Reklama

Wiadomości

Aby nieprzyjaciel się nie odważył

O znaczeniu „ruchomych” elementów wojskowych i powszechnej obronie terytorialnej jako podstawie polskiej strategii odstraszania z prof. Romualdem Szeremietiewem rozmawia Wiesława Lewandowska

2016-04-20 08:33

Niedziela Ogólnopolska 17/2016, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

Grzegorz Boguszewski

Prof. Romuald Szeremietiew

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od dość dawna ostrzega Pan Profesor, że atak nuklearny Rosji na Polskę jest możliwy, że ulokowane w obwodzie kaliningradzkim rakiety Iskander są już wymierzone w nasz kraj. Na tegorocznym szczycie nuklearnym w Waszyngtonie po raz pierwszy zabrakło Rosji. Co to może znaczyć? Czy powinniśmy się martwić?

PROF. ROMUALD SZEREMIETIEW: – Absencja Rosji na szczycie nuklearnym jest o tyle niepokojąca, że Kreml sformułował nową doktrynę użycia sił nuklearnych – w instrukcji podpisanej kilka lat temu przez prezydenta Miedwiediewa – i przyznał sobie prawo użycia broni atomowej również w stosunku do państw, które taką bronią nie dysponują. Dotąd obowiązywała reguła, że państwo nuklearne nie użyje tej broni przeciwko tym nieposiadającym uzbrojenia atomowego. Warto też pamiętać, że Rosja wciąż unowocześnia i rozbudowuje tzw. taktyczne środki nuklearne.

– Jakie to ma znaczenie w kwestii zagrożenia Polski?

– Chodzi o głowice małej mocy, np. ładunki jądrowe znajdujące się w pociskach artyleryjskich, które mogą być użyte na polu walki w wymiarze taktycznym, czyli do zniszczenia jakiegoś małego ośrodka, zgrupowania wojsk przeciwnika itp. Trzeba się więc zastanowić – a wciąż nie dostrzegam, aby się nad tym zastanawiano – dlaczego Rosja rozbudowuje akurat tego typu środki bojowe.

– Dlaczego, zdaniem Pana Profesora?

– Można założyć, że w jakiejś kryzysowej sytuacji dojdzie do użycia taktycznej broni atomowej. Może być tak, że „ktoś”, nie przyznając się, wystrzeli taki pocisk i zniszczy na terytorium Estonii, Litwy czy Polski jakieś jedno miasto...

– Mogą się pojawić takie atomowe „zielone ludziki”?

– Tak, może się pojawić takie zagrożenie. Co wówczas zrobi Zachód i NATO? Ograniczony atak nuklearny nie wiadomo z czyjej strony nie wywoła przecież wojny światowej. Uruchomi się międzynarodowe śledztwo dla ustalenia, kto był sprawcą? Co można będzie w takiej sytuacji zrobić?

– Niewiele, jak w przypadku Krymu?

– Otóż to! A minister Ławrow będzie zapewniać, że Rosja nie ma z takim incydentem nic wspólnego. Zachód zaś będzie bezradny. Przywódcy Rosji potrafią działać bardzo różnymi sposobami, nieprzewidywalnymi dla Zachodu. Zajęcie Krymu było przecież całkowitym zaskoczeniem. Według mnie, właśnie dlatego brak Rosji na szczycie nuklearnym w Waszyngtonie jest niepokojący.

– Świat się jednak tym nie zmartwił.

– Nieobecność państwa posiadającego wielki potencjał nuklearny to bardzo zły symptom. Tym bardziej znaczące jest pytanie, na ile Zachód będzie stanowczo przeciwdziałać dzisiejszym zagrożeniom ze strony Rosji. Przypomnę tylko, że w okresie międzywojennym państwa stojące na straży ładu wersalskiego przeważały siłą militarną nad tymi, które chciały ten ład zburzyć, a jednak w 1939 r. zabrakło woli działania, głównie Francji, aby w zarodku zgasić konflikt, który przekształcił się w wojnę światową.

– Dziś dostrzega Pan Profesor podobny brak chęci i woli?

– Stawiam tylko pytanie, czy dzisiaj ta gotowość do działań i wola stanowczej obrony ładu międzynarodowego, który Rosja przecież chce zmienić, jest większa, czy też na Zachodzie nadal panuje przekonanie, że „nie warto umierać za Gdańsk”.

– Na Zachodzie – i niestety także w Polsce – słyszy się opinie, że nie warto wzmacniać flanki wschodniej, bo to sprowokuje Rosję do bardziej radykalnych działań.

– Zachód robił wszystko, żeby nie drażnić Moskwy. Nie ma w tzw. nowych państwach NATO stałych baz natowskich i nie uruchomiono procesów przyjęcia do sojuszu Gruzji i Ukrainy – Gruzja o to bardzo zabiegała. Nie zrobiono tego właśnie dlatego, żeby nie drażnić Rosji. Tymczasem Rosja wynajduje różne preteksty, aby uzasadnić swoje agresywne poczynania i nie wydaje się, aby trzeba ją było specjalnie prowokować.

– I w umocnieniu tzw. flanki wschodniej Zachód nie dostrzega dziś dla siebie większego interesu?

– Flanka wschodnia NATO jest pojęciem stworzonym w Europie Środkowej, m.in. w Polsce. Jako pewna rzeczywistość obronna niekoniecznie występuje po stronie naszych sojuszników. Widzą ją wojskowi amerykańscy, ale jeżeli idzie o polityków, zwłaszcza z europejskich państw natowskich, to mamy tam ogromną... ostrożność.

– By nie drażnić Putina...

– ...który i tak zrobi to, co zamierza. Dochodzi do powtórzenia polityki, którą Zachód uprawiał w stosunku do Hitlera, tzw. appeasementu, czyli łagodzenia, zaspokajania roszczeń, ustępstw, aby nie zaogniać sytuacji. Hitlera, jak wiadomo, nie udało się zaspokoić...

– Putina, który przez wielu zachodnich polityków jest uważany za cywilizowanego przywódcę, też się nie da?

– Przywódca Rosji mówi otwarcie, że chce odbudować rosyjskie imperium. Jest więc tak samo „cywilizowany” jak car Piotr I czy caryca Katarzyna, żeby nie wspominać Stalina. Putin jest rosyjskim imperialistą! Rosja chce odzyskać wpływy w Europie Środkowej i wie, że umocnienie natowskiej flanki wschodniej zablokuje taką możliwość. Dlatego stara się do tego nie dopuścić i straszy psuciem stosunków, czego Zachód, zwłaszcza Niemcy i Francja, chce uniknąć.

– Mówi się dziś wiele o wojnie propagandowej, rosyjskim zagrożeniu w cyberprzestrzeni...

– I nie powinniśmy tego lekceważyć; zarówno tego, co Rosjanie robią w cyberprzestrzeni, jak i poczynań rosyjskiej propagandy. W Rosji działają np. zespoły opłacanych ludzi, którzy umieszczają wpisy na forach internetowych wielu krajów i kształtują w ich obywatelach postawy i poglądy korzystne dla Rosji. Federacja Rosyjska prowadzi skomplikowaną, wielowątkową operację formowania przyjaznego Rosji klimatu politycznego w wielu państwach. Prezydent Putin dąży do odbudowy rosyjskiego supermocarstwa i wszystkimi środkami próbuje osiągnąć swój cel.

– Jednakże w tej „wojnie w sferze świadomości” kontrofensywy ze strony Zachodu raczej nie widać!

– Rzeczywiście, kontrakcja Zachodu jest anemiczna. Szczęśliwie w Polsce ostatnio coś zaczyna się zmieniać na lepsze. Pytanie, na ile polskie przeciwdziałania okażą się skuteczne...

– Skoro w opinii Zachodu samo pojęcie wschodniej flanki wciąż wydaje się bytem mało realnym, to czy, zdaniem Pana Profesora, polskie oczekiwania co do jej wzmocnienia zostały dostatecznie mocno wyartykułowane?

– Niestety, daliśmy sobie wmówić, że obecnie NATO nie buduje stałych baz i szczytem możliwości może być jakaś „stała-niestała” obecność sojuszniczych wojsk. Ma się zjawić w naszym regionie dodatkowa amerykańska brygada pancerna. Jak wiadomo, taka jednostka dziś wysłana do nas na mocy decyzji politycznej może być na mocy takiej samej decyzji wycofana. A zatem te „ruchome” elementy wojskowe mogą być jedynie przejściową gwarancją bezpieczeństwa.

– Krótkotrwałą?

– Tak długą, jak długo będzie istniała wola polityczna utrzymania tych wojsk. Dlatego do niedawna strona polska formułowała postulat zbudowania stałych baz NATO, jakie są na terenie Niemiec. Jednak daliśmy sobie narzucić interpretację, że obecnie NATO już takich baz nie tworzy i w Polsce możemy jedynie liczyć na przejściowo ulokowane jednostki wojskowe, a na stałe mogą być tylko ich magazyny ze sprzętem, też zresztą łatwym do wywiezienia.

– Niedawno Polska poczuła się bardziej zabezpieczona deklaracją prezydenta Obamy o wzmocnieniu flanki wschodniej przez ciężką brygadę pancerną Stanów Zjednoczonych. Co to w praktyce może oznaczać?

– To oznacza, że jednostka U.S. Army, licząca ponad 4 tys. żołnierzy, będzie częściami rozmieszczona w poszczególnych krajach naszego regionu. Zdaje się, że w Polsce będzie dowództwo tej brygady i chyba jeden batalion wojska. Oczywiście, z punktu widzenia strategii taka obecność jest istotna, ponieważ pokazuje potencjalnemu agresorowi, że USA są tu obecne.

– Ale przecież zbliżające się wybory prezydenckie w USA mogą wiele zmienić...

– No tak, nie wiadomo, czy następca prezydenta Obamy zechce podtrzymać amerykańską obecność wojskową w Polsce. Przypomnijmy zamiar prezydenta Busha budowania tarczy antyrakietowej z bazą w Redzikowie, zaniechany przez prezydenta Obamę. Jeśli wybory wygra Donald Trump, który uważa, że Stany Zjednoczone za dużo wkładają w Sojusz Północnoatlantycki, zapowiada powrót do polityki izolacjonizmu oraz ocieplenie relacji z Putinem, to obecność tej brygady w Europie Środkowej może być zagrożona. Znowu wracamy do problemu niepewnych gwarancji naszego bezpieczeństwa.

– Bo ciągle zanadto liczymy na pomoc sojuszników?

– Można powiedzieć, że przy obecnym stanie polskiej obronności nie mamy innego wyjścia. W Polsce nie poszukuje się jednak sposobów, jak będziemy się bronić, jeżeli sojusznicy nie pomogą. Nie ma odpowiedzi na pytanie, czy jesteśmy w stanie przygotować obronę tak, aby i przy braku wsparcia sojuszników nieprzyjaciel nie odważył się Polski zaatakować.

– Polacy wciąż zakładają, że jakoś to będzie, a o konieczności samodzielnej obrony myślą raczej tylko w kategoriach mrzonki...

– Rzeczywiście, dominuje przekonanie, że Polska nie może obronić się sama. Tymczasem to fałszywe przekonanie. Odwołam się do tego, co niedawno w wywiadzie dla jednej z polskich gazet powiedział Edward Luttwak – strateg i doradca prezydenta Busha seniora w sprawach obrony. Amerykański profesor mówił, że Polska po raz pierwszy w dziejach ma szansę stać się niepokonalną, jeżeli zbuduje powszechny system obrony terytorialnej. Dzięki temu wykaże potencjalnemu agresorowi, że spotka się on z oporem dosłownie wszędzie. Groźba podjęcia takiego oporu przez kilkudziesięciomilionowy naród powinna agresora odstraszyć. A wówczas wojny nie będzie.

– O konieczności stworzenia obrony terytorialnej mówi Pan Profesor od wielu lat. Niewiele się w tej sprawie jednak zdarzyło, dopiero teraz temat został wreszcie podjęty przez rząd.

– Tak, ale pomysł rządowy odbiega od mojej koncepcji obrony terytorialnej. Uważam, że jeśli ma być powszechny system, to musi obejmować wielu ludzi. Tylko liczna i masowa OT będzie skutecznym czynnikiem odstraszającym wroga. Jeżeli zbudujemy kilkudziesięciotysięczne wojska terytorialne, do tego jako wzmocnienie dla wojsk operacyjnych (armii zawodowej) – a taka koncepcja jest rozważana w MON – to w wymiarze strategicznym nie zmieni to naszego położenia. Trochę poprawi możliwości obrony w razie agresji, ale nie sprawi, że nieprzyjaciel od ataku odstąpi.

– Jak więc powinna wyglądać naprawdę skuteczna obrona terytorialna?

– Żeby uzyskać walor odstraszający, powinniśmy w razie zagrożenia wojną mieć zdolność wystawienia co najmniej 500-tysięcznej siły terytorialnej, która musiałaby być w taki sposób przeszkolona i wyposażona, aby mogła prowadzić wojnę nieregularną, tzn. bronić miast i prowadzić masowe działania opóźniające, asymetryczne, w terenie zajmowanym przez wroga. Należałoby również przygotować formacje „partyzanckie” do działań w cyberprzestrzeni. Trzeba też wyposażyć OT w lekkie wyrzutnie przeciwlotnicze i przeciwpancerne, w uzbrojone drony, jako skuteczne środki zwalczania ciężkiego sprzętu wroga. To jest stosunkowo tanie i skuteczne w walce uzbrojenie.

– Jednak każda obrona będzie bezradna wobec ataków pociskami nuklearnymi...

– Jestem przekonany, że taki atak wróg uzna za użyteczny, jeśli nasze państwo będzie bezbronne, a społeczeństwo pozbawione woli oporu, zatomizowane. Gdyby jednak Polska miała powszechną OT, a społeczeństwo byłoby zjednoczone i wyrażało wolę obrony kraju, to prowokowanie go incydentami nuklearnymi byłoby nieużyteczne. Pamiętajmy, że Rosja zwykle dąży do zdestabilizowania kraju, który chciałaby sobie podporządkować. Uderzenie taktycznym pociskiem jądrowym miałoby sens tylko wówczas, gdyby pogłębiało stan rozkładu, tak jak wysłanie „zielonych ludzików” na Krym. Gdyby Ukraina miała skuteczny system obronny i np. OT na Krymie, to żadnych „ludzików” by tam nie było. Wracamy więc znowu do proponowanej przeze mnie powszechnej obrony terytorialnej, której ciągle nie ma...

– A więc pozostaje jedynie liczyć na sojuszników?

– Niestety, tak. Czas najwyższy uruchomić myślenie wykraczające poza ciągle obowiązujące przekonanie, że Polska jest słaba i tylko sojusznicy mogą ją uratować. Jak najszybciej należy zbudować powszechną obronę terytorialną jako podstawę polskiej strategii odstraszania. Zacytuję prof. Luttwaka: „Polska stoi przed wielką szansą. Po raz pierwszy w historii może stać się niepokonana, jeśli wprowadzi powszechną obronę terytorialną i uzbroi zdolnych do tego obywateli. Polsce niepotrzebne są drogie myśliwce, bo one kraju nie obronią. Jak ktoś ma apetyt na samolot F-35, to niech sobie kupi jego zdjęcie i powiesi na ścianie. Efekt obronny będzie podobny, a cena dużo niższa. Rosja nie będzie śmiała wejść do kraju, którego obywatele sami się będą bronili, nie czekając na decyzje Unii Europejskiej, NATO czy ONZ”.

* * *

Prof. Romuald Szeremietiew
Więzień polityczny PRL, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. minister obrony narodowej, wykładowca akademicki.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sejm: Magdalena Biejat odwołana z przewodniczenia komisji polityki społ. i rodziny

2020-01-16 13:10

[ TEMATY ]

polityka

Robert Sobkowicz / Nasz Dziennik

Biejat Magdalena

Posłanka Lewicy Magdalena Biejat została w czwartek odwołana z funkcji przewodniczącej sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny. Na nową przewodniczącą wybrano Urszulę Rusecką (PiS). Głosowanie poprzedziła burzliwa debata i polemiki między parlamentarzystami PiS i Lewicy.

Magdalena Biejat została wybrana na przewodniczącą sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny 14 listopada, na pierwszym posiedzeniu. Zagłosowało za nią 25 posłów, w tym członkowie Prawa i Sprawiedliwości.

Po wyborze Biejat przekonywała, że dla wszystkich członków komisji "w centrum jest człowiek, od prawa do lewa". - Możemy w różny sposób definiować najważniejsze potrzeby i sposób ich rozwiązywania, ale jestem przekonana, że będziemy potrafili ze sobą konstruktywnie współpracować, a rozwiązania, które będą wychodziły z tej komisji będą jak najlepsze dla Polek i Polaków - dodała.

Wkrótce po głosowaniu posłanka PiS Anna Siarkowska poinformowała, że tylko trzy członkinie tego ugrupowania były przeciwne wyborowi Biejat, inni albo zagłosowali "za", albo byli na posiedzeniu nieobecni. Nie przeszkodziło to PiS w złożeniu w grudniu wniosku o odwołanie lewicowej przewodniczącej.

Według Jana Kanthaka (PiS), Biejat nie może sprawować funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny, bo jest osobą, która "niszczy polskie rodziny, chce zabijać poczęte dzieci, która zagraża naszej przyszłości". Odwołania Magdaleny Biejat domagała się również Konfederacja.

Sprawozdawczyni wniosku o odwołanie, posłanka Teresa Wargocka (PiS) argumentowała, że Magdalena Biejat jest jedynym przewodniczącym spośród 29 przewodniczących sejmowych komisji bez doświadczenia parlamentarnego, jest bowiem posłanką pierwszą kadencję. Biejat wytknięto też "absolutny brak aktywności" w czterech tygodniach, które nastąpiły po jej wyborze.

Zdaniem posłów PiS, przewodniczenie tej komisji powinno natomiast przypaść bardziej doświadczonej osobie. Nie bez znaczenia miał być przy tym także fakt, że jest to jedna z najbardziej obciążonych pracami komisji w Sejmie.

Jednak powodem odwołania stały się jednak także poglądy Magdaleny Biejat, które w uzasadnieniu uznano za kontrowersyjne. - Poglądy polityczne, jakie pani poseł reprezentuje w licznych wywiadach, m.in. w sprawie modelu rodziny, nie są podzielane przez większość naszego społeczeństwa. Wypowiedzi te rezonują w opinii społecznej i wywołują niezadowolenie wielu obywateli, że głosi je przewodnicząca komisji, w której zapadają decyzje o polityce państwa wobec rodzin - mówiła Wargocka.

Poseł Wargocka złożyła następnie trzy wnioski; o odwołanie Biejat z funkcji przewodniczącej komisji, o powołanie na przewodniczącą poseł Urszuli Ruseckiej (PiS) oraz o powołanie Roberta Warwasa (PiS) na zwolnione przez Rusecką stanowisko wiceprzewodniczącego.

W obronie Magdaleny Biejat stanęli posłowie Lewicy i Koalicji Obywatelskiej.

Marzena Okła-Drewnowicz (KO) poinformowała, że wytykanie braku doświadczenia parlamentarnego jest hipokryzją, gdyż przewodniczącą komisji rodziny w poprzedniej kadencji była Bożena Borys-Szopa, także po raz pierwszy zasiadająca w parlamencie. - Wtedy to państwu nie przeszkadzało? - pytała posłów PiS.

Inni parlamentarzyści argumentowali, że partia rządząca nie ma monopolu na sprawy społeczne w parlamencie. Sprzeciwiali się też temu, aby sprawy światopoglądowe czy polityczne decydowały o tym, kto ma być przewodniczącym komisji.

Sławomir Piechota (KO), przewodniczący komisji rodziny przez dwie kadencje, ubolewał, że łamany jest parlamentarny obyczaj przyznawania parytetu przewodniczenia komisjom według liczebności klubów parlamentarnych. - To bardzo niebezpieczny precedens. Sami kiedyś możecie paść ofiarą łamania tego obyczaju - mówił.

Głos zabrał też Grzegorz Braun z Konfederacji, ale zamiast uzasadniać swoją przychylność wobec wniosku PiS, skupił się głównie na krytyce postępowania tej partii. - Jedzcie tę żabę, koleżanki i koledzy, skoro umówiliście się na taki parytet - mówił, odnosząc się do podziału stanowisk w komisji.

Debata nie zmieniła jednak decyzji PiS, które mając większość w komisji, przy wsparciu Konfederacji, odwołało Magdalenę Biejat z funkcji przewodniczącej. Głosowało za tym 19 członków komisji, 12 było przeciw, nikt się nie wstrzymał.

Za wyborem Urszuli Ruseckiej opowiedziało się 18 posłów, wstrzymał się Grzegorz Braun. Na wiceprzewodniczącego wybrano też Roberta Warwasa. Po odwołaniu Biejat kluby opozycyjne KO i Lewicy opuściły posiedzenie, nie biorąc tym samym udziału w głosowaniu.

Do sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny trafił w poprzedniej kadencji obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję", jednak prace nad nim nigdy się nie odbyły. Powołana w celu jego rozpatrzenia specjalna podkomisja nie zebrała się ani razu.

Projekt "Zatrzymaj aborcję" jest inicjatywą ustawodawczą zgłoszoną przez komitet inicjatywy ustawodawczej o tej samej nazwie. Został złożony w Sejmie 30 listopada 2017 przez działaczy pro-life z Fundacji Życie i Rodzina. Jego celem jest wykreślenie z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży tzw. przesłanki eugenicznej, pozwalającej na aborcję dzieci, u których stwierdzono podejrzenie nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pod projektem podpisało się 850 tys. Polaków.

CZYTAJ DALEJ

Medjugorie. Miejsce objawienia... Kościoła

2020-01-14 10:24

Niedziela Ogólnopolska 3/2020, str. 19

[ TEMATY ]

Medjugorie

Archiwum autora

Kościół św. Jakuba w Medjugorie

Już dziś mówi się o Medjugorie nie jako o miejscu ukazywania się Matki Bożej, ale o miejscu... objawiania się mocy sakramentów Kościoła.

Medjugorie komuś przeszkadza. Może nawet nie tyle samo objawienie, ile... jego odbiór. W końcu wiele jest objawień maryjnych, nawet oficjalnie uznanych, a jednak nie mają one tak masowego przełożenia na ludzkie losy. O niektórych z nich właściwie nic nie wiemy. Kto słyszał o Betanii (1976), Cuapie (1980), San Nicolas (1983)... Tymczasem orędzie z Medjugorie znają miliony i dostrzegają w nim zaproszenie do zmiany życia na „według Ewangelii”. Więcej – i to znowu szczególny fenomen – ludzie wracają do domów, a nawrócenie trwa...

Zasłuchanie w to orędzie jest masowe i zmienia (na stałe!) życie milionów osób (aż tylu!). Zauważmy, że po tylu już latach trwania objawień tę ziemię zdążyło opuścić więcej niż jedno pokolenie ludzi nawróconych przez Medjugorie. Ci ludzie nie trafili do piekła, do którego może szli... Czy dla Boga i dla Kościoła jest coś ważniejszego niż to?

Wincenty Łaszewski

GŁOS KOŚCIOŁA: „Medjugorie są to przede wszystkim ludzie, którzy tu przyjeżdżają, którzy się tu modlą, tutaj się przemieniają, stąd wyjeżdżają do swoich krajów i tam niosą ducha Ewangelii” – tłumaczy abp Henryk Hoser. Zdaniem papieskiego wysłannika, w sanktuarium Królowej Pokoju najważniejsi są właśnie ludzie – nie orędzie objawień. A jeśli mówimy o orędziu... słyszymy o orędziu Ewangelii! Piękne to, prawda?

GŁOS ANTY-KOŚCIOŁA: Trudno się dziwić, że komuś Medjugorie przeszkadza. Więc słyszymy, że „to jest od diabła!”, że to „manipulacja”, że „masoneria”, że „dla zysku i sławy”, że „wizjonerzy żyją w luksusach”, że „podróżują po świecie”...

Jeśli to nie wystarcza, by zasiać niepokój, przedstawia się nam inne oskarżenie: Medjugorie ma za zadanie odciągnąć ludzi od Fatimy – jedynego orędzia, które może ocalić świat. Dlatego te przesłania są takie cudowne, niezwykłe, wiarygodne... Mają przykuć ludzi do siebie, tym samym nie dopuścić do triumfu Niepokalanego Serca.

Można jeszcze próbować skompromitować same objawienia. Nie wypowiadamy się o ich prawdziwości, bo to rola kościelnych urzędów, ale abp Hoser potwierdza, że nie ma tu błędów doktrynalnych. Coraz głośniej mówi się też o tym, że do Medjugorie może zostać zastosowany precedens z Kibeho (objawienia w Afryce, uznane w 2001 r.; warto wspomnieć, że w ich zatwierdzeniu dużą rolę odegrał właśnie abp Henryk Hoser, będący wówczas misjonarzem w Rwandzie). Pojawiają się głosy, że taka decyzja może zapaść jeszcze w tym roku... Kościół ogłosiłby wiarygodnymi pierwsze objawienia, ograniczyłby liczbę wizjonerów do dwóch-trzech, bo – podobnie jak w Kibeho – potem treści się powtarzają, a inni wizjonerzy nie wnoszą do objawienia nic nowego.

Gdyby tak się stało, byłoby to kolejne potwierdzenie, że Medjugorie jako „teren objawień” spełniło swą misję.

Już dziś mówi się o Medjugorie nie jako o miejscu ukazywania się Matki Bożej, ale o miejscu... objawiania się mocy sakramentów Kościoła.

PROROCZE MIEJSCE: W tej parafii jest prawdziwy, żywy, napełniony mocą Kościół. Nieważne, czy Msze odprawia święty czy najgorszy kapłan – zawsze jest ona doświadczeniem obecności i miłości Boga, który uzdrawia, nawraca, rodzi nowe życie. Nieważne, kto spowiada: sakrament zawsze ujawnia swą moc. Ludzie mówią o odbytych tam „spowiedziach życia”...

Medjugorie – miejsce modlitwy, liturgii, sakramentów, miejsce nawrócenia. Tak widzi je papieski wysłannik. Tego typu znak – mówiący, że odnowa Kościoła jest na wyciągnięcie ręki! – jest niezwykle potrzebny w czasach obecnego kryzysu. Gdyby prorocka misja Medjugorie rzeczywiście oznaczała bycie zaczynem odnowy Kościoła, a w naszych parafiach zaczęło się ujawniać to, co tam – moc sakramentów, wówczas Medjugorie okazałoby się jednym z najważniejszych miejsc na duchowej mapie świata.

Nie będziemy chyba długo czekać na weryfikację tej tezy.

Wincenty Łaszewski, mariolog, pisarz, tłumacz

CZYTAJ DALEJ

Burkina Faso: kolejna zbrodnia dżihadystów – 38 zabitych

2020-01-22 21:10

[ TEMATY ]

terroryzm

atak

Burkina Faso

Oleg Zabielin/Fotolia.com

W zamachu na targ w prowincji Sanmatenga w Regionie Środkowo-Północnym Burkina Faso dżihadyści zabili 38 osób. Ten kraj w Afryce Zachodniej przez wiele lat uchodził za enklawę spokoju i tolerancji, ale wszystko się zmieniło, gdy ten region Czarnego Lądu znalazł się pod wpływem bojowników tak zwanego Państwa Islamskiego.

Sytuacja w Burkina Faso pogarsza się, jest tam coraz niebezpieczniej – powiedział w Radiu Watykańskim ks. Luca Caveada, chargé d’affaires nuncjatury apostolskiej w tym kraju. Zwrócił uwagę, że nasilanie się przemocy trwa tam już od kilku miesięcy, tworząc nieprzerwany łańcuch wydarzeń. Dodał, że w praktyce codziennie dochodzi do jakiegoś ataku, zwłaszcza na północy i wschodzie, na pograniczu z Nigrem i Mali.

21 stycznia władze potwierdziły ostatecznie, że w wyniku niedawnego zamachu na targowisko zginęło 38 osób

– oświadczył dyplomata papieski. Zaznaczył, że dziś rano na miejsce udała się delegacja z gubernatorem prowincji na czele, w jej składzie jest również miejscowy biskup. Przedstawiciele władz spotykają się z rodzinami ofiar, chcą dodać im otuchy i odbudować dialog.

"Niestety mamy tu jednak do czynienia z postępującą eskalacją" – stwierdził z ubolewaniem ks. L. Caveada. Przypomniał, że zaledwie kilka dni temu w sąsiednim Nigrze zabito 89 żołnierzy, dodając, że nuncjatura w stolicy Burkina Faso - Wagadugu obejmuje także ten kraj. "W stolicy 8 stycznia w szkole wybuchł granat. Na szczęście obyło się bez ofiar. Jest to długi łańcuch wydarzeń, które niestety nadal trwają“ – podsumował swą wypowiedź tymczasowy szef placówki papieskiej w Burkina Faso.

Jest ona nieobsadzona od 19 marca ub.r., gdy dotychczasowy jej szef abp Piergiorgio Bertoldi został przeniesiony na podobne stanowisko do Mozambiku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję