Największym komplementem, jaki ks. Stanisław Orzechowski, słynny duszpasterz akademicki z Wrocławia, wystawił twórcom filmu „Orzech. Zawsze chciałem być z ludźmi”, było zdanie: „Dobrze, że nie zrobiliście laurki.” Nie chciał pomników za życia, nie znosił stawiania go na piedestale – nawet krasnal „Orzech” musiał mieć odsłonięte, „pięknie wypiętrzone czoło”, a nie czapkę na oczach. Wolał, by przypominano go raczej jako tego, który potrafił huknąć z ambony, niż jako grzeczny portret w pozłacanej ramie.
Film w znakomitej reżyserii Damiana Żurawskiego i Magdaleny Piejko pokazuje go takiego: cholerycznego, wybuchowego, zdolnego „trzasnąć w gębę” współbrata, jeśli ten go niesprawiedliwie podkablował, a zarazem zdolnego do pokory i rachunku sumienia, gdy po latach publicznie opowiada o swoich błędach. Ten paradoks – grzeszny jak Dawid, całkowicie oddany jak święty – jest w filmie najuczciwiej przepracowany; nic nie jest tu wyszlifowane pod kościelny folder, a jednak wszystko prowadzi do Boga.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Twarde słowo, miękkie serce
Reklama
Orzech miał dar rozbrajania nabożnej sztuczności jednym niecenzuralnym zdaniem – i film nie ucieka od tego słownictwa. Kazanie o amputowanej nodze ojca, które zaczyna się jak łzawy obrazek z pobożnego czasopisma, kończy się słowem tak ostrym, że „pobożne panie” mogłyby się oburzyć – tyle że nikt się nie oburza, bo wszyscy czują, o co naprawdę chodzi: o wstrząs, który wyrywa z religijnego sentymentalizmu.
To samo widać w jego komentarzach do „alfabetu miłości”: „Współżycie jest dopiero na W” – mówi studentom, którzy wydają się wiedzieć wszystko, a nie wiedzą nic o darze z siebie. Orzech nie był influencerem w idealnie dopasowanej sutannie; był księdzem, który ryzykował, że ktoś wyjdzie z kościoła obrażony – byle nie wyszedł nieporuszony.
W filmie najmocniejsze są sceny, w których widać, że Kościół u Orzecha to nie instytucja – to dom. Duszpasterstwo „Wawrzyny” - to przestrzeń, gdzie siedzi się na podłodze, płacze na kazaniu o strajku kolejarzy, a potem śmieje z historii o przedszkolakach, które na Mszy św,. z pluszakami nie chciały oddać swoich misiów „na znak pokoju”. To z tego domu wyrasta „wiosna rodzin”, kursy przedmałżeńskie i całe pokolenia małżeństw, które mówią wprost: „Gdyby nie Orzech, nie byłoby nas w Kościele, nie byłoby naszych dzieci. Dzięki tobie pracujemy nad demografią!”. W czasach, gdy wykresy urodzeń spadają, jego styl duszpasterzowania – wymagający, a zarazem ciepły – okazuje się bardziej proroczy niż niejedno socjologiczne opracowanie.
Reklama
Twórcy filmu mówią wprost: on uwielbiał prowokować. Nie po to, by błyszczeć, ale by obnażać fałsz i rozbijać nasze kościelne klisze – jak wtedy, gdy sugerował, że pomnik ks. Jerzego Popiełuszki powinien go pokazywać „z papierosem w ręku”, bo za bardzo wybielamy tych, którzy oddali życie. A jednocześnie bał się mediów, nie cierpiał nagród, czasem przed odznaczeniem „chorował”, byle nie uczestniczyć w autopromocji. Dlatego fakt, że pozwolił być tak blisko kamery – do okularów, do laski, do kielicha – nie jest technicznym szczegółem, ale teologicznym znakiem. Pozwolił, by ktoś inny opowiedział jego historię bez filtra, tak jak jest: z chorobą, z lękiem, z bólem, z poczuciem humoru, które nie mieści się w grzecznych ramach.
- A potem – już ciężko chory – oglądał ten film kilka razy, jakby robił sobie z niego spokojny rachunek sumienia przed ostatnią drogą – mówiła autorka wędrującej po Polsce wystawy o „Orzechu” red. Agnieszka Bugała, która prowadziła spotkanie dyskusyjne po filmie wyświetlonym w Warszawie przy parafii św. Stanisława Kostki, przy której znajduje się grób ks. Popiełuszki.
Dlaczego ten film jest także o nas
Na jednym z pokazów ktoś powiedział, że film o Orzechu jest także filmem o głodzie normalnego Kościoła – rodzinnego, wymagającego, pełnego śmiechu i łez, a nie PR-owskich haseł. To dlatego na sali kinowej łzy pojawiają się równocześnie ze śmiechem: bo nagle okazuje się, że taki Kościół znaliśmy, że za nim tęsknimy, że nie godzimy się na jego substytuty.
Po seansie zostaje w głowie jedno zdanie, które mógłby wygłosić tylko Orzech: „Kieruj się sercem, zapamiętaj to sobie, dobrze jest postępować według serca.” Nie chodzi o tani sentymentalizm; raczej o odwagę, by dać się Bogu poprowadzić – tak, jak on dał się poprowadzić: z całą wybuchowością, słabością i pięknem człowieka, który do końca został sobą. Może dlatego po wyjściu z kina (pokaz był w Domu Pielgrzyma „Amicus”) ma się wrażenie, że Orzech nadal nie lubi Warszawy – jak powtarzał – ale zadomowił się w sercach tych, którzy zobaczyli go na ekranie: bez lukru, duszpasterza, który „przeorał” im życie, i przyjaciela Boga, który wciąż prowokuje, żebyśmy wreszcie zaczęli żyć Ewangelią na sto procent.
