Bardzo podobnie jest w polityce, z tą istotną różnicą, że przepisy mogą zmieniać odpowiedni ludzie i instytucje, a konkretnie władza ustawodawcza, ale nawet jeśli tak jest, to główne zasady są wciąż niezmienne, a zapisane są w ustawie najważniejszej, „zasadniczej”, czyli Konstytucji RP. Gra w politykę jest o tyle „prosta”, że te zasady od blisko 30 lat nie uległy zmianie. Biorą w niej udział kolejni politycy, na różnych, przypisanych sobie polach politycznej planszy, czyli posłowie, senatorowie, ministrowie, premierzy, prezydenci i przedstawicieli licznych instytucji polskiego państwa.
Nieznośny dla każdej gry jest ten, co znając zasady, zmienia je w trakcie jej trwania (oczywiście z korzyścią dla samego siebie), ignorując tę zasadę podstawową, czyli, że siadając do jakiejś gry, wszyscy jesteśmy wobec jej zasad równi. Nieważne ile słów o swojej wyższości nad innymi, czy moralnej słuszności swoich działań wypowie – faktów nie zmieni, tak jak obowiązujących prawideł. Może łamać zasady, naginać reguły, ale tym samym ich nie anuluje, tylko pokaże swoją słabość, bo siłą nie jest wygrywać, ale zrobić to uczciwie, w końcu fair play, to podstawowa zasada każdej gry.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Opinii jest wiele, każdy ma swoją
Reklama
W demokracji mamy prawo do swoich poglądów. Każdy z nas, niezależnie czy wykorzystuje je do poparcia kogoś, komu są one bliskie, czy samemu realizując je w swoim życiu i pracy. Polski ustrój polega mniej więcej na tym, że możemy w demokracji uczestniczyć czynnie, lub biernie, ale (przynajmniej w teorii) każdy z nas ma wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Największy oczywiście mają politycy – i tu wracam do alegorii szachowej – którzy wiedzą jak i co zrobić, kiedy i w jakim czasie.
W sporze o praworządność wielu z nas jest już szczerze pogubionych w gąszczu przepisów, interpretacji i dyskusji o tym kto zaczął i w imię czego. Jeśli jednak na chwilę odłożymy na bok intencje i przeanalizujemy suche prawo, to poprzednia ekipa w swoich działaniach, nawet jeśli komuś się one nie podobają, opierała się na prawie i prerogatywach konkretnych instytucji, czy jak kto woli – „sprytnym” ich wykorzystaniu. Obecna zaś nie mając niezbędnych narzędzi, zachowuje się jak gracz, który siada do szachów i gdy mu nie idzie, obraża się i zaczyna wmawiać wszystkim naokoło, że skoczek bije w linii prostej, pionki mogą skakać o 3 pola do przodu, a wieża zabija po skosie. Bo on chce dobrze dla wszystkich, a więc tak jak on w danym momencie uważa, tak jest dobrze i już. Zamiast prawa, dyktat i foch. Bo mieliśmy wygrać wybory prezydenckie, mieć większą większość w parlamencie, a jak tego od obywatela nie dostaliśmy, to i tak sobie weźmiemy.
Reklama
Ten sposób uczestniczenia w polityce widać bardzo dobrze na przykładzie kolejnych pomysłów „przywracania praworządności”, a konkretnie dopychania kolanem swoich wizji. Ostatniej z nich towarzyszy wyjątkowy piruet, czyli wykorzystanie „niekonstytucyjnej” ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa (bo „pisowskiej”), by za jej pomocą obsadzić KRS odpowiednimi ludźmi. Przed wyborami 2023 roku ta ustawa była zła i zasługująca na unijne sankcje, a teraz my sami z jej przepisów skorzystamy, ale przecież skoro zrobimy to po swojemu, a nasze intencje są czyste, to jest ok. Hipokryzja? Cynizm? Jedno i drugie.
„Na chłopski rozum”
Gdyby tak na chwilę odłożyć na bok intencje, sympatie i polityczne etykiety, zostaje coś znacznie prostszego: przepisy. A procedura w państwie prawa nie jest ozdobnikiem ani sugestią, tylko obowiązkiem. Jeżeli ustawa mówi, że trzeba zwrócić się do określonych organów o wskazanie kandydatów do KRS, to nie jest to kurtuazja, lecz warunek ważności całego procesu. Pominięcie Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa, nie jest więc sporem o interpretację, ale pytaniem o to, czy gramy według zapisanych reguł.
Może pomysł by sędziów do KRS wybierali sędziowie jest dobry, ja się z tym nie zgadzam, ale chętnie wysłucham argumentów za tym rozwiązaniem, tyle, że do jego wprowadzenia potrzebna jest zmiana prawa, a tego nie robi się na X, czy na konferencjach prasowych, tylko przez Sejm, Senat, a na końcu prezydencki podpis. Próba stworzenia precedensu, by wbrew przepisom wprowadzić „sędziokrację”, która ma zastąpić wolę Narodu wolą części środowiska sędziowskiego, to działanie nie tyle za plecami, co wbrew obywatelom. Pomysł ominięcia wskazanego w przepisach wyboru dokonywanego przez Sejm, quasi plebiscytem, którego wyniki zostaną przedstawione posłom niczym notariuszom do podpisu, to coś tak absurdalnego, że aż nie do uwierzenia.
Reklama
Organizowanie „wyborów” przez prywatne organizacje (Iustitia) nieznanych ustawie i oczekiwanie, że Sejm będzie jedynie „potwierdzał” cudzy werdykt? Tak, „uśmiechnięta władza” naprawdę chce to przeprowadzić i to jest właśnie konkretny przykład przestawiania figur w trakcie partii. Po pierwsze konstytucja nie zna kategorii „potwierdzania” wyboru członków KRS przez Sejm, lecz mówi wprost o ich wyborze, a po drugie organy władzy publicznej, zgodnie z art. 7 Konstytucji, działają na podstawie i w granicach prawa – nie na podstawie uchwał stowarzyszeń, choćby najbardziej wpływowych.
Krótka ustawa
I tu dochodzimy do tej najkrótszej „ustawy praworządnościowej”, która zmieściłaby się w jednym artykule: każdy organ państwa niech działa dokładnie tak, jak przewiduje obowiązująca ustawa, ani kroku dalej i ani kroku obok. Bez skrótów, bez domysłów, bez politycznej selekcji przepisów, które akurat nam pasują. Jeżeli minister ma obowiązek – wykonuje go w całości. Jeżeli Sejm ma kompetencję – wykonuje ją samodzielnie. Jeżeli sędzia orzeka – czyni to w ramach prawa, nie manifestu. Tylko tyle i aż tyle. A każdy sędzia wybrany w legalnej procedurze i bez pominięcia żądnego etapu jest sędzią, niezależnie czy lubimy lub zgadzamy się z nim, lub przepisami, które mu w tym pomogły. Bo praworządność nie zaczyna się od wielkich deklaracji o demokracji ani od oskarżeń o „upolitycznienie”, lecz od elementarnej zgody, że reguły obowiązują wszystkich przy tej samej szachownicy. Nawet jeśli nie zgadzamy się z intencjami tego, który z nich uczciwie korzysta.
Mówiąc wprost: jeśli koalicja rządząca chce zmienić przepisy, niech to robi, ale nie na skróty, a jeśli pragnie większych prerogatyw, niż te, które ma, niech o nie zabiega wśród wyborców. Za ostatnim razem dali oni mandat prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, który – zgodnie z ich życzeniem i tym, co sam ludziom obiecywał – jest hamulcem dla brania przez władzę do siebie większej władzy, niż ta, którą w urnach dostała. Proste? Szkoda, że nie dla wszystkich.
