Reklama

Królowa polskiego maja

2015-05-07 14:11

Jan Marczak
Edycja przemyska 19/2015, str. 1, 5

Jan Marczak
Obraz Matki Bożej Pocieszenia w Leżajsku

Gdy już zupełnie zginie martwa powłoka zimy i miły powiew wiosny rozpiera życiem pierś, gdy świat zmienia się w kwitnący sad i barwny kwietny kobierzec rozpościera się pod nogami, gdy całe chóry ptasich śpiewaków zaczynają wyśpiewywać swe trele – jak pisze w jednej ze swoich książek Jan Uryga – wówczas wiadomo, że nadszedł miesiąc maj. A kiedy unosi się ku niebu rozkoszna woń majowa, budzi się w duszy ludzkiej jakaś dziwna tęsknota za utraconym kiedyś rajem i za Tą, która jest Królową nieba i ziemi, za Maryją, Matką Zbawiciela.

Ona to żyła kiedyś jak my, wśród zwykłych prostych ludzi, przeżywała takie same zmartwienia i troski. Nic nie było Jej obce: ani radości, ani cierpienie, ani rozterki serca. Tak więc majową porą na przestrzeni wieków rodziły się niezwykłe pieśni Jej poświęcone. Tak było również i na Podkarpaciu, gdzie nasi przodkowie wybudowali tyle kościołów, obierając Ją sobie za Patronkę, i gdzie gromadzili się licznie na nabożeństwa majowe. Budowali niezliczone kapliczki przydrożne, które w majowe wieczory nagle ożywały Litanią Loretańską i całą gamą pieśni maryjnych: „Chwalcie łąki umajone”, „Witaj, Królowo Nieba”, „Witaj, Jutrzenko rano powstająca”, „Nie opuszczaj nas”, „Idźmy, tulmy się jak dziatki”, „Gwiazdo śliczna, wspaniała”, „Po górach, dolinach”, „Królowej anielskiej śpiewajmy”, „Czarna Madonno”, „Zapada zmrok, już świat ukołysany”.

Pieśni te w maju płyną ponad światem, przemykają ponad borami, gdzie mocną wonią żywicy pachnie świeże igliwie i pąki drzew. Płyną nad łąki, które pochwalnym hymnem szumią swą własną pieśń wymieszaną z rechotem żab, pieśnią kwiatów i traw, dla Królowej miesiąca maja. Znamy wiele miejscowości w archidiecezji przemyskiej, gdzie tak jest przez cały miesiąc maj. W samym tylko Majdanie Sieniawskim istnieje ponad trzydzieści takich kapliczek, gdzie w majowe wieczory gromadzą się dorośli i dzieci, i śpiewem chwalą Maryję, aż echo niesie od kapliczki do kapliczki. Jakże pięknym zwyczajem i świadectwem wiary jest bycie najpierw na nabożeństwie majowym a później, po wykonaniu domowego obrządku, zbieranie się przy kapliczce czy krzyżu przydrożnym i ponowne śpiewanie pieśni maryjnych, co ma miejsce np. w parafii Stare Miasto k. Leżajska. Piękną jest rzeczą wierzyć, że – jak pisała nasza poetka Maria Konopnicka – Maryja tymi słowami przemawia do nas: „Nigdym ja Ciebie, ludu, nie rzuciła, nigdym ci mego nie odjęła lica, Ja – po dawnemu – moc twoja i siła! Bogarodzica!”. Napis ten widnieje na odnowionej niedawno kapliczce z obrazem Matki Bożej Leżajskiej w Przychojcu, a na zabytkowej, ponad stuletniej kapliczce w Majdanie Sieniawskim czytamy: „Pocieszycielko strapionych, módl się za nami”. Przy tej ostatniej, do lat 80. XX wieku, kilka razy do roku odprawiana była ponadto Msza św. dla mieszkańców z przysiółka Końska Ulica.

Reklama

To wtedy, w czasie tych śpiewów przy wiejskich kapliczkach, odżywa w nas wiara i spokój wewnętrzny, połączony z nadzieją na lepsze jutro, na więcej sił do pracy i nauki. Tak było przez lata i jest teraz. Jadąc drogą z Lublina do Przemyśla, z Leżajska do Łańcuta, i zapewne przy wielu innych drogach, można w majowe wieczory spotkać grupy wiernych modlących się przy kapliczkach. Tak jest w Manasterzu, Nielepkowicach, Wiązownicy i między Jarosławiem a Przemyślem. Piękny to zwyczaj, zapoczątkowany jeszcze w czasie zaborów, kiedy modlono się przy kapliczkach, zwłaszcza o odzyskanie przez Polskę niepodległości a później, w czasie wojen, aby ci, którzy walczą, szczęśliwie powrócili do swych domów. Modlono się na chwałę Bożą i Maryi, prosząc Ją, zwłaszcza w Litanii Loretańskiej, o różne łaski i uwielbiając równocześnie. Dodatkowym elementem w tym czasie jest wyjątkowe przystrajanie kapliczek i krzyży przydrożnych, dawniej wiankami z barwinku i kwiatami z bibuły, a obecnie żywymi lub sztucznymi bukietami kwiatów.

Polacy, w tym również i mieszkańcy Podkarpacia, chyba jak żaden inny naród, umiłowali Matkę Zbawiciela i zawsze chcieli, by Ona była Królową ich serc. I choć wiele narodów dużo wcześniej ogłosiło Maryję swą Patronką, Polska uczyniła to w sposób uroczysty i dostojny w 1656 r., ustami samego króla Polski, Jana Kazimierza. Szczególnym uznaniem królewskiej godności Maryi była uroczysta koronacja Jej jasnogórskiego obrazu 8 września 1717 r., którego dokonał bp Krzysztof Jan Szembek. Była to pierwsza koronacja obrazu maryjnego w Polsce. Drugim był obraz Matki Bożej Pocieszenia z Bazyliki Ojców Bernardynów w Leżajsku, koronowany w 1752 r. przez bp. Wacława Hieronima Sierakowskiego. W 1755 r. koronował on Jarosławską Matkę Bolesną od Ojców Dominikanów. W 1766 r. figurę Matki Bożej Jackowej z katedry przemyskiej koronował bp Ignacy Krzyżanowski. Również w ten sposób, jakże wymowny, wierny i bogobojny lud podkarpacki czcił swoją Królową i dziękował za otrzymane łaski.

Składajmy więc cześć Maryi w majowe dni. Wystarczy, że w chwili wewnętrznej ciszy pojawi się pragnienie, by swe myśli zwrócić do Bogarodzicy. W Jej bowiem ręce Bóg złożył skarby swych łask, a Ona hojnie rozdaje tym, którzy się do niej zwrócą. Podtrzymujmy zatem tradycje naszych ojców i oddawajmy Jej hołd, modląc się w kościołach i przy przydrożnych kapliczkach.

Tagi:
nabożeństwo majowe

Reklama

Takim się stajesz, na co patrzysz

2018-05-16 11:24

Bp Andrzej Przybylski
Edycja częstochowska 20/2018, str. VIII

Bożena Sztajner/Niedziela

Jak dobrze, że są jeszcze tacy, którzy w majowe wieczory spotykają się przy kapliczkach i krzyżach, żeby śpiewać Litanię Loretańską. Przy tej okazji można też sobie przypomnieć o tych milczących znakach wiary, które towarzyszą naszym podróżom, a które przypominają o Bogu, Maryi i świętych.

Przydrożne krzyże i kapliczki trochę dziś toną w zalewie reklam, ogłoszeń, bilboardów. Czasem też, zupełnie po cichu, znikają sprzed naszych oczu, albo ze starości, albo z politycznej poprawności. I choć nie ma u nas ostrej walki ze znakami wiary w przestrzeni publicznej, to jednak wystarczy nasz zanik religijnej wrażliwości, aby stare kapliczki zawaliły się ze starości, a nowe nie powstały, bo zobojętnieliśmy. Czy to ma jeszcze jakieś znaczenie dla naszej wiary? Tak jesteśmy stworzeni przez Pana Boga, że nasze „oczy są oknem dla duszy”. To, na co się patrzymy, jest treścią tego, czym karmimy duszę. Innymi słowy: tacy się stajemy, na co się patrzymy.

Nasi przodkowie wieszali w domu święte obrazy, nosili krzyżyki i medaliki, stawiali krzyże przy drodze wiodącej do pracy, budowali kapliczki na skrzyżowaniach dróg i ważnych placach, żeby pamiętać, że Bóg jest z nimi zawsze, a oni zawsze mają być z Bogiem. I jak trzeba, stawali w obronie krzyży, które bezbożni ludzie za wszelką cenę chcieli usuwać, żeby w ten sposób Boga wymazać z ludzkiej pamięci.

Modna jest dziś ewangelizacja w obrazach, a może, w ramach tej ewangelizacji, przydałoby się więcej troski o te wszystkie znaki naszej wiary? Diabeł też ma swoją antyewangelizację w obrazach. Pełno jej w telewizji, Internecie i w reklamach. Stąd tym bardziej potrzebna nam taka wrażliwość.

Często biję się w swoje kapłańskie serce, kiedy zdejmuję sutannę i udaję świeckiego pana, i dostaję „gęsiej skórki”, gdy sobie przypominam, jak kard. Stefan Wyszyński mówił kiedyś do księży, żeby pamiętali, że jak zdejmują sutannę, to tak jakby usuwali krzyż, bo jedno i drugie, choć trochę inaczej, świadczy o Panu Bogu.

Jak będziecie jechać tzw. gierkówką, od północnej granicy naszej archidiecezji w Woli Krzysztoporskiej, aż po południowe krańce diecezji, a nawet i na terenie Zagłębia, spójrzcie na duże żelazne krzyże przydrożne. Stawiał je przed laty, gdy jeszcze droga była nowoczesna, dawny proboszcz z zawierciańskiej kolegiaty, ks. prał. Piotr Miklasiński. Ten kapłan już dawno nie żyje i przestał głosić Ewangelię, ale krzyże stoją dalej i głoszą, że Chrystus życie oddał dla naszego zbawienia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Spojrzeć poza schemat

2019-04-16 18:54

Wanda Mokrzycka
Niedziela Ogólnopolska 16/2019, str. 53

Greyerbaby/pixabay.com

Odkąd się pojawiła wśród nas, pokazuje nam, jak niewiele rozumiemy, jak bardzo brak nam wrażliwości i otwartości na to, co niesztampowe, niepoznane. Życie z nią to nieustanny bój o wychowanie i dobrą relację, jak również walka ze sobą samym, ot, chociażby o cierpliwość. Trudno trzymać nerwy na wodzy, gdy po raz kolejny, z uporem, tupie dwuletnią nóżką na znak sprzeciwu czy, mimo rozmów i tłumaczenia, z błyskiem w oku znów robi „na złość”. Jest bardzo inteligentna i błyskotliwa, świetnie wiąże fakty. Potrafi wykorzystać swój dziecięcy urok, by osiągnąć cel – niewątpliwie ona wyznacza sobie cele! A jej wrażliwość na sztukę, ale i ludzką krzywdę, jest ujmująca.

Przez długi czas nie tolerowała nowych osób i płakała na zawołanie, dopóki nie odeszły. Trudno się dziwić, że zniechęceni hałasem i pogardliwymi spojrzeniami naszej córki goście ograniczyli swoje wizyty... Z kolei my pomiarkowaliśmy jej wyjazdy i wrażenia, znając jej reakcje na wszelkie bodźce.

Tym razem nie ma rady, muszę wsiąść do autobusu z młodszymi dziećmi. O ile na rodzeństwie dwulatki podróż nie robi najmniejszego wrażenia, to o jej zachowanie się martwię. Na domiar wszystkiego do małej dosiada się pan. Po pięćdziesiątce, nieco zaniedbany i „nieświeży”. Jego pomarszczona twarz przyciąga wzrok smutnym, poczciwym spojrzeniem. „Będzie alarm” – myślę i zastanawiam się w popłochu, jak się ratować przed nadciągającą burzą emocji. Jednak dwulatka siedzi bez ruchu. Ani nie krzyczy, ani nie ignoruje pana ostentacyjnie a zwyczajowo. Scenkę obserwuję ze zdumieniem i lękiem. Autobus gwałtownie skręca i pan chwyta rękę naszej nietykalnej córki. Tymczasem ona zaciska swą dłoń na jego palcu i kładzie sobie ufnie na piersi. Poruszony tym gestem sąsiad pyta, dokąd jedziemy. Odpowiadam. „Pojadę z wami i wrócę jeden przystanek” – proponuje. Nie śmiem protestować, bo widzę jego wzruszenie, chęć towarzyszenia, radość z bycia przydatnym. Może dotychczas czuł się tylko ciężarem?

Ta tajemnicza w przebiegu i skutkach sytuacja przypomina mi Zmartwychwstanie. Wzięło się ono ze zgody na ból, opuszczenie, trud ofiary. Wzięło się z miłości.

Dotknęła nas wszystkich i pozostawiła innymi. Rozszerzyła perspektywę.

Z okazji świąt Wielkiej Nocy życzę Państwu szerszego spojrzenia na rzeczywistość – tak jak nas uczył i jak uczynił Jezus Chrystus.I

Wanda Mokrzycka
Żona Radka, mama dziewięciorga dzieci. Należy do wspólnoty Duży Dom i pisze dla Aleteia Polska

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Ryś o kard. Dziwiszu: zawsze mogłem na niego liczyć

2019-04-26 14:22

maj / Łódź (KAI)

- Jako krakowski biskup pomocniczy, wiedziałem, że zawsze mogę na niego liczyć, że w każdej sytuacji znajdę w nim oparcie– tak o współpracy z kard. Dziwiszem w Krakowie mówi abp Grzegorz Ryś. Zwraca też uwagę, że kard. Dziwisz jest nieocenionym źródłem wiedzy o Janie Pawle II i jak nikt inny potrafi mówić o tym, jaki był i jak przeżywał wiarę. Jutro, 27 kwietnia, kard. Stanisław Dziwisz kończy 80 lat.

BP KEP

- Ten rodzaj wiedzy, jaki Ksiądz Kardynał ma o Ojcu Świętym Janie Pawle II jest jakimś niezwykłym bogactwem. 40 lat spędzili ze sobą. Kard. Dziwisz potrafi, jak nikt inny, pokazywać papieża jako osobę, od strony jego prywatnie przeżywanej wiary, modlitwy osobistej – zwraca uwagę abp Ryś.

W tym kontekście wspomina, że to, co ze świadectw kard. Dziwisza najbardziej zapadło mu w pamięć to relacja, że Jan Paweł II przez całe życie nie opuścił Godziny Świętej, czyli, że w każdy czwartkowy wieczór spędzał godzinę na modlitwie myślnej przy Panu Jezusie.

Metropolita łódzki wyraża nadzieję, że kard. Dziwisz jeśli chodzi o wspomnienia o Janie Pawle II nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Przypomniał o oczekiwanej, obiecanej przez niego publikacji Dzienników 27 lat pontyfikatu.

Apb. Ryś wspomina też kard. Dziwisza jako jego współpracownik – mianowany przez niego na rektora seminarium w Krakowie a następnie z jego inicjatywy – na biskupa pomocniczego krakowskiego.

- „Wierność Księdza Kardynała” – to pierwsze słowa, które przychodzą mi na myśl na opisanie tej współpracy. Miałem pewność, że zawsze mogę na niego liczyć, ze zawsze znajdę w nim oparcie. To dla biskupa pomocniczego, zwłaszcza początkującego – jest niesłychanie ważne – mówi abp Ryś.

- Robiliśmy w Krakowie różne rzeczy. Nie wszystkie były jakoś powszechnie akceptowane, jak np. Echo Asyżu, mocno krytykowane przez wielu publicystów katolickich. – Wielu z nich „harcowało” wtedy po mnie. Pamiętam wtedy taką wypowiedź Księdza Kardynała: „proszę nie harcować po biskupie Rysiu. Ja jestem biskupem w Krakowie i to ja jestem patronem Echa Asyżu. Beze mnie to się nie dzieje” – wspomina abp Ryś.

- Tak było zawsze. Jako biskup miałem ogromne poczucie oparcia o biskupa diecezji . Co nie oznacza, że nie było między nami jakichś różnic zdań, czy nawet czasami sporów. Tym bardziej budzi mój ogromny szacunek, że przy tych różnicach mieliśmy absolutne poczucie wspólnej pracy i jedności w działaniu. A ja miałem poczucie takiego oparcia, jakiego każdemu życzę – podkreśla metropolita łódzki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem