Reklama

Uczelnia otwartych drzwi

2015-09-22 11:22


Niedziela Ogólnopolska 39/2015, str. 30-31

Archiwum PWTW
Uczelnie dzisiaj bardzo często przekazują tylko informacje, nie interesują się formacją człowieka – mówi ks. prof. Krzysztof Pawlina

Z ks. prof. dr. hab. Krzysztofem Pawliną – rektorem Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie – rozmawia Mateusz Wyrwich

MATEUSZ WYRWICH: – W jednej ze swoich niedawnych wypowiedzi odwołał się Ksiądz do papieża Franciszka, który powiedział, że Kościół ma być Kościołem otwartych drzwi, a skoro tak, to i „nasza uczelnia nie może stać z boku”. Co to znaczy?

KS. PROF. KRZYSZTOF PAWLINA: – Przyzwyczailiśmy się do tego, że teologia jest propozycją dla ludzi, którzy chcą być przygotowani do kapłaństwa bądź do katechizowania. Wydaje się jednak, że teologia winna być uprawiana nie tylko teoretycznie, ale również praktycznie – tzn. także poza uczelnią. Powinna wchodzić w życie. Ludzie potrzebują dzisiaj życiowych rozwiązań z zastosowaniem nauki Kościoła. Dotyczy to ekonomii, polityki, życia codziennego. Uczelnia powinna więc, oprócz uprawianej teologii teoretycznej, przedstawiać również pewne propozycje krótszych studiów, które będą pomagać w życiu codziennym i zawodowym przez odwoływanie się do nauki Kościoła. Mam tu na myśli studia podyplomowe bądź też kursy, jak np. Szkoła Nowej Ewangelizacji czy Szkoła Wolontariatu.

– Chcąc zachęcić do podjęcia studiów na swojej uczelni, powiedział Ksiądz: Musimy wszyscy uczyć się służyć człowiekowi. W jaki sposób zamierzacie służyć?

– Uczelnie dzisiaj bardzo często przekazują tylko informacje, a chodzi też o formację człowieka. Mam poczucie, że dzisiaj panuje duży deficyt człowieczeństwa. Ludzie dużo wiedzą, a bardzo trudno jest im być dobrymi. Dlatego nasza katolicka uczelnia powinna przygotowywać nie tylko „głowę”, ale całego, integralnego człowieka. Trzeba studiować nie tylko przy biurku czy na sali wykładowej, ale i... na kolanach. Studia przy biurku w archiwum, bibliotece czy na sali wykładowej formują intelekt. Ale nasze studia są też po to, aby spotkać się z Tym, o którym się słyszało, czyli z Panem Bogiem. Dlatego na naszej uczelni ważne są modlitwa i Msza św. Na świecie generalnie istnieje problem nie tyle z wiedzą, ile z umiejętnością życia. Mam nadzieję, że udaje się nam prowadzić taką uczelnię, na której ludzie uczą się relacji z Bogiem, z drugim człowiekiem i z samym sobą.

– A jeśli przychodzi do Księdza student i mówi: Nie chcę zdawać dzisiaj egzaminu, bo źle się czuję. I chciałby zdawać w innym terminie...?

– Nie jestem kapłanem, który ma parafię, ale próbuję być odpowiedzialny za wspólnotę, jaką jest uczelnia. Jeśli więc ktoś przychodzi do mnie i mówi, że z jakichś przyczyn chciałby zdawać w innym terminie, to ja wiem, kto to mówi i dlaczego. Ta nasza znajomość ludzi kształtuje więc relacje: mistrz – uczeń, parafia – parafianin. Wówczas między uczącymi i uczącymi się powstaje związek, który jest nie tylko przekazem informacji, ale też tworzeniem wspólnoty i zaufania. Dla mnie ważne jest to, że ludzie, którzy są na sali wykładowej, których spotykam na korytarzu, znają mnie i ja ich znam. Znam też wiele tajemnic ich serca, co pozwala mi być dla nich kimś więcej niż tylko rektorem – pozwala mi być dla nich księdzem. To budowanie Kościoła z nimi staje się szczególnie odczuwalne, kiedy odprawiam dla nich i za nich Mszę św., kiedy głoszę im kazania lub gdy czasem modlę się z nimi przed egzaminami głównymi. To jest zupełnie inna płaszczyzna kontaktu. Bo ważne stają się wtedy dla nas pytania: Jak poznałeś Boga? Co to dla ciebie znaczy? Jak ty to rozumiesz?

– Podkreśla Ksiądz, że Papieski Wydział Teologiczny to uczelnia, która formuje nie tylko intelektualnie, lecz także duchowo. Ale studiują tu również ludzie już uformowani, pochodzący z różnych wspólnot i ruchów. Czy oni wnoszą coś w życie uczelni położonej w lesie, na wysokiej skarpie warszawskiego Marymontu?

– Zauważyłem duże ubogacenie uczelni przez kursy, krótsze podyplomowe studia, które prowadzimy – takie jak choćby Szkoła Nowej Ewangelizacji czy Szkoła Wolontariatu. Przychodzą ludzie, którzy żyją w swych parafiach bardzo aktywnie od wielu lat, osoby z grup, w których się formują i wnoszą ze sobą wielką świeżość i dynamizm. Mają już „rozgrzane” serca i potrzebują tylko trochę wiedzy, zdobycia pewnych umiejętności. Wiedza, umiejętności i gorliwość formują natomiast pewną integralność, która sprawia, że oni siebie nawzajem ubogacają, pokazują, jak można żyć, jak można ewangelizować.

– Kilka lat temu uczelnia uruchomiła studia e-learningowe. Dla wielu ludzi jest to kapitalne rozwiązanie z kilku powodów, m.in. czasowych czy finansowych...

– Jest to forma studiów dla ludzi, którzy nie mogą studiować stacjonarnie czy zaocznie, regularnie przyjeżdżać na wykłady. Ale mogą przyjeżdżać na zajęcia trzy razy w roku, po jednym tygodniu. Reszta wykładów jest dla nich udostępniana drogą elektroniczną. Studiują więc w domu i po kwartale zdają egzaminy, aż ukończą studia. Nie mają żadnych dodatkowych ulg, są takimi samymi studentami jak inni. Jedyne, co może ich wyróżniać, to to, że są bardziej zdeterminowani. Bo są to ludzie, którym na drodze do studiowania stanęło wiele przeszkód.

– No dobrze, skończyłem te studia i co dalej? Mogę podjąć studia doktoranckie, ale do czego mi się przydadzą magisterskie? Mogę zostać katechetą, ale to przyniesie niewielki dochód...

– Często podkreślam, że studia teologiczne powinny być dla ludzi dorosłych drugim fakultetem. Wielu ma już zawód, a do nas przychodzi po to, aby pogłębić swoją duchowość. To są ludzie Kościoła, którzy mogą posłużyć – i często służą – w swojej parafii wiedzą zdobytą u nas. Tak, myślę, że studia teologiczne nie są hołdowaniem własnym egoizmom, nie są studiowaniem tylko dla siebie. Studiuję również dla Kościoła, bo czuję się odpowiedzialny za Kościół.

Tagi:
wywiad rozmowa uczelnia

Reklama

Obrońca katolickiej wiary

2019-08-21 11:25

Ks. Adrian Put
Edycja zielonogórsko-gorzowska 34/2019, str. 4-5

Pod koniec istnienia diecezji lubuskiej powstało na jej terenie ważne centrum nauki i studiów. We Frankfurcie nad Odrą, największym mieście starego biskupstwa, utworzono uniwersytet z Wydziałem Teologii. W czasach gdy rozszerzał się nad Środkową Odrą protestantyzm, uczelnia wraz ze swoim pierwszym rektorem stanęła odważnie w obronie katolickiej wiary

Reprodukcja ks. Adrian Put
Konrad Wimpina

Nowe idee humanistyczne, które rozprzestrzeniały się w XV i XVI wieku w Europie, nie ominęły terenu diecezji lubuskiej. Działo się to co prawda z pewnym opóźnieniem, ale jednak. Brandenburgia, na której obszarze leżało ówczesne biskupstwo lubuskie, była krajem opóźnionym w stosunku do reszty krajów niemieckich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

A może edukacja domowa?

2019-08-06 09:21

Aleksandra Nitkiewicz, Aleksandra Sztuka
Niedziela Ogólnopolska 32/2019, str. 44-45

– W edukacji domowej najbardziej podoba mi się to, że mam czas – mówi nasza szesnastoletnia rozmówczyni. Logicznie pyta, że skoro w szkole spędza się wiele godzin, a potem do sprawdzianów trzeba uczyć się w domu, to dlaczego nie zrezygnować ze szkoły i nie uczyć się tylko w domu

©leszekglasner – stock.adobe.com

Powodów podjęcia decyzji o edukacji domowej jest tyle, ilu uczniów. Młodzież edukująca się w taki sposób często uważa, że samodzielna nauka jest o wiele efektywniejsza, bo człowiek nie uczy się, żeby coś „wykuć” na pamięć, ale skupia się na całościowej wiedzy, a nie na szczegółach.

Zamknięci w ramkach

Z jednej strony natłok zajęć, stres niszczący wrażliwość, problemy dojrzewającej osobowości, a z drugiej – chęć lepszego wykorzystania czasu na rozwój... Jaka jest alternatywa? Czy jako rodzice możemy coś zrobić? Wśród młodzieży lawinowo wzrasta liczba samobójstw i depresji. Przybywa dzieci z lękiem społecznym, który czasami przybiera postać fobii szkolnej. Psychoterapeuci zauważają, że zawsze jest to spowodowane doświadczeniem zbyt dużego poziomu krytyki oraz uwypuklania trudności i słabych stron. Masz problemy z matematyki? Pracuj więcej... Kto pyta: A z czego jesteś dobry? W szkole, a potem w domu dzieci nadrabiają zaległości i jednocześnie słyszą informacje zwrotne o tym, że są kiepskie. Wymagania są takie same dla wszystkich, a przecież nikt do dobrego życia nie potrzebuje równomiernego rozwoju we wszystkich dziedzinach. Warto zaznaczyć, że dzieci z deficytami mają często szczególne umiejętności, co trudno im rozwijać, bo ich energia jest skierowana na wyrównanie do poziomu zero. Takie postępowanie jest odwrotne do tego, co się robi, gdy się prowadzi np. terapię dzieci czy młodzieży, gdzie najważniejsze jest uwypuklenie mocnych stron.

Sztuka chwalenia

Problem z pochwałami bierze się z tego, że spory kłopot sprawia nam nauczenie się ich. Tymczasem w psychologii są wypracowane metody pracy z ludźmi, także z dziećmi. Nie korzysta się z nich jednak. Kto pamięta o tym, że w zeszycie do korespondencji z rodzicami krytyczne uwagi na temat nauki i zachowania dziecka powinny być zanurzone w 70 proc. tych pozytywnych? Do tego dochodzi problem przemocy wśród rówieśników, a ze strony nauczycieli – komentowania w sposób, który dla niektórych może być raniący, co często wynika nie ze złej woli, a z braku czasu czy ze zmęczenia. Konsekwencją jest myślenie dziecka: Jestem gorsze. Można to usłyszeć od osób podejmujących terapię, które zmagają się z chorobliwie nasilonym wstydem czy niskim poczuciem własnej wartości. Jeśli dotyczy to dorosłych, zbierają oni owoce sprzed kilkudziesięciu lat; jeśli młodzieży – może się zdarzyć, że w którymś momencie młodzi odmówią chodzenia do szkoły. Paraliżuje ich lęk przed krytyką.

Rząd dusz

Rodzice zauważają, że w szkole często występuje swoista walka o prymat. Można tu wyróżnić trzy rodzaje przywództwa. Przywództwo ekonomiczne – jestem najlepszy, bo mam najlepsze ciuchy czy zabawki; przywództwo siły – jestem silniejszy; przywództwo wiedzy – faworyzowani są „lepsi”. Konsekwencją takiego układu jest nieustanne porównywanie, które prowadzi nie do współpracy, ale do współzawodnictwa, co jest ogromną stratą dla naszego społeczeństwa. Niepokojące jest także to, że dzieci rozwijają w sobie bardzo dużo wstydu i w konsekwencji przestają mówić, co myślą. W takiej sytuacji edukacja domowa, choćby roczna, pozwala na nabranie odwagi społecznej, przekonania, że dzieci mogą o coś zapytać, otwarcie powiedzieć, co myślą. W szkole często najtrudniej mają dzieci z rodzin z silnymi więziami. One nie mają potrzeby krytykowania i wyśmiewania rodziców, dystansowania się od nich, nie potrzebują, a wręcz nie chcą palić i pić, opierają się destrukcyjnym modelom, przez co czują się samotne, niechciane, inne. I jednocześnie tego nie rozumieją. Czas szkolny wspominają później nie jako czas rozwoju, ale trudnej samotności i wyalienowania. Dziecko, nawet kilkunastoletnie, nie rozumiejąc, co się dzieje, jest skłonne o sobie myśleć, że coś z nim jest nie tak. Dwunastoletnia Monika, która po dwóch latach edukacji domowej wróciła do szkoły, mówi: – Dzieci, które w szkole rządzą, same w sobie są słabe, rządzą, żeby reszta tej słabości nie zauważyła, i przeginają.

Bochenek zasobów

Ciekawą sytuacją jest moment, gdy młodzi ludzie kończą studia. Często doświadczają wtedy popłochu, bo skoro przez dwadzieścia lat ktoś im mówił, co mają robić, to teraz nie potrafią pokazać swojej wiedzy i być kreatywni. Nie czują, że jako ludzie jesteśmy jak puzzle, w których każdy jest inny, z innymi zasobami. Rywalizują, bo nie znają swoich mocnych stron i nie umieją współpracować. Wszyscy znamy przysłowie, które mówi, że dziecko rodzi się z bochenkiem chleba. Dla nas ten bochenek chleba to zasoby. I tak jak roślina musi być podlewana, żeby się rozwijać, tak człowiek ma być kochany, czyli bezwarunkowo akceptowany, no i oczywiście wychowywany – ma mieć zaspokajane potrzeby i stawiane granice. Coraz więcej osób, które nie odnalazły swojej tożsamości, bo jako dzieci były wożone z zajęć na zajęcia, trafia do gabinetów psychoterapeutycznych. Kończą szkołę i nie wiedzą, co robić. Tymczasem odnalezienie pasji i odkrycie pragnień powinno mieć miejsce w wieku ok. 16 lat. Jako rodzice popełniamy więc podstawowy błąd – zapominamy, że szkoła jest środkiem do celu, a nie celem. Cieszymy się, jeśli dziecko osiąga dobre wyniki, najlepiej we wszystkim. A tak naprawdę szkoła to etap, wyniki z matury nie są najważniejsze. Ważne jest to, co człowiek zrobi później. Jeśli znajdzie to, co go fascynuje, to będzie ten bochenek chleba. I sprawdzi się hasło: Rób to, co kochasz, a nie będziesz ani jednego dnia w pracy.

Edukacja domowa

Czasem dziecko, żeby odnalazło siebie, potrzebuje zwolnić. Ludzie się boją edukacji domowej, bo są zanurzeni w mitach, że musi być szkoła. Niekiedy nie mają wiedzy, że jest alternatywa właśnie w postaci nauczania domowego. Rodzice mają obawy, że dzieci nie będą umiały się zmobilizować do nauki. Tymczasem udowodniono, że mózg po prostu potrzebuje się rozwijać i jeśli ma zaspokojone potrzeby emocjonalne, sam sobie szuka rozwoju. Tendencja do eksplorowania rzeczywistości to zwyczajnie odruch, potrzeba – tak jak potrzeba jedzenia czy przytulania. Czasami edukacja domowa pozwala właśnie na stworzenie lepszych warunków emocjonalnych. Kryterium w podejmowaniu decyzji o tym, jaki rodzaj edukacji wybrać, mogłoby być takie: Jeśli dziecko lepiej się czuje w szkole i mówi, że uwielbia rówieśników, nauczycieli, wychodzenie do szkoły, tę całą akcję, która się tam toczy, a przy okazji wpada mu do głowy dużo treści – to nie ma powodu do zmiany jego nauczania. Z kolei dla dziecka, które źle się czuje w szkole i jest emocjonalnie „skurczone”, nie lubi tam chodzić – szansą jest nauka w domu, gdzie może odżyć. A do szkoły zawsze może wrócić.

Edukację domową można podjąć, pozostając pod opieką obecnej szkoły bądź nawiązując kontakt ze szkołą specjalizującą się w edukacji domowej w naszym województwie. Można też szukać informacji w internecie, gdzie zdobędziemy wszelką potrzebną wiedzę na ten temat i konkretne instrukcje.

* * *

Aleksandra Nitkiewicz
Coach i polonista, doradca życia rodzinnego. Żona i mama z doświadczeniem edukacji dzieci w szkołach i domu

Aleksandra Sztuka
Lekarz psychiatra, certyfikowany psychoterapeuta poznawczo-behawioralny, żona i matka z doświadczeniem edukacji dzieci w szkołach i w domu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Inwigilowała ks. Blachnickiego dziś walczy z dyskryminacją

2019-08-22 09:01

Artur Stelmasiak

Internauci rozpoznali niebezpieczną współpracowniczkę komunistycznej służby, która stoi na czele stowarzyszenia współpracującego z warszawskim ratuszem.

Archiwum Główne Ruchu Światło-Życie

Chodzi o TW ps. "Panna", czyli Jolantę Gontarczyk, która na poczatku lat 80. rozpracowywała Solidarność, a później środowisko Polonii w RFN. Wraz z mężem inwigilowała Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, który po wprowadzeniu stanu wojennego osiadł w Carlsbergu w Niemczech Zachodnich. - Wtedy Gontarczyk grała najbardziej katolicką i najbardziej patriotyczną kobietę w tym polonijnym środowisku - mówi "Niedzieli" Agnieszka Wolska z Kolonii, która od lat przypatruje się działalności TW "Panny".  

W latach 90. Jolanta Gontarczyk stała sie aktywistką feministyczną i ważnym członkiem warszawskiego SLD, gdzie pełniła wiele funkcji rządowych i samorządowych. Została odsunięta, gdy w 2005 roku ujawniono jej mroczną przeszłość, a IPN wszczął śledztwo ws. tajemniczej śmierci ks. Blachnickiego.

Internauci rozpoznali Jolantę Gontarczyk pod zmienionym nazwiskiem, jako Jolantę Lange. Przez kilka lat była ona w prezydium Komisji Dialogu Społecznego ds. Równego Traktowania, gdzie lobbowane są m. in. postulaty aktywistów LGBT. Obecnie jest także prezesem stowarzyszenia zajmującego się programami antydyskryminacyjnymi m. in. na zlecenie warszawskiego ratusza. Zmianę nazwiska z Gontarczyk na Lange potwierdza odpis z Krajowego Rejestru Sądowego. W zarządzie stowarzyszenia w 2008 r. zmieniło się nazwisko Jolanty, ale numer PESEL kobiety pozostał ten sam.

Jolantę Lange, jako Jolantę Gontarczyk rozpoznaje wiele osób z niemieckiej Polonii. - Mój mąż, jako członek Solidarności wyemigrował do RFN jeszcze przed stanem wojennym. W Carlsbergu poznał ks. Franciszka Blachnickiego i małżeństwo Gontarczyków. Wiele osób doskonale pamięta i rozpoznaje panią Gontarczyk, która znalazła sobie nową niszę dla swojej działalności - mówi Agnieszka Wolska.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem