Reklama

Między suszą a powodzią

2015-10-21 08:50

Z prof. Kazimierzem Banasikiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 43/2015, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Prof. Kazimierz Banasik wykładowca w SGGW w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich

O efektach długoletniego niedoceniania gospodarki wodnej z prof. Kazimierzem Banasikiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od kilkudziesięciu lat mówi się w Polsce o ujemnym bilansie wodnym, czyli o niedostatku wody, wręcz o stepowieniu niektórych rejonów kraju, a od pewnego czasu pojawił się problem nadmiaru wody, czyli powodzie. Powinniśmy zatem po prostu przyzwyczaić się do życia między suszą a powodzią?

PROF. KAZIMIERZ BANASIK: – Niestety, tak. To, że mamy mało wody, wynika głównie z warunków klimatycznych i wiedzieliśmy o tym znacznie wcześniej, niż zaczęto mówić o globalnym ociepleniu klimatu. Na terenie Polski mamy opady niewysokie, a więc nasz problem polega na tym, że prawie 90 proc. w bilansie wodnym kraju stanowią właśnie wody z opadów, tylko ok. 13 proc. to wody napływające rzekami, głównie z Czech, Ukrainy i Białorusi.

– Powinniśmy być zatem dobrze przysposobieni do wykorzystywania wody z opadów...

– Powinniśmy. Wydaje się jednak, że w naszym kraju, mimo widocznie narastającego problemu, zbyt mało uwagi poświęca się dbaniu o tzw. zasoby odnawialne, czyli właśnie o tę wodę z opadów odpływającą rzekami. W skali roku opady wynoszą 600-610 mm, z czego aż trzy czwarte paruje. Z międzynarodowych badań wynika, że już w połowie lat 90. ubiegłego wieku roczna średnia europejska zasobów wody przypadająca na jednego mieszkańca była trzy razy większa od polskiej, a średnia światowa 4,5 razy wyższa!

– Skąd się bierze ten nasz niepokojąco niski wynik?

– Z niskich opadów i dużego parowania, co z kolei wynika z tego, że Polska znajduje się na pograniczu klimatów: polarnego, morskiego, śródziemnomorskiego i kontynentalnego. W podobnej, jednak nieco lepszej, sytuacji są Niemcy. Obecnie tylko Malta i Belgia (z uwagi na większą gęstość zaludnienia) mają gorsze wskaźniki niż Polska. Z powodu przyrostu zaludnienia od lat 90. minionego wieku zapewne pogarszają się też ogólnoświatowe wskaźniki, a w związku z wielką migracją ludności do Europy w perspektywie najbliższych dziesięcioleci pogorszą się również europejskie. Już dziś trzeba by temu odpowiednio przeciwdziałać.

– Skoro w Polsce od dawna stwierdzamy kiepski bilans wodny, to znaczy, że niewiele zrobiono, aby go poprawić...

– Rzeczywiście, jedynym wyjściem w naszej sytuacji klimatycznej powinno być magazynowanie wody w okresach, kiedy mamy jej nadmiar, po to, by ją wykorzystać np. w okresie suszy. Magazynowanie wody w zbiornikach może też ograniczać skutki powodzi. Niestety, tego rodzaju zbiorników retencyjnych mamy zbyt mało.

– Nie budowano ich z uwagi na niewielkie do niedawna zagrożenie powodziami?

– Powodzie były zawsze, tyle że z uwagi na małą gęstość zaludnienia na terenach zalewowych nie tak zauważalnie niszczycielskie. Powódź w 1997 r. nie poczyniłaby we Wrocławiu wielkich szkód, gdyby nie to, że po wojnie zbudowano tam wielkie osiedla mieszkaniowe właśnie na terenach nadodrzańskich polderów zalewowych, sądząc, że powodzi tam nie będzie, ponieważ poprzednia była w 1903 r... Wtedy to zbudowano tam system małych zbiorników retencyjnych, a na terenach przylegających do Odry po prostu nie osiedlano się. Później, niestety, coraz bardziej lekceważono możliwość powodzi. Tymczasem stale powinniśmy zakładać, że zawsze może zdarzyć się tzw. powódź stuletnia, a może nawet tysiącletnia. Złudne są przekonania, że obronią nas wyższe, mocniejsze wały przeciwpowodziowe...

– Jak więc ujarzmić ten „chwilowy” nadmiar wody?

– Przede wszystkim trzeba przyjąć, że powodzie, jak zawsze, będą występować. Trzeba nauczyć się żyć z powodzią, czyli roztropnie redukować jej niszczycielskie skutki.

– Gdy pewien znany polityk powiedział, że przede wszystkim trzeba wykupić polisę ubezpieczeniową, to był to koniec jego popularności i kariery...

– Niefortunnie powiedział to akurat w obliczu klęski wielkiej powodzi, dlatego ludzie poczuli się dotknięci. Prawdą jest jednak, że mieszkańcy terenów szczególnie zagrożonych powodzią powinni się ubezpieczać. Niestety, często wychodzą z założenia, że w przypadku wielkiej katastrofy nieubezpieczeni mogą zawsze liczyć na pomoc państwa. Moim zdaniem, tego rodzaju pomoc, w pewnym zakresie, powinna dotyczyć wszystkich, bez względu na to, czy się dobrowolnie ubezpieczyli, czy też nie.

– Wydaje się, że nie musiałoby być wielu tego rodzaju indywidualnych tragedii, gdyby działania państwa uprzednio nie dopuszczały do osiedlania się na terenach zalewowych, gdyby wspierały projekty budowy odpowiednich zbiorników retencyjnych. Czy nie można dziś wreszcie jasno powiedzieć, że doszło do ogromnych zaniechań, bezmyślności, wręcz do działania na szkodę obywateli?

– Jak najbardziej. Przez całe wielolecia gospodarka wodna nie była – i nadal nie jest – postrzegana jako ważna dziedzina życia. Ten bardzo ważny dział gospodarki narodowej od 1970 r. nie ma odpowiedniego centralnego urzędu, jest ulokowany w Ministerstwie Środowiska, w którym dziś rozpatruje się przede wszystkim problemy związane z ekologią środowiska, w tym także ekologią polskich wód, ale kwestie hydrologiczne znajdują się na marginesie urzędowych zainteresowań. Dość powiedzieć, że obecnie w ministerstwie problemami wodnymi zajmuje się weterynarz... Nie da się już ukryć, że sprawy gospodarki wodnej są w Polsce traktowane po macoszemu.

– Dlatego problemy związane z brakiem wody – lub z jej okresowym i nieokiełznanym nadmiarem – będą narastać, nawet mimo spadku liczby ludności?

– Tak, ponieważ z góry zakłada się, że nie ma żadnego problemu ani nawet potrzeby myślenia o nim.

– Dopóty, dopóki jest jeszcze woda w kranie?

– Otóż to! Troszeczkę zaczęliśmy się bać tego lata, ale nie dlatego, że zabraknie wody w kranach wielkich miast. Duże aglomeracje są jak na razie dobrze zabezpieczone, nawet przy niskich przepływach w rzekach. W tym roku okazało się, że problemem może być zwiększony pobór energii elektrycznej w związku ze wzmożoną pracą urządzeń chłodniczych – zaczęło brakować wody do chłodzenia turbin w elektrowniach cieplnych.

– I okazało się, jak bardzo brakuje odpowiednich zbiorników magazynujących wodę?

– Okazało się, jak dalece nie przewidziano tego, co nie jest przecież trudne do przewidzenia. Jesteśmy wciąż skazani na doraźne ratowanie sytuacji, co zawsze niesie straty. Na przykład zrzucanie wielkich ilości podgrzanej wody do rzek – przy niskich poziomach niesie ze sobą groźbę katastrofy ekologicznej. Jeśli te problemy nie zostaną wreszcie kompleksowo rozpatrzone – zarówno przez hydrotechników, jak i ekologów – to wkrótce znajdziemy się naprawdę w ślepym zaułku!

– Właściwie dlaczego do tej pory nie ma tego rodzaju kompleksowego spojrzenia?

– Dlatego, że sprawy najważniejsze, fundamentalne i trudne są głęboko chowane, nikt się nie chce nimi zajmować. Wystarczyło obserwować tegoroczną kampanię wyborczą... A problemów wody nie da się rozwiązać tak, jak się gasi pożar! Wprawdzie np. powódź z 1997 r.uświadomiła wszystkim, że powodzie naprawdę się zdarzają i potem rozwiązano – m.in. dzięki pomocy Banku Światowego – kilka lokalnych kłopotów związanych z przepustowością Odry. Największy problem polega wciąż na tym, że nawet tam, gdzie już podjęto jakieś inwestycje hydrotechniczne, to trwają one niewyobrażalnie długo. Jedna z ważniejszych budów – zbiornik Świnna Poręba na Skawie jest już na ukończeniu, ale budowa trwała 35 lat!

– Z czego wynika ta ślamazarność?

– Studentom mówię, że chcemy trafić do Księgi rekordów Guinnessa. A tak naprawdę to wygląda jak jakiś sabotaż... Podobne inwestycje w innych krajach – miałem sposobność zaobserwować to w Szwajcarii – np. od modelu zapory do finału w naturze, trwają ok. 3 lat.

– A w Polsce w dodatku wciąż jest ich za mało. O ile za mało?

– W Polsce nie ma w tej dziedzinie – podobnie zresztą jak w wielu innych – całościowej wizji. Pojawiają się głosy, że skoro powodzie są nieuniknione, to po co w nie inwestować... Nawet wobec narastającego prawdopodobieństwa suszy trudno przebić się z twierdzeniem, że przez budowę zbiorników stwarza się możliwość przechwytywania wody w czasie wielkich przepływów, co nie tylko redukuje skutki powodzi, ale też może pomóc złagodzić skutki suszy. Pojemność obecnie istniejących w Polsce zbiorników w stosunku do objętości rocznego odpływu stanowi zaledwie 6 proc. W większości krajów europejskich wskaźnik ten wynosi od 10 do 20 proc. Gdybyśmy więc mieli 2 razy więcej zbiorników, moglibyśmy znacząco poprawić naszą sytuację – zredukować zagrożenie w okresach powodzi i suszy.

– A to jest zupełnie nieosiągalne?

– Osiągalne, jeśli w budżecie państwa przeznaczy się więcej pieniędzy na gospodarkę wodną. To prawda, że w kraju ciągle mamy ważniejsze problemy... Gospodarka wodna pilnie potrzebuje przynajmniej bliższego rozpoznania. Problem wody wymaga naprawdę poważnego potraktowania i perspektywicznego ujęcia.

– W historii Polski już próbowano go rozwiązywać. W dekadzie gierkowskiej był „Program Wisła"...

– Z „Programu Wisła” chyba nic nie wyniknęło; projektowano budowę kolejnych zbiorników, zakładano poprawę jakości wody. Tymczasem jakość wody jeszcze do początku lat 90. była w Polsce tragiczna, poprawiła się potem głównie dlatego, że podupadł przemysł, ale także dlatego, że sporo zainwestowano w oczyszczalnie ścieków. A co do inwestycji hydrotechnicznych, to prawdę powiedziawszy, budowę wielu dzisiaj istniejących zbiorników zakończono już w okresie gomułkowskim – w 1968 r. oddano do użytku największy polski zbiornik w Solinie, 2 lata później drugi co do wielkości zbiornik we Włocławku (który produkuje darmową energię elektryczną). W latach 60. powstał też Zalew Zegrzyński i tzw. Jezioro Żywieckie.

– Z biegiem lat narastał opór ekologów przeciwko tego rodzaju ingerencji w naturę. Może dlatego nie podejmowano wielkich projektów hydrologicznych?

– Być może, w każdym razie był to dobry pretekst, by nic nie robić. Tymczasem, gdy w latach 90. minionego wieku, po wcześniejszych wielkich protestach ekologów, w końcu oddano do użytku długo budowaną zaporę czorsztyńską i zaraz potem przyszła wielka powódź, to jej skutki o połowę zredukował właśnie zbiornik w Czorsztynie. Opowiadano mi, że także zbiornik goczałkowicki został oddany do użytku tuż przed powodzią, co sprawiło, że uniknięto strat, dzięki czemu zwróciły się koszty jego budowy.

– Strat, które mogły być, a ich nie było, nikt dziś nie chce liczyć, Panie Profesorze!

– A szkoda! Warto zapytać, co by było poniżej zbiornika w Czorsztynie, gdyby go tam nie było w 1997 r.?!

– Co nam dzisiaj bardziej grozi: brak wody czy jej nadmiar?

– Jedno i drugie jest jednakowo groźne. Powodzie przychodzą nagle i nie jesteśmy w stanie z dużym wyprzedzeniem przewidzieć ich, susze łatwiej przewidzieć – i wiemy, że będą narastać – a zatem możemy i powinniśmy się zawczasu w jakiś sposób zabezpieczać. Susze są mniej dotkliwe w wielkich aglomeracjach niż w małych miejscowościach, gdzie zaopatrzenie w wodę może stwarzać poważne problemy.

– Dlaczego?

– Dlatego, że wodę pobiera się tam z małych ujęć, z malutkich cieków, często do ostatniej kropli, gdyż źle zaprojektowano liczbę odbiorców.

– Jak to możliwe?

– Dokumentacje hydrologiczne powinny wykonywać osoby kompetentne i zatwierdzać je powinny w urzędach również osoby o odpowiednich kwalifikacjach. Tak, niestety, często nie jest. W Prawie wodnym do niedawna istniał przepis wymagający, by dokumentację hydrologiczną, choćby na ujęcie wody, mogły sporządzać wyłącznie osoby mające uprawnienia zatwierdzone przez ministra, po zdaniu egzaminu przed specjalną komisją ministerialną. Tymczasem, prawdopodobnie za sprawą jakiegoś lobby, decyzją Trybunału Konstytucyjnego pewne artykuły Prawa wodnego zostały uchylone i obecnie każdy może sobie niemalże wykonywać dokumentacje hydrologiczne do inwestycji hydrotechnicznych... I dziś mamy już tego efekty: zdarza się, że na małych ciekach poniżej ujęcia wody nie płynie już ani kropla wody, mimo iż inne przepisy mówią nadal, że w cieku zawsze powinien pozostawać tzw. przepływ nienaruszalny, który zabezpiecza życie flory i fauny wodnej na całej jego długości.

– Zamiast płynącej spokojnie wody mamy wodę z mózgu, Panie Profesorze! Co zrobić, aby odwrócić sytuację, aby chociaż trochę poprawić stan hydrologiczny Polski?

– Potrzebna jest wyższa ranga gospodarki wodnej w administracji państwowej, powrót specjalistów oraz szerzenie świadomości o możliwych zagrożeniach, głównie w związku z powodziami. Wiedzieć więcej, robić więcej i lepiej.

* * *

Prof. Kazimierz Banasik
wykładowca w SGGW w Warszawie, prezes Stowarzyszenia Hydrologów Polskich

Tagi:
polityka gospodarka Polska

Reklama

W Polsce Kościół jest żywy

2019-07-31 10:15


Edycja wrocławska 31/2019, str. 4

O tym, jak dobrze mieszkać i studiować w naszej ojczyźnie, z Felipe Antonio Carmona Riverosem z Kolumbii rozmawia Wanda Mokrzycka

Archiwum prywatne
Felipe Antonio Carmona Riveros

WANDA MOKRZYCKA: – Jak to się stało, że zamieszkałeś w Polsce?

FELIPE A.C. RIVEROS: – Miałem dziewiętnaście lat, gdy po raz pierwszy usłyszałem o Polsce. Ogłoszono, że odbędą się tu Światowe Dni Młodzieży. Mieszkałem wtedy w Bogocie, uczyłem się i pracowałem na swoje utrzymanie w kościele, jako animator śpiewu, i w kinie. Sporo ludzi z mojego duszpasterstwa zadeklarowało chęć wyjazdu do Polski na ŚDM, ale ja pochodzę z ubogiej rodziny, więc stwierdziłem, że jest to niemożliwe. Jednak nasza koordynatorka Światowych Dni Młodzieży zaproponowała mi, żebym spróbował zarobić pieniądze na wyjazd koncertując. Kiedy opowiedziałem o tym swoim rodzicom, odpowiedzieli, że mogą mnie wspomóc „jedynie” modlitwą. Uzbierałem pieniądze i wyruszyłem w daleką podróż do Polski... sam – okazało się, że reszta chętnych zrezygnowała. Dla mnie był to znak, że Pan Bóg układa plany, trzeba tylko zrobić pierwszy krok. We Wrocławiu trafiłem do parafii pw. św. Antoniego. Kiedy przygotowywaliśmy się do Mszy św. podszedł do mnie ksiądz z Kolumbii, którego wcześniej nie znałem, i zapytał czy jestem „tym śpiewakiem”. Odpowiedziałem, że śpiewakiem nie jestem, ale chętnie dołączę do scholi, w końcu przebyłem dwanaście tysięcy kilometrów dzięki temu, że wcześniej koncertowałem. Wszystko tu dla mnie było nowe i fantastyczne. Tramwaj i pociąg, którymi jechałem pierwszy raz w życiu (do Częstochowy) i bardzo długi dzień... W Kolumbii, blisko Równika, dzień i noc zawsze trwają po dwanaście godzin.

– Światowe Dni Młodzieży trwały trzy tygodnie, potem wróciłeś do Kolumbii.

– Utrzymywałem kontakty z przyjaciółmi z Polski. Doświadczyłem wtedy, jak trudno rozmawiać przez telefon, gdy nie widzi się drugiej osoby. Na dodatek nie rozumiałem dobrze angielskiego. Pragnienie relacji było dla mnie motywacją, żeby uczyć się języka. W tamtym czasie zostałem zaproszony na ślub polskich przyjaciół. Namawiali mnie, żebym przyjechał i studiował w Polsce. Zapewnili, że będę miał gdzie mieszkać. Bardzo tęskniłem za ludźmi i żywym Kościołem, którego tu, w Polsce doświadczyłem. Zdecydowałem się zaryzykować i wykorzystać tę niepowtarzalną okazję. Przyleciałem do Madrytu za pożyczone pieniądze. Jako emigrant powinienem dowieść, że mam pracę, zapewniony nocleg i bilet powrotny. Nie miałem niczego. Tymczasem kontroler zapytał tylko czy posiadam kartę kredytową. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że tak..., tyle że była zupełnie pusta. Znów czułem siłę modlitwy moich rodziców.

– Jak wygląda Twoje życie we Wrocławiu?

– Pierwszy rok poświęciłem na intensywny kurs języka polskiego na Politechnice Wrocławskiej – za dnia, i pracę w nocy, aby zarobić na studia. W tym roku, choć nie było łatwo, zaliczyłem dwa semestry ekonomii!
We Wrocławiu życie jest spokojniejsze niż w Kolumbii, mogę skupić się na studiach. Na uczelnię jeżdżę rowerem, angażuję się w organizację Mszy św. po hiszpańsku (w każdą pierwszą i trzecią niedzielę miesiąca o godz. 16.00 w kościele św. Wawrzyńca), którą odprawia o. Robert Pyrka CMF. Po Eucharystii jest okazja do spotkania, spowiedzi, rozmowy, np. o historii Polski. Jestem wdzięczny za świadectwo życia Polaków, którzy mnie otaczają. Widzę młodych ludzi, którzy przed posiłkiem robią znak krzyża, pielgrzymują do Częstochowy. Spotykam się ze wspaniałą dziewczyną, zostałem ojcem chrzestnym... Właśnie przyjechali do mnie rodzice. Okazuje się, że moja decyzja zmieniła też ich życie – po raz pierwszy podróżują! Są szczęśliwi, a ja wierzę, że to wola Boga i moc ich modlitwy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja: „Polska Pod Krzyżem”

2019-08-17 09:26

Informacja prasowa

Spotkanie 14.09.2019 na lotnisku Aeroklubu Włocławskiego w Kruszynie pod Włocławkiem

materiały prasowe

Zapraszamy, by 14.09. o 19 wszyscy Polacy, zarówno we Włocławku, jak i w swoich parafiach, miastach, wsiach i domach stanęli pod Krzyżem Zbawiciela i podjęli ważną decyzję w sprawie swojego życia. To będzie dzień, który zapamiętamy do końca życia.

Zobacz

Przekażcie jak najszybciej i jak najszerzej ta akcje «Polska pod krzyżem».

Kontaktujcie wasze rodziny, przyjaciół, parafie, stowarzyszenia, media... Zamawiajcie Msze Święte wspierające ta akcje, proście waszych duchownych o wsparcie modlitewne, proście ich o:

1) zapewnienie możliwości spowiedzi dla uczestników, 

2) o Msze Święta,

3) o adoracje krzyża, najlepiej w miejscach publicznych, takich jak: krzyże na placach w miastach, przy drogach, we wsiach, krzyże misyjne,

4) o odmówienie modlitwy stawiającej krzyż w centrum naszego życia.

* * *

- Zakony kontemplacyjne prosimy o wsparcie modlitewne i łączność duchową pod Krzyżem, szczególnie w czasie nocnego czuwania z 14 na 15 września. 

- Zakony otwarte prosimy o wsparcie modlitewne i łączność duchową oraz apostolstwo na rzecz Polski Pod Krzyżem. 

- Prosimy o zgłaszanie jeśli tego dnia organizowane jest w parafii czuwanie pod Krzyżem. 

- Miejsce modlitwy takie jak: hospicja, zakłady karne, szpitale, przydrożne krzyże, kaplice. Zachęcamy do zgłoszeń osoby pracujące, na służbie, na dyżurze, chorych, osoby znajdujące się daleko od kościoła parafialnego. 

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież na Mityng w Rimini: utkwijmy wzrok w Jezusie

2019-08-17 16:23

vaticannews.va / Watykan, Rimini (KAI)

„Tylko patrząc w oblicze Jezusa odnajdujemy własną tożsamość” – podkreśla papież Franciszek w przesłaniu na 40. Mityng Przyjaźni Między Narodami, który jutro rozpocznie się w Rimini. To największe spotkanie katolików świeckich we Włoszech organizowane jest przez ruch Komunia i Wyzwolenie. Temat tegorocznego spotkania nawiązuje do fragmentu poezji Jana Pawła II i odnosi do Weroniki, ocierającej na Drodze Krzyżowej chustą twarz Jezusa: „Twoje imię rodzi się z tego, na co patrzysz”.

Grzegorz Gałązka

Przesłanie podkreśla, że w tym zdaniu zawarta jest prawda, którą Kościół przekazuje człowiekowi od początku chrześcijaństwa: „Chrystus nas ukochał, oddał za nas życie, aby potwierdzić nasze jedyne i niepowtarzalne oblicze”. Sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, który w imieniu Franciszka skierował list do uczestników Mityngu, podkreśla, że to przesłanie jest dzisiaj bardzo aktualne, ponieważ wielu współczesnych upada pod ciosami codziennego życia oraz czuje się opuszczonymi i samotnymi. Wielu z nich ma wielką potrzebę spojrzenia na oblicze Pana, aby odnaleźć samych siebie.

„Ojciec Święty pragnie, aby to spotkanie było zawsze miejscem gościnnym, w którym ludzie mogą «utkwić wzrok», doświadczając swojej wyjątkowej tożsamości – pisze w liście kard. Pietro Parolin. - To najpiękniejszy sposób, aby świętować tę rocznicę, patrząc w przyszłość bez nostalgii i obaw, zawsze wsparci obecnością Jezusa, włączeni w Jego ciało, którym jest Kościół. Oby wdzięczna pamięć tych czterech dziesięcioleci, żywego i kreatywnego rozwoju tego dzieła apostolskiego, mogła wyzwolić nowe energie, dla otwartego świadectwa wiary w najważniejszych obszarach życia”.

Będziemy prawdziwie oryginalni - pisze dalej kard. Parolin - jeśli nasze oblicze będzie lustrem oblicza Chrystusa zmartwychwstałego. A to będzie możliwe wtedy, gdy będziemy wzrastać w świadomości do przyswojenia której Jezus zapraszał swoich uczniów powierzając im misję. Źródłem największej radości, której nikt nie będzie mógł odebrać jest świadomość, że nasze imiona są zapisane w niebie, nie dzięki naszym zasługom, ale poprzez dar, który każdy otrzymał poprzez chrzest. Trzeba skierować wzrok na Jezusa, aby wejść z Nim w bliską relację. Zwrócenie oczu na Jezusa oczyszcza spojrzenie i przygotowuje do spoglądania na wszystko nowymi oczami – zaznaczył sekretarz stanu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem