Reklama

Turcja – bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem

2016-05-25 08:49

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 22/2016, str. 10-11

East News

O skomplikowanej sytuacji w Turcji i roli tego państwa na arenie międzynarodowej z Massimo Introvignem – profesorem socjologii religii na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim, autorem książki „Turcja i Europa” i esejów o Partii Sprawiedliwości i Rozwoju prezydenta Erdoğana – rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Przez lata, szczególnie w czasach zimnej wojny, Turcja, członek NATO, była ważnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Ktoś porównał ten kraj do lotniskowca, z którego można kontrolować: południową Europę, Kaukaz, Bliski Wschód, Morze Czarne i znaczną część Morza Śródziemnego. Stosunki z zachodnimi demokracjami były dobre również dlatego, że Turcja, jak głosi jej konstytucja, jest republiką laicką i demokratyczną, a armia odgrywała rolę strażnika świeckości państwa. Ostatnie dziesięciolecia były też dla kraju okresem dynamicznego rozwoju gospodarczego. W 2005 r. rozpoczęto negocjacje w sprawie przystąpienia Turcji do UE, które jednak od początku utrudniały takie problemy, jak: okupacja północnego Cypru, nie najlepsze stosunki z Grecją oraz obawy o skutki wejścia do struktur europejskich państwa islamskiego, którego ludność przekracza 80 mln. Sprawy pogorszyły się jeszcze bardziej, gdy do władzy doszła Partia Sprawiedliwości i Rozwoju prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana i rozpoczął się proces islamizacji „laickiej republiki” oraz zaczęto prowadzić politykę, którą uznano za neoosmańską. Dlatego Turcja na początku konfliktu w Syrii popierała sunnickie ugrupowania walczące z reżymem Baszara al-Asada, pozwalała na przemyt broni i przepływ dżihadystów. Obecnie jest w koalicji walczącej z tzw. Państwem Islamskim, ale jej priorytetem jest walka z Kurdami, by nie dopuścić do powstania ich niezależnego państwa. Wojna na Bliskim Wschodzie, za którą Turcja jest w części odpowiedzialna, spowodowała migrację milionów ludzi. W zamian za kontrolę przepływu uchodźców Erdogan żąda od UE miliardów euro oraz zniesienia wiz w Unii dla obywateli tureckich, co może mieć olbrzymie konsekwencje społeczno-polityczne.

W. R.

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Panie Profesorze, spotkaliśmy się w 2014 r., przed wizytą papieża Franciszka w Turcji, aby rozmawiać o tym wielkim kraju, który jest członkiem NATO i aspiruje do wejścia do UE. W ostatnim czasie sytuacja w kraju rządzonym w sposób coraz bardziej autorytarny przez Recepa Tayyipa Erdogana ulega gwałtownym przemianom. Co się dzieje w Turcji?

PROF. MASSIMO INTROVIGNE: – Myślę, że powinniśmy opierać się na faktach. Prezydent Erdogan przez lata proponował islam polityczny, który charakteryzował się symbolicznie takimi aspektami, jak kobiecy welon i edukacja, ale jednocześnie był otwarty na dialog z Zachodem oraz był za uznaniem, choć niecałkowitym, praw mniejszości religijnych i praw kobiet. Uważał, że w ten sposób stanie się modelem dla świata islamskiego, a jednocześnie wprowadzi Turcję do Unii Europejskiej. Miał w tym poparcie szanujących go tzw. trzech B – Busha, Blaira i Berlusconiego. Włochy są drugim partnerem gospodarczym Turcji, a Berlusconi był świadkiem na ślubie syna Erdogana. Strategia ta jednak się nie powiodła. Islam polityczny jest zdominowany przez ekstremistów, którzy uważają Erdogana za zdrajcę i dlatego dokonują zamachów terrorystycznych również w Turcji. Erdogan poczuł się oszukany przez Europę, gdyż zdał sobie sprawę, że bez względu na coraz to nowe koncesje Turcja nigdy nie wejdzie do Unii Europejskiej, ponieważ europejska opinia publiczna jest temu przeciwna i ukarałaby w wyborach tych polityków, którzy są za przystąpieniem tego kraju do UE. Tym bardziej że trio Bush-Blair-Berlusconi, sponsorzy Erdogana, są już z dala od liczącej się polityki. Do tego dochodzi poważny kryzys emigrantów oraz problem, który poza granicami Turcji nie jest niemal nigdy rozumiany, a mianowicie, że w tym kraju nie mamy do czynienia z konfliktem między środowiskami islamskimi i świeckimi.

– O jaki więc konflikt chodzi?

– Jest to konflikt wewnątrz samego tureckiego islamu politycznego i świata bractw islamskich, do których należy Erdogan, konflikt pomiędzy rządem a Fethullahem Gülenem, wpływowym tureckim kaznodzieją rezydującym w USA, który kontroluje w Turcji prawdziwe imperium gospodarcze, medialne i edukacyjne i który stał się zaprzysiężonym wrogiem prezydenta.

– Erdogan zamyka gazety, stacje telewizyjne i agencje informacyjne, które są krytycznie nastawione wobec jego polityki, a dziennikarze trafiają do więzienia za demaskowanie takich faktów, jak zaangażowanie tureckich służb specjalnych w przemyt broni dla islamskich bojowników w Syrii. Prezydent zdymisjonował też premiera Ahmeta Davutoglu, ponieważ był „zbyt słaby” w stosunku do Zachodu. Czy Turcja jest jeszcze krajem demokratycznym?

– Erdogan zareagował w sposób autorytarny na trudności spowodowane fiaskiem najważnejszych elementów swojej polityki – hegemonii w islamie politycznym i wejścia do UE, fiaskiem, które po raz pierwszy miało również wpływ na wybory (AKP nadal wygrywa, ale są to zwycięstwa coraz bardziej niepewne) i gospodarkę (jest ona w dalszym ciągu silna, ale jesteśmy daleko od czasów boomu ekonomicznego). Stał się też nieufny w stosunku do Europy, bo poczuł się upokorzony, co ma znaczenie nie tylko psychologiczne dla kogoś, kto uważa się za spadkobiercę tradycji turecko-mongolsko-imperialnej, która w przeszłości miała wpływ na terytoria znacznie większe niż obecna Unia Europejska. Niestety, w wielu zachodnich mediach kładzie się nadmierny akcent na stanowisko świeckiej opozycji, która jest bliższa zachodniej mentalności, ale nie ma dużego znaczenia w samej Turcji, gdzie opozycją, która naprawdę się liczy, jest ta wewnętrzna, w islamie politycznym. Poza tym porównuje się Erdogana do al-Asada czy as-Sisiego, co jest śmieszne. Rząd z pewnością prowadzi politykę policyjną i autorytarną wobec sędziów i dziennikarzy, którą słusznie się krytykuje, ale wybory w Turcji są w zasadzie uczciwe; jeśli większość obywateli będzie głosować przeciwko AKP, partia ta przejdzie do opozycji zgodnie z logiką demokratycznej zmiany władzy, o czym nie możemy powiedzieć w przypadku Egiptu i Syrii.

– Maurizio Molinari, dyrektor wpływowego włoskiego dziennika „La Stampa”, podsumował aspiracje Turcji Erdogana w następujący sposób: „Ankara chce obalenia al-Asada, aby przekształcić Syrię w państwo sunnickie rządzone przez grupy islamskie, odwołujące się do ideologii Bractwa Muzułmańskiego, która pokrywa się w dużej mierze z ideologią partii AKP Erdogana, w celu stworzenia neoosmańskich wpływów na Bliskim Wschodzie, naznaczonym rozpadem państw arabskich. Jednym słowem, chodzi o położenie fundamentu pod sułtanat Erdogana w regionie”. Czy zgadza się Pan Profesor z tą analizą?

– Od końca imperium osmańskiego Turcja, również ta rządzona przez laickich wojskowych, zawsze dążyła do hegemonii regionalnej. Dlatego uważała za nie do zniesienia fakt, że w Syrii, byłej prowincji osmańskiej, sunnici, którzy stanowią większość ludności, są w dużej mierze odsunięci od władzy politycznej przez alawicką mniejszość, która nie stanowi nawet 15 proc. ludności. Kwestie te zawsze były ważne dla Turcji, ale stały się sprawą kluczową teraz, w czasach wojny w Syrii, migracji uchodźców, a także nieufności w stosunku do Europy.

– Przez długi czas Turcja była dla Unii Europejskiej gwarantem stabilności i bezpieczeństwa w całym regionie. Ale sytuacja zmieniła się, gdy Turcja Erdogana na początku wspierała dżihadystów z tzw. Państwa Islamskiego, pozwalała na tranzyt broni i bojowników, kupowała ropę naftową od przemytników z ISIS. Teraz szantażuje Europę uchodźcami uciekającymi przed wojną, za którą sama jest częściowo odpowiedzialna. Czy Turcja stała się problemem dla Europy?

– Tak, ale zanim tak się stało, Europa była problemem dla Turcji. Europa sama sobie nawarzyła piwa. W istocie mogła przyjąć Turcję do UE albo uświadomić Turkom, że opozycja europejskiej opinii publicznej sprawia, iż jest to niemożliwe. Były ważne powody, by wybrać jedną lub drugą opcję. Ale wybrano inną – powtarzano Turcji, że jutro, pojutrze, w ciągu 5 lub 10 lat będzie mogła wstąpić do Unii Europejskiej na określonych warunkach, podczas gdy wiedziano doskonale, że to nieprawda. Tak przez kilka lat trzymano Turków w niepewności, ale w końcu zaczęło ich to irytować.

– Wygląda na to, że Turcja zamiast walczyć z ISIS jest bardziej zainteresowana zwalczaniem Kurdów na swoim terytorium (PKK), w Syrii oraz w Iraku (peszmergowie). To prowadzi do napięć w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi, które zbroją Kurdów walczących w terenie z islamistami. Jakie znaczenie ma „problem kurdyjski” w konflikcie na Bliskim Wschodzie?

– Turcja nigdy nie zaakceptuje państwa kurdyjskiego. W tym względzie laicka opozycja, której punktem odniesienia są nadal niektóre sektory armii, jest jeszcze bardziej „twarda” niż partia Erdogana. Tak samo jak nigdy nie zaakceptuje pozostania przy władzy al-Asada. W tych dwóch sprawach 90 proc. Turków (nie licząc tureckich Kurdów) zgadza się bez względu na ich przekonania polityczne. Jeśli nie weźmie się tego pod uwagę, to nie można zrozumieć nawet tureckiej postawy wobec ISIS. Erdogan jest uważany przez ISIS za zdrajcę, ale on sam uważa Isis za mniejsze zło w porównaniu z kurdyjskim nacjonalizmem i dyktaturą alawitów al-Asada w Syrii. I powtarzam: w tym większość Turków – nawet ci, którzy demonstrują przeciwko Erdoganowi – zgadza się z nim.

– W zamian za kontrolę fali migrantów Turcja chce miliardów euro oraz domaga się (chociaż jest to raczej szantaż) bezwizowego wjazdu swoich obywateli do UE. Czy Europa może sobie pozwolić na otworzenie swych granic dla 79 mln tureckich muzułmanów?

– Teoretycznie nie. W praktyce jednak Europa ma ograniczone pole manewru, chyba że ucieknie się do jedynego sposobu, aby skutecznie zahamować fale migrantów, którym byłoby pokonanie ISIS i zaprowadzenie pokoju w Syrii i Iraku.

– Turcja pozostaje kandydatem do przystąpienia do UE. Ale czy zmiany autorytarne i silna islamizacja tego kraju nie powinny zmusić nas do zastanowienia się, czym właściwie ma być Unia, która nazywa się „europejską”?

– Być może. Ale takie refleksje należało podjąć przed złożeniem Turcji obietnic, wiedząc, że nie będzie można ich dotrzymać. Oszukiwanie Turków wydawało się przebiegłym zabiegiem, ale okazało się, że była to prawdziwa „bomba zegarowa”, która wybuchła dzisiaj i uczyniła wiele szkód.

Tagi:
polityka świat

30. rocznica częściowo wolnych wyborów parlamentarnych

2019-06-04 09:09

wpolityce.pl

30 lat temu, 4 czerwca 1989 r., na mocy porozumień między władzami PRL a częścią opozycji odbyły się częściowo wolne wybory parlamentarne. Zwycięstwo „S” otworzyło nową epokę w najnowszych dziejach Polski oraz wpłynęło na proces upadku komunizmu w Europie Środkowej.

Paweł Wysoki

Korzeni procesu transformacji historycy dopatrują się w zmianie sytuacji międzynarodowej, która nastąpiła w połowie lat osiemdziesiątych. Zapoczątkowany po dojściu do władzy Michaiła Gorbaczowa proces reform w ZSRS oznaczał jednocześnie przyzwolenie dla zmian w innych krajach komunistycznych. Dla Kremla jednak priorytetem pozostawało utrzymanie Układu Warszawskiego istniejącego od 1955 r.

Po 13 grudnia 1981 r. gen. Jaruzelskiemu nie udało się stłumić podziemnego ruchu „Solidarności”. Opozycja nie miała już jednak potencjału z okresu karnawału „S”. Było to także widoczne w połowie lat osiemdziesiątych. Późniejsze dwie fale strajków, w kwietniu i sierpniu 1988 r., były już nieporównywalnie mniejsze niż protesty z sierpnia 1980 r. Dla władz stanowiły jednak dowód na porażkę dotychczasowych prób stabilizacji systemu. Mimo przygotowywania wariantu rozwiązania siłowego, nazywanego przez opozycjonistów i później historyków „stanem wojennym-bis”, przywódcy PRL zdecydowali się na realizację scenariusza kooptacji części opozycji do struktury sprawowania władzy.

31 sierpnia 1988 r. w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie doszło do pierwszego od wprowadzenia stanu wojennego spotkania szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą, w którym uczestniczyli również bp Jerzy Dąbrowski oraz sekretarz KC Stanisław Ciosek. Drugie spotkanie Wałęsy i Kiszczaka odbyło się 15 września 1988 r. Obecni na nim byli też Stanisław Ciosek, przedstawiciel episkopatu ks. Alojzy Orszulik i prof. Andrzej Stelmachowski. Następnego dnia rozpoczęły się rozmowy w szerszym gronie, w których znaleźli się przedstawiciele PZPR, ZSL, SD, OPZZ, „Solidarności” i Kościoła. Ze względu na liczbę uczestników i konieczność utrzymania poufności negocjacji przeniesiono je do ośrodka MSW w podwarszawskiej Magdalence.

Podczas kolejnych spotkań głównym punktem sporu była powtórna legalizacja NSZZ „Solidarność”. Ostatecznie uzgodniono podjęcie jawnych rozmów „okrągłego stołu”. Ich początek uzgodniono na połowę października 1988 r. Konflikty wśród władz PZPR sprawiły, że rozpoczęły się one dopiero kilka miesięcy później. Ponownej legalizacji „S” sprzeciwiały się środowiska związane z OPZZ, które obawiały się osłabienia sprzyjających reżimowi związków zawodowych. Ich stanowiskiem zachwiała przegrana przewodniczącego OPZZ Alfreda Miodowicza w telewizyjnej debacie z Wałęsą.

Momentem przełomu były obrady X Plenum KC PZPR ze stycznia 1989 r. W jego trakcie przyjęto „Stanowisko KC PZPR w sprawie pluralizmu politycznego i pluralizmu związkowego”. Dokument ten był faktyczną zgodą na legalizację „Solidarności”. 27 stycznia 1989 r. doszło do pierwszego od września roboczego spotkania Wałęsy i Kiszczaka w Magdalence, na którym ustalono procedurę obrad, ich zakres oraz termin rozpoczęcia. Obrady Okrągłego Stołu ruszyły 6 lutego 1989 r. w Warszawie w Pałacu Namiestnikowskim (wówczas siedzibie Urzędu Rady Ministrów).

W książce „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” prof. Andrzej Paczkowski podsumował efekty negocjacji trwających do kwietnia 1989 r.:

Najważniejszym owocem było obszerne porozumienie polityczne, nazwane – na poły ironicznie, na poły krytycznie – kontraktem stulecia. Obejmowało ono pakiet ustaleń dotyczących zarówno zasadniczej reorganizacji najwyższych organów państwowych – wprowadzenie drugiej izby parlamentu (Senat) i urzędu Prezydenta PRL – jak i kształtu ordynacji wyborczej. […] Ustalono, że wszystkie miejsca w Senacie oraz 35 proc. miejsc w Sejmie obsadzonych będzie w wyniku wolnej gry wyborczej, natomiast pozostałe 65 proc. posłów zostanie wybranych z list podzielonych między PZPR i jego sojuszników. W ten sposób komuniści zapewniali sobie, jak sądzono, kontrolny pakiet mandatów wystarczający do bieżącego zarządzania państwem, ale praktycznie uniemożliwiali jednostronne zmiany o charakterze konstytucyjnym wymagające 2/3 głosów.

Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu 6 kwietnia 1989 r. Sejm uchwalił nowelizację Konstytucji PRL wprowadzającą m.in. zapisy o powstaniu Senatu i urzędu prezydenta. Kilka dni później, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, nastąpiła legalizacja NSZZ „Solidarność” (17 kwietnia 1989) i NSZZ Rolników Indywidualnych „S” (20 kwietnia 1989). Władze odmówiły legalizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Spotkało się to z ostrą reakcją działaczy młodej opozycji. Ostatecznie NZS zarejestrowano we wrześniu 1989 r.

Oceniając kampanię wyborczą „Solidarności”, prof. Antoni Dudek pisał:

[…] prowadzona przez Komitet Obywatelski odznaczała się dużą dynamiką. […] W czasie spotkań kolportowano na wielką skalę tzw. ściągi, mające ułatwić wyborcom sam akt głosowania. Zaznaczano na nich jedynie nazwiska kandydatów +S+, zalecając równocześnie skreślanie wszystkich innych nazwisk, w tym tych umieszczonych na liście krajowej.

Istotną rolę w kampanii „S” odegrało też powstanie legalnego medium związanego z opozycją: 8 maja 1989 r. ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”. Tuż przed wyborami opublikowano również pierwszy numer zdelegalizowanego po 13 grudnia 1981 r. „Tygodnika Solidarność”. Komitet Obywatelski otrzymał także własny czas antenowy w radiu i telewizji.

W kampanii nie wzięła udziału część przywódców radykalnych środowisk opozycyjnych. Do bojkotu wyborów wezwały „Solidarność Walcząca” oraz Federacja Młodzieży Walczącej. Żądały odsunięcia PZPR od władzy i przeprowadzenia w pełni wolnych wyborów parlamentarnych.

Podczas kampanii część obozu władzy dostrzegła, że partii grozi klęska. Sytuację tę na bieżąco w prowadzonym dzienniku tak przedstawiał ówczesny premier Mieczysław F. Rakowski:

16 maja – Jeśli 10 mln ludzi posłucha wezwań opozycji, to wszyscy przepadniemy. 18 maja – Partia jest nadal w defensywie. Nie ulega już dziś wątpliwości, że nie jest przygotowana do walki. Złożyło się na to wiele przyczyn. 45 lat sprawowania władzy bez opozycji rozleniwiło PZPR. Inna przyczyną jest brak wiary w jej przyszłość, a gruncie rzeczy w socjalizm.

4 czerwca 1989 r. odbyła się I tura wyborów do Sejmu i Senatu. W wyborach do Senatu kandydaci Komitetu Obywatelskiego uzyskali 92 mandaty, strona koalicyjna ani jednego. Z kolei w wyborach do Sejmu „Solidarność” zdobyła 160 ze 161 możliwych do zdobycia miejsc. Kandydaci koalicyjni z 299 przysługujących im mandatów uzyskali zaledwie trzy. Natomiast na 35 kandydatów z listy krajowej, na której znajdowali się czołowi przedstawiciele koalicji rządowej, tylko dwaj otrzymali ponad 50 proc. głosów, co zgodnie z ordynacją oznaczało, że pozostali zostali wyeliminowani, a 33 mandaty poselskie będą nieobsadzone.

Wybory zakończyły się zwycięstwem „Solidarności”, którego rozmiary zaskoczyły nie tylko komunistów, lecz i stronę opozycyjną. Rozczarowaniem była stosunkowo niska frekwencja, która w zależności od regionu wynosiła od 71 do 53 proc. Największe poparcie uzyskali kandydaci „S” w województwach południowo-wschodnich oraz na Dolnym Śląsku; stosunkowo najmniejsze na zachodzie, m.in. w województwie zielonogórskim.

Nastroje w obozie rządzącym po klęsce z 4 czerwca były fatalne. W dyskusji przeprowadzonej 5 czerwca na rozszerzonym posiedzeniu Sekretariatu KC PZPR padały następujące wypowiedzi:

Tow. Cz. Kiszczak – Wyniki wyborów przeszły oczekiwania opozycji. Zaszokowały, nie wie, jak się zachować. Wybory do Senatu to nasza całkowita klęska. […] Tow. S. Ciosek – Nie rozumiem przyczyn porażki. Partia musi za nią zapłacić, nie poszła za nami. To gorzka lekcja. Odpowiedzialni będą musieli ponieść konsekwencje. Obecnie sprawą najważniejszą wybór prezydenta, do czego potrzeba 35 mandatów – które przepadły. O tym rozmawiać już z opozycją, bo prezydent to zabezpieczenie całego systemu, to nie tylko nasza wewnętrzna sprawa, to sprawa całej socjalistycznej wspólnoty, nawet Europy. […].

Dla członków PZPR ostatnią nadzieją na utrzymanie decydującego wpływu na rzeczywistość polityczną PRL były wybór na urząd prezydenta gen. Jaruzelskiego oraz zachowanie kontroli nad resortami bezpieczeństwa. Ich kalkulacje osłabiało jednak znaczące poparcie udzielone „S” w obwodach zamkniętych przeznaczonych dla wojska i milicji. Zdaniem historyków nie istniało większe ryzyko użycia siły i obalenia wyników wyborów z 4 czerwca.

4 czerwca 1989 r. był dla PZPR jak Grunwald. Po klęsce w tej bitwie zakon krzyżacki istniał, tak jak PZPR po 4 czerwca, ale czas jej życia był już liczony w miesiącach

—powiedział w rozmowie z PAP prof. Jerzy Eisler z Instytutu Pamięci Narodowej.

Mimo skali zwycięstwa liderzy zwycięskiego obozu tonowali nastroje panujące w szeregach „S”. W wypowiedziach większości pojawiał się w tym czasie również argument kruchości zawartego porozumienia. W opinii historyków „S” była zaskoczona zwycięstwem i niezdolna do przejęcia władzy.

Ogromne kontrowersje w obozie „Solidarności” wzbudziła kwestia organizacji II tury wyborów. 8 czerwca na posiedzeniu Komisji Porozumiewawczej przedstawiciele „S” zgodzili się na zmianę ordynacji wyborczej, umożliwiającej obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej przez koalicyjnych kandydatów. 12 czerwca Rada Państwa wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą do Sejmu X kadencji. Na jego podstawie 33 mandaty z listy krajowej miały być przekazane do okręgów i obsadzone w II turze wyborów. Odbyła się ona 18 czerwca 1989 r. Do urn wyborczych udało się tylko 25 proc. uprawnionych. „S” zdobyła jedyny brakujący jej mandat poselski oraz 7 z 8 pozostałych do obsadzenia mandatów senatorskich. Strona rządowa miała 294 zapewnione mandaty w Sejmie.

Kandydaci „Solidarności” uzyskali w wyborach 260 miejsc w 560-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Wynik ten przy chwiejnej postawie „stronnictw sojuszniczych” – ZSL i SD – mógł oznaczać poważne problemy przy wyborze na stanowisko prezydenta PRL gen. Jaruzelskiego. Ostatecznie Zgromadzenie Narodowe wybrało go większością jednego głosu.

Kolejne tygodnie pokazały, że zwycięstwo „S” pozwoliło doprowadzić do powołania na stanowisko szefa Rady Ministrów Tadeusza Mazowieckiego. Ukoronowaniem zwycięstwa z 4 czerwca było uzyskanie przez premiera wotum zaufania: 24 sierpnia 1989 r. zdobył poparcie 378 posłów spośród 423 biorących udział w głosowaniu.

Kilka tygodni później w krajach Europy Środkowej rozpoczęły się przemiany, które doprowadziły do upadku systemów komunistycznych. Za symboliczny początek Jesieni Narodów uważane są wybory z 4 czerwca 1989 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Vincent Lambert nie żyje

2019-07-11 10:02

red/radio zet

Vincent Lambert, francuski pacjent z poważnym uszkodzeniem mózgu nie żyje - podaje AFP. Mężczyzna kilka dni temu został odłączony od aparatury podtrzymującej go przy życiu. 

Vincent Lambert zmarł w czwartek o godzinie 8:24 w Szpitalu Uniwersyteckim w Reims - powiedział AFP jego bratanek Francois Lambert.

Rodzice Francuza Vincenta Lamberta, pozostającego od ponad 10 lat w stanie wegetatywnym, zaakceptowali w poniedziałek decyzję o przerwaniu czynności podtrzymujących go przy życiu. 

Śmierć Vincenta jest teraz nieunikniona, możemy już tylko zrezygnować z walki. Tym razem to koniec.

Nasi prawnicy w ostatnich dniach robili co w ich mocy i starali się wyegzekwować apel ONZ o zawieszenie decyzji sądu. Na próżno

Czynności podtrzymujące przy życiu 42-letniego Lamberta zostały przerwane 3 lipca i były wykonaniem wyroku Sądu Kasacyjnego, który przychylił się do opinii lekarzy, twierdzących, że Francuz nie ma szans na odzyskanie przytomności.

Za zaprzestaniem zabiegów podtrzymujących go przy życiu występowały także żona Lamberta, którą wspierało sześcioro sióstr i braci mężczyzny.

Przeciwni decyzji sądu byli nadal rodzice Lamberta. Jego matka apelowała w ONZ w Genewie o pomoc, a adwokaci zapowiadali, że oskarżą o "morderstwo z premedytacją" lekarza, który nakaże wstrzymanie czynności utrzymujących Lamberta przy życiu. Zdaniem rodziców ich syn był niepełnosprawny, ale nie umierał.

Vincent Lambert uległ wypadkowi samochodowemu w 2008 roku. Mężczyzna doznał nieodwracalnego uszkodzenia mózg. Przy życiu utrzymywała go specjalistyczna aparatura.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Toruń: dziś wieczorem rozpoczyna się Song of Songs Festival

2019-07-19 13:15

tk / Toruń (KAI)

Adam Strug, Natalia Niemen, Gospel Rain, Darek Majelonek Hyperhemon – to niektórzy spośród wykonawców, jacy pojawia się na tegorocznym Song of Songs Festival. Jeden z największych festiwali muzyki chrześcijańskiej w Europie odbędzie się w dniach 19-20 lipca na Scenie Plenerowej Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki w Toruniu.

informacja prasowa

Idea i cel organizowania tej cyklicznej imprezy wynika z przekonania, że w niespokojnej Europie można i trzeba szukać obszarów, w których młodzi ludzie znajdą wspólną płaszczyznę z innymi, podobnie czującymi i myślącymi – zaznaczają organizatorzy.

Ich zdaniem najlepszą formą takiego kontaktu jest muzyka, w szczególności ta inspirowana chrześcijańską tradycją i prawdą płynącą z Ewangelii. „Jest ona jednocześnie drogą do pokonywania uprzedzeń, wrogości i obojętności wobec innych ludzi, czy innych wyznań religijnych” – czytamy na stronie internetowej Festiwalu. Dlatego, zgodnie z formułą towarzyszącą Festiwalowi od początku, także i tym razem zaprezentują się chrześcijańscy muzycy różnych wyznań.

W programie dwanaście koncertów, które zagrają znakomite gwiazdy Polskiej sceny muzycznej.

W trakcie Festiwalu prowadzona będzie zbiórka pod hasłem: „Budujemy i utrzymujemy Most do Nieba – pierwsze hospicjum dla dzieci na Litwie”. To element ogólnopolskiej akcji fundacji Fundacja Aniołów Miłosierdzia.

Song of Songs Festival to międzynarodowy festiwal muzyki chrześcijańskiej, którego pierwsza edycja odbyła się w 1998 r. (z przerwą w latach 2011-16).

Festiwal jest jedną największych w Europie Środkowo-Wschodniej prezentacją czołówki polskich artystów wykonujących współczesną, profesjonalną muzykę chrześcijańską.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem