Zacznijmy od zdania z Pana najnowszej książki pt. „Bolesne tajemnice ks. Popiełuszki. Śladami prawdy”: „Mam już pewność, że ks. Jerzy Popiełuszko zginął w południe 25 października 1984 roku, po sześciu dniach tortur fizycznych i psychicznych”. Skąd ta pewność, Panie Prokuratorze?
- Są dowody na to, że ks. Jerzy żył jeszcze 25 października 1984 roku. To jednoznacznie wynika z ustaleń śledztwa, w tym z wyników sekcji zwłok księdza, przeprowadzonej po ich wyłowieniu z Wisły, wreszcie z treści dokumentów, do których po 41 latach od zbrodni dostęp jest coraz szerszy. To wszystko dobitnie wskazuje, na jak fałszywych przesłankach opierał się proces toruński na przełomie roku 1984 i 1985, który wskazywał na 19 października jako datę śmierci.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Celem uprowadzenia ks. Popiełuszki nie było więc natychmiastowe zabójstwo?
-Gdyby sprawcy od razu po porwaniu zamierzali zabić ks. Popiełuszkę, zrobiliby to z całą pewnością w prostszy sposób – jak np. przy wielu „wypadkach samochodowych” z tamtej epoki. Zapewne nigdy by nie odnaleziono zwłok, nie pozostawiono by typowych śladów zbrodniczego działania.
Milena Kindziuk
Prokurator Andrzej Witkowski
CEL UPROWADZENIA KS. POPIEŁUSZKI
- Pan stawia także w książce tezę, że celem służb było nie tylko osłabienie i rozbicie ośrodka na warszawskim Żoliborzu, gdzie pracował ks. Popiełuszko, ale wprost zwerbowanie księdza do współpracy ze służbami.
Reklama
- Tak. To był plan już od 1983 roku, po tak zwanej prowokacji na Chłodnej, kiedy ks. Jerzy zaczął być wzywany do siedziby Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Przesłuchiwano go w sumie około 30 razy (sic!), trafił on nawet do aresztu milicyjnego na 48 godzin! –a mimo to konsekwentnie nie odpowiadał na pytania, najwyżej krótko, zdawkowo i w kwestiach porządkowych, odmawiając składania wyjaśnień. Nie podpisał żadnego dokumentu, żadnego zobowiązania do jakiejkolwiek współpracy. Nie udało się służbom nawiązać z księdzem „konstruktywnego dialogu”.
Po siedmiu miesiącach nękania księdza próby werbunku zakończyły się totalną porażką SB. Wtedy, latem 1984 roku, zapadła decyzja o bezwarunkowym, „ostatecznym rozwiązaniu problemu Popiełuszki” – jako konsekwencja nieudanego werbunku. Z jednej strony zaczęto rozwijać pomysł wyjazdu ks. Popiełuszki do Rzymu i różnymi drogami nalegać na prymasa Józefa Glempa, aby wymusił na księdzu ten wyjazd, a z drugiej, Grzegorz Piotrowski – przyszły porywacz księdza, zaczął przygotowywać, czyli fabrykować dokumenty przeciw księdzu, by wykorzystać je podczas ostatniej, siłowej próby pozyskania go na współpracownika.
- Czego dotyczyły te werbunkowe dokumenty?
- Na przykład spraw finansowych, czyli rzekomych nadużyć lub życia prywatnego księdza - rzekomych bliskich kontaktów z kobietami, itd. To była cała machina działań, bardzo dokładnie rozplanowana.
– Dlaczego służby stworzyły pomysł wyjazdu ks. Jerzego do Rzymu?
Reklama
– W ten sposób ten charyzmatyczny kapłan byłby odizolowany od działalności w Polsce. Ponadto wierzono, że we Włoszech będę korzystniejsze warunki, by wplątać księdza we współpracę. Świeżo pozyskanego agenta zamierzano ulokować w najbliższym otoczeniu Jana Pawła II. Z całą pewnością miałby on bezpośredni dostęp do polskiego papieża, który już wtedy czytał kazania księdza Jerzego, znał go i wysoko cenił. Służby komunistyczne „upiekłyby” w ten sposób dwie pieczenie na jednym rożnie.
- Jak to należy rozumieć?
- Jednym zyskiem byłoby pozyskanie cennego źródła w najbliższym otoczeniu Ojca Świętego. Drugim – rozbicie tzw. „ośrodka żoliborskiego” w Warszawie, dezintegracja środowisk kościelnych, skłócenie księży i biskupów oraz ogólne osłabienie opozycyjnej roli Kościoła w Polsce. Dopiero, gdy stało się jasne, że werbunek się nie udał, zapadła decyzja o bezwarunkowym, „ostatecznym rozwiązaniu problemu Popiełuszki”.
– Czy to prawda, że Grzegorz Piotrowski do końca nie wierzył, iż uda się księdza Popiełuszkę „złamać” i zwerbować”? – bo na takie stwierdzenia natknęłam się w dokumentach.
Reklama
– Tak, Piotrowski wielokrotnie to podkreślał i był, zdaje się, o tym przekonany. Doskonale znał życiorys księdza Jerzego – wiedział m.in. o jego heroicznej postawie podczas zasadniczej służby wojskowej, gdy Popiełuszko jako kleryk był brutalnie prześladowany za wiarę, a mimo to nie dał się złamać. Na podstawie tych faktów oraz własnych obserwacji stworzył precyzyjny portret psychologiczny księdza i doszedł do wniosku, że Popiełuszko jest człowiekiem niezłomnym. I tak faktycznie było. Zauważmy, z wojska ks. Jerzy pisał do ojca duchownego seminarium: „Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą ani torturami. Może to dobrze, że akurat to jestem ja, bo może ktoś inny by się załamał, a jeszcze innych wkopał. (…) ja zawsze patrzę głębiej.” Jest to kluczowy moment w tej tragicznej historii. Tamte doświadczenia ukształtowały jego niezłomny charakter do ostatniego, dosłownie, tchnienia. Z tego zdawał sobie sprawę Piotrowski.
-To dlaczego zaangażował się on we wspomniane działania?
- Gdyż to nie on podejmował decyzje, które zapadły odgórnie. Członkowie sztabu dowodzący operacją specjalną KGB – MSW wiedzieli swoje. Rozkazują Piotrowskiemu podjęcie w tym kierunku zdecydowanych działań. W ich efekcie ksiądz z obawy o własne życie miałby ostatecznie zdecydować się na wariant włoski. Rozgrywka utrzymywana jest w największej tajemnicy. Dość powiedzieć, że nawet Pękala z Chmielewskim, jako bezpośredni wykonawcy akcji przeciw księdzu z 7 i 13 października 1984 r., nie mają wiedzy jaki jest rzeczywisty sens i cel podejmowanych w tym czasie działań przeciwko Popiełuszce. W istocie chodziło o to, by w najwyższym stopniu wzbudzić u kapelana „Solidarności” poczucie bezpośredniego zagrożenia życia, po prostu go wypłoszyć. Najpierw czytelna inscenizacja zamiaru wyrzucenia go z pociągu relacji Warszawa – Katowice w niedzielę, 7 października 1984 roku. Zdarzenie to utajniono. Nie było ono przedmiotem rozpoznania w procesie toruńskim. Po niespełna tygodniu, w sobotę 13 października 1984 pozorowany przez Piotrowskiego rzut kamieniem w samochód, którym ksiądz podróżował z Waldemarem Chrostowskim i Sewerynem Jaworskim na trasie Ostróda – Olsztynek.
- Kiedy mogła zapaść decyzja o podjęciu radykalnych działań wobec ks. Popiełuszki?
Reklama
- Przełomowy, jak można wnioskować, był 16 października 1984 roku. Tego dnia prymas Józef Glemp podjął ostateczną decyzję, że ks. Popiełuszko nie wyjedzie do Rzymu, wysłuchał jego próśb i pozwolił na kontynuowanie misji duszpasterskiej w Warszawie. Ale kontynuacja posługi księdza Jerzego na Żoliborzu po decyzji prymasa Polski była nie do zaakceptowania przez sztab operacji specjalnej. Wdrożono więc drugą odsłonę kombinacji operacyjnej: ksiądz Jerzy ma zostać uwięziony w bunkrze na terenie wojskowym w Kazuniu Polskim. Piotrowski otwarcie mówi zresztą o tym w nagraniach, tłumaczył podczas zeznań, że o tych planach wiedział także jego zwierzchnik Adam Pietruszka.
PORWANEGO KSIĘDZA PRZEJĘŁY SŁUŻBY WOJSKOWE
- Panie Prokuratorze, co zatem wydarzyło się 19 października 1984 roku? Co jest pewne?
- Wiemy, że o godz. 18.00 ks. Jerzy odprawił Mszę św. w Bydgoszczy, po czym, około godz. 21.20 udał się w drogę do Warszawy wraz z kierowcą Waldemarem Chrostowskim. Za nimi służbowym Fiatem 125p ruszyli porywacze: Grzegorz Piotrowski z Leszkiem Pękalą i Waldemarem Chmielewskim. Za nimi z kolei wyjechał w trasę trzeci samochód wojskowych służb obserwacyjnych, „siadając” kierowcy, czyli Pękali „na kole”. W szczególności dowodzą tego zeznania w charakterze świadków, złożone przez trzech porywaczy w śledztwie departamentu prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości w okresie 1990 – 1991.
- Czy udało się wtedy Panu Prokuratorowi ustalić w śledztwie, kto konkretnie znajdował się w trzecim aucie?
Gdy z ramienia Ministerstwa Sprawiedliwości wraz z zespołem prokuratorów i policjantów prowadziłem pierwsze śledztwo w tej sprawie, ustaliliśmy sześciu funkcjonariuszy Wojskowych Służb Wewnętrznych (WSW), mających związek z działaniami w stosunku do księdza Popiełuszki.
- Dotarł Pan do tych funkcjonariuszy służb wojskowych?
Reklama
- Tak, co więcej - wraz z całym zespołem śledczym przesłuchiwaliśmy ich na te okoliczności w listopadzie 1991 roku. Zataili jednak prawdę. Przyznali wymijająco, że owszem, prowadzili 19 października 1984 roku „czynności obserwacyjne” przy kościele w Bydgoszczy, jednak rzekomo za działaczką miejscowej „Solidarności”, a nie za księdzem przybyłym z Warszawy. Mogę stwierdzić, że w świetle zebranych dowodów, służby wojskowe prowadziły dokładną obserwację porywaczy … Więcej nie mogę jednak powiedzieć z uwagi na tajemnicę śledztwa.
Często zasłania się Pan tajemnicą śledztwa i nie ujawnia całej prawdy na temat zabójstwa księdza Popiełuszki – takie zarzuty pojawiają się w przestrzeni publicznej. Kiedy zostanie Pan z tej tajemnicy zwolniony?
– Dziękuję za to pytanie, chętnie wyjaśnię. Zgodnie z art. 241 § 1 Kodeksu postępowania karnego prokurator – także będący w stanie spoczynku, tak jak ja teraz, jest związany tajemnicą śledztwa. Stan ten uległby zmianie po uprawomocnieniu się decyzji merytorycznej kończącej postępowanie przygotowawcze. Po upływie tylu lat od wydarzeń z 1984 roku, prawdopodobieństwo skierowania do sądu aktu oskarżenia jest więcej niż nikłe. Póki co, jednak, postępowanie w sprawie kierowania uprowadzeniem i zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki toczy się – jest prowadzone przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Gdańsku – Delegatura IPN w Bydgoszczy. Dopóki ono trwa, prawo zabrania mi podawania do wiadomości publicznej znanych mi materiałów sprawy, których dotychczas nie upubliczniono.
Reklama
- Te okoliczności częściowo wyszły na światło dzienne. Np. w jednym z filmów dokumentalnych Piotra Litki wypowiada się przyjaciółka Pękali, której ten otwarcie wyjawił, że „księdza przejęły służby wojskowe”. Natomiast jeden z funkcjonariuszy dawnej bydgoskiej WSW, do którego dotarł red. Litka, mówi w filmie, że nie powie nikomu, co się wtedy wydarzyło, bo się boi: „Po prostu każdy się boi. Pan też by się bał…”. Wypowiedzi świadków jest w filmie dużo więcej.
- Jednak ja więcej nie mogę powiedzieć na temat zeznań funkcjonariuszy wojskowych z uwagi na tajemnicę śledztwa. Poza tym, że ówcześni oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych -WSI (w 1991 roku WSW przekształciła się w WSI), w zeznaniach złożonych przed prokuratorami departamentu prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości i policjantami Komendy Głównej Policji zataili prawdę i podali nieodpowiadające jej okoliczności w przedmiocie zadań służbowych, które realizowali 19 października 1984 roku, przed kościołem pw. Świętych Polskich Braci Męczenników w Bydgoszczy. Obecny w kościele ks. Jerzy Popiełuszko miał być poza sferą ich zainteresowania. Według tego, co zeznali, byliby chyba jedynymi, których w tamtym miejscu i czasie nie interesował ksiądz Jerzy.
- Ale przecież interweniował wtedy Pan Prokurator u ich zwierzchnika, ówczesnego szefa WSI, kontradmirała Czesława Wawrzyniaka, dlaczego nie przyniosło to skutku?
Reklama
- Tak, rzeczywiście interweniowałam, poinformowałem go o zorganizowanej destrukcji śledztwa przez jego podwładnych. O tym, że zeznawali według jednolitej, wyuczonej sztampy, zatajając znane im fakty i okoliczności zdarzenia. Kontradmirał zareagował dość żywiołowo. Zapewnił mnie, że w takim razie on spowoduje, że jego podwładni przyjadą do Warszawy, i zeznają przed prokuratorem całą prawdę, wszystko, co w tej sprawie jest im wiadome. Nigdy do tego nie doszło. Po upływie dwóch godzin od rozmowy z kontradmirałem odebrano mi kierownictwo nad śledztwem.…
- …. co nadaje się pewnie na osobny wywiad.
- A nawet na książkę! Tak czy inaczej, materiał dowodowy wskazuje, że obserwacja wojskowa za przyszłymi oskarżonymi – Piotrowskim, Pękalą, Chmielewskim i Pietruszką – prowadzona była już od 15 września 1984 roku. Przypisano im określone role w ramach prowadzonej na szeroką skalę kombinacji operacyjnej.
Czy to nie spekulacje? Na jakiej podstawie Pan to mówi?
- Żadne spekulacje, lecz dowody zgromadzone w śledztwie. Twierdzenie to opieram wyłącznie na potwierdzonych faktach, wynikających z zeznań świadków oraz z zabezpieczonych dokumentów. Był to zresztą element ciągu kolejnych zdarzeń w ramach zapoczątkowanej 12 września 1984 roku „kombinacji operacyjnej” peerelowskich służb specjalnych, ale także sowieckich. Dość powiedzieć, że sygnałem do jej wdrożenia był artykuł opublikowany tamtego dnia w moskiewskich „Izwiestiach”. Chodzi o artykuł niejakiego Leonida Toporkowa pt. „Urok nie wrok” („Lekcja na darmo”). Peerelowskie służby specjalne, cywilne i wojskowe zostały odtąd poddane w tej sprawie ścisłemu nadzorowi strony sowieckiej.
- Uporządkujmy zatem: w czasie i miejscu porwania ks. Popiełuszki w Górsku 19 października 1984 roku około 21.40 znajdowały się nie dwa, lecz trzy samochody, czy tak?
Reklama
- Tak. Był Volkswagen Golf z ks. Jerzym i jego kierowcą, drugi samochód to był Fiat 125p z porywaczami działającymi w ramach służb cywilnych oraz trzeci, nieustalony dotychczas pojazd, z największym prawdopodobieństwem – z funkcjonariuszami służb wojskowych. Księdza Jerzego porywacze siłą doprowadzili skrajem pobocza do tego trzeciego nieustalonego samochodu i wepchnięto go tam na tylne siedzenie. Od tej chwili znani trzej porywacze z departamentu IV otrzymali do realizacji inne zadania, natomiast dalsze „czynności” wobec uprowadzonego księdza były już po stronie służb wojskowych.
Wikimedia (domena publiczna)
PORYWACZE NIE WRZUCILI KS. POPIEŁUSZKI DO BAGAŻNIKA
- W jednej z poprzednich Pana książek pt. „Porwanie księdza Popiełuszki” pisze Pan, że te ustalenia znajdują potwierdzenie m.in. w eksperymencie z psem tropiącym, który w nocy 19 października 1984 roku w Górsku zgubił ślad księdza Jerzego dokładnie w miejscu, gdzie najprawdopodobniej stał trzeci samochód. Czy w śledztwie wynik takiego tropienia może być uznany za dowód na tyle wiarygodny, by na jego podstawie wyciągać stuprocentowe wnioski, czy raczej należy go traktować tylko jako pewną poszlakę, wymagającą dalszego potwierdzenia?
– To nie była żadna poszlaka, lecz bezpośredni dowód: zeznania świadka - przewodnika psa tropiącego, sierżanta sztabowego Romana Nowaka z toruńskiej komendy MO.
19 października 1984 roku, o godzinie 23.40, na miejscu uprowadzenia księdza Jerzego Popiełuszki przeprowadzono czynności procesowe z użyciem psa tropiącego wabiącego się Junak. Po nawęszeniu przedniego fotela pasażera w Golfie, na którym podróżował ksiądz, pies podjął trop. Tropiąc poboczem w kierunku Torunia, doprowadził do bocznej drogi prowadzącej do zabudowań w Górsku. Po około dwustu metrach od samochodu – dokładnie w tym miejscu ślad się urwał. Procedurę powtarzano trzy razy - za każdym razem z identycznym rezultatem. To oznaczało, że tam ks. Jerzy musiał być wepchnięty do innego samochodu.
Reklama
Wszystkie te działania zostały opisane w protokole użycia psa tropiącego. Nowak przekazał go od razu do akt sprawy.
- Czy ten protokół się zachował?
– Niestety nie. Funkcjonariusze SB prowadzący śledztwo zniszczyli go. Co więcej, 22 października 1984 roku fałszywie raportowali do Biura Śledczego MSW, że pies tropiący na miejscu zdarzenia „nie podjął śladu”.
W 2004 roku przewodnik psa tropiącego Roman Nowak złożył przede mną zeznania w charakterze świadka. Unaocznił je w terenie podczas wizji lokalnej w Górsku. Pamiętam ten dzień jak dziś, kiedy przesłuchiwałem świadka Nowaka: siedział na krześle, po drugiej stronie biurka. Spięty, wyraźnie spłoszony, powiedział na początku:
„Bo wie pan…, ja nie wiem, czy mogę mówić…”.
-Dlaczego? Co pana krępuje? – zapytałem.
„A kto mi zagwarantuje, że będę dalej żył? Czy pan wie, że jednego z moich kolegów, który za dużo wiedział, utopili w stawie?”.
Po zastanowieniu, złożył szczere i rzeczowe zeznania. Powiedział też, że Junak był wtedy najlepszym psem tropiącym w dyspozycji milicji w północnej Polsce.
Reklama
– W 2008 roku do przewodnika psa tropiącego, Romana Nowaka, dotarli również dziennikarze Piotr Litka i Przemysław Wojciechowski, realizując film dokumentalny o księdzu Jerzym. Gdy wprost zapytali Nowaka, co mogło oznaczać nagłe zgubienie śladu przez psa w Górsku, usłyszeli: „To mogło znaczyć… tak wstępnie z kolegami podjęliśmy decyzję, że mógł tam stać inny pojazd”. Ówczesny funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, który prowadził psa tamtej nocy, nie rzucał słów na wiatr...
- Jak już wspominałem, sierżant Nowak to samo zeznał przede mną. Wyraził pewność, że zachowanie psa tropiącego wskazywało jednoznacznie, że musiał tam być trzeci pojazd. Skoro pies dokładnie w tym samym miejscu kilkakrotnie tracił ślad, to przecież ksiądz nie uniósł się z tego miejsca w powietrze, np. przy użyciu helikoptera. Musiał przemieścić się na inny rodzaj podłoża. Do innego pojazdu, który tam musiał stać. Tak, jak już podkreśliłem, zeznania świadka Nowaka są w pełni wiarygodnym, niekwestionowanym i istotnym dowodem w tej sprawie. To dowód, że porywacze nie „wrzucili” księdza Jerzego do bagażnika swego samochodu.
- Czy są inne dowody na to, że ks. Jerzego nie było w bagażniku Fiata 125 P?
- Dowodzi tego również fakt, iż we wnętrzu samochodu porywaczy biegli z zakresu kryminalistyki nie stwierdzili obecności śladów krwi, choćby w ilości tzw. śladowej. A przecież katowany ksiądz, w świetle opinii medyków sądowych, obficie krwawił, na co zwróciła uwagę prof. Maria Byrdy prowadząca sekcję zwłok ks. Popiełuszki.
Reklama
O tym, że ksiądz po uprowadzeniu pozostał w Górsku i nie był dalej przewożony w samochodzie porywaczy, mówił też lekarz karetki pogotowia, który 19 października wieczorem został wezwany do kierowcy księdza - Waldemara Chrostowskiego. To właśnie od kierowcy księdza lekarz usłyszał wtedy taką wersję. Chrostowski oznajmił mu, że „Popiełuszko został umieszczony na tyle innego auta”, czyli jak z tego wynika, w trzecim samochodzie. Lekarz ten, Krzysztof D. zeznał o tym w śledztwie „na gorąco”, dzień po zdarzeniu.
- Jednak w czasie procesu toruńskiego nikt tego w sądzie tego nie wyjaśniał, nie skonfrontował obu świadków?
- Właśnie! Tym bardziej, że z późniejszych zeznań Waldemara Chrostowskiego, kierowcy księdza, wynika już co innego. Choć też nie do końca jasno. W ten sposób zatajano i przeinaczano fakty przed toruńskim sądem.
Przewodnika psa tropiącego - w śledztwie w 1984 roku ani w toku procesu sądowego też nikt nie przesłuchał – czemu się dziwił już wtedy m.in. mec. Jan Olszewski, który był pełnomocnikiem rodziny ks. Popiełuszki w procesie toruńskim.
- Jak to możliwe, że nie przesłuchano przewodnika psa tropiącego?
- To było celowe działanie, bo jego zeznania „nie pasowałyby” do tzw. wersji oficjalnej uprowadzenia i zabójstwa księdza. Podobnie zresztą, nie przesłuchano lekarza karetki pogotowia doktora Krzysztofa D. W ten sposób w procesie toruńskim dopuszczono się tu (i w szeregu innych przypadków) przestępstw przeciwko wymiarowi sprawiedliwości. Świadomie zatajono stan faktyczny odpowiadający prawdzie. Zniszczono dowody w tej sprawie, względnie zaniechano ich absolutnie koniecznego przeprowadzenia. Nie przewidziano tylko, że świadkowie po latach wyjawią prawdę, zeznając już w wolnej Polsce.
Reklama
- Panie Prokuratorze, niedawno udało mi się ustalić tożsamość lekarza karetki pogotowia, o którym Pan wspomniał – dr. Krzysztofa D. , obecnie pracuje on w jednej z przychodni rejonowych w Polsce. Próbowałam kilkakrotnie skontaktować się z nim bezpośrednio, żeby dopytać o szczegóły tamtych wydarzeń. W poradni kilkukrotnie zostawiałam prośbę o telefon zwrotny, ale lekarz nigdy nie oddzwonił.
- Najwyraźniej, nie chce po latach wracać do tamtych wydarzeń. Jego świadectwo nie traci przez to na wadze i znaczeniu. Został n przesłuchany w charakterze świadka w toku śledztwa, już 20 października 1984 roku. Protokół z tej czynności procesowej jest przechowywany w archiwum IPN, w materiałach procesu toruńskiego.
- Doprecyzujmy więc: księdza Popiełuszki nie było nigdy w bagażniku Fiata 125P, czyli w samochodzie sprawców uprowadzenia?
– Wykluczam taką ewentualność. Samochód służbowy departamentu IV MSW marki Fiat 125p, w którego bagażniku miał być przewożony ksiądz Jerzy przez sprawców uprowadzenia w dniu 19.10.1984 roku, poddany został specjalistycznym oględzinom biegłych Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej MO. Jak już wspomniałem, biegli ci stwierdzili w wydanej w związku z tym opinii, że w bagażniku tego samochodu nie znaleziono śladowej choćby ilości krwi.
Karol Porwich/Niedziela
ZMANIPULOWANA WERSJA OFICJALNA
Z tego wynika, że wersja oficjalna wydarzeń 19 października nie jest prawdziwa?
Tak, wersja ta, łącznie z umieszczeniem ks. Popiełuszki w bagażniku, ogłoszona przez zmanipulowany proces w Sądzie Wojewódzkim w Toruniu, została sformułowana na podstawie zafałszowanego stanu rzeczy i oparta na fałszywych dowodach wytworzonych w śledztwie, a następnie dowolnie przyjętych przez sąd.
Reklama
Gruntownie badając akta procesu toruńskiego, stwierdziłem zresztą również szereg innych przypadków przekraczania uprawnień i niedopełniania obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych, a także przestępstw przeciwko dokumentom. Złamano katalog podstawowych zasad procesu karnego.
- Opisuje Pan to szczegółowo m. in. w książce pt. „Aresztowaniu generałów”, ale to osobny wątek.
- Ale istotny, pozwoli pani, że przypomnę w tym kontekście fragment zeznań płk. Adama Pietruszki, ówczesnego wicedyrektora departamentu IV, który nadzorował działania porywaczy, skazanego w procesie toruńskim: Stwierdził wprost: „nie pozwolono [nam] ujawnić na rozprawie toruńskiej tych faktów, które były nam znane i które miały rzekomo chronić ówczesną rację stanu (…) To moim zdaniem było coś więcej niż polecenie, na ówczesne warunki był to przymus nie do odparcia, w końcu ja sobie zdawałem sprawę, gdzie jestem i w czyich rękach”.
Pietruszka usłyszał też od dyrektora Biura Śledczego MSW, płk. Zbigniewa Pudysza: „Nie mów, bądź tamą, bo zasłabniesz”. A gdy warszawski sąd na procesie Ciastonia i Płatka zapytał go, czego się obawiał, odparł: „Utraty życia”. Takie są fakty.
Reklama
- Te fakty ujawniła zresztą żona Adama Pietruszki, Róża Pietruszka, która mocno obciąża gen. Kiszczaka, jak pisał Pan w „Aresztowaniu generałów”. Jej słowa ujawnił też Piotr Litka w książce „Zniszczyć księdza” – przytaczając jej rozmowę z posłem Janem Rokitą. Mówiła na przykład, że na procesie toruńskim w sądzie „wyszło tylko to, co sobie życzył minister Kiszczak, reszta to tajemnica państwowa… Mojemu mężowi nic nie udowodniono, a sędziowie byli dyspozycyjni i tej sprawy nikt nie podnosi… Ja mam dowody, że sędziowie byli dyspozycyjni…”.
Są jeszcze mocniejsze wypowiedzi pani Róży Pietruszki– np. o tym, że dyrektor Biura Śledczego MSW Zbigniew Pudysz „idzie do oskarżonego i nakłania go do milczenia z polecenia m.in. Kiszczaka”, itd. To wszystko odnotowano w dokumentacji urzędowej MSW w 1989 roku.
- Czy są inne dowody, że w całej tej operacji brali udział funkcjonariusze służb wojskowych?
Istotne są też zeznania, które w 1991 roku złożył przede mną niejaki K., funkcjonariusz Biura „B” MSW (w resortowym żargonie tzw. „ betki”). Otóż, od 15 września 1984 roku prowadzono obserwację służb wojskowych za przyszłymi porywaczami ks. Popiełuszki. Do stolicy kierowano członków ekip obserwacyjnych z terenowych oddziałów WSW. Wymieniały się one co tydzień. Przybysze z terenu nie znali dobrze miasta, do pomocy w poruszaniu się za figurantami przydzielono im więc ministerialną „betkę”. Jednym z tych, swego rodzaju „pomocników” po fachu, był ów K.
Czy chodzi o funkcjonariusza betki, który potem wygadał się Piotrowskiemu, mówiąc: „Uważajcie, bo jesteście śledzeni, za wami chodzi wojsko”?
Reklama
Tak, to o nim mowa. Piotrowski okazał się jednak nielojalny wobec wiernego przyjaciela, dbającego o jego wieloraką kondycję. W trakcie jakiejś „imprezy” z informacji tej zwierzył się „na ucho” znajomemu, ujawniając jej źródło. Następnego dnia raport o tym wylądował na biurku Kiszczaka. Summa summarum nie skończyło się to dobrze dla owego K. z ministerialnej „betki”. Kiszczak surowo ukarał go za zdradę służbowych tajemnic. Trzy lata więzienia za przypisaną korupcję, które odsiedział „od dechy do dechy”.
Jego też Pan przesłuchiwał?
Tak. To było kolejne potwierdzenie, że Pękala, Chmielewski i Piotrowski działali wówczas we współpracy oraz pod stałym nadzorem funkcjonariuszy służb wojskowych. Towarzysz generał LWP Czesław Kiszczak, minister spraw wewnętrznych, skupiał wówczas absolutną władzę nad służbami wojskowymi i cywilnymi. W przeszłości pełnił funkcję szefa Zarządu II sztabu Generalnego (kontrwywiad wojskowy), potem został szefem Wojskowej Służby Wewnętrznej. Gdy w 1981 roku objął tekę ministra spraw wewnętrznych PRL, zachował faktyczne kierownictwo nad wojskowymi służbami specjalnymi, kontrolując wiernych i oddanych sobie dowódców tych formacji, których kariery w ludowym wojsku inspirował i kontrolował.
Czy obserwację wojskową za funkcjonariuszami MSW formalnie mogło zarządzić Ministerstwo Spraw Wewnętrznych?
Reklama
- Z takim kierownikiem resortu mogło wszystko. Od strony formalnej, zarządzenie obserwacji za funkcjonariuszami MSW było wyłączną kompetencją ministra spraw wewnętrznych. Nie mógł tego w zastępstwie ministra dokonać nawet wiceminister. Jest pewne, że obserwację za czterema późniejszymi skazanymi w procesie toruńskim zarządził osobiście Kiszczak. To jeden z dowodów na to, że minister spraw wewnętrznych aktywnie partycypował w całej operacji. Powszechnie wiadomo, że nie żywił on zbytnią estymą, najdelikatniej mówiąc, funkcjonariuszy cywilnych służb. Dlatego przy realizacji zadań najwyższej rangi wykorzystywał swe ugruntowane wpływy w służbach wojskowych, którymi de facto również kierował.
Dlaczego w takim razie Kiszczak nie poniósł konsekwencji prawno – karnych w tej sprawie?
- Generał LWP Czesław Kiszczak przesłuchiwany był w połowie roku 1991 w charakterze świadka przeze mnie oraz moich ówczesnych współpracowników z Komendy Głównej Policji oraz Urzędu Ochrony Państwa. Finalnie, jego rola procesowa miała ulec zmianie. W dniu 15 listopada 1991 r. przedłożyłem przełożonym w departamencie prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości zaktualizowany plan dalszego śledztwa. Przewidziano w nim przedstawienie Kiszczakowi zarzutów, m. in. kierowania wykonaniem zabójstwa księdza Popiełuszki. Skutek był taki, że w tempie ekspresowym odebrano mi śledztwo. Planu wprowadzenia postępowania w fazę in personam wobec Kiszczaka nikt po mnie nie zrealizował. Nigdy nie usłyszał on zarzutów popełnienia zbrodni w tej sprawie.
ks. Mirosław Benedyk
Relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki
Przypomnę pewien znamienny incydent, do którego doszło wcześniej, kiedy Kiszczak był przesłuchiwany przez jednego z policjantów mojego zespołu śledczego, jeszcze w charakterze świadka. W trakcie zarządzonej przerwy, Kiszczak z rozbrajającą szczerością oświadczył prowadzącemu przesłuchanie oficerowi policji: „To śledztwo będą panowie prowadzić dotąd, dopóki ja na to pozwolę…!”.
Ale chyba pana czasy już minęły – odparł mu policjant.
W odpowiedzi Kiszczak powtórzył: „To śledztwo będą panowie prowadzić dotąd, dopóki ja na to pozwolę…!”.
Reklama
Tak dokładnie się stało.
O tym, kiedy zapadła decyzja o uwięzieniu ks. Popiełuszki w bunkrze w Kazuniu i o kazuńskiej wersji śmierci - w drugiej części wywiadu.
Z prok. Andrzejem Witkowskim rozmawiała Milena Kindziuk.
