Reklama

Polski węgiel – błogosławieństwo czy przekleństwo?

2015-11-25 08:59

Ze Zbigniewem Stopą rozmawia ks. Łukasz Jaksik
Niedziela Ogólnopolska 48/2015, str. 40-41

adam88xx/Fotolia.com
Węgiel nadal jest czarnym złotem Polski – podstawą jej energetyki

KS. ŁUKASZ JAKSIK: – Panie Prezesie, zbliża się Barbórka. Mamy w pamięci czasy jej hucznego świętowania. Miało ono miejsce nie tylko na Śląsku, ale też wszędzie tam, gdzie górnictwo było udziałem lokalnych społeczności. Dzisiaj natomiast niepokoimy się, że nadchodzi czas, kiedy będziemy w Polsce po raz kolejny pochylać się z wielką troską nad górnictwem. Jaka dla Pana Prezesa będzie ta Barbórka?

ZBIGNIEW STOPA: – Gdy patrzy się na całe górnictwo, nie widać powodów do świętowania. Raczej jest to pora, kiedy należałoby głęboko zastanowić się nad sprawami górnictwa ze względu na to, że sytuacja, zwłaszcza śląskich kopalń, jest rzeczywiście bardzo trudna. Wszyscy o tym wiemy, bo publicznie podawane są wyniki tych spółek. Sama „Bogdanka” natomiast, co też nie jest tajemnicą, wyniki finansowe ma jeszcze dodatnie, chociaż nie jest tak, że trudności na rynku jej nie dotyczą: dotykają one wszystkie spółki górnicze w kraju. Sytuacja spółek surowcowych, zwłaszcza wydobywających węgiel, na świecie oraz w Polsce jest bardzo zła. A więc czeka nas świętowanie „umiarkowane”. Oczywiście, wszystkie uroczystości odbędą się zgodnie z tradycją, nie ma jednak powodów do wielkiego entuzjazmu.

– Z jednej strony widzimy problemy z koniunkturą na rynku węgla, z drugiej – pojawia się wszechobecna propaganda ekologiczna. Czy naprawdę musimy ulegać unijnemu dyktatowi związanemu z emisją CO2?

– Rzeczywiście istnieje ogólnoświatowa histeria związana z CO2. Jest to gaz cieplarniany, ale nie wiemy, czy wytwarzane przez człowieka CO2 jest czynnikiem decydującym o zagrożeniu dla natury. Wszyscy natomiast musimy dbać o środowisko i jesteśmy za działaniami proekologicznymi. Gdy jednak chodzi o bezpieczeństwo energetyczne Polski, gdzie podstawowym paliwem dla energetyki jest węgiel, którego mamy pod dostatkiem – jego wydobycie i produkcja z niego energii powinny być priorytetem. I dobrze, że w strategiach rozwojowych energetyki na lata przyszłe węgiel traktowany jest jako podstawa naszej energetyki. Powszechnie też wiadomo, że wszystkie nowe instalacje elektrowni zasilanych węglem kamiennym, które pracują w oparciu o nowoczesne parametry, powodują redukcję emisji CO2 o ponad 20 proc., a więc spełniają akceptowane normy. W związku z tym jeżeli mamy podstawowe paliwo, jakim jest węgiel kamienny, w ilości zabezpieczającej w Polsce produkcję energii na długie lata, to powinniśmy iść w modernizację dawnych rozwiązań technologicznych do jej produkcji.

– Trzeba by też przekonać do takiej koncepcji Unię Europejską. Argumentem przemawiającym za takim sposobem myślenia, które Pan Prezes zaprezentował, jest chociażby fakt, że protokół z Kioto nie został podpisany np. przez USA czy Chiny, które w największym stopniu emitują CO2...

– USA i Chiny nie podpisały protokołu ograniczającego emisję CO2, bo zdały sobie sprawę, że w gospodarce muszą rządzić ekonomia i chłodna kalkulacja. W związku z tym rozwinięte cywilizacje muszą mieć dostęp do taniej energii, czyli z węgla. A jak się popatrzy na jego spalanie w USA czy w Chinach, bo to są dobre przykłady, to poziom emisji CO2 w Unii Europejskiej jest proporcjonalnie niski.

– Uzupełnieniem naszych dywagacji niech będzie słowo o pomyśle wybudowania w Polsce elektrowni atomowej, który przypomina desperacki akt strzelenia sobie w kolano...

– Tak to wygląda. Niemcy np. konsekwentnie wycofują się z energetyki atomowej. Energia jądrowa na pewno jest czysta, jeżeli chodzi o samą produkcję. Problemem jednak stają się odpady. Do tego dochodzą potężne koszty budowy takiej elektrowni i jeszcze większe koszty jej ewentualnej likwidacji. Nie bez znaczenia byłaby też konieczność kupna technologii i paliwa, a to są kolejne elementy uzależniania się od czynników zewnętrznych.

– Porozmawiajmy na temat „Bogdanki”, która jest fenomenem nie tylko w polskim, ale i w światowym górnictwie. Kopalnia jest uznawana za niezwykle wydajną, nowoczesną. Czy jest jakaś recepta na takie zarządzanie firmą wydobywczą?

– Gdy spojrzymy na różnego rodzaju parametry ekonomiczne „Bogdanki” i porównamy je z górnictwem światowym, wygląda ona dobrze. Wiele czynników złożyło się na obecnie dobrą jej sytuację. „Bogdanka” pod koniec lat 80. i na początku lat 90. ubiegłego wieku była kopalnią przeznaczoną do likwidacji. W związku z tym zapadły pewne istotne decyzje, firma musiała przejść głęboką restrukturyzację. Brała w tym udział również strona społeczna. Pamiętajmy, że restrukturyzacja oznaczała też zwolnienia grupowe. To jest bolesne dla wszystkich, bo pracownicy tracą pracę, wzrasta u nich świadomość, że całemu ich najbliższemu otoczeniu może zabraknąć miejsc pracy i środków do życia. Wtedy to była kwestia wyboru: uratujemy niektóre miejsca pracy albo stracimy wszystkie... Naszą kopalnię trzymał przy życiu etos pracy – szanowane były nie tylko miejsca pracy, ale też mienie należące do firmy. Powszechna była świadomość, że trzeba się koniecznie dogadać i znaleźć rozwiązania ratujące przedsiębiorstwo przed upadkiem.

– Myślę, że poruszamy tu także zagadnienie funkcjonowania związków zawodowych. Muszą one zdawać sobie sprawę ze współuczestnictwa w zarządzaniu i nie sprowadzać swojej roli tylko do bycia ośrodkiem nacisku na kierownictwo firmy.

– Oczywiście, związki zawodowe to ważny element działalności każdej firmy. One w dużej mierze też ponoszą za nią odpowiedzialność. To nie jest tak, że ponosi ją tylko kierownictwo spółki, właściciel, państwo, rząd, Skarb Państwa... Trzeba wiedzieć, że pewne rzeczy można poprawić i wtedy firma będzie funkcjonowała na innym, wyższym poziomie. Przecież wszyscy wiedzą, że konieczna jest restrukturyzacja polskiego górnictwa, że bez niej nie da się funkcjonować. Nie można produkować drogo, bo na światowym rynku węgiel jest dostępny w niższych cenach. Dlatego związkowcy też muszą siadać do rozmów z nami i konstruktywnie pracować nad tym, żeby u nas było jak najtaniej.

– Potrzeba też pewnych strategicznych wizjonerskich rozwiązań. Myślę o łączeniu przemysłu wydobywczego i procesu wydobywania węgla z sektorem energetycznym.

– Według mnie, jest to bardzo dobry pomysł. Jesteśmy w „Bogdance” po takim połączeniu. Na świecie funkcjonują połączone firmy energetyczne i wydobywcze, są także u nas w Polsce. Przykłady to: kopalnie węgla brunatnego z elektrowniami, funkcjonujące pod jednym szyldem, oraz takie spółki, jak Tauron Wydobycie. Przy takich rozwiązaniach koszty jednostkowe produkcji węgla i energii kształtowane są na optymalnym poziomie. Jednak nie zwalnia to firmy z walki o jeszcze większą efektywność. Musimy tak obniżać koszty produkcji i kształtować wydajność pracownika, żeby był on jak najprecyzyjniej wkomponowany w mechanizm funkcjonowania kopalni.

Tagi:
polityka

Kard. Ranjith: wchodząc w politykę duchowny wyrządza szkodę swojemu krajowi

2019-12-04 18:39

Łukasz Sośniak SJ /vaticannews / Kolombo (KAI)

„Duchowni, którzy wchodzą w politykę, wyrządzają ogromną szkodę swojemu krajowi. Ich zadaniem jest przewodnictwo duchowe, a nie polityczne” – powiedział kard. Malcolm Ranjith, arcybiskup Kolombo, podczas spotkania na Uniwersytecie Ruhuna.

wikipedia.org

Zdaniem hierarchy wielu członków duchowieństwa stało się obecnie „zakładnikami” różnych sił politycznych i na podstawie ich wypowiedzi, można przypisać ich do konkretnych partii. „Powinni trzymać się z dala od polityki, bo to sprawia, że zaniedbują swoje powołanie, którym jest zapewnienie wszystkim ludziom duchowego przewodnictwa, nie tylko zwolennikom jednego ugrupowania” – powiedział purpurat.

Pochodzący ze Sri Lanki arcybiskup Kolombo, kard. Malcolm Ranjith jest wielkim sympatykiem życia monastycznego. W 1990 r. założył klasztor cystersów, który obecnie jest jednym z najlepiej rozwijających się na Sri Lance. Jako młody kapłan, kardynał pracował w ubogich parafiach w wioskach rybackich. To doświadczenie wyczuliło go na potrzeby ubogich i dało bogate doświadczenie duszpasterskie. W swoim kraju znany jest jako wybitny teolog i biblista. Jego wielkim walorem są nieprzeciętne zdolności lingwistyczne. Mówi biegle w 10 językach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święty Mikołaj - „patron daru człowieka dla człowieka”

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 49/2004

6 grudnia cały Kościół wspomina św. Mikołaja - biskupa. Dla większości z nas był to pierwszy święty, z którym zawarliśmy bliższą znajomość. Od wczesnego dzieciństwa darzyliśmy go wielką sympatią, bo przecież przynosił nam prezenty. Tak naprawdę zupełnie go wtedy jeszcze nie znaliśmy. A czy dziś wiemy, kim był Święty Mikołaj? Być może trochę usprawiedliwia nas fakt, że zachowało się niewiele pewnych informacji na jego temat.

pl.wikipedia.org

Wyproszony u Boga

Około roku 270 w Licji, w miejscowości Patras, żyło zamożne chrześcijańskie małżeństwo, które bardzo cierpiało z powodu braku potomka. Oboje małżonkowie prosili w modlitwach Boga o tę łaskę i zostali wysłuchani. Święty Mikołaj okazał się wielkim dobroczyńcą ludzi i człowiekiem głębokiej wiary, gorliwie wypełniającym powinności wobec Boga.
Rodzice osierocili Mikołaja, gdy był jeszcze młodzieńcem. Zmarli podczas zarazy, zostawiając synowi pokaźny majątek. Mikołaj mógł więc do końca swoich dni wieść dostatnie, beztroskie życie. Wrażliwy na ludzką biedę, chciał dzielić się bogactwem z osobami cierpiącymi niedostatek. Za swoją hojność nie oczekiwał podziękowań, nie pragnął rozgłosu. Przeciwnie, starał się, aby jego miłosierne uczynki pozostawały otoczone tajemnicą. Często po kryjomu podrzucał biednym rodzinom podarki i cieszył się, patrząc na radość obdarowywanych ludzi.
Mikołaj chciał jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Doszedł do wniosku, że najlepiej służyć Mu będzie za klasztornym murem. Po pielgrzymce do Ziemi Świętej dołączył do zakonników w Patras. Wkrótce wewnętrzny głos nakazał mu wrócić między ludzi. Opuścił klasztor i swe rodzinne strony, by trafić do dużego miasta licyjskiego - Myry.

Biskup Myry

Był to czas, gdy chrześcijanie w Myrze przeżywali żałobę po stracie biskupa. Niełatwo było wybrać godnego następcę. Pewnej nocy jednemu z obradujących dostojników kościelnych Bóg polecił we śnie obrać na wakujący urząd człowieka, który jako pierwszy przyjdzie rano do kościoła. Człowiekiem tym okazał się nieznany nikomu Mikołaj. Niektórzy bardzo się zdziwili, ale uszanowano wolę Bożą. Sam Mikołaj, gdy mu o wszystkim powiedziano, wzbraniał się przed objęciem wysokiej funkcji, nie czuł się na siłach przyjąć biskupich obowiązków. Po długich namowach wyraził jednak zgodę uznając, że dzieje się to z Bożego wyroku.
Biskupią posługę pełnił Mikołaj ofiarnie i z całkowitym oddaniem. Niósł Słowo Boże nie tylko członkom wspólnoty chrześcijańskiej. Starał się krzewić Je wśród pogan.
Tę owocną pracę przerwały na pewien czas edykty cesarza rzymskiego Dioklecjana wymierzone przeciw chrześcijanom. Wyznawców Jezusa uczyniono obywatelami drugiej kategorii i zabroniono im sprawowania obrzędów religijnych. Rozpoczęły się prześladowania chrześcijan. Po latach spędzonych w lochu Mikołaj wyszedł na wolność.
Biskup Mikołaj dożył sędziwego wieku. W chwili śmierci miał ponad 70 lat (większość ludzi umierała wtedy przed 30. rokiem życia). Nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł: zgon nastąpił między 345 a 352 r. Tradycja dokładnie przechowała tylko dzień i miesiąc tego zdarzenia - szósty grudnia. Podobno w chwili śmierci Świętego ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie.
Mikołaj został uroczyście pochowany w Myrze.

Z Myry do Bari

Wiele lat później miasto uległo zagładzie, gdy w 1087 r. opanowali je Turcy. Relikwie Świętego zdołano jednak w porę wywieźć do włoskiego miasta Bari, które jest dzisiaj światowym ośrodkiem kultu św. Mikołaja. Do tego portowego miasta w południowo-wschodniej części Włoch przybywają tysiące turystów i pielgrzymów. Dla wielu największym przeżyciem jest modlitwa przy relikwiach św. Mikołaja.

Międzynarodowy patron

Biskup z Myry jest patronem Grecji i Rusi. Pod jego opiekę oddały się Moskwa i Nowogród, ale także Antwerpia i Berlin. Za swego patrona wybrali go: bednarze, cukiernicy, kupcy, młynarze, piekarze, piwowarzy, a także notariusze i sędziowie. Jako biskup miasta portowego, stał się też patronem marynarzy, rybaków i flisaków. Wzywano św. Mikołaja na pomoc w czasie burz na morzu, jak również w czasie chorób i do obrony przed złodziejami. Opieki u niego szukali jeńcy i więźniowie, a szczególnie ofiary niesprawiedliwych wyroków sądowych. Uznawano go wreszcie za patrona dzieci, studentów, panien, pielgrzymów i podróżnych. Zaliczany był do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli.

Święty zawsze aktualny

Od epoki, w której żył św. Mikołaj, dzieli nas siedemnaście stuleci. To wystarczająco długi czas, by wiele wydarzeń z życia Świętego uległo zapomnieniu. Dziś wiedza o nim jest mieszaniną faktów historycznych i legend. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w fantastycznie brzmiących opowieściach o św. Mikołaju tkwi ziarno prawdy.
Święty Mikołaj nieustannie przekazuje nam jedną, zawsze aktualną ideę. Przypomina o potrzebie ofiarności wobec bliźniego. Pięknie ujął to papież Jan Paweł II mówiąc, że św. Mikołaj jest „patronem daru człowieka dla człowieka”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem