycznych i akt oskarżenia zawiera zarzut zdrady stanu. Jednak ze świadectw jasno wynika, że ks. Macha został aresztowany, był prześladowany i skazany na śmierć jako kapłan i organizator opieki społecznej, który był niekwestionowanym autorytetem wśród młodych, pociągając ich do realizacji chrześcijańskiej idei caritas.

Zarzuty mu stawiane należy więc odczytywać w kontekście ataków na Kościół i duchowieństwo. Najbardziej aktywnych księży starano się wyeliminować ze społeczeństwa - i szukano prawnych podstaw do ich aresztowania i zabicia. Tak było też w przypadku duchownych niemieckich, np. ks. Bernarda Lichtenberga z Berlina, później błogosławionego. Istniał plan oskarżenia Kościoła o zdradę stanu. A ks. Jan Macha jako kapłan, który się wybijał, denerwował Niemców, że ciągnie za sobą młodych… Motywem tej zbrodni była też chęć zastraszenia innych. Musiał zostać zabity.

KAI: Co działo się z pamięcią o ks. Janie po jego śmierci? Czy można mówić o symptomach kultu?

- Podczas wojny pamięć o nim istniała, ale w ograniczonym wymiarze, przede wszystkim w rodzinie, w rodzinnej parafii jak i w parafii, gdzie był wikarym. Rodzina pieczołowicie przechowała wszystkie pamiątki jakie miała po ks. Janie. Nie było jego grobu, gdyż ciało zostało spalone prawdopodobnie w Auschwitz. Były za to listy od niego, różaniec, sutanna, brewiarz i inne przedmioty jakie po nim pozostały. To, co ze sobą miał w więzieniu, zostało oddane bliskim. Natomiast ciało spalono i zabroniono jakiejkolwiek formy uroczystego pogrzebu. Odbyła się tylko cicha msza przy pustym katafalku w kościele i bez organów.

Po wojnie, w 1945 r. w jednym z pierwszych numerów wznowionego „Gościa Niedzielnego” został opublikowany jego ostatni list, przetłumaczony na polski. W kolejnych numerach „Gościa” została przypomniana sylwetka męczennika. Jego rocznikowy kolega ks. Konrad Szweda, zresztą b. więzień Dachau, napisał o nim piękny artykuł: „Bohaterstwo”. W 1951 r. jego koledzy rocznikowi ufundowali symboliczny pomnik na cmentarzu w Chorzowie Starym. Była to odpowiedź na życzenie wyrażone w jego ostatnim liście, gdzie napisał, że pragnie aby urządzono na cmentarzu „cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie »Ojcze nasz«.” Poza tym, od czasu do czasu pamięć o ks. Janie pojawiała się w różnych wspomnieniach, nawet w prasie emigracyjnej. Jego historię i przejmujący list zamieściła w swej książce Benedicta Kempner pisząca w latach sześćdziesiątych XX wieku o kapłanach postawionych przed trybunałem hitlerowskim.

KAI: Jak przebiegał proces beatyfikacyjny?

- Ks. Jan po raz pierwszy został wzięty pod uwagę przy okazji przygotowywania procesu 108. męczenników II wojny światowej. Ale tamten proces był prowadzony bardzo szybko. Była mowa o dwóch kandydatach z diecezji, więc szukano dość ewidentnych postaci, gdzie została już zgromadzona solidna dokumentacja. Ks. Jana brano pod uwagę, ale gdy sięgnięto po jego teczkę personalną w kurii, zawierała ona nieco ponad 50 stron i nikt nie wiedział, gdzie można znaleźć inne dokumenty. W takiej sytuacji pominięto tę kandydaturę.

W 2011 r. pojawił się film Dagmary Drzazgi, który mówi o tej postaci w dość niezwykły sposób. W 2012 r. abp Wiktor Skworc w 70. rocznicę śmierci ks. Jana Machy w porozumieniu z jego rodziną zorganizował Mszę św. w kaplicy w więzieniu w Katowicach, w którym zginął. A krótko później podjął decyzję o wszczęciu procesu.

Postulatorem procesu zarówno na etapie diecezjalnym, jak i watykańskim zostałem ja. 24 listopada 2013 r. w katowickiej katedrze Chrystusa Króla odbyła się pierwsza sesja etapu diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego. Trwał on do 4 września 2015 r. W jego trakcie odbyło się 41 sesji, przesłuchano 27 świadków, a cenzorzy-teolodzy ocenili zachowane kazania ks. Machy. Akta zebrane w trakcie procesu zostały 15 września 2015 r. złożone w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

KAI: Proces rozpoczął się w 70 lat po śmierci ks. Jana Machy. Czy żyli jeszcze świadkowie, których można było przesłuchać?

- Świadków, którzy znali Sługę Bożego było już bardzo niewielu. Ciekawostką jest to, że żyje jeden z kolegów kursowych ks. Machy! Jest to, mający aktualnie prawie 105 lat, ks. Józef Pośpiech, który od czasów wojny mieszka i pracuje jako duszpasterz za granicą (aktualnie w Szwajcarii). Były też osoby pamiętające go ze Starego Chorzowa, z parafii rodzinnej, m. in. dwaj ministranci, którzy towarzyszyli mu w czasie aresztowania. Byli także świadkowie „ex audito”, czyli ze słyszenia. Nie znalazł się żaden z jego kolegów czy współpracowników z działalności konspiracyjnej. To nie dziwi, gdyż w warunkach konspiracyjnych znani byli tylko ci, co ginęli, a nie znane były nazwiska tych, którzy przeżyli, więc nie sposób było do nich dotrzeć. Tym bardziej, że przez dziesięciolecia PRL-u ci ludzie nie mogli przyznać się do tej działalności. Natomiast zachowały się wcześniej spisane świadectwa oraz inne dokumenty. Ważne było np. świadectwo kapelana więziennego, spisane w latach 60-tych, a także świadectwa niektórych kolegów rocznikowych.

Jeśli chodzi o inne dokumenty historyczne niezbędne do procesu, to weszliśmy we współpracę z Instytutem Pamięci Narodowej. Zaprosiłem do komisji historycznej prokurator Ewę Koj. Jej współpracownicy w archiwum w Berlinie odnaleźli w 2014 r. akt oskarżenia oraz wyrok śmierci ks. Jana Machy. Wydawało się, że zostały one spalone przez Niemców opuszczających Katowice. A jednak odnalazły się, dzięki kopiom przesłanym do berlińskiej centrali.

KAI: A czy można mówić o jakiś elementach kultu, stwierdzonych podczas procesu beatyfikacyjnego?

- W czasie procesu ujawniły się osoby, które czcząc go jako męczennika, modliły się za jego wstawiennictwem. Ludzie przychodzili też licznie na jego symboliczny grób na cmentarzu. Zaczęły się też pojawiać pewne znaki działania Sługi Bożego, czego dowodem było wyproszenie różnych łask, nie wyłączając uzdrowień. Świadectwa te zostały dołączone do Positio. Nie były jednak badane jako cuda, gdyż proces o męczeństwo tego nie wymaga. Zresztą takie świadectwa wyjątkowych łask pojawiają się stale nowe.

KAI: Kiedy rozpoczął się etap watykański procesu beatyfikacyjnego i jak przebiegał?

- Watykańska część procesu rozpoczęła się 16 marca 2016 r. uroczystym otwarciem akt procesu diecezjalnego. Kongregacja wyznaczyła relatora, o. Zdzisława J. Kijasa OFM Conv, tym samym zaczął się etap studium i udowadniania męczeństwa Sługi Bożego. Napisane przez postulatora Positio, czyli dokument dowodzący świętości poprzez męczeństwo zostało złożone przez abp. Wiktora Skworca na ręce kard. Angelo Amato, prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych 11 grudnia 2017 roku. Dwukrotnie dyskutowali nad nim członkowie watykańskiej Komisji Historycznej (8 V 2018 i 19 VI 2018). Następnie dokument został przeanalizowany przez członków Komisji Teologicznej. Ostatecznie został przyjęty podczas kongresu Komisji Teologicznej 8 listopada 2018 r. 5 listopada 2019 r. odbyła się pod przewodnictwem prefekta kard. Angelo Becciu sesja zwyczajna kardynałów i biskupów członków Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Grono to uznało, że sługa Boży został zabity z nienawiści do wiary, a w Positio zostało dowiedzione, że jego śmierć miała charakter męczeński. Na tej podstawie papież nakazał wydać dekret beatyfikacyjny o męczeństwie Sługi Bożego ks. Jana Machy.

KAI: Jak brzmi uzasadnienie dekretu beatyfikacyjnego?

- W dekrecie, który jeszcze nie został opublikowany, mają się znaleźć między innymi takie zdania: „W mrokach niesprawiedliwego uwięzienia powierzył swoje życie Panu. W godzinie próby znalazł w Bogu siłę i łagodność, aby stawić czoła trudnej Kalwarii prześladowań” oraz „ofiarował swe życie bez urazy wobec prześladowców”. Dekret odwołuje się do tego, że naród polski w swojej udręczonej historii zaborów i okupacji zawsze uważał religię katolicką za element jednoczący i pomagający budować wspólnotę. Stąd zrozumiała jest postawa ks. Jana Machy, który zajął się organizacją pomocy charytatywnej, a prześladowca zabił Sługę Bożego jako kapłana „niewygodnego” dla reżimu z powodu jego działalności.

KAI: Jak będzie wyglądała uroczystość beatyfikacyjna? Czy nie jest ona zagrożona z powodu epidemii, podobnie jak beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego? Jak wyglądają przygotowania na Śląsku oraz w całej Polsce?

- Do beatyfikacji przygotowujemy się od momentu, kiedy papież podjął decyzję, że będzie ona możliwa. Następnie abp Wiktor Skworc w porozumieniu z sekretariatem stanu Stolicy Apostolskiej ustalił datę beatyfikacji ks. Jana na 17 października 2020 r. Legatem papieskim będzie prefekt Kongregacji ds. Świętych kard. Angelo Becciu.

Organizacją uroczystości zajmuje się powołany przez abp. Skworca specjalny komitet powołany do przygotowania beatyfikacji. Poszczególne działania i inicjatywy są opracowywane i koordynowane przez sekcje: formacyjną (modlitewną, ewangelizacyjną, katechetyczną), liturgiczno-muzyczną, promocyjną (medialną, graficzno-wydawniczą) oraz logistyczno-ekonomiczną. Kiedy jednak ruszyliśmy z tymi pracami, przyszła zaraza. Nie oznaczało to bynajmniej, że spoczęliśmy na laurach. Każdy z nas w swoim wymiarze pracuje.

KAI: Jak prowadzona jest popularyzacja, gdyż jest to postać poza Śląskiem niemal nieznana?

- W seminarium duchownym w Katowicach przygotowywana jest izba pamięci ks. Jana. Zostaną do niej przekazane wszystkie pamiątki, jakie po nim pozostały. Niebawem ukaże się książka w przystępnej dla każdego formie przybliżającą postać śląskiego męczennika. Jej autorką jest Agnieszka Huf związana z "Gościem Niedzielnym". Napisałem też wiele artykułów naukowych o ks. Masze i opublikowałem jego listy i kazania. Od kilku lat istnieje portal www.ksmacha.pl, gdzie znaleźć można wiele informacji o Słudze Bozym i procesie beatyfikacyjnym. Ponadto w ostatnich miesiącach stworzony został portal internetowy: www.janamacha.gosc.pl, którego autorem jest dr Andrzej Grajewski. Redakcja „Gościa Niedzielnego” przygotowała też dwa konkursy. Pierwszy adresowany jest do Parafialnych Zespołów Caritas i grup charytatywnych. Chodzi o przygotowanie projektu aktywizującego osoby starsze w parafii. Drugi konkurs skierowany jest do młodych sportowców.

Na tydzień przed beatyfikacją ma się odbyć turniej piłki ręcznej pod jego patronatem. O szczegółach obu konkursów informuje „Gość Niedzielny” i portal www.janmacha.gosc.pl. Ponadto przygotowywany jest nowy film dokumentalny, reżyserowany przez Wojciecha Królikowskiego. Pokaże on nie tylko osobę i życie ks. Jana, ale i proces beatyfikacyjny. Film przygotowuje TVP Katowice. Ukaże się przed beatyfikacją.

KAI: Sama uroczystość beatyfikacyjna gdzie się odbędzie?

- W Katowicach w katedrze Chrystusa Króla 17 października br. o 10-tej. Wokół niej mają być rozstawione telebimy i ufamy, że sektory dla wiernych. Oczywiście zobaczymy na co pozwoli epidemia, gdyż na razie Śląsk jest mocno zainfekowany. Spodziewamy się też delegacji z Niemiec, tym bardziej, że nasz arcybiskup od lat jest członkiem kościelnej Grupy Kontaktowej polsko-niemieckiej.

KAI: Jakim wzorem świętości jest ks. Jan Macha. Jako zwykli śmiertelnicy co możemy zrobić, by iść po jego śladach?

- Potrzebne nam są trwałe punkty odniesienia i wyraźne świadectwo tych, którzy oddali życie z miłości do Chrystusa. To może pomóc nam odnowić zapał wiary. Męczennicy, ich postawa, wybory, podejmowane decyzje, rezygnacja z łatwego życia, są widocznym przykładem, w jaki sposób zaangażować całe swoje życie w wyborze miłości wobec Boga i bliźnich. Także dziś, kiedy coraz trudniej oprzeć się stylowi życia promującemu to, co łatwe i przyjemne.

W czasach współczesnych potrzeba wyraźnych świadków miłości heroicznej i dlatego tym większa jest wartość jego przykładu życia i niezachwianej wiary. Jest wzorem dla współczesnych ludzi, którzy chcą nadać sens swojemu życiu i nie zadowalać się tym, co ulotne, często negatywne, zaproponowane przez współcześnie dominujące trendy.

I jeszcze jedno. Ks. Jan Macha ma być patronem Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego. To niezwykle ważna wskazówka dla seminarzystów i młodych kapłanów: masz trwać wiernie w powołaniu, być wrażliwym na Boga i wyczulonym na ludzką biedę.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

XVIII Zbiórka Żywności Caritas „Tak. Pomagam!”

2020-09-21 14:12

[ TEMATY ]

Caritas

caritas.pl

W dniach 25 i 26 września 2020 roku, w godzinach 12:00 – 20:00 (w piątek) oraz od godziny 10:00 do 20:00 (w sobotę) lub do zamknięcia sklepów, Caritas Polska we współpracy z Caritas diecezjalnymi zorganizuje w wybranych supermarketach, sieciach handlowych i sklepach osiedlowych w całej Polsce, osiemnastą już zbiórkę żywności pod hasłem: „Tak. Pomagam!”.

W tym trudnym dla wszystkich roku związanym z epidemią koronawirusa mamy wyjątkową okazję do dzielenia się dobrem. Ten trudny czas został nam dany, byśmy siebie sprawdzili i zadali sobie pytanie: czy umiem dać komuś cząstkę siebie? Widząc, jak wiele osób odpowiada na apele Caritas, nie mamy wątpliwości, że społeczeństwo, wszystkie osoby włączające się w organizację tej zbiórki i tym razem nie zawiodą – zapewnia Bartłomiej Kulisz, koordynator akcji.

Za pomocą prostego gestu można pokazać ludziom, którzy z różnych życiowych powodów (również tych związanych z pandemią) znaleźli się w ciężkiej sytuacji, że nie są sami. Caritas pragnie jak zawsze dotrzeć z pomocą do jak największej liczby osób niedożywionych i żyjących w ubóstwie. Produkty zebrane podczas zbiórki trafiają do najbardziej potrzebujących wsparcia seniorów, dzieci, rodzin wielodzietnych, osób samotnie wychowujących dzieci, bezdomnych, chorych i bezrobotnych, a także do osób pracujących, których nie stać na zakup żywności.

Każdorazowo w akcji zbierania żywności uczestniczy około 20 tys. wolontariuszy Parafialnych Zespołów Caritas i Szkolnych Kół Caritas. Niestety z uwagi na występowanie koronowirusa i ograniczenia sanitarno-epidemiologiczne należy liczyć się z tym, że do najbliższej zbiórki przystąpi bardzo ograniczona liczba wolontariuszy. Akcja „Tak. Pomagam!” zostanie przeprowadzona m.in. w wybranych sklepach sieci Biedronka, Lidl, Tesco, Carrefour, Kaufland, Lewiatan, B1 i wielu innych.

Osoby potrzebujące można również wesprzeć wysyłając w trakcie zbiórki SMS pod charytatywny numer 72052, z hasłem PACZKA (koszt to 2,46 z VAT).

O Caritas

Caritas to największa organizacja dobroczynna w Polsce. Pomaga setkom tysięcy potrzebujących w kraju i za granicą. Struktura Caritas w Polsce składa się z Caritas Polska, która pełni funkcję koordynatora projektów ogólnopolskich i zagranicznych oraz z 44 Caritas diecezjalnych, które niosą bezpośrednią pomoc potrzebującym. Caritas Polska od trzech lat dynamicznie zwiększa skalę działania. W 2019 roku jej wydatki na działalność dobroczynną przekroczyły rekordowy pułap 100 milionów złotych. W tym roku obchodzimy 30-lecie działalności Caritas w Polsce. Organizacja jest częścią sieci Caritas Internationalis i Caritas Europa.

CZYTAJ DALEJ

Biskupi na XX Dzień Papieski: z Maryją i przez Maryję

2020-09-22 07:41

[ TEMATY ]

Dzień Papieski

Materiał prasowy

Oparcie na Jezusie możliwe jest razem z Maryją i przez Maryję – piszą biskupi w liście pasterskim zapowiadającym obchody XX Dnia Papieskiego. Będzie on obchodzony w niedzielę, 11 października, pod hasłem „Totus Tuus” – „Cały Twój”.

Biskupi przypominają, że XX Dzień Papieski przypada w roku stulecia urodzin oraz piętnastej rocznicy śmierci św. Jana Pawła II.
W liście pasterskim, który będzie odczytywany w kościołach 4 października (w niedzielę poprzedzającą Dzień Papieski), rozważają znaczenie zawołania „Totus Tuus”, które znajduje się w papieskim herbie św. Jana Pawła II i wskazują na jego aktualność. „Te dwa słowa wyrażają całkowitą przynależność do Jezusa za pośrednictwem Jego Matki” – piszą biskupi. Dodają, że najbliższy Dzień Papieski będzie przeżywany w polskim Kościele w duchu rozważania tajemnic życia Maryi i wzywania Jej orędownictwa.

„Orędownictwo i opieka Maryi były szczególnie widoczne w życiu i posługiwaniu św. Jana Pawła II” – czytamy w liście pasterskim. Biskupi wspominają m.in. cudowne ocalenie Papieża Polaka w czasie zamachu na Placu Świętego Piotra w Rzymie 13 maja 1981 roku oraz jego wypowiedź o tym, że słowa „Totus Tuus” pomogły mu przejść przez trudne doświadczenia wojny i okupacji. Podkreślają też, że Maryja i miłość do Niej były obecne w dziejach Polski od ich początków. Przypominają m.in. pieśń „Bogurodzica”, cudowną obronę Jasnej Góry w czasie potopu szwedzkiego oraz odparcie wojsk bolszewickich w 1920 roku, a także świadectwo bezgranicznego zawierzenia Maryi, jakie dali kard. August Hlond i kard. Stefan Wyszyński. Zwracają również uwagę na liczne w naszym kraju sanktuaria maryjne i kapliczki świadczące „o wielkiej ufności Polaków w orędownictwo Matki Bożej”.

Zapowiadając Dzień Papieski, biskupi zapraszają wszystkich do „szkoły Maryi”, która uczy całkowitego zaufania słowu Boga oraz miłości do drugiego człowieka.
Zachęcają też do codziennej modlitwy różańcowej. „Niech będzie ona zarówno wspólną modlitwą małżonków, jak i całych rodzin, a także ludzi samotnych, chorych i cierpiących, pozostających w kwarantannie czy w izolacji” – czytamy w liście. Biskupi proponują, aby modlić się w drodze do pracy, szkoły, na uczelnię czy na zakupy. „Różaniec uczy nas słuchać natchnień Ducha Świętego, kochać Jezusa, służyć Kościołowi, cieszyć się wiarą, być pokornym, posłusznym i ofiarnym” – dodają.

List Episkopatu przypomina, że w Dniu Papieskim – podczas kwesty przy kościołach i w miejscach publicznych – będzie można wesprzeć materialnie stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” nazywanej „żywym pomnikiem” wdzięczności dla św. Jana Pawła II. Fundacja co roku obejmuje opieką blisko dwa tysiące zdolnych uczniów i studentów z małych miejscowości całej Polski. „Niech udzielone w ten sposób wsparcie – nawet w obliczu osobistych trudności i niedostatków – będzie wyrazem naszej solidarności i wyobraźni miłosierdzia” – piszą biskupi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję