Jak przeczytałam w portalu Zenith, w kanadyjskim szpitalu 79-letni ks. Larry Holland, człowiek po złamaniu biodra, usłyszał, że „opcją” może być także medycznie wspomagana śmierć. Szok jest tym większy, że nie chodziło o człowieka, który wyraził wolę umierania. Ks. Holland, powtórzę: miał złamane biodro. Potrzebował leczenia, rehabilitacji i zwyczajnej ludzkiej troski. Tymczasem w szpitalu usłyszał nie tylko diagnozę i zalecenia, ale również sugestię, że „opcją” może być MAiD, czyli Medical Assistance in Dying. Jak relacjonował, taka propozycja padła dwa razy: najpierw ze strony lekarza, a po kilku tygodniach wróciła w rozmowie z pielęgniarką. Nie jest to już więc opowieść o jednym niefortunnym zdaniu, jednym lekarzu czy jednej pielęgniarce.
Reklama
Najbardziej niepokoi nie sam fakt istnienia kanadyjskiego prawa o MAiD, lecz przesunięcie granicy. Jeszcze niedawno punktem wyjścia była sytuacja, w której pacjent sam pytał o taką możliwość. Dziś coraz wyraźniej widać, że inicjatywa może wychodzić ze strony personelu medycznego. Rzecznik Vancouver Coastal Health potwierdził zresztą, że personel ma prawo poruszać temat MAiD na podstawie „oceny klinicznej” pacjenta, o ile ma odpowiednią wiedzę i kompetencje. I właśnie tutaj kryje się sedno dramatu. Człowiek starszy, chory, osłabiony, zależny od innych, po urazie i z ograniczoną sprawnością, słyszy od przedstawiciela systemu: śmierć także jest opcją. Nawet jeśli nie pada formalny nacisk, rodzi się presja psychologiczna. Wystarczy chwila lęku, bólu albo poczucia bycia ciężarem, by „wolność wyboru” zaczęła brzmieć jak elegancko opakowana zachęta do rezygnacji z życia.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Sprawa ks. Hollanda nie wydarzyła się w próżni. Kanada zalegalizowała MAiD w 2016 roku, a kolejne zmiany prawne stopniowo rozszerzały zakres jego stosowania. Według danych federalnych w 2024 roku z MAiD skorzystało 16 499 osób, co stanowiło znaczny procent wszystkich zgonów w kraju. Trudno więc mówić o marginalnym wyjątku. Mówimy o systemie, który z roku na rok przesuwa granice dopuszczalności. Co więcej, czasowe wyłączenie osób, których jedyną podstawową chorobą jest choroba psychiczna, przedłużono tylko do 17 marca 2027 roku. To oznacza, że proces dalszego rozszerzania tej praktyki wciąż pozostaje realny.
Ks. Holland nazwał drugą propozycję „fałszywym współczuciem”. Trudno o trafniejsze określenie. Miłosierdzie nie polega przecież na skróceniu drogi człowiekowi cierpiącemu, lecz na towarzyszeniu mu tak, aby nie został sam ze swoim bólem, lękiem i poczuciem bezradności. W chrześcijańskim spojrzeniu godność człowieka nie maleje wraz z wiekiem, chorobą czy niesamodzielnością. Przeciwnie, właśnie wtedy domaga się jeszcze większej ochrony. A jeśli medycyna zaczyna podpowiadać śmierć tam, gdzie powinna najpierw proponować leczenie, rehabilitację, opiekę paliatywną i obecność, to znak, że coś głęboko pękło. Nie tylko w prawie, lecz także w sumieniu kultury.
Przypadek ks. Hollanda z Kanady jest dziś ostrzeżeniem, także Polska nie może patrzeć na tę historię z poczuciem bezpiecznego dystansu. Także u nas coraz częściej język godności, współczucia i wolności bywa odrywany od prawdy o wartości ludzkiego życia. Chrześcijaństwo przypomina tymczasem coś dokładnie przeciwnego: człowiek nie przestaje być darem Boga wtedy, gdy staje się słaby, chory, zależny czy bezbronny. Właśnie wtedy jego godność woła o większą ochronę, a nie o podsuwanie mu śmierci jako rozwiązania. Jeśli więc w Polsce chcemy obronić naprawdę ludzką medycynę i naprawdę ludzkie sumienie, musimy z całą stanowczością odrzucić logikę, w której śmierć staje się odpowiedzią na cierpienie. Bo chrześcijańska odpowiedź brzmi inaczej: nie opuszczać, nie przyspieszać końca, ale towarzyszyć, leczyć i chronić życie do naturalnej śmierci. Życie – także od poczęcia. Ale to już osobny temat.

