Reklama

Między suszą a powodzią

2015-10-21 08:50

Z prof. Kazimierzem Banasikiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 43/2015, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. Kazimierz Banasik wykładowca w SGGW w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich

O efektach długoletniego niedoceniania gospodarki wodnej z prof. Kazimierzem Banasikiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od kilkudziesięciu lat mówi się w Polsce o ujemnym bilansie wodnym, czyli o niedostatku wody, wręcz o stepowieniu niektórych rejonów kraju, a od pewnego czasu pojawił się problem nadmiaru wody, czyli powodzie. Powinniśmy zatem po prostu przyzwyczaić się do życia między suszą a powodzią?

PROF. KAZIMIERZ BANASIK: – Niestety, tak. To, że mamy mało wody, wynika głównie z warunków klimatycznych i wiedzieliśmy o tym znacznie wcześniej, niż zaczęto mówić o globalnym ociepleniu klimatu. Na terenie Polski mamy opady niewysokie, a więc nasz problem polega na tym, że prawie 90 proc. w bilansie wodnym kraju stanowią właśnie wody z opadów, tylko ok. 13 proc. to wody napływające rzekami, głównie z Czech, Ukrainy i Białorusi.

– Powinniśmy być zatem dobrze przysposobieni do wykorzystywania wody z opadów...

– Powinniśmy. Wydaje się jednak, że w naszym kraju, mimo widocznie narastającego problemu, zbyt mało uwagi poświęca się dbaniu o tzw. zasoby odnawialne, czyli właśnie o tę wodę z opadów odpływającą rzekami. W skali roku opady wynoszą 600-610 mm, z czego aż trzy czwarte paruje. Z międzynarodowych badań wynika, że już w połowie lat 90. ubiegłego wieku roczna średnia europejska zasobów wody przypadająca na jednego mieszkańca była trzy razy większa od polskiej, a średnia światowa 4,5 razy wyższa!

– Skąd się bierze ten nasz niepokojąco niski wynik?

– Z niskich opadów i dużego parowania, co z kolei wynika z tego, że Polska znajduje się na pograniczu klimatów: polarnego, morskiego, śródziemnomorskiego i kontynentalnego. W podobnej, jednak nieco lepszej, sytuacji są Niemcy. Obecnie tylko Malta i Belgia (z uwagi na większą gęstość zaludnienia) mają gorsze wskaźniki niż Polska. Z powodu przyrostu zaludnienia od lat 90. minionego wieku zapewne pogarszają się też ogólnoświatowe wskaźniki, a w związku z wielką migracją ludności do Europy w perspektywie najbliższych dziesięcioleci pogorszą się również europejskie. Już dziś trzeba by temu odpowiednio przeciwdziałać.

– Skoro w Polsce od dawna stwierdzamy kiepski bilans wodny, to znaczy, że niewiele zrobiono, aby go poprawić...

– Rzeczywiście, jedynym wyjściem w naszej sytuacji klimatycznej powinno być magazynowanie wody w okresach, kiedy mamy jej nadmiar, po to, by ją wykorzystać np. w okresie suszy. Magazynowanie wody w zbiornikach może też ograniczać skutki powodzi. Niestety, tego rodzaju zbiorników retencyjnych mamy zbyt mało.

– Nie budowano ich z uwagi na niewielkie do niedawna zagrożenie powodziami?

– Powodzie były zawsze, tyle że z uwagi na małą gęstość zaludnienia na terenach zalewowych nie tak zauważalnie niszczycielskie. Powódź w 1997 r. nie poczyniłaby we Wrocławiu wielkich szkód, gdyby nie to, że po wojnie zbudowano tam wielkie osiedla mieszkaniowe właśnie na terenach nadodrzańskich polderów zalewowych, sądząc, że powodzi tam nie będzie, ponieważ poprzednia była w 1903 r... Wtedy to zbudowano tam system małych zbiorników retencyjnych, a na terenach przylegających do Odry po prostu nie osiedlano się. Później, niestety, coraz bardziej lekceważono możliwość powodzi. Tymczasem stale powinniśmy zakładać, że zawsze może zdarzyć się tzw. powódź stuletnia, a może nawet tysiącletnia. Złudne są przekonania, że obronią nas wyższe, mocniejsze wały przeciwpowodziowe...

– Jak więc ujarzmić ten „chwilowy” nadmiar wody?

– Przede wszystkim trzeba przyjąć, że powodzie, jak zawsze, będą występować. Trzeba nauczyć się żyć z powodzią, czyli roztropnie redukować jej niszczycielskie skutki.

– Gdy pewien znany polityk powiedział, że przede wszystkim trzeba wykupić polisę ubezpieczeniową, to był to koniec jego popularności i kariery...

– Niefortunnie powiedział to akurat w obliczu klęski wielkiej powodzi, dlatego ludzie poczuli się dotknięci. Prawdą jest jednak, że mieszkańcy terenów szczególnie zagrożonych powodzią powinni się ubezpieczać. Niestety, często wychodzą z założenia, że w przypadku wielkiej katastrofy nieubezpieczeni mogą zawsze liczyć na pomoc państwa. Moim zdaniem, tego rodzaju pomoc, w pewnym zakresie, powinna dotyczyć wszystkich, bez względu na to, czy się dobrowolnie ubezpieczyli, czy też nie.

– Wydaje się, że nie musiałoby być wielu tego rodzaju indywidualnych tragedii, gdyby działania państwa uprzednio nie dopuszczały do osiedlania się na terenach zalewowych, gdyby wspierały projekty budowy odpowiednich zbiorników retencyjnych. Czy nie można dziś wreszcie jasno powiedzieć, że doszło do ogromnych zaniechań, bezmyślności, wręcz do działania na szkodę obywateli?

– Jak najbardziej. Przez całe wielolecia gospodarka wodna nie była – i nadal nie jest – postrzegana jako ważna dziedzina życia. Ten bardzo ważny dział gospodarki narodowej od 1970 r. nie ma odpowiedniego centralnego urzędu, jest ulokowany w Ministerstwie Środowiska, w którym dziś rozpatruje się przede wszystkim problemy związane z ekologią środowiska, w tym także ekologią polskich wód, ale kwestie hydrologiczne znajdują się na marginesie urzędowych zainteresowań. Dość powiedzieć, że obecnie w ministerstwie problemami wodnymi zajmuje się weterynarz... Nie da się już ukryć, że sprawy gospodarki wodnej są w Polsce traktowane po macoszemu.

– Dlatego problemy związane z brakiem wody – lub z jej okresowym i nieokiełznanym nadmiarem – będą narastać, nawet mimo spadku liczby ludności?

– Tak, ponieważ z góry zakłada się, że nie ma żadnego problemu ani nawet potrzeby myślenia o nim.

– Dopóty, dopóki jest jeszcze woda w kranie?

– Otóż to! Troszeczkę zaczęliśmy się bać tego lata, ale nie dlatego, że zabraknie wody w kranach wielkich miast. Duże aglomeracje są jak na razie dobrze zabezpieczone, nawet przy niskich przepływach w rzekach. W tym roku okazało się, że problemem może być zwiększony pobór energii elektrycznej w związku ze wzmożoną pracą urządzeń chłodniczych – zaczęło brakować wody do chłodzenia turbin w elektrowniach cieplnych.

– I okazało się, jak bardzo brakuje odpowiednich zbiorników magazynujących wodę?

– Okazało się, jak dalece nie przewidziano tego, co nie jest przecież trudne do przewidzenia. Jesteśmy wciąż skazani na doraźne ratowanie sytuacji, co zawsze niesie straty. Na przykład zrzucanie wielkich ilości podgrzanej wody do rzek – przy niskich poziomach niesie ze sobą groźbę katastrofy ekologicznej. Jeśli te problemy nie zostaną wreszcie kompleksowo rozpatrzone – zarówno przez hydrotechników, jak i ekologów – to wkrótce znajdziemy się naprawdę w ślepym zaułku!

– Właściwie dlaczego do tej pory nie ma tego rodzaju kompleksowego spojrzenia?

– Dlatego, że sprawy najważniejsze, fundamentalne i trudne są głęboko chowane, nikt się nie chce nimi zajmować. Wystarczyło obserwować tegoroczną kampanię wyborczą... A problemów wody nie da się rozwiązać tak, jak się gasi pożar! Wprawdzie np. powódź z 1997 r.uświadomiła wszystkim, że powodzie naprawdę się zdarzają i potem rozwiązano – m.in. dzięki pomocy Banku Światowego – kilka lokalnych kłopotów związanych z przepustowością Odry. Największy problem polega wciąż na tym, że nawet tam, gdzie już podjęto jakieś inwestycje hydrotechniczne, to trwają one niewyobrażalnie długo. Jedna z ważniejszych budów – zbiornik Świnna Poręba na Skawie jest już na ukończeniu, ale budowa trwała 35 lat!

– Z czego wynika ta ślamazarność?

– Studentom mówię, że chcemy trafić do Księgi rekordów Guinnessa. A tak naprawdę to wygląda jak jakiś sabotaż... Podobne inwestycje w innych krajach – miałem sposobność zaobserwować to w Szwajcarii – np. od modelu zapory do finału w naturze, trwają ok. 3 lat.

– A w Polsce w dodatku wciąż jest ich za mało. O ile za mało?

– W Polsce nie ma w tej dziedzinie – podobnie zresztą jak w wielu innych – całościowej wizji. Pojawiają się głosy, że skoro powodzie są nieuniknione, to po co w nie inwestować... Nawet wobec narastającego prawdopodobieństwa suszy trudno przebić się z twierdzeniem, że przez budowę zbiorników stwarza się możliwość przechwytywania wody w czasie wielkich przepływów, co nie tylko redukuje skutki powodzi, ale też może pomóc złagodzić skutki suszy. Pojemność obecnie istniejących w Polsce zbiorników w stosunku do objętości rocznego odpływu stanowi zaledwie 6 proc. W większości krajów europejskich wskaźnik ten wynosi od 10 do 20 proc. Gdybyśmy więc mieli 2 razy więcej zbiorników, moglibyśmy znacząco poprawić naszą sytuację – zredukować zagrożenie w okresach powodzi i suszy.

– A to jest zupełnie nieosiągalne?

– Osiągalne, jeśli w budżecie państwa przeznaczy się więcej pieniędzy na gospodarkę wodną. To prawda, że w kraju ciągle mamy ważniejsze problemy... Gospodarka wodna pilnie potrzebuje przynajmniej bliższego rozpoznania. Problem wody wymaga naprawdę poważnego potraktowania i perspektywicznego ujęcia.

– W historii Polski już próbowano go rozwiązywać. W dekadzie gierkowskiej był „Program Wisła"...

– Z „Programu Wisła” chyba nic nie wyniknęło; projektowano budowę kolejnych zbiorników, zakładano poprawę jakości wody. Tymczasem jakość wody jeszcze do początku lat 90. była w Polsce tragiczna, poprawiła się potem głównie dlatego, że podupadł przemysł, ale także dlatego, że sporo zainwestowano w oczyszczalnie ścieków. A co do inwestycji hydrotechnicznych, to prawdę powiedziawszy, budowę wielu dzisiaj istniejących zbiorników zakończono już w okresie gomułkowskim – w 1968 r. oddano do użytku największy polski zbiornik w Solinie, 2 lata później drugi co do wielkości zbiornik we Włocławku (który produkuje darmową energię elektryczną). W latach 60. powstał też Zalew Zegrzyński i tzw. Jezioro Żywieckie.

– Z biegiem lat narastał opór ekologów przeciwko tego rodzaju ingerencji w naturę. Może dlatego nie podejmowano wielkich projektów hydrologicznych?

– Być może, w każdym razie był to dobry pretekst, by nic nie robić. Tymczasem, gdy w latach 90. minionego wieku, po wcześniejszych wielkich protestach ekologów, w końcu oddano do użytku długo budowaną zaporę czorsztyńską i zaraz potem przyszła wielka powódź, to jej skutki o połowę zredukował właśnie zbiornik w Czorsztynie. Opowiadano mi, że także zbiornik goczałkowicki został oddany do użytku tuż przed powodzią, co sprawiło, że uniknięto strat, dzięki czemu zwróciły się koszty jego budowy.

– Strat, które mogły być, a ich nie było, nikt dziś nie chce liczyć, Panie Profesorze!

– A szkoda! Warto zapytać, co by było poniżej zbiornika w Czorsztynie, gdyby go tam nie było w 1997 r.?!

– Co nam dzisiaj bardziej grozi: brak wody czy jej nadmiar?

– Jedno i drugie jest jednakowo groźne. Powodzie przychodzą nagle i nie jesteśmy w stanie z dużym wyprzedzeniem przewidzieć ich, susze łatwiej przewidzieć – i wiemy, że będą narastać – a zatem możemy i powinniśmy się zawczasu w jakiś sposób zabezpieczać. Susze są mniej dotkliwe w wielkich aglomeracjach niż w małych miejscowościach, gdzie zaopatrzenie w wodę może stwarzać poważne problemy.

– Dlaczego?

– Dlatego, że wodę pobiera się tam z małych ujęć, z malutkich cieków, często do ostatniej kropli, gdyż źle zaprojektowano liczbę odbiorców.

– Jak to możliwe?

– Dokumentacje hydrologiczne powinny wykonywać osoby kompetentne i zatwierdzać je powinny w urzędach również osoby o odpowiednich kwalifikacjach. Tak, niestety, często nie jest. W Prawie wodnym do niedawna istniał przepis wymagający, by dokumentację hydrologiczną, choćby na ujęcie wody, mogły sporządzać wyłącznie osoby mające uprawnienia zatwierdzone przez ministra, po zdaniu egzaminu przed specjalną komisją ministerialną. Tymczasem, prawdopodobnie za sprawą jakiegoś lobby, decyzją Trybunału Konstytucyjnego pewne artykuły Prawa wodnego zostały uchylone i obecnie każdy może sobie niemalże wykonywać dokumentacje hydrologiczne do inwestycji hydrotechnicznych... I dziś mamy już tego efekty: zdarza się, że na małych ciekach poniżej ujęcia wody nie płynie już ani kropla wody, mimo iż inne przepisy mówią nadal, że w cieku zawsze powinien pozostawać tzw. przepływ nienaruszalny, który zabezpiecza życie flory i fauny wodnej na całej jego długości.

– Zamiast płynącej spokojnie wody mamy wodę z mózgu, Panie Profesorze! Co zrobić, aby odwrócić sytuację, aby chociaż trochę poprawić stan hydrologiczny Polski?

– Potrzebna jest wyższa ranga gospodarki wodnej w administracji państwowej, powrót specjalistów oraz szerzenie świadomości o możliwych zagrożeniach, głównie w związku z powodziami. Wiedzieć więcej, robić więcej i lepiej.

* * *

Prof. Kazimierz Banasik
wykładowca w SGGW w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich

Tagi:
polityka gospodarka Polska

Ewa Kowalewska: Wczoraj Irlandia – dzisiaj Polska!

2019-05-19 14:30

Ewa H. Kowalewska, prezes Human Life International w Polsce / Gdańsk (KAI)

Ostatnie wydarzenia w Polsce mogą i powinny budzić nasz największy niepokój. Agresywne konfrontacje, dezinformacja, manipulacje faktami, dezintegrujące społeczeństwo akcje – wszyscy to odczuwamy. Można wyróżnić zasadnicze dwie linie tego ataku. Pierwsza dotyczy naszych dzieci, druga naszych duszpasterzy.

Archiwum HLI

Zaledwie 20 lat temu Irlandia była krajem jednoznacznie katolickim. W niedzielnej Mszy uczestniczyło ok. 90% obywateli. W 1983 roku społeczeństwo poparło w referendum poprawkę do konstytucji, zapewniającą prawo do życia dla każdego poczętego dziecka i było z tego bardzo dumne. Większość za wielką wartość uznawała liczną, katolicką rodzinę, opartą na małżeństwie mężczyzny i kobiety, która przekazuje wiarę i tradycję swoim dzieciom.

Dzisiejsza Irlandia całkowicie się zmieniła. Demokratycznie wybrany premier Leo Varadkar nie jest chrześcijaninem i publicznie oświadcza, że jest gejem. Doprowadził on do przeprowadzenia dwóch ogólnonarodowych referendów. Pierwsze dotyczące akceptacji tzw. małżeństw jednopłciowych i adopcji przez nie dzieci, drugie na temat wprowadzenia swobody aborcji na życzenie. Obydwa zdecydowanie wygrał, bo młodzi odcięli się od fundamentalnych zasad moralnych, głoszonych przez Kościół katolicki i z radością poparli jego propozycje. Teraz kościoły świecą pustkami, bo kapłani stracili autorytet, mało kto z młodych chce ich słuchać. Katolicka Irlandia przeżywa dramat utraty wiary.

Tak szybko? Jak to możliwe? To ważne pytania, ponieważ te zmiany nie nastąpiły same z siebie, ale były konsekwentnie stymulowane według określonego programu, nazywanego „scenariuszem irlandzkim”.

Nie ulega wątpliwości, że zastosowana tu została fachowo opracowana inżynieria społeczna. Warto się jej przyjrzeć dokładniej, odnosząc się do tych dwóch referendów. W jaki sposób można zmienić poglądy dorosłych ludzi, w dodatku oparte na fundamencie wiary? Oni są odporni, po prostu wiedzą swoje. Zmiany należy więc rozpoczynać od dzieci.

Otóż w Irlandii ok. 30 lat temu wprowadzono do szkół permisywną edukację seksualną według wzorca brytyjskiego. Irlandzkie dzieci otrzymywały wielką dawkę antychrześcijańskiej ideologii od 4 roku życia po kilka godzin w tygodniu. Pod pretekstem tolerancji uczono je akceptacji dla aktywności osób LGBT (do wyboru) oraz swobody seksualnej i co za tym idzie przyzwolenia na przerywanie niechcianej ciąży. To pokolenie po 30 latach przestało chodzić do kościoła i samo zmieniło obowiązujące prawo.

Kościół katolicki w Irlandii, wcześniej posiadający olbrzymią władzę i autorytet, zdecydowanie przegrał. Pojawiło się wielu kapłanów bez powołania, który dopuszczali się nadużyć. Wystarczyło nagłośnienie skandali. W Irlandii było to wyjątkowo łatwe, bo przypadki pedofilii zdarzały się często. Ludzie nie są ślepi, a krzywdzenie dzieci budzi wielki sprzeciw i obrzydzenie oraz utratę zaufania. W tej sytuacji wielu kapłanów bało się (lub nie chciało) protestować przeciwko pierwszemu referendum. Zabrakło odwagi do głoszenia prawdy. Drugie referendum było jakby kontynuacją pierwszej ofensywy. Młodzi już nie chcieli słuchać, zabrakło autorytetu Kościoła i żywej wiary.

Porównajmy to z obecną sytuacją w jeszcze katolickiej Polsce, która na tle ateizującej się Europy została samotną wyspą i usiłuje bronić swoich wartości. Akcja zmiany świadomości społecznej staje się coraz bardziej agresywna i jest prowadzona dwutorowo, podobnie jak w Irlandii.

Warto się zastanowić, skąd ten atak na nasze dzieci! Batalię przeciwko edukacji seksualnej typu brytyjskiego wygraliśmy wiele lat temu. W polskiej szkole obowiązuje, pozytywny i akceptowany przez rodziców, przedmiot „Wychowanie do Życia w Rodzinie”. Właśnie dzięki dobrej podstawie programowej polska młodzież nadal w większości opowiada się za tradycyjną rodziną i ochroną życia. Atak zaczął się od akcji wmawiania, że w polskiej szkole nie ma edukacji seksualnej. Nie jest to prawda, gdyż realizowana jest edukacja seksualna typu „A” – wychowanie do odpowiedzialności i abstynencji seksualnej nastolatków (według Amerykańskiego Instytutu Pediatrii). Wszystkie badania potwierdzają pozytywne efekty tego przedmiotu. Pomimo tego w mediach nieustannie pojawiają się twierdzenia, że trzeba wreszcie edukację seksualną wprowadzić do szkół i wiele osób, nie znając problemu, publicznie je popiera.

Wyraźnie widać, że podstawowym celem ataku jest właśnie szkoła i nasze dzieci. Wbrew podstawie programowej, obowiązującej w szkołach, gminy kilku dużych miast (np. Gdańska czy Warszawy) podjęły akcje wejścia do szkół z promocją zachowań IGBT oraz ideologii gender. Szokiem dla wielu była wypowiedź nowego wiceprezydenta Warszawy Pawła Rabieja, że te propozycje są jedynie programem przejściowym, a celem jest uchwalenie prawa do adopcji dzieci przez tzw. małżeństwa jednopłciowe.

Równolegle pojawiło się zamieszanie w szkolnictwie poprzez strajk płacowy nauczycieli, zagrożenie egzaminów itd. Bardzo poważnym następstwem jest obniżenie autorytetu wielu nauczycieli oraz doprowadzenie do konfrontacji z uczniami. W kontekście akcji strajkowej w ogóle nie poruszano problemu czego, jak i przez kogo są uczone nasze dzieci. Można się spodziewać dalszej konfrontacji z początkiem roku szkolnego. Jeżeli nie uda się powstrzymać akcji wchodzenia przedstawicieli LGBT do polskich szkól, za kilkanaście lat, tak jak w Irlandii, ta młodzież straci wiarę i sama zmieni obowiązujące prawo.

Drugim elementem ataku jest wmawianie społeczeństwu, że za dramaty związane z pedofilią jest odpowiedzialny tylko i wyłącznie Kościół katolicki. Seksualne wykorzystywanie dzieci jest dramatem, wielką ohydą i podlega prawu karnemu. Osoba, która się dopuszcza takich czynów, powinna być surowo ukarana, niezależnie od tego z jakiego środowiska pochodzi i jaki wykonuje zawód. Prawo dla wszystkich powinno być jednakowo surowe. Potrzebujemy obiektywnej prawdy, odpowiednich kar i prewencji. Ofiarom należny jest szacunek i pomoc. Można mieć jednak wątpliwości czy trafianie na łamy gazet jest dla nich w jakimkolwiek stopniu pomocne.

Problem pedofilii w szerokim zakresie ogólnoświatowym dotyczy milionów ludzi, zwłaszcza wykorzystywania biednych dzieci z Azji. Nikt nie przypomina o znanych sprawach sądowych w Polsce dotyczących nauczycieli, psychologów, trenerów, artystów czy znanych osób ze świata polityki i biznesu. Cisza!

Prowadzona akcja propagandowa ma na celu wskazać jako sprawców tylko kapłanów katolickich. Pseudo raport, przekazany papieżowi przez poseł Joannę Scheuring-Wielgus, składał się z doniesień prasowych bez weryfikacji. Na jego podstawie zrobiono mapę przypadków pedofilii w polskim Kościele, sugerującą, że jest to problem powszechny. Mnóstwo w tym pomówień i oszczerstw. Powstają kolejne filmy, których produkcja wiąże się z wielkimi kosztami. Przeciwko Irlandii szły wielkie pieniądze, które stymulowały realizację antykatolickich programów. Warto zadać pytanie, kto finansuje te filmy, manifestacje, raporty i programy czy kampanię „Wiosny” Biedronia, który coraz częściej jest przedstawiany jako kandydat na polskiego premiera.

Bieżących przypadków pedofilii niemal nie ma, więc ktoś wytrwale szuka w przeszłości, aby podgrzewać temat. Wyciągane są nazwiska zmarłych już dawno księży, którzy sami bronić się już nie mogą. Ten temat nie zniknie z naszych mediów. Będzie systematycznie wyciągany, stymulowany w celu podkręcania emocji i budowania postaw antykatolickich. Tymczasem jeżeli odetnie się pasterzy od stada, owce wilki zjedzą! To oczywiste! Kapłan jest krzewicielem wiary i szafarzem sakramentów, koniecznych do zbawienia. Zniszczenie zaufania do kapłanów, niszczy Kościół, pozbawia wiernych ochrony, naraża na odrzucenie wiary.

Widzę na Facebooku wypowiedzi nieznanych mi osób, że po obejrzeniu ostatniego filmu, nie puszczą dziecka do I Komunii. Nikt tego nie blokuje, tak jak moich informacji pro-life. Myślę, że to prowokacje, które mają służyć za przykład do naśladowania. Jeżeli dziecko nie będzie uczestniczyć w katechezie, nie będzie przystępować do sakramentów i uczestniczyć w grupach parafialnych, nie otrzyma żadnej „odtrutki” na indoktrynację ideologiczną serwowaną w szkole czy mediach. O to właśnie chodzi, bo głównym celem tej akcji jest doprowadzenie do kryzysu wiary! Chrystus i Jego przesłanie ma nie istnieć, tak jakby mogło być unicestwione przez ludzki grzech. Wtedy będzie można z nami zrobić dosłownie wszystko. Czyż to nam nie przypomina akcji z czasów komunizmu?

Polska ma szansę się obronić!

Polska nie jest jednak Irlandią. Mamy inne doświadczenia historyczne. Przeszliśmy przez trudny okres przymusowej ateizacji komunistycznej i obroniliśmy swoją wiarę! Do tych doświadczeń trzeba wracać i pokazywać naszym młodym tę perspektywę.

Po naszej stronie jest też czas. Takich zmian nie można przeprowadzić szybko, a oni tego czasu nie mają. Starają się więc atakować coraz bardziej frontalnie, a to budzi większy opór społeczny i daje dużo do myślenia.

Mamy też wiele ruchów i stowarzyszeń katolickich, również skupiających młodzież, które czynią Kościół żywym i zaangażowanym. Nie zabraniajmy dzieciom korzystać z tych spotkań. Te grupy są przyszłością Kościoła i naszą.

Polska jest bogata męczeństwem naszych kapłanów i podczas II wojny światowej, i w okresie dominacji komunizmu. Broni nas przesłanie, wielka odwaga i wiara Sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego, krew bł. ks. Jerzego Popiełuszki i innych kapłanów bestialsko mordowanych w tamtych trudnych czasach. Mamy przesłanie św. Jana Pawła II na temat małżeństwa i rodziny. Nie dziwią więc próby podważania tych wielkich autorytetów i skandaliczne, nie poparte faktami, próby dyskredytowania Papieża Polaka kłamliwymi pomówieniami, że nie sprzeciwiał się pedofilii w Kościele. Czy nawet bezczelne próby jego „dekanonizacji”! Obrażanie naszych biskupów, krzykliwe i bezpodstawne wnioski o „delegalizację Kościoła”, jakby był jakąś nikomu niepotrzebną, skompromitowaną organizacją pozarządową, bluźniercze ataki na Matkę Bożą Częstochowską, „artystyczne” bluźniercze wystawy i spektakle dopełniają tego obrazu. W przeproszeniu potrzebna jest wielka narodowa modlitwa i ekspiacja. Mieliśmy i mamy wielu wspaniałych kapłanów, którzy są ludźmi wielkich poświęceń – ofiarni, kochani, autentyczni. Stójmy za nimi, brońmy ich i wspomagajmy. Bardzo ich potrzebujemy!

Zachowując spokój, musimy zdać sobie sprawę, że obecny atak na wiarę naszych dzieci jest potężny i podstępny. Posługuje się fake newsami, króluje w liberalnych mediach oraz ukrywa się w ciszy mediów społecznościowych.

Pamiętajmy, że ateiści atakujący Kościół, nie są w stanie zrozumieć, jak wielką siłę daje wiara i żywa Boża obecność. Wygramy z nimi tylko wtedy, jeżeli tę wiarę zachowamy, przekażemy ją naszym dzieciom i pozostaniemy wierni Jezusowi Chrystusowi, który jest naszym Królem i prowadzi swój Kościół. Wszystkie problemy musimy nieustannie zanosić przed Boży tron, prosząc o pomoc w tym dramatycznym zmaganiu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś rocznica urodzin Karola Wojtyły

2019-05-18 00:11

KAI

Grzegorz Gałązka

Karol Wojtyła urodził się 18 maja 1920 w Wadowicach, niedaleko Krakowa jako drugie z trójki dzieci Karola i Emilii Kaczorowskiej. Jego rodzeństwo dość szybko zmarło, wcześnie też osierociła go matka.

Karol Wojtyła rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1938 roku, lecz przerwał je wybuch II wojny światowej.

Podczas okupacji hitlerowskiej pracował fizycznie, a pod koniec wojny zaczął się kształcić w podziemnym seminarium duchownym. Święcenia kapłańskie przyjął 1 listopada 1946 z rąk kard. Adama Sapiehy w katedrze wawelskiej i wkrótce wyjechał na studia do Rzymu.

Po powrocie do kraju w 1948 był przez pół roku wikarym w wiejskiej parafii w Niegowici, potem w krakowskim kościele św. Floriana.

Od 1954 pracował jako profesor akademicki na KUL-u , prowadził duszpasterstwo akademickie, razem ze studentami wyjeżdżał na spływy kajakowe i wyprawy w góry. Sakrę biskupią przyjął 28 września 1958 r., a 13 stycznia 1964 r. papież Paweł VI mianował niespełna 44-letniego bp. Wojtyłę arcybiskupem metropolitą krakowskim. Ten sam papież powołał go w skład Kolegium Kardynalskiego 26 czerwca 1967 r.

Kard. Wojtyła brał czynny udział we wszystkich sesjach Soboru Watykańskiego II, jeździł po świecie, odwiedzając przede wszystkim środowiska polonijne.

Wraz z prymasem Polski kard. Stefanem Wyszyńskim złożył we wrześniu 1978 historyczną rewizytę z ramienia episkopatu Polski w RFN.

6 października 1978 na konklawe w Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie 111 kardynałów wybrało 58,5-letniego arcybiskupa krakowskiego 264. Biskupem Rzymu. Przybrał imię Jana Pawła II. Był pierwszym od 1523 r. nie-Włochem na tym urzędzie, pierwszym Polakiem i Słowianinem.

Jego pontyfikat był najbardziej rekordowym, np. pod względem liczby podróży zagranicznych – 104 i odwiedzonych podczas nich krajów – 129, przemierzonych kilometrów – prawie 1,3 mln, przeprowadzonych beatyfikacji – 148 i kanonizacji – 51 oraz ogłoszonych podczas nich błogosławionych – 1343 i świętych – 482. Jan Paweł II zmarł po długiej chorobie 2 kwietnia 2005 roku w Watykanie. Jego pogrzeb odbył się 8 kwietnia i zgromadził miliony wiernych z całego świata.

1 maja 2011 roku podczas uroczystej Mszy świętej na Placu św. Piotra w Rzymie nastąpiła beatyfikacja Jana Pawła II. Błogosławionym ogłosił papieża Polaka jego następca na Tronie Piotrowym papież Benedykt XVI w obecności kilku tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata.

27 kwietnia 2014 roku papież bł. Jan Paweł II został wspólnie z papieżem bł. Janem XXIII ogłoszony świętym. Kanonizacja odbyła się w obecności dwóch następców Jana Pawła II – urzędującego Franciszka oraz papieża-seniora Benedykta XVI.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Światowy Dzień Pszczół we Wrocławiu

2019-05-19 23:46

Agata Pieszko

Dziś (19.05) na Wyspie Słodowej świętowaliśmy Światowy Dzień Pszczół pod nazwą "Pszczoły wracają do lasu" zorganizowany przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych we Wrocławiu pod patronatem honorowym Andrzeja Koniecznego – Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych oraz Wojewódzkiego Funduszu Ochrony środowiska i Gospodarski Wodnej we Wrocławiu.

Agata Pieszko
Domy dla pszczół wykonane przez uczestników konkursu "Dla lasu, dla ludzi-domek dla Mai i Gucia"

Dzisiejsze wydarzenie na Wyspie Słodowej miało przede wszystkim na celu uwypuklenie roli pszczół w ekosystemie oraz konieczności ich ochrony, a także uświadomienie zagrożeń dla owadów zapylających, jak również uzmysłowienie społeczeństwu pracy leśnika.

Organizatorzy przygotowali w programie m.in. tematyczne występy artystyczne teatru „Katarynka” i kabaretu „Bzyk”, grę terenową „Pszczela drużyna” oraz warsztaty manualne związane z obróbką drewna i wosku.

Podczas spotkania rozstrzygnięto także konkurs zatytułowany „Dla lasu, dla ludzi – domek dla Mai i Gucia”, w którym udział wzięło 25 placówek oświatowych i ponad 200 uczniów. Zadaniem uczestników było zbudowanie funkcjonalnego hotelu dla owadów według specjalnych wytycznych.

– Najistotniejszy jest tu wymiar edukacyjny, ponieważ służy temu, by te piękne, małe stworzonka, jakimi są pszczoły, mogły z nami żyć i robić wiele dobrych rzeczy. Przy okazji pochwalę się, że na Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim mamy trzy takie piękne domki dla pszczół i z tą inicjatywą byliśmy chyba jedną z pierwszych instytucji państwowych w województwie dolnośląskim – mówił przed rozdaniem nagród konkursowych Paweł Hreniak, wojewoda dolnośląski.

– Pszczoły są bardzo ważnym elementem naszego ekosystemu, ponieważ nie tylko dostarczają nam nieocenionego bogactwa zwanego płynnym złotem, ale, co najważniejsze, zapylają rośliny. Dzięki temu mamy co jeść, ponieważ bez zapylania większość roślin nie wydaje owoców. Każdy z nas chociaż odrobinę może przyczynić się do pomocy pszczołom, chociażby przez sadzenie przyjaznych im kwiatów. Do złej kondycji pszczół przyczyniło się m.in. wielkoobszarowe rolnictwo i niewłaściwe stosowanie środków ochrony roślin, czy też przeznaczenie pastwisk, na których rosły niezliczone ilości kwiatów, na grunty rolne. Czynników, które przyczyniają się do diametralnego spadku populacji pszczół jest o wiele więcej, dlatego doceniajmy te małe, niepozorne zwierzątka, bo dzięki nim mamy szansę przetrwać – podsumowuje Marcin Tylecki, pszczelarz marki miodów „Ślężańskie”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem