Biskup Doran mówił, że likwidacja szkół podstawowych w Irlandii, szczególnie w regionach wiejskich, stała się w ostatnich miesiącach poważnym problemem społecznym. Jak dodał, to bolesny znak naszych czasów. Bo gdy społeczeństwo zaczyna odzwyczajać się od dzieci, traci bardzo wiele. Naród wtedy powoli gaśnie, zarówno duchowo, jak i kulturowo.
Irlandia, niegdyś „zielona wyspa świętych i uczonych”, staje dziś przed paradoksem: kraj, który jeszcze niedawno wysyłał misjonarzy na cały świat, teraz wprowadził prawo, które legalizuje zabijanie najsłabszych (przepisy pozwalają na aborcję na życzenie, bez podania przyczyny, do 12 tygodnia). Dla wielu ludzi Zachodu to gest „nowoczesności”, symbol autonomii i wolności sumienia. Ale ta wolność, faktycznie oderwana od prawdy i odpowiedzialności, zaczyna mieć konsekwencje nie tylko moralne, lecz i społeczne. „Aborcja nie tylko zabija dzieci, mówił bp Doran, ale też pozbawia wspólnoty tysięcy szczęśliwych, śmiejących się istnień”. To nie jest już tylko kwestia indywidualnych wyborów. To cichy proces wymierania. Europa Zachodnia, w tym Irlandia, żyje w epoce, w której dzieci stają się luksusem, a nie błogosławieństwem. Coraz częściej mówi się o „kryzysie uczniów”, jakby problemem były brakujące liczby w tabelach, a nie brakujące osoby.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Słowa irlandzkiego biskupa wybrzmiewają na tle innych wydarzeń z różnych stron świata. Ostatnio w Zimbabwe tamtejsi biskupi stanowczo zaapelowali do senatu, by nie uchwalał ustawy liberalizującej aborcję. Pisali o obowiązku obrony życia, „które stanowi serce afrykańskiego i chrześcijańskiego dziedzictwa moralnego”. Jakże wymowne to przeciwstawienie: Europa, która utraciła wiarę w sens narodzin, i Afryka, która- mimo ubóstwa- wciąż potrafi widzieć w dziecku dar, a nie przeszkodę.
Często mówi się, że aborcja to sprawa „sumienia kobiet”. Ale czy nie jest to również sprawa sumienia wspólnoty? Czy społeczeństwo nie ponosi odpowiedzialności, gdy tworzy kulturę lęku przed macierzyństwem, gdy oferuje ekonomiczne warunki, które czynią rodzicielstwo heroizmem? Obrona życia nie kończy się na zakazach. Zaczyna się od formowania serc i sumień, od budowania świadomości, że każde dziecko jest tym Innym, który przypomina o miłości. W tym kontekście słowa biskupa Dorana można odczytać nie jako oskarżenie, ale jako lament proroka. Mówiąc o „trzystu pustych klasach” on nie liczy, lecz opłakuje. Jego głos brzmi jak echo Jeremiasza: „zniknęły dzieci z ulic Syjonu, nie słychać już ich śmiechu”.
Ta irlandzka metafora „300 klas ciszy” jest bolesna także dlatego, że coraz łatwiej przełożyć ją na nasz, polski język. W ciągu ostatnich lat przyzwyczailiśmy się do wiadomości o zamykanych szkołach, zwłaszcza w małych miejscowościach: budynki, w których jeszcze niedawno tętniło życie, zamieniają się w puste gmachy, ośrodki kultury, czasem w domy spokojnej starości. Klasy się łączy, dzieci dowozi się do większych ośrodków, a lokalna
wspólnota traci miejsce, w którym kolejne pokolenia uczyły się nie tylko tabliczki mnożenia, ale także podstaw bycia razem. Statystyki są bezlitosne: od lat rodzi się w Polsce dramatycznie mało dzieci, a współczynnik dzietności należy do najniższych na świecie. Za tymi liczbami kryje się realne doświadczenie wielu parafii: coraz mniej chrztów, coraz mniej pierwszych komunii, za to coraz więcej pogrzebów. Kiedyś proboszcz wiedział, że we wrześniu zobaczy w kościele nową grupę pierwszaków z tornistrami większymi od nich samych; dziś częściej widzi, jak z roku na rok ta grupa się kurczy, aż w końcu zostaje kilka osób, które można policzyć na palcach jednej ręki.
To nie jest tylko „kryzys demograficzny”, który rozgrywa się na wykresach GUS-u. To cichy dramat pustych ławek – tych w szkole i tych w kościele. Jeśli Irlandia traci rocznie „300 klas, których nie będzie”, my również stopniowo tracimy całe roczniki: dzieci, które mogłyby zapełnić szkoły, ławki w parafialnych ławkach, drużyny sportowe czy chóry. W tej perspektywie kwestia ochrony życia przestaje być odległą debatą ideologiczną. Staje się pytaniem o to, jaka będzie Polska za kilkadziesiąt lat.

