Reklama

Pełne ziarno w kłosie

2016-06-23 08:07

Ks. Andrzej Supłat
Edycja szczecińsko-kamieńska 26/2016, str. 2-3

Ks. Andrzej Supłat
Ks. prał. Bronisław Kozłowski

Dostojny Jubilat przez 60 lat z wielką odpowiedzialnością służy człowiekowi najcenniejszymi dobrami, którymi został obdarowany przez Stwórcę. Dlatego też ten jubileusz kapłańskiej służby to już nie „źdźbło ani kłos, ale pełne ziarno w kłosie” (Mk 4,28). O jubileuszu 60-lecia kapłaństwa z ks. prał. Bronisławem Kozłowskim rozmawia ks. Andrzej Supłat

KS. ANDRZEJ SUPŁAT: – Spotykamy się w szczególnym dla Księdza momencie – w przeddzień 60. rocznicy święceń kapłańskich. Kiedy – wtedy jeszcze Bronisław – zrozumiał, że chce w przyszłości zostać księdzem Bronisławem?

KS. PRAŁ. BRONISŁAW KOZŁOWSKI: – Na wstępie chcę powiedzieć, że jestem uradowany naszym spotkaniem. Gdy chodzi o ponowny wybór drogi życia kapłańskiego, mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że zapewne bym tę drogę wybrał ponownie i to bez żadnego zastanowienia. Jest ona bowiem drogą mojego szczęścia, drogą, na której mogłem być i nadal jestem na niej szczęśliwy. Moje dzieciństwo i młodość przebiegały w bardzo trudnych czasach. Urodziłem się 15 października 1932 r. w Uspolewszczyźnie w powiecie brosławskim, w województwie wileńskim. Pochodzę z licznej rodziny: siedmiu braci i jedna siostra. Dwóch braci zginęło w czasie II wojny światowej. Musieliśmy chować się w lesie, potem bracia skazani zostali na więzienie. Dzięki Bożej Opatrzności udało nam się dostać do Polski. Najpierw na krótko do Kalisza Pomorskiego, potem Kwidzynia. W tamtym czasie natknąłem się na odezwę w niedzielnej prasie dotyczącą prośby, że Ziemie Zachodnie potrzebują kapłanów, że otwarto w Słupsku niższe seminarium... I pomyślałem – postaram się podjąć tę decyzję. Warto zaznaczyć, że rodzice zawsze dbali o nasze katolickie wychowanie, dawali piękny przykład służby Bogu. Ich postawa zapewne też miała znaczący wpływ na wybór mojej drogi życiowej. Rodzice dawali zawsze pozytywną opinię o kapłanach i to mnie – jako człowieka młodego – budowało.

– Wielu kapłanów mówi o tym, że powołanie pomogły im rozpoznać inne osoby. Czy Ksiądz też spotkał w swoim życiu swego rodzaju „przewodnika”?

– Z miłością wspominam najpierw swoich rodziców. Budowałem się postawą ojca, człowieka niezwykle pobożnego, radosnego, jego przyjaźniach z wieloma księżmi. Ojciec był dla mnie wielkim autorytetem. Wspominam także wuja ze strony mamy, który był także kapłanem. Imponował mi również ksiądz proboszcz Kwidzynia, który pochodził ze Wschodu. Był to człowiek ogromnej gorliwości, szacunku dla ludzi, szczególnie biednych i potrzebujących. Kiedy się do niego zgłosiłem – przyjął mnie z radością. Tak, to prawda, spotkania z takimi ludźmi powodują, że chce się oddać bezgranicznie Bogu. Chciałoby się służyć ludziom jak najlepiej, najpiękniej.

– Jako nastolatek nie myślał Ksiądz o innych zawodach?

– Jako mały chłopiec planowałem zostać kolejarzem... potem leśnikiem... podobał mi się zawsze mundur. Jednak od młodych lat często się modliłem, że jeśli taka jest wola Boża, chciałbym zostać kapłanem.

– Niektórzy mówią, że kapłańskie życie jest „usłane różami”. Róża to piękny kwiat, ale niestety ma też kolce. Jak jest z kapłaństwem Księdza Bronisława? Czy przez ten okres 60 lat poznał Ksiądz też i ciernie...?

– Oj, były, były momenty prób... przejścia przez ogień i wodę. Ale widocznie taka była wola Boża. Czasem były sytuacje, które podłamywały. Czasy trudne, nękania, więzienia księży, czasy komunistyczne, gdzie pewne służby podejmowały różne prowokacje. Kosztowało to wiele zdrowia, bolało, ale trzeba to było wszystko przeżyć. Pamiętam, że były momenty, podczas których w nocy szedłem do Matki Bożej prosić o wsparcie.

– A te momenty piękne? Te napełniające Księdza radością i optymizmem?

– Nie ulega wątpliwości, że dla mnie jako kapłana najważniejszym i najradośniejszym wydarzeniem był wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. To dla mnie jako Polaka, kapłana, było szokującym pozytywnie wydarzeniem. Ponadto uczono mnie, by być sługą dla chwały Bożej. Potrzeba nam, kapłanom, wielkiej pokory, abyśmy podołali codziennym i licznym wyzwaniom. Bogu dziękuję za w miarę dobre siły, by sprawować codzienną Eucharystię. Podkreślić trzeba ludzką życzliwość, której doświadczam i która dodaje mi sił. Nie ukrywam, że nie obcy był mi styl życia oparty na aktywności duszpasterskiej, która stanowiła dla mnie siłę napędową do dalszego życia. Jeśli coś człowiek dobrego uczyni dla innych, to stanowi siłę i moc życia. Dlatego nie należy się bać być dobrym dla innych jak chleb. Dziś spotykam wielu ludzi, których chrzciłem, przygotowywałem do Pierwszej Komunii św., błogosławiłem związki małżeńskie... Cieszę się z każdego spotkania.

– 26 czerwca jubileuszowa Eucharystia. Jakie uczucia towarzyszą Księdzu przed tą uroczystością?

– Przede wszystkim dziękczynienia. Podziękuję Bogu za dar powołania. To, co my, kapłani, mamy do spełnienia, to nie jest nasze dzieło, ale to plan Ojca, to zbawcze dzieło Syna. A Duch Święty posługuje się nami. Nasze kapłaństwo jest darem Chrystusa dla wspólnoty, dla jej budowania. Z jednej strony wypada podziwiać wielkość powołania i posługi. Z drugiej zaś strony, trzeba pozostać pokornym w jej wypełnianiu i w życiu, gdyż to jest dar Pana, Jego łaska, którą otrzymaliśmy nie dla siebie, lecz dla posługi ludziom. Za to chcę dziękować. Ponadto Bogu podziękuję za dar chrztu, za dobrych, kochających rodziców i rodzeństwo. Podziękuję za ludzi, których spotkałem na drodze kapłańskiego życia. Szczególnie za Gryfino, w które wrosłem przez lata pasterzowania, za uroczy Boży świat. Jawi się też świadomość własnych błędów, słabości, zawodów sprawianych Jezusowi i ludziom. Ale i tu uspokaja nadzieja, ufność w Boże miłosierdzie i dar ludzkiego przebaczenia. Chcę z tymi ludźmi być do końca, w mojej chorobie również... Tak, te uczucia będą mi towarzyszyły.

– Na obrazku jubileuszowym przywołał Ksiądz słowa św. o. Pio...

– Tak, brzmią one tak: „Moją przeszłość – Twemu miłosierdziu, moją teraźniejszość – Twojej miłości, moją przyszłość – Twojej Opatrzności/Zawierzam Panie...”. Wybrałem je, bo one doskonale oddają to, co dziś czuję, przeżywając jubileusz. Napisałem jeszcze „Jezu, ufam Tobie” i „Modlitwą obejmuję wszystkich, których spotkałem na drodze kapłańskiego życia”. Szczególnie podkreślam moją gryfińską, duchową rodzinę. Wszystko w rękach Boga.

– Księże Prałacie, nie często spotykamy na naszej drodze ludzi wielkiego formatu serca, życia, pracy miłości, służby, oddania, przyjaźni, radości i pokory. Trzeba mieć wiele szczęścia, aby spojrzeć takiej osobie w oczy, aby ze spotkania z taką osobą doświadczyć autentyczności owych cnót. Takie osoby cieszą się niezwykłym autorytetem, uznaniem. Określani są mianem ojców. Jest Ksiądz Prałat ojcem. Proszę przyjąć ten tytuł. Posiada go Ksiądz w sercach ludzkich i kapłańskich. Osobiście chylę czoło przed kapłaństwem Księdza, dziełami, których dokonał, przed Księdza postawą ludzką, przyjaźnią, którą Ksiądz obdarowuje innych. W oczach wielu jest Ksiądz Ojcem tego miasta.
Wielki poeta i dramaturg francuski Paul Claudel w krótkim zdaniu wypowiedział wielką prawdę o kapłaństwie, stwierdzając, iż „Bóg potrzebuje kapłanów, aby rozdawali Jego serce i swoje razem z nim”. Obchodząc uroczyście jubileusz 60-lecia kapłaństwa ks. prał. Bronisława Kozłowskiego, chcemy wyrazić wdzięczność Bogu za Jego Serce, za Jego miłość, jaką nieustannie świadczy przez kapłańskie posługiwanie.
Następnie chcemy publicznie podziękować Dostojnemu Księdzu Jubilatowi za jego serce, które oddał kapłańskiej służbie i przez sześćdziesiąt lat rozdaje je hojnie, a począwszy od 1976 r. – w kościele, o który tak samo dbał i tak go upiększał jak duszę każdego parafianina, by ją z Bogiem najściślej zjednoczyć.

Tagi:
wywiad kapłaństwo

Reklama

Zamiast muzycznej kariery wybrał kapłaństwo

2019-06-26 18:39

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

"Jestem przekonany, że spełniam wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica" - mówi diakon Maciej Czaczyk, który wraz z dwójką innych kandydatów przyjmie święcenia prezbiteratu w szczecińskiej katedrze. W 2011 roku 17-letni wówczas licealista z Gryfina wygrał telewizyjne "Must be the music". Potem jednak wybrał inną drogę życiową.

Screenshot/www.youtube.com

Piotr Kołodziejski (KAI): Po wygranej w programie była nagrana płyta, a potem... decyzja o wstąpieniu do seminarium. Nie żałujesz tej decyzji z perspektywy lat?

Maciej Czaczyk: - Nie żałuję. To po prostu mega duża przygoda, potężna otwierająca życie. Szczęśliwe życie. Także nie sposób żałować.

KAI: Pamiętam moment, kiedy ogłosiłeś, że wstępujesz do seminarium. W mediach była duża konsternacja. Czy docierały do Ciebie komentarze w stylu "Co ty robisz człowieku?"

- Nie czytałem tych komentarzy, ale przyznam, że w prywatnych wiadomościach docierały do mnie głosy niezrozumienia. Niektórzy krytykowali bardzo mocno i czuli się zawiedzeni. Poniekąd ja sam byłem zaskoczony tą decyzją.

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „realizacja pasji dla pasji jest pusta”. Co to oznacza?

- Myślę, że na każdym etapie trochę inaczej to rozumiałem. Dziś myślę po prostu, że sam dla siebie nie jestem celem. Moje realizowanie siebie, choć jest piękne i potrzebne, żeby się rozwijać i realizować swoje pasje, jest bardzo potrzebne, ale to nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Bo człowiek jest kimś więcej i potrzebuje relacji do drugiego człowieka i miłości do drugiej osoby, żeby dawać z siebie. A nie tylko dziś każdy bardziej realizuje siebie, dla siebie, do siebie. Żeby jednak odbić w drugą stronę. Nie w stronę pasji i realizacji siebie, ale bardziej w stronę bycia dla innych. Jeśli pasja jest tak rozwijana, to jak najbardziej, ale ona wtedy nie staje się celem.

- Mówiłeś też, że jako dziecko chciałeś być księdzem, a więc u Ciebie to chyba nie był taki strzał, że nagle po sukcesie medialnym w konkursie telewizyjnym zdecydowałeś się zostać księdzem, tylko to w Tobie dojrzewało.

- Tak i to od malucha. Nim poszedłem do I Komunii Świętej i bliżej podszedłem do ołtarza, to już były zabawy w księdza. Bawiłem się w moim życiu i to pragnienie było. Tak jak dzieci bawią się w różne zawody. To była jedna z takich zabaw, ale okazuje się, że potem coraz bardziej chciałem iść w tę stronę.

- W tych zabawach bardziej skupiałeś się na głoszeniu kazań, czy to już były pierwsze próby grania na gitarze?

- Nie. Grania na gitarze wtedy nie było. Nie pamiętam czy wygłaszałem wtedy kazania. Pamiętam, że było „przeistoczenie”. Była taka śnieżnobiała cieniutka gąbeczka, materiał okrągły pod różańcem, który miałem. To był taki różaniec z Częstochowy. Spod różańca wyciągnąłem to i to pięknie wyglądało jak hostia. Było takie śnieżnobiałe i wyglądało jak hostia. Pamiętam podnosiłem się to do góry w tej zabawie.

- Wygrywasz konkurs, nagrywasz płytę. Czym dla Ciebie było wtedy szczęście, a czym jest teraz?

- Czułem wtedy na pewno radość. Było wiele emocji, stresu, a szczęście to nie emocje, bo te emocje później opadły, zaczęła się kariera i okazuje się, że to było jakieś puste głębiej. To opierało się tylko na doznaniach, emocjach, które ulatywały. Żyłem od fajerwerków do fajerwerków, od wywiadu do wywiadu, od koncertu do koncertu, żeby zapewnić sobie kolejne radochy życia, od imprezy do imprezy, a szczęście było cały czas niedostępne, nieosiągalne. No i zacząłem szukać.

- Powiedziałeś, że była w pewnym momencie doświadczyłeś pustki. Nie żałujesz więc tego doświadczenia na scenie. Czy ono było potrzebne w twoim życiu?

- Bardzo potrzebne i jestem wdzięczny najpierw Panu Bogu, a potem tym innym, których spotkałem. Wiele mnie nauczyli i to było bardzo cenne. Dziękuję im, że mogłem tego doświadczyć. To było wspaniałe doświadczenie.

- Czy to może być wskazówką dla tych młodych, którzy dziś poszukują swojej drogi i chcieliby jeszcze czegoś spróbować zanim podejmą ostateczną decyzję?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że warto rozwijać swoje pasje, talenty i też iść za tym, co w jakiś sposób odkrywamy w swoim życiu i czego pragniemy. Pan Bóg też często w tym jest. Często podsuwa takie pragnienia. Jeśli to są rzeczy, które nas prowadzą do dobrego, to trzeba za tym iść. Na pewno trzeba rozwijać talent i szukać szczęścia, ale polecam to robić z Panem Bogiem.

- Masz poczucie, że spełniasz Wolę Bożą na co dzień?

- Jestem przekonany, że spełniam Wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica. Mimo różnych uczuć każdego dnia, bo przecież uczucia się zmieniają, mam szczęście i pokój, że bez względu na to, co będzie się działo na morzu, jaka burza przyjdzie, to ta kotwica jest zakotwiczona. To jest mega ważne w momencie wybierania swojej drogi życiowej, żeby zakotwiczyć i wybrać drogę swojego powołania.

- Jak się Ciebie słucha, można stwierdzić, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Skoro się tak spełniasz, to nigdy nie było kryzysów?

- Szczęście to też kryzysy. Uczucia są różne. Miałem kryzysy. Myślę, że będę miał jeszcze nie jeden i nie dwa w swoim życiu, ale w seminarium, jak miałem kryzysy, to po nich siłą rzeczy stawałem bardziej w prawdzie o rzeczywistości o mnie i stawałem w realnym świecie, stawałem się mocniejszy. Szczęście nie wyklucza się z kryzysem.

- Czasem grasz na gitarze i pojawiasz się na scenie. Czy jest coś w diakonie Macieju Czaczyku z tego Maćka, który wygrywał „Must be the music”?

- Na pewno jest sporo rzeczy w tym Maćku Czaczyku, bo to tak naprawdę ten sam Maciek Czaczyk, chociaż niedługo kompletnie duchowo zmieni się moje życie, bo Chrystus przejmie stery oficjalnie, ale moje cechy charakteru, moje życie i patrzenie na wiele spraw ciągle wymaga nawrócenia, ale też cennych rzeczy nie zabrał mi Pan Bóg, a myślę, że jeszcze je pomnożył i rozwinął. Takie mam przeświadczenie.

- Jakie, Twoim zdaniem, są dziś motywacje kandydatów na księży?

- Wydaje mi się, że mogą być bardzo różne. Ale po to jest seminarium, aby rozeznać. Seminarium to nie jest „szkoła na księdza” ale czas rozeznawania. Niektórzy stwierdzają, że to nie jest ta droga i odchodzą. I o to chodzi. Lepiej być dobrym mężem i ojcem niż złym księdzem.

- Jak postrzegani są dziś kapłani w obliczu prób dyskredytowania Kościoła i tworzenia wizerunku Kościoła będącego w kryzysie?

- To nie jest raczej pytanie do mnie ale do jakichś sondażowni. Ja wiem, kim powinien być kapłan i jakim chcę być kapłanem. Każdy z nas ma być alter Christus, drugim Chrystusem. Można powiedzieć, że kryzys wizerunkowy był w Kościele od początku. O Jezusie współcześni też źle mówili, że żarłok i pijak, że siada przy stole z celnikami i grzesznikami. Patrząc na historię Kościoła można rzec, że gdy nas za bardzo chwalą to nie jest dobrze, bo to znak, że ulegamy panu tego świata. Kościół ma nie tyle dbać o wizerunek, ale o świętość swoich członków. A wszelki grzech widzimy jako ranę na ciele Chrystusa i nie możemy obok niej przechodzić obojętnie.

- Widzisz młodych ludzi na co dzień, którzy szukają swojej drogi życiowej. Czy są zagubieni, boją się odkryć swoją drogę? Jak patrzysz na nich?

- Patrzę na nich trochę jak na swoich młodszych kolegów i koleżanki. Widzę w nich też siebie. Wydaje mi się, że świetnie ich rozumiem. Szczególnym darem dla mnie była rodzina i rodzice. Dziś to często jest źródłem problemu, że rodziny się sypią. W tych relacjach. I ciężko to potem czymkolwiek uzupełnić. Coś, co jest fundamentalnym brakiem. Widzę, że są zagubieni. Widzę, że szukają szczęścia i nadziei w życiu. Szukają miłości. Myślę, że to się nigdy nie wyczerpie. Każdy szuka tego samego. Ktokolwiek będzie chciał spotkać się ze mną i rozmawiać na ten temat, to będę dzielił się swoim życiem. Jeżeli komuś to pomoże, to chwała Bogu.

- Co Maciej Czaczyk powie komuś, kto coś usłyszy w swoim sercu, ale boi się pójść za tym głosem dalej?

- Co ja mogę powiedzieć? Nie bój się. Mogę nawet zaśpiewać. (tu Maciej Czaczyk śpiewa) Nie bój się, chodźmy tam. To mój pierwszy singiel i jest blisko ze mną. Moja pioseneczka. Nie bój się, że ktoś ci powie, że coś, że ktoś będzie o tobie gadał. To zawsze będzie. Po prostu rób to, co Pan Bóg w sercu ci podsuwa i do przodu.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Marta i Maria w nas

2019-07-16 11:47

O. Krzysztof Osuch SJ
Niedziela Ogólnopolska 29/2019, str. 31

Graziako
„Jezus w domu Marty i Marii” – Otto Lessing (XIX wiek)

Wszystko, co Jezus mówi, czyni i kim jest – jest na wagę złota. Maria dobrze o tym wie, dlatego siada u stóp Mistrza i rozkoszuje się smakiem „najlepszej cząstki”. Jest szczęśliwa, a ponadto zasługuje sobie na wiekopomną pochwałę Jezusa. Marta chce usłużyć Gościowi inaczej. Od razu zabiera się za przygotowanie posiłku. Niestety, jej gest czynnej miłości okazuje się wybrakowany. Wzbierają w niej negatywne uczucia i osądy. Dała im upust, wypowiadając swe rozżalenie: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. Oto, rzec można, „pokrzywdzona” i lepiej wiedząca ujawnia pretensje wobec nie tylko swej siostry, ale i Mistrza.

Jezus, pełen miłości i wdzięczności wobec Marty, nie może jej nie ostrzec: „Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”. Powiedziane jasno, zdecydowanie i delikatnie. Miliony wierzących będą przez wieki, dziś także, wnikać w znaczenie tych słów Jezusa, Oblubieńca dusz. W każdym z nas są wrażliwość i pragnienia Marii... Ale pełno też w nas Marty. My wszyscy – tak wprawni w uwijaniu się „około rozmaitych posług”, a tak powolni, by usiąść „u nóg Pana” – powinniśmy zrewidować nasze priorytety.

Czy my – poddawani dyktatowi antropocentrycznej cywilizacji i bezkrytycznie zafascynowani jej produktami – mamy jeszcze szczere przekonanie, że Jezus i oblubieńcza wzajemność, do której niezmiennie nas zaprasza, to skarb nieoceniony, jedyny? On naprawdę zasługuje (my też), byśmy codziennie rezerwowali czas na spotkania z Nim. Łagodnie i zdecydowanie przenośmy uwagę z absorbujących zmartwień i niepokojów oraz z ulotnych fascynacji i często zbędnych zaangażowań – na Pana Jezusa. Tylko „u nóg Pana”, kontemplując na modlitwie Osobę Jezusa, poznajemy i smakujemy życie prawdziwe, spełniające. Naprawdę „potrzeba (...) tylko jednego”. Jak w Eucharystii, w której Boskie Osoby obdarowują nas „najlepszą cząstką”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Kasyna: musimy dziś budować duchowe barykady z modlitwy

2019-07-21 15:59

ks. is / Pelplin (KAI)

„Trzeba nam dzisiaj budować duchowe barykady z modlitwy, by broniły przed zabiciem ducha narodu” - powiedział 21 lipca biskup pelpliński Ryszard Kasyna podczas centralnych uroczystości odpustowych w Sanktuarium Królowej Kaszub w Sianowie.

Klata/pl.wikipedia.org
Matka Boża Sianowska - Królowa Kaszub

Na liturgii zgromadziły się tysiące wiernych, którzy przybyli na odpust z okazji wspomnienia Matki Bożej z Góry Karmel w sercu Kaszub.

Na początku homilii główny celebrans podkreślił, że wspólna modlitwa u stóp Matki Bożej jest wyrazem jedności i wspólnoty rodzinnej. Wagę tego wydarzenia ukazuje współczesna rzeczywistość „czasów, w których brakuje nam jedności” - mówił hierarcha.

Dodał, że podziały są widoczne w rodzinach, w życiu społecznym, a „nawet Kościół nie jest wolny od napięć”, stwierdził kaznodzieja. Za przyczynę podziałów uznał biskup „brak miłości”, która „bywa traktowana jako samozadowolenie, przyjemność jako osobiste spełnienie zamiast wzoru ukazanego przez św. Pawła w Liście do Koryntian”.

Bp Kasyna wskazał, przyczyną braku prawdziwej miłości jest brak modlitwy, także „brak modlitwy we wspólnocie, gdzie rodzą się dobre owoce”.

Oceniając współczesną rzeczywistość biskup pelpliński zauważył u wielu osób „niechęć do brania odpowiedzialności za wspólne dobro”. Rodzi się to z „braku podjęcia daru służby”, a „służba jest wynikiem miłości” - mówił.

Bp Kasyna podjął również temat budowania wspólnoty rodzinnej i wzajemnej troski o jedność i wzrost wiary wśród członków rodzin. „Stajemy się egoistami, żyjemy swoim życiem, nie ma krążenia miłości” - stwierdził hierarcha.

Biskup podkreślił, że przybywając do Sianowa modli się o jedność w rodzinach i o wiarę dla wszystkich rodzin.

„Uczmy się służby rodzinie i Ojczyźnie od wielkich mężów Kościoła i świadków wiary, takich jakimi byli: sługa Boży kard. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II” - powiedział biskup diecezjalny.

Biskup zaapelował, że „pomimo dążenia do jedności trzeba nam dzisiaj budować duchowe barykady z modlitwy, by broniły przed zabiciem ducha narodu, by chroniły dzieci i ludzi młodych przed zatruciem genderyzmu, działaniami grup LGBT, przed narkotykami, dopalaczami, alkoholem i rozwiązłością”.

Dlatego „potrzebujemy modlitwy w naszych rodzinach i w Ojczyźnie”, by „stały się w pełni Chrystusowe”.

Uroczystości w Sianowie gromadzą zawsze rzesze pątników. Wielu przybywa tam w strojach kaszubskich.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem