Reklama

Święci i błogosławieni

Śladami świętego Papczyńskiego

Był profesorem retoryki i znakomitym kaznodzieją. Przez cztery lata przemawiał z ambon w obecności hetmana Jana Sobieskiego

Znakomitych kazań o. Stanisława Papczyńskiego prawdopodobnie słuchał król Jan III Sobieski. O. Papczyński był spowiednikiem króla. Miał także innych słynnych penitentów, m.in. senatorów, hierarchów, a nawet nuncjusza apostolskiego Antonia Pignatellego, późniejszego papieża Innocentego XII. Do o. Papczyńskiego przyciągała ludzi jego dogłębna znajomość Pisma Świętego, wrażliwość duszpasterska i entuzjazm, którym miał zapalać innych do wiary.

– Cieszymy się z tej kanonizacji, to pierwszy święty marianin – podkreśla ks. Wojciech Skóra MIC, wicepostulator procesu beatyfikacyjnego i kustosz sanktuarium o. Papczyńskiego na Mariankach w podwarszawskiej Górze Kalwarii. Właśnie tam o. Papczyński spędził znaczną część życia i tam został pochowany.

Stanisław od Jezusa

Drogę do Góry Kalwarii rozpoczął w 1631 r. w Podegrodziu k. Starego Sącza. Tu spędził dzieciństwo, stąd jeździł do szkoły w Nowym Sączu i wyruszył na naukę do Jarosławia. Nie zachował się pierwszy, drewniany kościół w Podegrodziu – z pewnością dobrze znany o. Papczyńskiemu, a powstały w 1014 r. Na jego miejscu wiele wieków później zbudowano obecny, murowany. Jest tam stara chrzcielnica z herbem abp. Mikołaja Trąby, przy której najpewniej został ochrzczony Papczyński. Uczeń szkół jezuickich we Lwowie i w Rawie Mazowieckiej. W tym okresie zetknął się z Zakonem Pijarów, do którego chciał wstąpić. Jak podkreśla ks. Tadeusz Rogalewski MIC, biograf o. Papczyńskiego, nie wiemy, dlaczego wybrał akurat tę wspólnotę.

Reklama

W 1654 r. Papczyński przywdział habit i przyjął imię Stanisław od Jezusa i Maryi. Nowicjat rozpoczął w Podolińcu, a później kontynuował go w Warszawie. Jak pisze ks. Rogalewski, dzięki „dużym postępom w życiu wewnętrznym” uzyskał zgodę na podjęcie studiów. Tym bardziej że miał już za sobą kursy poetyki, retoryki i filozofii w Podolińcu, we Lwowie i w Rawie Mazowieckiej.

Gdy jednak Szwedzi zajęli Warszawę, studiowanie nie było proste, także dlatego, że okupanci z nienawiścią odnosili się do duchownych. Papczyński o mało nie stracił życia. Tuż przy kościele Dominikanów rzucił się na niego z rapierem szwedzki wojak, z którym dyskutował na temat wiary. O epizodzie tym Papczyński napisał po latach: „... uklęknąwszy nadstawiłem głowę do ścięcia. Dzięki Bożej Opatrzności nie otrzymałem żadnej rany, chociaż byłem trzykrotnie mocno uderzony”.

W 1656 r., w dopiero co wyzwolonej Warszawie, ale w obliczu jej ponownego zajęcia przez Szwedów, złożył śluby proste, z przysięgą wytrwania w zakonie aż do śmierci. Wkrótce przyjął też święcenia niższe i przełożeni wysłali go na południe Polski, gdzie przez kilka lat – w kolegiach pijarskich w Podolińcu, a potem w Rzeszowie – wykładał retorykę. To w czasie pobytu w Rzeszowie przyjął diakonat i święcenia kapłańskie. Był to rok 1661.

Reklama

Papież był pod wrażeniem

Właśnie wtedy dał się poznać jako świetny kaznodzieja, duszpasterz i nauczyciel. Jednak pełnię swoich możliwości rozwinął – jak wspominają biografowie – dopiero w Warszawie, dokąd – jako wykładowca kolegium Pijarów – został przeniesiony w maju 1663 r. Kierował też Bractwem Matki Bożej Łaskawej, był wicepostulatorem procesu beatyfikacyjnego założyciela Zakonu Pijarów o. Józefa Kalasantego.

– Ta ostatnia rola pokazała, że potrafi zjednywać sobie ludzi – podkreśla ks. Wojciech Skóra. – Pozyskał bowiem mnóstwo listów intencyjnych na rzecz otwarcia tego procesu wśród magnaterii, szlachty, elit politycznych. Otrzymał od Sejmu wspólny list postulacyjny, a także liczne listy od wielu osobistości. Papież Aleksander VII był pod wrażeniem; miał powiedzieć, że cały świat poruszył się dla poparcia założyciela Pijarów. Proces przyspieszył. – Była to niewątpliwie zasługa o. Stanisława Papczyńskiego – ocenia ks. Rogalewski.

Od pijarów do marianów

Ale w Warszawie wzmagało się też napięcie wewnątrz zakonu pijarów, w którym niepoślednią rolę odegrał właśnie o. Papczyński. – Jako reprezentant domu warszawskiego w kapitule prowincjalnej zwrócił uwagę, że zakon odszedł od reguły założycielskiej o. Kalasantego, czym wywołał wiele kontrowersji – mówi ks. Wojciech Skóra. Pośrednim tego efektem będzie odejście, po uzyskaniu dyspensy papieskiej, od pijarów, a potem założenie zgromadzenia Marianów.

Akt zwolnienia ze ślubów dokonał się w siedzibie pijarów w Kazimierzu, obecnie dzielnicy Krakowa. Jednocześnie o. Papczyński dokonał aktu „oblatio” (ofiarowanie siebie) z zamiarem założenia Zakonu Marianów od Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. I tak przywdział biały habit na cześć Niepokalanej, i opracował „Norma Vitae” – regułę życia dla przyszłych marianów.

Gdy jeden z przyjaciół poradził mu, żeby szukał ludzi i miejsca, miejsce się znalazło: pustelnia w Puszczy Korabiewskiej, dziś Mariańskiej. Znajduje się tu dziś mały drewniany kościół (obok wzniesiono duży, nowoczesny), odbudowany na fundamentach pierwszej drewnianej kaplicy, wzniesionej przez o. Stanisława. Przybył tu we wrześniu 1673 r. i wkrótce został przełożonym wspólnoty pustelników. Drewniany kościół nie przetrwał. Spłonął w 1993 r., a najdotkliwszą stratą było zniszczenie obrazu Matki Bożej, który trafił tu z kaplicy Karskich z Luboczy. Przed obrazem tym o. Papczyński przywdział biały habit i oświadczył, że chce założyć zgromadzenie, które będzie szerzyło kult Niepokalanego Poczęcia. Czarny krucyfiks – efekt zniszczenia – przypomina nie tylko o pożarze sprzed ponad dwóch dekad, ale też o kolejnych dramatach, które były udziałem zgromadzenia.

Nowa Jerozolima

Historia zakładania Nowej Jerozolimy to gotowy scenariusz filmu. Niezwykły pomysł biskupa poznańskiego Stefana Wierzbowskiego stworzenia w końcu XVII wieku na Mazowszu miasta na wzór Jaruzalem powstał najpewniej w czasie potopu szwedzkiego. Miało to być miejsce pielgrzymkowe, które przyczyniłoby się do odrodzenia narodu. Do miasta założonego w 1670 r. biskup sprowadził zakony, których charyzmaty były przydatne dla jego działania. Przedostatnim sprowadzonym – w 1677 r. – było tworzące się zgromadzenie Marianów. Mieli oprowadzać pątników po drogach Męki Pańskiej oraz sprawować Msze św. za zmarłych i grzeszników. Gdy przybyli z o. Papczyńskim na czele do Wieczernika – niewielkiego kościoła Wieczerzy Pańskiej na dzisiejszych Mariankach – zamieszkali w pojedynczych celach, dobudowanych wokół kościółka jak jaskółcze gniazda, jak pisał jeden z biografów. Nie mieli łatwego życia, bo okolica była podmokła i bagnista. Dopiero z czasem marianom udało się osuszyć grunty.

Miał w tym swój bezpośredni udział sam założyciel. Nie odżegnywał się od pracy fizycznej. – Kopał rowy, które miały odprowadzać wodę – mówi ks. Wojciech Skóra. – Wielokrotnie przyjeżdżał tu do niego Jan III Sobieski. Król słuchał jego kazań, a przed wyruszeniem na wojnę z Turkami polecał się modlitwom zakonnika.

300 lat czekali

Po stacjach drogi krzyżowej, po której oprowadzał o. Papczyński oraz inni marianie, w Górze Kalwarii nie ma śladu – są tylko pozostałości czterech stacji. Można by odtworzyć te stacje, po których o. Papczyński prowadził procesje, ale te miejsca pokryte są grobami. – Jest tam cmentarz parafialny – mówi ks. Skóra.

Gdy kilka lat temu oddawano do użytku nowy dom – klasztor, położony w pobliżu Wieczernika, część miejsca pozostawiono Błogosławionemu; kilka miesięcy temu otwarto tam poświęcone mu multimedialne muzeum. Jednym z cenniejszych eksponatów jest list króla Jana III Sobieskiego do Benedykta Pawła Sapiehy, podskarbiego wielkiego litewskiego z 1687 r., sygnowany pieczęcią koronną króla. Sam Wieczernik to obecnie sanktuarium o. Papczyńskiego. We wnętrzu znajduje się biały sarkofag z 1766 r. z trumną kryjącą szczątki o. Papczyńskiego. Cztery lata po śmierci zakonnika, a potem po kilkunastu latach trumnę otworzono. Mimo wilgoci ciało i habit były prawie nienaruszone. Sarkofag jest przechylony w stronę ołtarza, żeby – jak głosi pobożny przekaz – o. Papczyński mógł z miłością spoglądać na ołtarz.

Kanonizacja o. Papczyńskiego odbędzie się 5 czerwca 2016 r. Marianie czekali na nią 300 lat.

* * *

List Episkopatu Polski z okazji kanonizacji o. Stanisława Papczyńskiego

Episkopat Polski wydał list przed mającą się odbyć 5 czerwca br. w Rzymie kanonizacją o. Stanisława Papczyńskiego, założyciela Zgromadzenia Księży Marianów. „O. Papczyński powtarzał, że pragnąc Bożego miłosierdzia, mamy je świadczyć wobec drugiego człowieka. Wszelkie dzieła miłosierdzia podejmował z miłości do Boga i człowieka, ale też z miłości do Ojczyzny” – napisali biskupi, którzy nazwali o. Papczyńskiego „orędownikiem godności i świętości życia”. Biskupi przypominają, że Bóg wzbudza nieustannie nowych świadków, którzy w konkretnym miejscu i czasie pomagają ludziom przyjąć Ewangelię i żyć nią na co dzień. „Ojciec Stanisław wzywa nas dziś tak samo, jak ponad trzysta lat temu: «Prawdziwa wolność polega na przestrzeganiu praw, i to bardziej praw Boskich niż ludzkich. Narodziliśmy się nie dla samych siebie, lecz dla Ojczyzny»” – czytamy w liście Episkopatu Polski.

BP KEP

2016-06-01 08:10

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Dobrze życzył prześladowcom – jesienią beatyfikacja ks. Jana Machy

2020-06-27 10:19

[ TEMATY ]

kanonizacja

wikipedia.org

- Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!” – opowiada o 28-letnim kapłanie, który w październiku zostanie wyniesiony na ołtarze, postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Damian Bednarski. Jan Macha był pełnym życia i aktywizmu młodym człowiekiem, z drużyną szypiornistów Azoty Chorzów dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski, a zaraz po święceniach, na początku wojny zorganizował na Śląsku olbrzymią sieć pomocy, za co został zgilotynowany. „Umieram z czystym sumieniem, żyłem krótko ale uważam, że cel swój osiągnąłem...” - napisał w pożegnalnym liście.

Marcin Przeciszewski, KAI: Polska niebawem będzie mieć kolejnego męczennika w osobie ks. Jana Machy, młodego kapłana archidiecezji katowickiej, który ma zostać wyniesiony na ołtarze 17 października br. w Katowicach. Na czym polegała świętość tego zaledwie 28-letniego księdza?

Ks. Damian Bednarski, postulator procesu beatyfikacyjnego: Ks. Jan Macha był postacią z pewnością wyjątkową. Zaledwie na początku swej posługi kapłańskiej oddał życie, za to, że odważył się pomagać najbardziej potrzebującym w mrocznym czasie okupacji nazistowskiej. Był przekonany, że stanięcie po stronie dobra i wybór miłości bliźniego są sprawą priorytetową.

Był młodym kapłanem, wyświęconym w czerwcu 1939 r. tuż przed wybuchem wojny. We wrześniu 1939 r. został wikarym w pierwszej swej i jedynej zarazem parafii, i zaledwie w ciągu kilku miesięcy spontanicznie zebrał wokół siebie mnóstwo młodych ludzi. Miał wyjątkowy charyzmat przyciągania młodych do siebie i „zarażania” ich swoim entuzjazmem. Na wielką skalę zorganizował sieć pomocy, która objęła kilka tysięcy osób. Śledzony przez gestapo, świadom niebezpieczeństwa nie zdezerterował. We wrześniu 1941 roku jego misja została brutalnie przerwana. Aresztowano go, umieszczono w więzieniu, a w grudniu 1942 r. wykonano wyrok śmierci.

Jestem przekonany, że w czasach współczesnych potrzeba wyraźnych świadków miłości heroicznej i dlatego tym większa jest wartość jego przykładu życia i niezachwianej wiary, czemu dał świadectwo. Oczywiście, można się zastanawiać dlaczego akurat ten ksiądz został wybrany z grona innych i dziś jest włączany do grona błogosławionych, tyle lat po swojej śmierci. Każdy święty ma swój czas. A jeśli jest to postać, która ma się „wybić” na ołtarze, gdyż Pan Bóg tego chce, to tak się stanie!.

KAI: No właśnie, wielu polskich, także śląskich kapłanów oddało podczas wojny życie w obronie wiary i polskości. Jako pierwszy został beatyfikowany a później kanonizowany o. Maksymilian Kolbe. Jan Paweł II wyniósł na ołtarze w 1999 r. 108 męczenników II wojny światowej, w większości kapłanów. Co zadecydowało o tym, że w październiku będziemy świadkami beatyfikacji tego właśnie młodego kapłana?

- Niewątpliwie wielu kapłanów w czasie II wojny światowej, także na Śląsku – podobnie jak ks. Jan Macha – pomagało charytatywnie i włączało się w konspiracyjną działalność pomocową. Znamy księży, którzy tutaj na Śląsku pomagali w tym czasie, chociażby ks. Ignacy Jeż, który był wtedy wikarym w Chorzowie Batorym, a służył u męczennika, bo jego proboszcz został zabrany do więzienia a potem zginął w obozie. Wiemy, że ks. Bolesław Kominek, który wówczas pracował w kurii katowickiej również organizował taką pomoc. Z kolei ks. Paweł Macierzyński z Bierunia Starego organizował pomoc dla więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz i za to sam został uwięziony i zamordowany.

Postać i działalność młodziutkiego ks. Jana Machy na tym tle była fenomenem. Miała znacznie szerszy charakter i skupiła wokół siebie większą ilość ludzi. Ale tym co przeważyło o wyborze akurat jego do procesu beatyfikacyjnego, były nie tylko dokonania w sferze charytatywnej, co jego postawa po aresztowaniu, aż do momentu męczeńskiej śmierci. Mówią o niej zachowane źródła w postaci jego listów oraz świadectwo kapelana więziennego, który mu towarzyszył w ostatniej drodze.

Z listów ks. Jana Machy pisanych do bliskich z celi więziennej gdzie oczekiwał wyroku, przebija zaufanie do Boga, poddanie się woli Bożej i brak wewnętrznego buntu. Nie znajdziemy tam śladów rozczarowania w rodzaju: „dałem swe serce, zrobiłem tyle dobrego, a tymczasem chcą mnie zamordować”… Wielu ludzi w takiej sytuacji przeżywa załamanie i bunt, nieraz traci wiarę. Tymczasem postawa ks. Jana w więzieniu, w trakcie prześladowań, tak jak wcześniej jego zaangażowanie charytatywne, budzi jednoznaczny podziw. Jest to postawa dojrzała i warta naśladowania, prosta i naturalna, ale heroiczna. I to były główne motywy wszczęcia procesu beatyfikacyjnego.

KAI: Przyjrzyjmy się bliżej konspiracyjnej, a chyba głównie charytatywnej działalności ks. Jana Machy bezpośrednio po wybuchu wojny.

- 25 czerwca 1939 r. Jan Macha przyjmuje święcenia kapłańskie. Z początkiem września zostaje skierowany do parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie proboszczem był ks. Jan Skrzypczyk. Szybko proboszcz zauważył jak gorliwego i świetnego ma współpracownika. Gdy dowiedział się o jego śmierci z bólem stwierdził: „w osobie ks. Jana Machy straciłem najlepszego wikarego i prawdziwego pocieszyciela w okresie mojego tułactwa”. Dodać należy, że ks. Skrzypczyk podczas okupacji musiał opuścić Rudę i się ukrywać.

Jak każdy ksiądz Jan Macha włącza się w życie duszpasterskie, pomimo, że było ono coraz bardziej ograniczane przez Niemców. Prowadzi posługę sakramentalną, głosi Słowo Boże, organizuje w możliwym zakresie spotkania parafialne różnych grup. Wkrótce dostrzega jak wielkie są wokół potrzeby, zwłaszcza w rodzinach, które tracą swoich jedynych żywicieli: ojca, brata. Są to rodziny aresztowanych bądź ukrywających się byłych powstańców śląskich, którzy zostali poddani okrutnym prześladowaniom. Są to rodziny tych, którzy poszli na wojnę w wojsku polskim, a wracając trafiają do niemieckich więzień i obozów. Pozostają kobiety i dzieci, znajdujące się w bardzo trudnej sytuacji, często bez środków do życia. Ks. Jan Macha odpowiada na to spontaniczną akcją pomocy. Najpierw robi to sam, a niebawem gromadzą się wokół niego młodzi sodalisi, harcerze, studenci, członkowie KSM. Pomoc polegała na tym, że zbierano środki materialne, żywność, pieniądze, wreszcie kartki na żywność, która była racjonowana. Rodziny byłych powstańców czy innych prześladowanych pozbawione były nawet kartek na żywność. Ks. Macha ze współpracownikami zbiera to wszystko: żywność, lekarstwa, pieniądze i dyskretnie dostarcza poszkodowanym rodzinom. Tworzyli listy najbardziej potrzebujących. Każdy z członków podlegających mu grup dostarczał te dary konkretnym osobom, najczęściej podrzucając pod drzwi, aby zachować anonimowość. Ten krąg osób zaangażowanych w pomoc coraz bardziej się rozszerza, działa na terenie nie tylko jego parafii w Rudzie Śląskiej, ale kilkunastu śląskich miejscowości aż po Opolszczyznę. W kręgu działalności ks. Machy, jak obliczają historycy, mogło znajdować się kilka tysięcy osób.

W pewnym momencie działalność ks. Machy zauważa Polskie Państwo Podziemne, które na Śląsku buduje swoje struktury. Jego przedstawiciele nawiązują z nim kontakt. Akcja zainicjowana przez ks. Jana Machę zostaje włączona w struktury państwa konspiracyjnego pod nazwą „Opieka społeczna”, jednocześnie znajdując pomoc z jego struktur. Był to pion cywilny Państwa Podziemnego, który nie zajmował się walką zbroją, dywersją czy sabotażem.

Niemcy, dostrzegając, że ks. Macha prowadzi tak szeroką działalność, zaczynają się domyślać, że może mieć kontakt z polską konspiracją. Zaczynają się nim interesować. Na wiosnę 1941 r. zostaje dwukrotnie wezwany na przesłuchanie, ale wypuszczony na wolność. Wówczas Niemcy nie mieli na niego jeszcze żadnego haka. Jednak po kilku miesiącach 5 września 1941 r. ks. Macha zostaje aresztowany na dworcu w Katowicach. Gestapowcy znajdują też przy nim listy osób, którym pomagał oraz inne dokumenty świadczące o organizacji zbiórek. W tym samym dniu aresztowanych zostaje kilku innych członków stworzonej przez niego sieci. Ks. Macha więziony jest najpierw z Mysłowicach, a potem w Katowicach. Zostaje mu przestawiony akt oskarżenia, w którym prowadzona przezeń działalność charytatywna zostaje zakwalifikowana jako zdrada stanu i działanie przeciwko państwu niemieckiemu.

KAI: Skąd taka kwalifikacja działalności czysto charytatywnej?

- To nie może dziwić, gdyż wszelka działalność, która nie byłaby koncesjonowana przez Niemców, była zakazana. Zaraz na początku okupacji polskiej części Śląska, Niemcy przejęli istniejącą tam kościelną Caritas. Nawiasem mówiąc, dokładnie tak samo w latach 50. postąpili komuniści. Jasne jest, że podporządkowane Niemcom struktury Caritas pomagały wyłącznie tym, którym okupanci chcieli pomagać. A rodzinom powstańców, czy byłych polskich żołnierzy, podporządkowana okupantowi Caritas oczywiście nie mogła pomagać. Ks. Macha działa więc równolegle, poza strukturami Caritas. Tworzy alternatywną strukturę charytatywną wobec tej, która była dopuszczona przez Niemców. To było przez okupanta traktowane jako duże niebezpieczeństwo, wszelka działalność tego typu była uważana przez za niedopuszczalną i „de facto” skierowaną przeciwko niemieckiemu państwu.

Zresztą, Kościół katolicki na ziemiach polskich, także w dawnej polskiej części Śląska, traktowany był właśnie w taki sposób. Udało mi się dotrzeć do wypowiedzi decydentów niemieckich, np. Himmlera, który instruował swych podwładnych, aby wszelką działalność nastawionych pro polsko duchownych traktować jako zdradę stanu, aby pokazywać, że są oni przeciwnikami państwa niemieckiego. Odnosząc się do postaw prezentowanych przez ks. Machę i jemu podobnych Heinrich Himmler, szef gestapo, stwierdzał: „Aparat III Rzeszy nie może wykreować ich na męczenników, ale ma ich pokazać jako przestępców. Obraz wyznania wiary w Chrystusa należy usunąć, a służących Kościołowi zniesławić jako politykujących urzędników kościelnych, których postępowanie jest „zdradą stanu, a przy tym szczytową formą zakłamania”.

KAI: Jak przebiega pobyt ks. Machy w więzieniu?

- To w sumie 15 miesięcy, od 5 września 1941 do 3 grudnia 1942 r., kiedy został zgilotynowany. Jest to niezwykły okres w jego życiu, dostarczający wielu dowodów na świętość. Z treści jego listów, które się zachowały, wiemy, że zachowuje tam ogromny spokój, a współwięźniom na ile może, udziela posługi duszpasterskiej. Nawet będąc w więzieniu postarał się o odnowienie jurysdykcji, która pozwoliła mu spowiadać współwięźniów. Przez cały ten czas nie mógł odprawiać Mszy św.

Mszy świętych nie mógł sprawować nawet potajemnie, tak jak to bywało w sowieckich łagrach, bo w więzieniu był pod ciągłym nadzorem. Zupełnie niemożliwe było wyprodukowanie wina w takich warunkach czy zdobycie hostii. Pozwolono mu jedynie na posiadanie i odmawianie brewiarza. Zachował się różaniec ks. Jana, który sam zrobił ze sznurków wyciągniętych z siennika i krzyżyk zrobiony z drzazg wydłubanych z pryczy więziennej. Dopiero po przeniesieniu z więzienia mysłowickiego do Katowic mógł regularnie korzystać z posługi kapelana więziennego. Wielką radością była dla niego spowiedź. Raz w tygodniu mógł przyjmować komunię św.

Dobrze odnosił się do swoich oprawców. Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!”. Bo nie tylko cierpliwie znosi te cierpienia, ale błogosławi ich i dobrze życzy tym, którzy się nad nim znęcali.

KAI: Ksiądz jako postulator procesu beatyfikacyjnego dokładnie poznał duchową sylwetkę ks. Jana Machy. Kim on był jako człowiek i kapłan, czym się szczególnie wyróżniał, jaki był na co dzień? Jaki typ duchowości reprezentował? W czym wyrażał się jego szczególny związek z Jezusem?

- Był zupełnie normalnym młodym człowiekiem, pełnym życia, aktywizmu, działał w drużynie sportowej szczypiornistów Azoty Chorzów, grał w piłkę ręczną. Z tą drużyną zdobył mistrzostwo Śląska i dwa razy mistrzostwo Polski. Lubił tańczyć, grał na skrzypcach. Był duszą towarzystwa. A jednocześnie od lat młodzieńczych był blisko Pana Boga i blisko Kościoła, choć nigdy nie był ministrantem. Uczestniczył natomiast w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, gdzie wygłaszał pogadanki, należał też do Róży różańcowej. Bliska mu była duchowość maryjna.

A w tym wszystkim był bardzo wrażliwy i wyczulony na potrzeby innych. Potrafił sobie odjąć od ust, aby drugiemu pomóc. Takie są świadectwa z czasów, gdy był jeszcze w domu rodzinnym. Podobne mamy z seminarium.

KAI: A powołanie kapłańskie, jak ten moment powołania do kapłaństwa wyglądał w jego przypadku?

- Wychowywał się bardzo wierzącej śląskiej rodzinie i miał wujka salezjanina, brata mamy. I to chyba były te inspiracje, aby podjąć tę drogę. Nie ma natomiast świadectwa mówiącego, dlaczego nagle ten młody chłopak zdecydował się na kapłaństwo. Myślę, że była to normalna droga wzrostu duchowego w rodzinie, a później tych grupach czy wspólnotach, w jakich uczestniczył, chociażby w KSM.

A kiedy już podjął decyzję, był bardzo konsekwentny, chociaż początkowo nie został przyjęty do Seminarium Śląskiego w Krakowie. A było to nowe seminarium dla Śląska, utworzone w Krakowie ze względu na bliskość znakomitego wydziału teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Seminarium miało jednak tylko 140 miejsc. Jan Macha zgłasza się za późno i … nie zostaje przyjęty, jest mu smutno ale nie zraża się i idzie na Wydział Prawa UJ. Przez rok tam studiuje ale bez większego zaangażowania, widać, że jest to czas na przeczekanie i nie przystępuje do egzaminów. Po raz drugi puka do furty seminarium w 1934 r. i zostaje przyjęty.

Podczas studiów teologicznych i formacji seminaryjnej postrzegany jest jako człowiek aktywny i z dużą wrażliwością na bliźnich, chętny do różnego rodzaju zaangażowania. Włącza się w działalność studenckiej „Pomocy Bratniej” (popularny „Bratniak”), a gdy bp Stanisław Adamski w seminarium zakłada Akcję Katolicką, to pierwszy wstępuje do niej kleryk Jan Macha.

KAI: A jeśli mielibyśmy scharakteryzować jego duchowość?

- Reprezentuje typową śląską pobożność, nie egzaltowaną, ale mocno stąpającą po ziemi, gdzie modlitwa, bliskość z Panem Bogiem, łączy się bezpośrednio z działaniem. Jest to duchowość otwarta na człowieka i jego potrzeby. Przy tym jest lubiany i zawsze jest duszą towarzystwa. Kocha życie i cieszy się nim wraz z innymi.

Jako młody kapłan, ks. Jan Macha okazywał nie tylko nadzwyczajną zdolność praktykowania wiary, ale szukał sposobów przekazywania jej tym, którzy zostali powierzeni jego trosce duszpasterskiej. Zachowały się wszystkie kazania ks. Jana, gdyż przygotowywał je na piśmie. Są one po polsku i po niemiecku, bowiem w czasie okupacji od pewnego momentu musiał głosić po niemiecku. W sumie jest ich około sześćdziesięciu. Cechuje je solidne umocowanie w Piśmie Świętym. To zakorzenienie w modlitwie ujawniło się później w więzieniu, kiedy brakowało mu dostępu do sakramentów. Z bólem pisze wówczas, że nie może się spowiadać, że słyszy dzwony bijące w pobliskim kościele w Wielki Czwartek, a nie może obecny przy ołtarzu wraz ze innymi kapłanami.

Był też człowiekiem wielkiej nadziei, nawet w najtrudniejszych „beznadziejnych” sytuacjach. W listach z więzienia do rodziny nie tylko nie skarży się na swój los, ale próbuje nadzieję umacniać w swoich bliskich. W jednym z listów pisze: „Mam wielką nadzieję w miłosierdziu Bożym i Opatrzności Boskiej, kogo Bóg kocha dla tego szuka schronienia”...

KAI: Wielkie wrażenie sprawia jego ostatni list, napisany w celi na kilka godzin przed śmiercią...

- Ten list jest faktycznie jest dowodem jego głębokiej duchowości, wręcz świętości. Po pierwsze pokazuje w nim, że po ludzku nie ma sobie nic do zarzucenia. „Umieram z czystym sumieniem, żyłem krótko ale uważam, że cel swój osiągnąłem...” – pisze. A potem zwracając się do bliskich, dodaje: „Nie rozpaczajcie! Idę teraz do Wszechmocnego, On mnie osądzi. Wszystko będzie dobrze. Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali.[…] Pozostało mi bardzo mało czasu. Może jeszcze jakie trzy godziny, a więc do widzenia! Pozostańcie z Bogiem. Módlcie się za Waszego Hanika”. Z tego tekstu tchnie niezwykły pokój, a jest to list pisany na 4 godziny przed śmiercią.

KAI: Jak wyglądał ten szczególny moment, jak zachowywał się skazaniec?

- Zachowało się świadectwo kapelana więziennego, który towarzyszył ks. Janowi i wszystkim tym współwięźniom, którzy zostali zamordowani wraz z nim. 2 grudnia 1942 r. dwunastu osadzonych z katowickiego więzienia usłyszało, że tej nocy wyrok zostanie wykonany. Sprowadzono kapelana ks. Joachima Beslera. Z jego relacji wiemy, co się tam działo, bo dwadzieścia lat po wojnie poproszono go, by zapisał swoje wspomnienia z tych wydarzeń. Na szczęście robił na bieżąco notatki w tzw. czerwonym notesie. Pamiętał, że przybył do więzienia po dwudziestej. Towarzyszył im, gdy jedli ostatnią kolację, gdy pisali pożegnalne listy do rodzin, potem ich spowiadał.

Kapelan więzienny relacjonował: „Wkrótce potem skazańcy zostali pozbawieni swoich ubrań, można powiedzieć symbolicznie odarci z szat, narzucono na ich umęczone ciała papierowe koszule i wyprowadzono przez dziedziniec więzienia do specjalnego pomieszczenia, gdzie stała gilotyna”. Dalej kapłan odnotował: „Pozostałem, żeby jeszcze na ostatniej drodze udzielić absolucji. Pamiętam, jak prowadzono ks. Machę i jak podniósł po raz ostatni oczy ku niebu gwiaździstemu i znikł w drzwiach kaźni śmierci”. Piętnaście minut po północy – o czym informuje księga zgonów – ostrze gilotyny przecięło jego ziemskie życie.

KAI: Przejdźmy do kwestii męczeństwa za wiarę, bo ona jest kluczowa. Pamiętam dyskusje, jakie toczyły się przy okazji procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki. Niektórzy dowodzili, że było to zabójstwo na tle politycznym, a nie męczeństwo za wiarę. Czy w przypadku ks. Machy też były takie wątpliwości?

- Na portalu janmacha.gosc.pl jest mój artykuł, w którym odnoszę się do tej kwestii. Stawiam pytanie czy został skazany na śmierć za dzieła miłosierdzia, czy za zdradę stanu? Czy jako Polak czy jako kapłan? Musiałem się z tego „tłumaczyć” w Watykanie. Ks. Jan Macha będąc Polakiem i angażując się na rzecz swojej ojczyzny, pomagając ludziom, umarł za wiarę, choć nikt od niego nie wymagał zaparcia się wiary, tak jak bywało to w starożytności. Został zamordowany za dzieła miłości świadczone innym. A pozostaje to w ścisłym związku z postawą chrześcijańską. „Jezus mówi: bądźcie miłosierni, wszystko, to co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili”... . Ks. Jan za to waśnie został zamordowany, że nie ustał, że nie poddał się świadcząc miłosierdzie potrzebującym. Robił to wszystko jako kapłan posłuszny Kościołowi i jego misji. Znał wypowiedź papieża Pius XI, który w 1937 roku w encyklice „Mit brennender Sorge”, skierowanej przeciwko narodowemu socjalizmowi, skrytykował antykościelną politykę Hitlera, a zarazem zwrócił się z apelem do kapłanów, by w obliczu ideologii narodowosocjalistycznej nie sparaliżował ich lęk, by nie zaniechali wspierania najbardziej potrzebujących. To właśnie realizował ks. Jan.

A wyrok śmierci otrzymał, gdyż nie podporządkował się prawu niemieckiemu. A dlatego nie podporządkował się, że jako chrześcijanin i jako kapłan ponad prawem stawiał sumienie. Zareagował po kapłańsku, jak dobry pasterz. Zatroszczył się o owce. Niemieccy naziści, jak wszyscy inni prześladowcy Kościoła, maskując swoje prawdziwe zamierzenia nie występowali jawnie przeciw Bogu i Kościołowi, ale twierdzili, że trzeba zrobić porządek z tymi kapłanami, którzy występują przeciw władzy, przeciw państwu. I w tym właśnie kręgu znalazł się ks. Jan Macha. Proces, który był prowadzony przeciwko niemu, prowadzony był co prawda w kategoriach politycznych i akt oskarżenia zawiera zarzut zdrady stanu. Jednak ze świadectw jasno wynika, że ks. Macha został aresztowany, był prześladowany i skazany na śmierć jako kapłan i organizator opieki społecznej, który był niekwestionowanym autorytetem wśród młodych, pociągając ich do realizacji chrześcijańskiej idei caritas.

Zarzuty mu stawiane należy więc odczytywać w kontekście ataków na Kościół i duchowieństwo. Najbardziej aktywnych księży starano się wyeliminować ze społeczeństwa - i szukano prawnych podstaw do ich aresztowania i zabicia. Tak było też w przypadku duchownych niemieckich, np. ks. Bernarda Lichtenberga z Berlina, później błogosławionego. Istniał plan oskarżenia Kościoła o zdradę stanu. A ks. Jan Macha jako kapłan, który się wybijał, denerwował Niemców, że ciągnie za sobą młodych… Motywem tej zbrodni była też chęć zastraszenia innych. Musiał zostać zabity.

KAI: Co działo się z pamięcią o ks. Janie po jego śmierci? Czy można mówić o symptomach kultu?

- Podczas wojny pamięć o nim istniała, ale w ograniczonym wymiarze, przede wszystkim w rodzinie, w rodzinnej parafii jak i w parafii, gdzie był wikarym. Rodzina pieczołowicie przechowała wszystkie pamiątki jakie miała po ks. Janie. Nie było jego grobu, gdyż ciało zostało spalone prawdopodobnie w Auschwitz. Były za to listy od niego, różaniec, sutanna, brewiarz i inne przedmioty jakie po nim pozostały. To, co ze sobą miał w więzieniu, zostało oddane bliskim. Natomiast ciało spalono i zabroniono jakiejkolwiek formy uroczystego pogrzebu. Odbyła się tylko cicha msza przy pustym katafalku w kościele i bez organów.

Po wojnie, w 1945 r. w jednym z pierwszych numerów wznowionego „Gościa Niedzielnego” został opublikowany jego ostatni list, przetłumaczony na polski. W kolejnych numerach „Gościa” została przypomniana sylwetka męczennika. Jego rocznikowy kolega ks. Konrad Szweda, zresztą b. więzień Dachau, napisał o nim piękny artykuł: „Bohaterstwo”. W 1951 r. jego koledzy rocznikowi ufundowali symboliczny pomnik na cmentarzu w Chorzowie Starym. Była to odpowiedź na życzenie wyrażone w jego ostatnim liście, gdzie napisał, że pragnie aby urządzono na cmentarzu „cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie »Ojcze nasz«.” Poza tym, od czasu do czasu pamięć o ks. Janie pojawiała się w różnych wspomnieniach, nawet w prasie emigracyjnej. Jego historię i przejmujący list zamieściła w swej książce Benedicta Kempner pisząca w latach sześćdziesiątych XX wieku o kapłanach postawionych przed trybunałem hitlerowskim.

KAI: Jak przebiegał proces beatyfikacyjny?

- Ks. Jan po raz pierwszy został wzięty pod uwagę przy okazji przygotowywania procesu 108. męczenników II wojny światowej. Ale tamten proces był prowadzony bardzo szybko. Była mowa o dwóch kandydatach z diecezji, więc szukano dość ewidentnych postaci, gdzie została już zgromadzona solidna dokumentacja. Ks. Jana brano pod uwagę, ale gdy sięgnięto po jego teczkę personalną w kurii, zawierała ona nieco ponad 50 stron i nikt nie wiedział, gdzie można znaleźć inne dokumenty. W takiej sytuacji pominięto tę kandydaturę.

W 2011 r. pojawił się film Dagmary Drzazgi, który mówi o tej postaci w dość niezwykły sposób. W 2012 r. abp Wiktor Skworc w 70. rocznicę śmierci ks. Jana Machy w porozumieniu z jego rodziną zorganizował Mszę św. w kaplicy w więzieniu w Katowicach, w którym zginął. A krótko później podjął decyzję o wszczęciu procesu.

Postulatorem procesu zarówno na etapie diecezjalnym, jak i watykańskim zostałem ja. 24 listopada 2013 r. w katowickiej katedrze Chrystusa Króla odbyła się pierwsza sesja etapu diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego. Trwał on do 4 września 2015 r. W jego trakcie odbyło się 41 sesji, przesłuchano 27 świadków, a cenzorzy-teolodzy ocenili zachowane kazania ks. Machy. Akta zebrane w trakcie procesu zostały 15 września 2015 r. złożone w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

KAI: Proces rozpoczął się w 70 lat po śmierci ks. Jana Machy. Czy żyli jeszcze świadkowie, których można było przesłuchać?

- Świadków, którzy znali Sługę Bożego było już bardzo niewielu. Ciekawostką jest to, że żyje jeden z kolegów kursowych ks. Machy! Jest to, mający aktualnie prawie 105 lat, ks. Józef Pośpiech, który od czasów wojny mieszka i pracuje jako duszpasterz za granicą (aktualnie w Szwajcarii). Były też osoby pamiętające go ze Starego Chorzowa, z parafii rodzinnej, m. in. dwaj ministranci, którzy towarzyszyli mu w czasie aresztowania. Byli także świadkowie „ex audito”, czyli ze słyszenia. Nie znalazł się żaden z jego kolegów czy współpracowników z działalności konspiracyjnej. To nie dziwi, gdyż w warunkach konspiracyjnych znani byli tylko ci, co ginęli, a nie znane były nazwiska tych, którzy przeżyli, więc nie sposób było do nich dotrzeć. Tym bardziej, że przez dziesięciolecia PRL-u ci ludzie nie mogli przyznać się do tej działalności. Natomiast zachowały się wcześniej spisane świadectwa oraz inne dokumenty. Ważne było np. świadectwo kapelana więziennego, spisane w latach 60-tych, a także świadectwa niektórych kolegów rocznikowych.

Jeśli chodzi o inne dokumenty historyczne niezbędne do procesu, to weszliśmy we współpracę z Instytutem Pamięci Narodowej. Zaprosiłem do komisji historycznej prokurator Ewę Koj. Jej współpracownicy w archiwum w Berlinie odnaleźli w 2014 r. akt oskarżenia oraz wyrok śmierci ks. Jana Machy. Wydawało się, że zostały one spalone przez Niemców opuszczających Katowice. A jednak odnalazły się, dzięki kopiom przesłanym do berlińskiej centrali.

KAI: A czy można mówić o jakiś elementach kultu, stwierdzonych podczas procesu beatyfikacyjnego?

- W czasie procesu ujawniły się osoby, które czcząc go jako męczennika, modliły się za jego wstawiennictwem. Ludzie przychodzili też licznie na jego symboliczny grób na cmentarzu. Zaczęły się też pojawiać pewne znaki działania Sługi Bożego, czego dowodem było wyproszenie różnych łask, nie wyłączając uzdrowień. Świadectwa te zostały dołączone do Positio. Nie były jednak badane jako cuda, gdyż proces o męczeństwo tego nie wymaga. Zresztą takie świadectwa wyjątkowych łask pojawiają się stale nowe.

KAI: Kiedy rozpoczął się etap watykański procesu beatyfikacyjnego i jak przebiegał?

- Watykańska część procesu rozpoczęła się 16 marca 2016 r. uroczystym otwarciem akt procesu diecezjalnego. Kongregacja wyznaczyła relatora, o. Zdzisława J. Kijasa OFM Conv, tym samym zaczął się etap studium i udowadniania męczeństwa Sługi Bożego. Napisane przez postulatora Positio, czyli dokument dowodzący świętości poprzez męczeństwo zostało złożone przez abp. Wiktora Skworca na ręce kard. Angelo Amato, prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych 11 grudnia 2017 roku. Dwukrotnie dyskutowali nad nim członkowie watykańskiej Komisji Historycznej (8 V 2018 i 19 VI 2018). Następnie dokument został przeanalizowany przez członków Komisji Teologicznej. Ostatecznie został przyjęty podczas kongresu Komisji Teologicznej 8 listopada 2018 r. 5 listopada 2019 r. odbyła się pod przewodnictwem prefekta kard. Angelo Becciu sesja zwyczajna kardynałów i biskupów członków Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Grono to uznało, że sługa Boży został zabity z nienawiści do wiary, a w Positio zostało dowiedzione, że jego śmierć miała charakter męczeński. Na tej podstawie papież nakazał wydać dekret beatyfikacyjny o męczeństwie Sługi Bożego ks. Jana Machy.

KAI: Jak brzmi uzasadnienie dekretu beatyfikacyjnego?

- W dekrecie, który jeszcze nie został opublikowany, mają się znaleźć między innymi takie zdania: „W mrokach niesprawiedliwego uwięzienia powierzył swoje życie Panu. W godzinie próby znalazł w Bogu siłę i łagodność, aby stawić czoła trudnej Kalwarii prześladowań” oraz „ofiarował swe życie bez urazy wobec prześladowców”. Dekret odwołuje się do tego, że naród polski w swojej udręczonej historii zaborów i okupacji zawsze uważał religię katolicką za element jednoczący i pomagający budować wspólnotę. Stąd zrozumiała jest postawa ks. Jana Machy, który zajął się organizacją pomocy charytatywnej, a prześladowca zabił Sługę Bożego jako kapłana „niewygodnego” dla reżimu z powodu jego działalności.

KAI: Jak będzie wyglądała uroczystość beatyfikacyjna? Czy nie jest ona zagrożona z powodu epidemii, podobnie jak beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego? Jak wyglądają przygotowania na Śląsku oraz w całej Polsce?

- Do beatyfikacji przygotowujemy się od momentu, kiedy papież podjął decyzję, że będzie ona możliwa. Następnie abp Wiktor Skworc w porozumieniu z sekretariatem stanu Stolicy Apostolskiej ustalił datę beatyfikacji ks. Jana na 17 października 2020 r. Legatem papieskim będzie prefekt Kongregacji ds. Świętych kard. Angelo Becciu.

Organizacją uroczystości zajmuje się powołany przez abp. Skworca specjalny komitet powołany do przygotowania beatyfikacji. Poszczególne działania i inicjatywy są opracowywane i koordynowane przez sekcje: formacyjną (modlitewną, ewangelizacyjną, katechetyczną), liturgiczno-muzyczną, promocyjną (medialną, graficzno-wydawniczą) oraz logistyczno-ekonomiczną. Kiedy jednak ruszyliśmy z tymi pracami, przyszła zaraza. Nie oznaczało to bynajmniej, że spoczęliśmy na laurach. Każdy z nas w swoim wymiarze pracuje.

KAI: Jak prowadzona jest popularyzacja, gdyż jest to postać poza Śląskiem niemal nieznana?

- W seminarium duchownym w Katowicach przygotowywana jest izba pamięci ks. Jana. Zostaną do niej przekazane wszystkie pamiątki, jakie po nim pozostały. Niebawem ukaże się książka w przystępnej dla każdego formie przybliżającą postać śląskiego męczennika. Jej autorką jest Agnieszka Huf związana z "Gościem Niedzielnym". Napisałem też wiele artykułów naukowych o ks. Masze i opublikowałem jego listy i kazania. Od kilku lat istnieje portal www.ksmacha.pl, gdzie znaleźć można wiele informacji o Słudze Bozym i procesie beatyfikacyjnym. Ponadto w ostatnich miesiącach stworzony został portal internetowy: www.janamacha.gosc.pl, którego autorem jest dr Andrzej Grajewski. Redakcja „Gościa Niedzielnego” przygotowała też dwa konkursy. Pierwszy adresowany jest do Parafialnych Zespołów Caritas i grup charytatywnych. Chodzi o przygotowanie projektu aktywizującego osoby starsze w parafii. Drugi konkurs skierowany jest do młodych sportowców.

Na tydzień przed beatyfikacją ma się odbyć turniej piłki ręcznej pod jego patronatem. O szczegółach obu konkursów informuje „Gość Niedzielny” i portal www.janmacha.gosc.pl. Ponadto przygotowywany jest nowy film dokumentalny, reżyserowany przez Wojciecha Królikowskiego. Pokaże on nie tylko osobę i życie ks. Jana, ale i proces beatyfikacyjny. Film przygotowuje TVP Katowice. Ukaże się przed beatyfikacją.

KAI: Sama uroczystość beatyfikacyjna gdzie się odbędzie?

- W Katowicach w katedrze Chrystusa Króla 17 października br. o 10-tej. Wokół niej mają być rozstawione telebimy i ufamy, że sektory dla wiernych. Oczywiście zobaczymy na co pozwoli epidemia, gdyż na razie Śląsk jest mocno zainfekowany. Spodziewamy się też delegacji z Niemiec, tym bardziej, że nasz arcybiskup od lat jest członkiem kościelnej Grupy Kontaktowej polsko-niemieckiej.

KAI: Jakim wzorem świętości jest ks. Jan Macha. Jako zwykli śmiertelnicy co możemy zrobić, by iść po jego śladach?

- Potrzebne nam są trwałe punkty odniesienia i wyraźne świadectwo tych, którzy oddali życie z miłości do Chrystusa. To może pomóc nam odnowić zapał wiary. Męczennicy, ich postawa, wybory, podejmowane decyzje, rezygnacja z łatwego życia, są widocznym przykładem, w jaki sposób zaangażować całe swoje życie w wyborze miłości wobec Boga i bliźnich. Także dziś, kiedy coraz trudniej oprzeć się stylowi życia promującemu to, co łatwe i przyjemne.

W czasach współczesnych potrzeba wyraźnych świadków miłości heroicznej i dlatego tym większa jest wartość jego przykładu życia i niezachwianej wiary. Jest wzorem dla współczesnych ludzi, którzy chcą nadać sens swojemu życiu i nie zadowalać się tym, co ulotne, często negatywne, zaproponowane przez współcześnie dominujące trendy.

I jeszcze jedno. Ks. Jan Macha ma być patronem Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego. To niezwykle ważna wskazówka dla seminarzystów i młodych kapłanów: masz trwać wiernie w powołaniu, być wrażliwym na Boga i wyczulonym na ludzką biedę.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Carlo Acutis, przyszły błogosławiony nastolatek: Eucharystia to moja autostrada do nieba

2020-07-09 08:17

[ TEMATY ]

duchowość

Eucharystia

błogosławieni

vaticannews.va

W centrum duchowości Carla Acutis, nastolatka który w październiku ma być ogłoszony błogosławionym, było codzienne spotkanie z Panem w Eucharystii, która dla niego „była Jezusem realnie obecnym na świecie, tak jak w czasach apostołów uczniowie mogli oglądać Jego, Człowieka z krwi i kości, kiedy przechodził ulicami Jerozolimy”.

Często mawiał: „Eucharystia to moja autostrada do nieba!”. I powiedzenie to stanowi syntezę jego duchowości i trzon jego egzystencji przeżywanej w przyjaźni z Bogiem. Kiedy Carlo był jeszcze bardzo mały, mama podarowała mu pluszowego baranka o białym runie. To był jego pierwszy prezent. Chłopiec często się nim bawił i bardzo dbał o tę swoją zabawkę. Wydaje się, że ten baranek symbolizuje wielkie nabożeństwo do Jezusa Eucharystycznego.

Jak już powiedzieliśmy, Carlo, umierając, ofiarował swoje cierpienia w intencji papieża oraz za Kościół, zjednoczony z Chrystusem, który w trakcie każdej Mszy poświęca siebie samego w ofierze dla zbawienia ludzi. Życie tego chłopca stało się niczym Msza Święta, niczym życie niepokalanych baranków przeznaczonych na ofiarę podczas paschalnych uroczystości.

Eucharystia stała się najważniejszym punktem jego duchowości, jego Słońcem, które kontemplował pełen zachwytu, Słońcem jaśniejącym na mistycznym nieboskłonie, do którego postanowił wejść za wszelką cenę. Carlo mawiał: „Matka Boża jest jedyną kobietą w moim życiu!” i nigdy nie opuszczał „najzaszczytniejszego spotkania dnia”, czyli modlitwy na różańcu.

Carlo wiedział, że gdy się adoruje Przenajświętszy Sakrament przynajmniej przez pół godziny lub odmawia różaniec święty bądź w kościele, bądź w rodzinie, bądź też we wspólnocie, otrzymuje się odpust zupełny według warunków określonych przez Kościół.

To także z tego powodu często zatrzymywał się w kościele na adoracji, aby móc uzyskać odpust dla najbardziej potrzebujących dusz w czyśćcu. Mawiał: „Według mnie wielu ludzi nie pojmuje prawdziwie i dogłębnie znaczenia Mszy Świętej. Gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, jakim ogromnym szczęściem obdarzył nas Pan, dając nam pokarm, czyli Hostię Świętą, chodziliby do kościoła codziennie, aby uczestniczyć w spożywaniu owoców odprawianej Ofiary, a nie zajmowali się tyloma niepotrzebnymi sprawami!”.

Po Pierwszej Komunii Świętej Carlo, za zgodą swego przewodnika duchowego, który wiedział, jak wielkie jest jego nabożeństwo do Eucharystii, zaczął codziennie uczestniczyć we Mszy Świętej. Często powtarzał, że „dzięki owocom codziennej Eucharystii dusze ludzkie uświęcają się w sposób wręcz niezwykły i nie ryzykują, że znajdą się w jakimś niebezpieczeństwie, które mogłoby zaszkodzić ich zbawieniu”.

Naśladując pastuszków z Fatimy, podejmuje drobne wyrzeczenia w intencji tych, którzy nie kochają Pana Jezusa w Eucharystii. Ojciec duchowy chłopca o jego wielkim nabożeństwie do Eucharystii i szacunku do kapłanów tak pisze: „Carlo był obdarzony szczególną wrażliwością i zawsze wyczuwał, czy księża pobożnie celebrują Mszę Świętą, a kiedy orientował się, że nie angażują się wystarczająco, był zasmucony. Wiele razy mi mówił, że księża, «trzymając w dłoniach Chrystusa, powinni świadczyć o Panu z entuzjazmem i być pełnym światłości Jego odbiciem, a nie osobami, które mechanicznie, bez zaangażowania serca, powtarzają rytuał liturgiczny. Wtedy nie emanuje z nich wiara w Boga».

Carlo oddawał się także adoracji eucharystycznej przed lub po Mszy Świętej, aby «podziękować Jezusowi za wielki dar dla ludzi, jakim jest Jego żywa obecność w sakramencie Eucharystii». Nieraz prosił mnie o radę, jak przekonać do uczestniczenia w niedzielnej Mszy Świętej tych, którzy tego nie czynią. Powiedział mi też, że kiedy mówił o cudzie eucharystycznym z Lanciano i ukazaniu się pastuszkom z Fatimy anioła trzymającego Eucharystię, ludzie zdawali się doznawać natchnienia. Ja zawsze zachęcałem go do głoszenia słowa Bożego przy każdej nadarzającej się okazji. Byłem bardzo zadowolony, widząc jego wielki zapał apostolski, i żywiłem ogromną nadzieję, że pewnego dnia Carlo wybierze drogę kapłaństwa”.

Za każdym razem, kiedy Carlo przyjmował Jezusa Eucharystycznego, modlił się: „Jezu, rozgość się w moim sercu! Potraktuj je jako swój dom!”, często też powtarzał: „Ci, którzy każdego dnia przyjmują Eucharystię, pójdą prosto do nieba!”.

Carlo wielokrotnie powtarzał też te słowa: „Jezus postępuje bardzo oryginalnie, ponieważ chowa się w malutkim kawałeczku Chleba. Tylko Bóg może zrobić coś tak niewiarygodnego!”.

______________________________

Zapowiedziana na październik br. w Asyżu beatyfikacja młodego Włocha Carlo Acutisa już teraz budzi duże zainteresowanie medialne w Stanach Zjednoczonych. Stacja telewizyjna NBC i szereg innych środków przekazu w tym kraju przedstawiły programy poświęcone temu 15-latkowi, zmarłemu w 2006 na białaczkę, który ofiarował swe cierpienia w intencji Kościoła i papieża. Wielu uważa go za „geniusza internetu” i widzi w nim przyszłego patrona tej międzynarodowej sieci.

W artykule zawarte są fragmenty z książki: „Eucharystia. Moja autostrada do nieba”, wyd. eSPe. Sprawdź więcej: Zobacz

eSPe

CZYTAJ DALEJ

Wokalnie i organowo

2020-07-09 20:48

[ TEMATY ]

koncert

organy

Monika Jaworska

Łukasz Romanek i Joanna Zawartko wystąpili w Pogórzu.

W parafii NMP Królowej Polski w Pogórzu odbył się koncert organowy „Wokalnie i organowo” w wykonaniu organisty Łukasza Romanka i sopranistki Joanny Zawartko. To był drugi koncert w ramach XII edycji Wieczorów Muzyki Organowej i Kameralnej. Tym razem koncert nie był już transmitowany online, ale organizatorzy zaprosili publiczność do osobistego uczestnictwa w muzycznym spotkaniu.

Zebranych w kościele powitał kierownik artystyczny wieczorów Paweł Seligman. Przybliżył sylwetki zaproszonych artystów. Łukasz Romanek jest organistą w kościele św. Maurycego we Wrocławiu. Ukończył klasę organów w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Uczestniczył w kursach interpretacji muzyki organowej oraz improwizacji, które prowadzili m.in.: J. Trummer , G. van Schoonhoven, J. Gembalski, T. Lennartz. Koncertuje jako solista i kameralista. Występował w wielu kościołach i salach koncertowych w Polsce. Joanna Zawartko-Kołodziej jest sopranistką i asystentką w klasie śpiewu solowego prof. Agaty Młynarskiej-Klonowskiej w Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu. Bierze udział w różnych festiwalach muzycznych w całej Polsce.

Artyści wykonali w Pogórzu chociażby „Jerusalem” z oratorium „Paulusa” Feliksa Mendelsohna, „Ave Maria z Otello” Verdiego, „Ave Maria” Gomeza, czy „Agnus Dei” Bizeta i inne. Łukasz Romanek wykonał również autorską improwizację z motywem pieści „Twoja cześć, chwała”.

Na zakończenie ks. proboszcz Ignacy Czader podziękował za koncert. Podkreślił, że można się było tak poczuć, jakby koncert był wykonywany w katedrze Notre Dame w Paryżu. Wyraził wdzięczność obecnym, że mimo trudnych czasów epidemii przyszli do kościoła posłuchać muzyki. Dodał, że utwory nie tylko wychwalały Pana Jezusa, ale i Matkę Bożą, która również jest patronką tutejszej parafii. Wręczył artystom różańce wykonane z fasolek sakramentek.

Wydarzenie jest współfinansowane ze środków budżetu Gminy Skoczów i Powiatu Cieszyńskiego w ramach konkursów dotacyjnych na rok 2020.

Następny zaplanowany jest 30 sierpnia o godz. 17. Wystąpi Łukasz Kołakowski z Poznania (organy) oraz Kwartet altówkowy.

O koncercie piszemy również w bieżącej papierowej „Niedzieli” – w „Niedzieli na Podbeskidziu” nr 28 na 12 lipca 2020 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję