Reklama

Wiara

Wierny świadek

Mówi się, że Arktyka nie jest dla każdego i w przeciwieństwie do Pana Boga, który jest nieskończenie miłosierny, ona nie wybacza błędów.
Z ks. Marcinem Rumikiem – kapłanem archidiecezji częstochowskiej, który zaczyna 5. rok posługi jako misjonarz w Rankin Inlet w diecezji Churchill-Hudson Bay w północnej Kanadzie – rozmawia Anna Buda

2016-01-27 09:07

Niedziela Ogólnopolska 5/2016, str. 24-25

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

misjonarze

misjonarz

Archiwum ks. Marcina Rumika

ANNA BUDA: – Jaka jest Północ?

KS. MARCIN RUMIK: – Jest ciągle dzika i surowa, ale przede wszystkim bardzo zimna. Północ zamieszkują niedźwiedzie polarne, foki, lisy i wilki arktyczne, ale co najważniejsze – Inuici – ludzie, którzy doskonale przystosowali się do panujących tutaj warunków.

– Jak wygląda życie w Arktyce?

– By choć trochę zrozumieć, jak wygląda codzienność tutaj, należy oddzielić życie w miasteczku czy też w wiosce od życia poza nimi. Dla dobrego zobrazowania trzeba powiedzieć, że na terytorium Nunavut – arktycznej części Kanady ludzie mieszkają w wioskach, które są zupełnie odcięte od świata. Nie są połączone żadnymi drogami, nie dociera też do nich kolej. To są takie wysepki, oazy ludności pośrodku pustyni lodowej. Wioski są samowystarczalne; każda posiada swój generator prądu, a łączność telefoniczną zapewnia satelita. Poza tym, że są to miejsca odizolowane, życie tutaj nie odbiega jakoś szczególnie od standardów każdego innego miejsca w Kanadzie. Oczywiście, nie ma tu kina, wielkich centrów handlowych. Dwa sklepy, poczta, szkoła i kościół – to jest minimum, które do przetrwania wystarcza w zupełności. Z nutką żalu muszę też powiedzieć, że era igloo i psich zaprzęgów odeszła już w zapomnienie. Cywilizacja dotarła i tutaj: Inuici mieszkają teraz w normalnych domach i poruszają się skuterami śnieżnymi. Żeby żyć w wiosce, nie potrzeba wyjątkowych umiejętności survivalowych – przed niskimi temperaturami chronią ogrzewane domy, a ciemności nocy polarnej rozświetlają światła elektryczne.
Natomiast zupełnie inaczej wszystko wygląda, jeżeli chcemy wyjechać poza wioskę, chociażby na polowanie czy po prostu udać się do innej wioski skuterem śnieżnym. Wtedy dopiero zderzymy się z prawdziwie surową i dziką Arktyką: temperatury odczuwalne spadają do -70°C; pogoda, która potrafi zmienić się w ciągu kilku minut; burze śnieżne – nawet 6-, 7-dniowe, podczas których nic nie widać. Ktoś, kto wybiera się nawet na kilkugodzinne polowanie, zawsze zabiera ze sobą sanie z niezbędnymi rzeczami, które pozwoliłyby mu przetrwać w dziczy przez minimum kilka dni.

– Ile lat liczy sobie Kościół w tej części globu i jak jest on zorganizowany?

– Kościół w Arktyce jest stosunkowo młody. W 2012 r. obchodziliśmy 100-lecie pierwszej misji katolickiej na dalekiej Północy, ale należy pamiętać, że proces tworzenia kolejnych był rozciągnięty nawet na 40 lat. Zatem do niektórych zakątków Arktyki wiara dotarła niecałe 60-70 lat temu. Większość terytorium Nunavut jest włączona w granice diecezji Churchill-Hudson Bay, co czyni ją obszarowo jedną z największych – jeśli nie największą – diecezją na ziemi. Żyje tu ok. 30 tys. ludzi, z czego ok. 12 tys. to katolicy. W poszczególnych wioskach zostało utworzonych 17 misji, w których pracuje tylko 8 kapłanów.

– Jak wygląda wiara Eskimosów? Czy są ludźmi głęboko wierzącymi?

– Eskimosi czy też Inuici – ta forma jest bardziej poprawna – to przede wszystkim ludzie głęboko uduchowieni. Nie podają w wątpliwość, że świat duchowy jest światem realnym. Wraz z dotarciem na te ziemie pierwszych misjonarzy przyjęli wiarę w Jezusa Chrystusa. Oczywiście, nie stało się to z dnia na dzień. Obecnie zdecydowana większość zamieszkujących Arktykę to chrześcijanie. Natomiast ich wiara jest wciąż bardzo świeża i wymaga odpowiedniej pielęgnacji i ugruntowania. Dlatego ważną częścią posługiwania tutaj są katechezy przedsakramentalne. Staramy się też odpowiednio formować liderów parafialnych, ponieważ ze względu na małą liczbę kapłanów w niektórych wioskach właśnie na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za lokalną wspólnotę. Niestety, ksiądz do niektórych misji dociera zaledwie 3-4 razy w roku.

– Jakiego języka używa Ksiądz na co dzień?

– Językami powszechnie używanymi są angielski i inuktitut. Od początku swojego pobytu Eucharystię celebruję w tych dwóch językach.

– Jakie są największe wyzwania w pracy misjonarza?

– Największe wyzwanie to mierzenie się z problemami, które dotykają tutejszych mieszkańców, a wobec których bardzo często jest się po prostu bezsilnym. Brak pracy, głębokie uzależnienia od narkotyków i alkoholu – mimo panującej prohibicji, a także drastycznie wysoka liczba samobójstw, zwłaszcza wśród młodych. Pamiętam, że przez pierwsze pół roku mojego pobytu w Rankin Inlet aż 5 osób odebrało sobie życie, w tym dwóch 17-latków, którzy zastrzelili się w tygodniowym odstępie czasu. Było to dla mnie trudne doświadczenie, biorąc pod uwagę, że ksiądz pozostaje w takich momentach bardzo blisko rodziny. Chwilę po wydarzeniu kapłan idzie do domu samobójcy, a dopiero później odbywa się dodatkowa modlitwa w kostnicy i pogrzeb. To wszystko nie jest łatwe do uniesienia. Tylko w ciągu prawie 4 lat mojego pobytu na Północy w samym Rankin Inlet było ok. 20 samobójstw.

– Dlaczego tak się dzieje?

– To chyba pytanie bez odpowiedzi. Mogłoby się wydawać – i takie jest niejednokrotnie pierwsze skojarzenie – że to przez noc polarną i brak światła, natomiast statystyki pokazują, że najwięcej ludzi odbiera sobie życie nie zimą, lecz wiosną i jesienią – wtedy, kiedy światła jest pod dostatkiem. W dużej części jest to pewnie nieumiejętność dostrzeżenia perspektyw na lepsze jutro, ale to są tylko moje dywagacje.

– Czyli Inuici nie widzą sensu życia i nie odczuwają żadnej radości z niego, skoro jedynym rozwiązaniem, jakie biorą pod uwagę, jest samobójstwo?

– Przeciwnie, Inuici to ludzie, którzy mają bardzo bogatą historię i kulturę. Potrafią się cieszyć z każdego kolejnego dnia. Wielką wartość dla nich stanowi również rodzina. Z wdzięcznością i radością przyjmują każde kolejne poczęte życie. Zakładaniu rodzin (w większości wielodzietnych) sprzyja klimat, w którym żyją. Są otoczeni wspaniałą przyrodą, nieskażonym lądem i krystalicznie czystymi rzekami i jeziorami. Nie można powiedzieć, wręcz kłamstwem byłoby stwierdzenie, że życie na Północy to smętne czekanie, aż wreszcie śmierć wyzwoli nas z trudów życia. Życie tutaj, mimo że nie należy do najłatwiejszych, jest wyjątkowo piękne i daje mnóstwo okazji do spełniania się w nim.

– Wspomniał Ksiądz o wielodzietnych rodzinach. Czworo, pięcioro dzieci to norma?

– Gdy zadała Pani to pytanie, przypomniało mi się wydarzenie, które miało miejsce niedługo po moim przylocie na Północ. Poleciałem, by odwiedzić sąsiednią misję. Z lotniska odebrał mnie miejscowy lider. Jechaliśmy z lotniska, a że jest ono trochę oddalone od wioski, wywiązała się dłuższa rozmowa. W pewnym momencie zapytałem go: „Ile tak właściwie masz dzieci?”. Zaczął się zastanawiać i liczyć. Mruczał coś pod nosem, aż wreszcie spojrzał na mnie i z taką wyjątkową szczerością w oczach odpowiedział: „Father, musiałbyś moją żonę zapytać, bo ja dokładnie nie wiem”. Druga sytuacja miała miejsce niedawno. Zostałem zaproszony na jubileusz 50. rocznicy ślubu. Podczas kolacji zapytałem jubilatów, jak duża jest ich rodzina. Odpowiedzieli, że mają 69 wnuków i prawnuków. Może nie jest to bezpośrednia odpowiedź na Pani pytanie, ale jednak dość dobrze obrazuje rzeczywistość.

– Czy praca na misjach daje Księdzu poczucie spełnienia i satysfakcję?

– Jestem bardzo zadowolony z możliwości posługiwania niemalże na końcu świata. Ludzie tutaj są wyjątkowo życzliwi, przede wszystkim dostrzegają, że jest się tutaj właśnie dla nich i potrafią to docenić. Bardzo dużo radości przynosi mi obejmowanie modlitwą tych, którzy o nią proszą. Świadomość tego, że gdyby nie moja obecność tutaj, to mieszkańcy nie mieliby nawet możliwości uczestnictwa w niedzielnej Mszy św., daje mi siłę do przezwyciężania trudności, które się pojawiają. Poza tym praca na misjach to bezpośrednie spotkanie z człowiekiem. To nie jest anonimowe duszpasterstwo, i to jest chyba najpiękniejsze.

– Jak już Ksiądz wspomniał, trudności też się pojawiają. Jakie?

– Najtrudniejsze do przezwyciężenia jest doświadczenie izolacji i samotności. 24 godziny na dobę przez niemalże 365 dni w roku z tymi samymi ludźmi i w tym samym miejscu – to jest niemałe wyzwanie! Ale jest też ogromna satysfakcja. Żyjąc w ekstremalnie trudnych warunkach klimatycznych, w odizolowaniu od cywilizowanego świata, każdego dnia spoglądam rano w lustro i z czystym sumieniem sobie powtarzam: „Marcin, jest radość, dajesz radę”.

– Na koniec proszę powiedzieć, czego życzyć Księdzu Misjonarzowi w dalekiej i zimnej Arktyce?

– Tego, żeby podczas moich podróży przez skuty lodem ocean czy pokrytą śniegiem tundrę mojemu Aniołowi Stróżowi nie przyszła nawet do głowy myśl, żeby mnie zostawić samego. A trochę bardziej poważnie – tego, żebym miał wystarczająco dużo sił do towarzyszenia ludziom jako wierny świadek miłości Boga do człowieka.

* * *

Już po odbytej rozmowie doszła do nas radosna wiadomość, że ks. Marcin został wybrany i zaakceptowany przez Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji na misjonarza miłosierdzia. W Środę Popielcową 10 lutego 2016 r. podczas uroczystej celebracji eucharystycznej w Bazylice św. Piotra w Rzymie wraz z innymi wybranymi księżmi zostanie posłany przez papieża Franciszka z misją głoszenia i szerzenia Bożego Miłosierdzia. Na mocy przywileju Papieża misjonarz miłosierdzia będzie miał również prawo do rozgrzeszania z grzechów, z których dotychczas można było uzyskać rozgrzeszenie tylko w Stolicy Apostolskiej, m.in. z grzechu profanacji postaci eucharystycznych, schizmy, apostazji czy herezji, a także grzechu spowodowanego naruszeniem tajemnicy spowiedzi. Jak czytamy w Instrukcji na Rok Miłosierdzia, zadanie powierzone misjonarzom wymaga, aby tę funkcje sprawowali „duchowni dobrzy, cierpliwi, zdolni zrozumieć ludzkie ograniczenia, gotowi do tego, by wyrażać natchnienia Dobrego Pasterza w swojej misji głoszenia i spowiadania”.

Ks. Marcin Rumik będzie jedynym misjonarzem miłosierdzia w arktycznej części Kanady i jednym z nielicznych w całej Ameryce Północnej.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ojciec trędowatych

2020-01-10 09:04

[ TEMATY ]

świadectwo

misjonarz

Razem TV

Za kilka dni przypada 102. rocznica urodzin ojca Mariana Żelazka SVD. Sługi Bożego, misjonarza, werbisty, więźnia obozów koncentracyjnych w Dachau i Mauthausen-Gusen, niosącego pomoc biednym i trędowatym w Indiach, który całe życie kierował się mottem: „nie jest trudno być dobrym wystarczy tylko chcieć”.

Więzień numer 28834

Marian Żelazek urodził, jako siódme dziecko w rodzinie, 30 stycznia 1918 roku we wsi Palędzie koło Poznania. Jego rodzice nie należeli do bogatych i z przyczyn ekonomicznych zmuszeni byli przenieść się do stolicy Wielkopolski, gdzie przyszły misjonarz rozpoczął edukację a kilka lat potem zapragnął zostać kapłanem. Wstąpił do Seminarium Księży Werbistów w Górnej Grupie a w 1937 roku rozpoczął nowicjat w Chludowie.

Trzy lata później, razem z innymi klerykami, został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau a potem przeniesiony do Mauthausen-Gusen. Otrzymał numer więzienny 28834.

Pięcioletni pobyt w obozach głęboko wpłynął na życie młodego kleryka. To właśnie tam, patrząc na cierpienie i śmierć współwięźniów, umocnił się w przekonaniu, że chce być misjonarzem i nieść pomoc potrzebującym. „Chociaż wydaje się to paradoksem, pobytowi w obozie zawdzięczam głębsze zrozumienie życia i człowieka, niezłomną wiarę, że miłościwa ręka Boża kieruje losami człowieka, chociaż nieraz nam się wydaje, że jest ona nielitościwa, a nawet okrutna. Gdy widziałem ginących księży, rosło i umacniało się moje pragnienie, aby kiedyś - jeśli przeżyję - pracować nad młodzieżą i budzić wśród niej następców zmarłych kapłanów. Rosło i umacniało się też moje postanowienie, że gdy wyjdę z obozu, z wdzięczności za uratowanie mego doczesnego życia pójdę ratować życie wieczne dusz w krajach misyjnych” – podkreślał służąc najsłabszym już w Indiach.

„Bapa” co oznacza ojciec

Po wojnie Marian Żelazek ukończył studia teologiczne w Rzymie i w 1948 roku przyjął święcenia kapłańskie. Pierwszy etap posługi misjonarskiej rozpoczął w 1951 r. w diecezji w Sambalpur w Indiach. Opiekował się tam głównie ubogimi, niepiśmiennymi, wykluczonymi ludźmi z plemienia Adivasów, którymi nikt inny nie chciał się zajmować.

Po ponad 20 latach werbista trafił do Puri. Zorganizował tam miedzy innymi kolonię dla odrzuconych przez społeczeństwo chorych na trąd, którym pomagał znaleźć pracę i utrzymać się np. w zakładzie obuwniczym szyjącym buty dla chorych. Opatrując chorych nigdy nie zakładał rękawiczek, starając się w ten sposób przełamywać wśród innych strach przed kontaktem z chorymi na trąd.

W sąsiedztwie koloni powstała również szkoła dla trędowatych dzieci, by te nie czuły się gorsze od innych. Los najmłodszych był misjonarzowi szczególnie bliski, dlatego szukał dla nich rodziców adopcyjnych i opiekunów, którzy mogliby wspierać je finansowo.

Ojciec Marian był bardzo poważany wśród ludzi, którym pomagał. Cenili go zwłaszcza za to, że szanował ich wiarę, zwyczaje i tradycje. O swoich podopiecznych mówił „moje dzieci”, oni zwracali się do niego „bapa”, co oznacza ojciec.

Ojciec Marian zmarł 30 kwietnia 2006 roku, w wieku 88. Rano, bardzo zmęczony odwiedził jeszcze jak zwykle chorych na trąd. W drodze powrotnej zasłabł i umarł w objęciach swoich podopiecznych. Pogrzeb Ojca Mariana był wielkim manifestem hołdu i czci dla jego dokonań, na którym pożegnały go tysiące ludzi chrześcijan i hindusów.

Kandydat na ołtarze

Jeszcze za życia o. Żelazek spotykał się z dużym uznaniem, czego wyrazem jest m.in. honorowe obywatelstwo Poznania, wiele nagród i wyróżnień oraz dwukrotna nominacja do Pokojowej Nagrody Nobla (2002 i 2003 rok). W grudniu, w Chludowie, odbyła się pierwsza sesja Trybunału Rogatoryjnego procesu beatyfikacyjnego o. Mariana Żelazka. 

"O. Marian Żelazek jest przykładem człowieka, który w całej prostocie nosił w sobie przekonanie, że aby być dobrym, wystarczy tylko chcieć. Te słowa mogą być pomocne ludziom zagubionym we współczesnym świecie i pogrążonym w chaosie, którzy nie wiedzą, że klucz do dobrego życia jest taki prosty" – podkreślał przewodniczący sesji abp Stanisław Gądecki.

CZYTAJ DALEJ

Wstaw się za prof. Ewą Budzyńską, której grozi kara za obronę małżeństwa i rodziny

2020-01-15 09:13

[ TEMATY ]

pomoc

CŻiR

Prof. Ewa Budzyńska podczas zajęć o rodzinie przywołała badania naukowe mówiące o negatywnych skutkach wychowywania dzieci przez pary jednopłciowe. Między innymi za tę wypowiedź grozi jej kara dyscyplinarnej nagany. Centrum Życia i Rodziny przygotowało petycję do władz uczelni w obronie wieloletniej pracownik naukowej Uniwersytetu Śląskiego. Można ją podpisać na stronie internetowej Zobacz

Podczas zajęć prowadzonych dla studentów Uniwersytetu Śląskiego, prof. Ewa Budzyńska przywołała badania naukowe na temat negatywnych skutków wychowywania dzieci przez pary homoseksualne. Miała również wyrazić swój krytyczny stosunek do eutanazji. Na skutek skargi grupy studentów, Rzecznik Dyscyplinarny Uniwersytetu Śląskiego wszczął postępowanie wyjaśniające. Pomimo złożenia przez prof. Ewę Budzyńską obszernych wyjaśnień, zażądał od Komisji Dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich ukarania prof. Budzyńskiej karą dyscyplinarnej nagany.

W jej obronie stanęło Centrum Życia i Rodziny, które przygotowało apel do władz Uniwersytetu Śląskiego, aby natychmiast zakończyły postępowanie dyscyplinarne wobec prof. Ewy Budzyńskiej, a także publicznie przeprosiły za potraktowanie jej w sposób niezwykle upokarzający dla naukowca ze znaczącym dorobkiem naukowym. W obronę prof. Ewy Budzyńskiej zaangażowali się również prawnicy Instytutu Ordo Iuris, którzy reprezentują ją w postępowaniu i domagają się jej uniewinnienia.

„Wszystko wskazuje, że oskarżenia wobec prof. Budzyńskiej stanowią część kampanii zastraszania wykładowców uniwersyteckich, którzy ośmielają się stawać w obronie rodziny i podejmują polemikę z postulatami ideologii gender i organizacji LGBTQ”
– czytamy w petycji, którą można podpisać na stronie internetowej Zobacz.

Autorzy apelu do władz Uniwersytetu Śląskiego podkreślają, że prof. Ewa Budzyńska podczas zajęć ze studentami stanęła w obronie małżeństwa i rodziny, a więc wartości chronionych przez konstytucję. Co więcej, jej postawa została określona jako tzw. homofobia, pomimo tego, że posługiwała się definicją małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety – zgodną z tą obowiązującą w polskim systemie prawnym. „Stanowczo nie zgadzam się, by za obronę małżeństwa i rodziny udzielano nagany!” – podkreślają autorzy apelu, którzy zachęcają do wstawienia się za prof. Ewą Budzyńską i złożenia swojego podpisu pod petycją do władz uczelni.

„Uniwersytet Śląski powinien być ostoją wolności słowa i swobody prowadzenia badań naukowych oraz przykładem stosowania jednakowych standardów i wymogów etycznych wobec wszystkich członków społeczności akademickiej, a nie trybuną propagandową agresywnych grup lobbystycznych czy ideologii uderzających w małżeństwo i rodzinę!” – napisano w treści apelu do władz uczelni, znajdującym się na stronie Zobacz.

Centrum Życia i Rodziny zachęca również do poparcia petycji do wicepremiera Gowina o obronę wolności słowa na polskich uniwersytetach poprzez wprowadzenie zmian w przepisach prawa chroniących nauczycieli akademickich przed podobnymi szykanami. Apel do ministra nauki i szkolnictwa wyższego jest dostępny bezpośrednio po podpisaniu petycji w obronie prof. Ewy Budzyńskiej.

Źródło: Centrum Życia i Rodziny, bronmyprofesor.pl

CZYTAJ DALEJ

Indie: profanacja Najświętszego Sakramentu

2020-01-22 20:42

[ TEMATY ]

profanacja

Najświętszy Sakrement

Indie

davideucaristia/pixabay.com

W kościele św. Franciszka z Asyżu w Bengaluru – stolicy stanu Karnataka w południowo-zachodnich Indich, doszło do profanacji Najświętszego Sakramentu. Konsekrowane hostie zostały rozrzucone po posadzce. „Jestem zaszokowany i przepełniony bólem” – powiedział metropolita tamtejszej archidiecezji abp Peter Machado na wieść o tym wydarzeniu.

Sprawcy tego czynu nie ukradli nic z kościoła, stąd przypuszcza się, że chodziło im o zniszczenie świątyni i jej profanację. Arcybiskup wezwał wszystkich wiernych do zadośćuczynienia i najbliższy piątek 24 stycznia wyznaczył w archidiecezji dniem szczególnej adoracji, uwielbienia i przepraszania Jezusa eucharystycznego za popełniony czyn.

„Proszę wszystkich proboszczów i kapelanów, aby przez cały dzień w kościołach był wystawiony Najświętszy Sakrament, aby wszyscy wierni mogli się przed Nim pomodlić” – zaapelował hierarcha.

Zachęcił także do modlitwy w intencji sprawców tego haniebnego czynu, który obraża uczucia religijne wszystkich katolików.

Jedna z organizacji indyjskich zajmujących się obroną praw chrześcijan w tym kraju (United Christian Forum Human Rights – UCFHR) podała przy okazji, że w pierwszych dziewiętnastu dniach stycznia tego roku doszło już do 17 przypadków przemocy wobec chrześcijan. M.in. aresztowano jednego pastora, doszło do kilku aktów przemocy fizycznej oraz w kilku przypadkach zabroniono chrześcijanom spełniania funkcji religijnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję