Reklama

Bóg zwyciężył

2016-07-27 09:05

Sławomir Błaut
Niedziela Ogólnopolska 31/2016, str. 16-18


Jerzy Kossak, „Cud nad Wisłą, 15 sierpnia 1920 r.”(1930 r.)

Chrzest Polski w 966 r. to początek działania Opatrzności Bożej w naszych dziejach. Przez kolejne wieki Polacy odczuwali Bożą obecność, doświadczali pomocy. W 1050. rocznicę chrztu Mieszka I warto przypomnieć choćby te najważniejsze momenty, w których ochrzczony naród wzywał wstawiennictwa Opatrzności i się go doczekał

Polska po czterech wiekach od przyjęcia chrztu wprowadziła do rodziny narodów chrześcijańskich Litwę. Kraj ten połączył się unią personalną z Królestwem Polskim w 1385 r. Wielki książę litewski Jagiełło 12 lutego 1386 r. wjechał uroczyście do Krakowa i trzy dni później się ochrzcił. Po poślubieniu królowej Jadwigi i koronacji na króla Polski Władysław II Jagiełło dopełnił danej obietnicy – naród litewski został poddany chrystianizacji. Chrzest Litwy osłabił rację bytu osiadłego na naszych ziemiach zakonu krzyżackiego, który stworzył swoje państwo kosztem m.in. Polski, a został powołany właśnie do walki z poganami. Wkrótce na tym tle miało dojść do wielkiej wojny, którą przeczuwała już Jadwiga. W 1397 r. miała powiedzieć do wielkiego mistrza zakonu prorocze słowa: „Wprawdzie ja za życia mojego wstrzymam tę srogą wojnę, która wam grozi tak za teraźniejsze, jako i dawne krzywdy Królestwa Polskiego, lecz po mojej śmierci – wiedzcie, że z wyroków Bożych straszna was klęska czeka za to, że tak zaklętymi staliście się wrogami swoim panom, dobrodziejom i bytu swojego twórcom, z których łaski chlebem, jałmużną i nadaniami żyjecie, a za doznane dobrodziejstwa, za udzielone sobie ziemie i posiadłości odpłacacie im krzywdami”. Jadwiga zmarła 17 lipca 1399 r.

Wiosną 1409 r. na Żmudzi wybuchło powstanie antykrzyżackie. Litwa, a za nią Korona wystąpiły w obronie Żmudzinów. 15 lipca 1410 r. pod Grunwaldem doszło do walnej bitwy. Stanęło przeciw sobie 15-20 tys. wojsk zakonu oraz ok. 20 tys. Polaków, ok. 10 tys. wojsk litewskich i posiłków (m.in. ruskich). Przed starciem Jagiełło nakazał odprawić dwie Msze św., a nasze wojsko odśpiewało „Bogurodzicę”. Po całodziennej walce na polu polegli wszyscy dostojnicy zakonu. Krzyżacy stracili ok. 10 tys. ludzi, a nasze straty były niewielkie. Potęga zakonu została złamana. Wiktorię grunwaldzką nad Krzyżakami Polacy zawsze uznawali za sprawiedliwość dziejową i byli pewni, że zwycięstwo to odnieśli z Bożą pomocą.

Obrona Jasnej Góry

Nadzwyczajnemu działaniu Opatrzności przypisuje się także ocalenie Jasnej Góry w 1655 r., kiedy to wojska szwedzkie oblegały klasztor. Przeor o. Augustyn Kordecki, decydując o obronie twierdzy, niewątpliwie działał z natchnienia Bożego, bo na ludzki rozum podejmowanie walki ze Szwedami, którzy opanowali niemal całą Rzeczpospolitą, mogło zakończyć się tylko klęską. Klasztor uchodził za twierdzę małą i niezdolną do dłuższego oporu. Załogę stanowiło 160 najemnych żołnierzy, 50 artylerzystów, 70 zakonników oraz garstka szlachty. Na wieść o zamiarach Szwedów kasztelan krakowski Stanisław Warszycki przysłał z zamku w Dankowie na Jasną Górę 12 armat dużego kalibru (było jeszcze kilkanaście dział klasztornych). Mimo tego były to siły bardzo skromne.

Reklama

Rozkaz zajęcia i złupienia klasztoru wydał sam król szwedzki Karol Gustaw, którego po najeździe Szwedów na Rzeczpospolitą większość naszej szlachty i wojska uznała za króla polskiego. Regularna obrona Jasnej Góry rozpoczęła się 18 listopada 1655 r. Gen. Burchard Müller przyprowadził pod mury 2250 żołnierzy, w tym 800 polskich kawalerzystów. Polacy od razu oświadczyli, że przeciwko świętemu miejscu walczyć nie będą. Szwedzi dysponowali 8 lekkimi działami, ale po pierwszych walkach otrzymali posiłki w postaci 3 armat i 600 ludzi.

Przeor Kordecki nie tylko modlił się, był także duszą obrony, zagrzewał do walki; imał się też dyplomacji, by ocalić klasztor. Łudził Müllera pertraktacjami. Raz po raz odrzucał żądania poddania twierdzy, które w ciągu całego oblężenia wielokrotnie ponawiali szwedzcy wysłannicy. 11 grudnia dotarła pod Jasną Górę ciężka artyleria nieprzyjaciela – 6 dział i 200 artylerzystów. Podczas ostrzału zniszczono częściowo mury, ale także klasztorne armaty zadały Szwedom duże straty. Polacy przeprowadzili też udane wypady na oblegających. Ostatecznie Szwedzi odstąpili od oblężenia Jasnej Góry 27 grudnia 1655 r. Fakt ten skłonił wielu Polaków do porzucenia służby u Szwedów. Cudowna obrona dała początek wyzwalaniu Rzeczypospolitej. Do kraju mógł powrócić prawowity król Jan Kazimierz. 1 kwietnia 1656 r. we Lwowie złożył on słynne śluby i obrał Matkę Bożą Częstochowską za patronkę i Królową Polski.

Wiktoria wiedeńska

Rzeczpospolita, która zyskała zaszczytne miano przedmurza chrześcijaństwa, w 1683 r. ocaliła Europę przed zalewem islamu. Wspaniałe zwycięstwo króla Jana III Sobieskiego nad Turkami pod Wiedniem papież Innocenty XI uznał za cud, odsiecz dla obleganej przez Turków stolicy cesarstwa Habsburgów przyszła bowiem dosłownie w ostatniej chwili.

W niedzielę 12 września 1683 r. o szóstej rano wojska polsko-austriacko-niemieckie pod dowództwem Sobieskiego uderzyły na Turków. Tuż przed bitwą Sobieski uczestniczył w nabożeństwie na wzgórzu Kahlenberg. Wojsk tureckich było aż 90 tys., a armia chrześcijańska liczyła ok. 70 tys. żołnierzy, w tym ok. 22 tys. Polaków. Decydującą rolę w bitwie odegrała wielka szarża jazdy polsko-niemieckiej. O szóstej po południu ok. 20 tys. ciężkozbrojnej konnicy, którą poprowadził Sobieski, runęło ze wzgórz na Turków. Przestrach w szeregach wroga wywołały szczególnie zastępy polskiej husarii. Turcy zostawili na polu ok. 15 tys. zabitych, koalicja straciła niewiele ponad 1,5 tys. ludzi. Ofensywa Imperium Osmańskiego została raz na zawsze zatrzymana.

Król tak pisał w liście do żony Marysieńki: „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”. Papieżowi napisał, parafrazując w duchu pokory chrześcijańskiej słynne słowa Cezara: „Venimus, vidimus, Deus vicit” – Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył. Dla uczczenia zwycięstwa Innocenty XI ogłosił 12 września dniem chwały Imienia Najświętszej Maryi Panny, a w dowód uznania dla Polaków i ich króla przyjął do swojego papieskiego herbu znak orła w koronie.

Cud nad Wisłą i cud Solidarności

Z cudowną opieką Opatrzności nad Polakami kojarzone jest również zwycięstwo Wojska Polskiego nad Armią Czerwoną w Bitwie Warszawskiej w sierpniowe dni 1920 r. Co trzeba podkreślić, cud dokonał się także jesienią 1918 r., gdy Rzeczpospolita odzyskała niepodległość po 123 latach niewoli. Nad naszymi zaborcami przeleciał jakby anioł sprawiedliwości dziejowej i poraził serca milionów wrogich nam żołnierzy. Trzy czarne orły, poranione i bezwładne, legły w prochu, krwi i pyle, a nad nimi wzniósł się orzeł biały w złotej koronie. Trudno to inaczej wytłumaczyć, jak przez opiekę i szczególne zrządzenie Opatrzności Bożej.

W 1920 r. bolszewicka Rosja, która powstała na gruzach caratu, mogła odebrać nam dopiero co odzyskaną niepodległość. Ateistyczna ideologia już wtedy mogła rozlać się po Europie. W sierpniu 1920 r. armie Sowietów dotarły w pobliże Warszawy. Zdawało się, że katastrofa jest nieuchronna. W krytycznych dniach nasz wódz – marszałek Józef Piłsudski udał się do Anina pod Warszawą i tam rozważał sytuację. Po powrocie do Belwederu wydał rozkaz realizacji śmiałego planu, autorstwa własnego i gen. Tadeusza Rozwadowskiego – szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Plan polegał na zaskoczeniu bolszewików manewrem oskrzydlającym i uderzeniem na ich tyły doborowych polskich jednostek. Wydzielone oddziały Wojska Polskiego zajęły pozycje wyjściowe nad Wieprzem. Jednocześnie reszta naszej armii dla zmylenia zaatakowała główne siły bolszewików na przedmościu stolicy i nad Wkrą. Nasze wojska liczyły ok. 1 mln żołnierzy, ale z tej liczby na linii obrony było ok. 230 tys. Sowieci rzucili przeciwko nam ok. 280 tys. żołnierzy, ale ich zaplecze było ogromne. Przegrana oznaczałaby koniec Polski.

Z Bitwą Warszawską łączy się całe pasmo cudownych zdarzeń. Nasze wojsko walczyło w dniach 12-16 sierpnia 1920 r. pod Radzyminem i Ossowem (tu zginął bohaterski ks. Ignacy Skorupka), o Nasielsk, pod Kockiem i pod Cycowem, podczas kontruderzenia znad Wieprza, a także w obronie Zadwórza – bitwy zwanej polskimi Termopilami, podczas ataku 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego na Lwów (17 sierpnia). Ostatecznie Armia Czerwona została zmuszona do odwrotu. Zwycięstwo Wojska Polskiego, nazywane Cudem nad Wisłą, jest świętowane 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

Do cudownych wydarzeń w naszej historii zaliczyć trzeba również niewątpliwie powstanie Solidarności i upadek komunizmu. W naszych sercach wciąż brzmią słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane w Warszawie 2 czerwca 1979 r.: „Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania Ducha Świętego, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

Tagi:
historia

Reklama

Niedokończone Msze wołyńskie

2019-07-03 08:37

Bogdan Kędziora
Niedziela Ogólnopolska 27/2019, str. 28-29

W Krwawą niedzielę, czyli 11 lipca 1943 r., UPA zaatakowało 99 miejscowości na Wołyniu, by dokonać rzezi wiernych i kapłanów, którzy gromadzili się w kościołach na nabożeństwach

IPN
Zamordowani mieszkańcy wsi Chołopecze, powiat Horochów, Woły

Kilka lat temu w związku z Rokiem Kapłańskim Centrum Ucrainicum KUL w Lublinie, we współpracy z lubelskim odziałem IPN, Katolickim Stowarzyszeniem „Civitas Christiana” oraz Konsulatem Generalnym RP w Łucku, zorganizowało wystawę poświęconą martyrologii polskiego duchowieństwa na Kresach Wschodnich II RP, głównie w diecezji łuckiej, które padło ofiarą ukraińskich nacjonalistów w latach II wojny światowej. Ekspozycji nadano symboliczną nazwę: „Niedokończone Msze wołyńskie”. Pamiętamy, że kulminacją tej zbrodni była tzw. Krwawa niedziela, czyli 11 lipca 1943 r., kiedy to UPA zaatakowało 99 miejscowości na Wołyniu, by dokonać rzezi wiernych i kapłanów, którzy w tym dniu gromadzili się na nabożeństwach. Zebrani na modlitwie podczas Mszy św. mieli być łatwą zdobyczą dla morderców, którzy w ten sposób rozpoczęli na masową skalę akcję depolonizacji Wołynia. Ale warto wiedzieć, że przerwane Msze św. były rzeczywistością Wołynia już kilka miesięcy wcześniej – w okresie wielkanocnym, w kwietniu 1943 r.

Wielkanoc będzie czerwona

W okresie poprzedzającym Wielkanoc 1943 r. na Wołyniu pojawiły się wśród polskiej ludności roznoszone przez ukraińskich sąsiadów złowieszcze pogłoski, że „Wielkanoc będzie czerwona od krwi Polaków”. Trwające już od ponad dwóch miesięcy masowe mordy całych polskich wsi w powiatach Sarny i Kostopol czyniły te pogłoski wiarygodnymi. Polacy, w tym dzieci, byli mordowani w bestialski sposób przy pomocy siekier, wideł, bagnetów i noży. Oddziały UPA nie oszczędzały nawet rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich. Okres Wielkiego Tygodnia należał do najstraszniejszych. W nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek w Janowej Dolinie k. Kostopola, w której 97 proc. ludności stanowili Polacy, doszło do rzezi ponad 600 osób. W Wielki Piątek oddział Iwana Kłymyszyna „Kruka” napadł na wieś Zabara w powiecie Krzemieniec. Podpalano domy, mordowano mieszkańców siekierami, złapanych uciekinierów wrzucano do płonących budynków. Zginęło ok. 70 osób. W Wielką Sobotę w Hucie Antonowieckiej zabito ok. 50 Polaków. Mordy kontynuowano w Niedzielę Wielkanocną i drugi dzień świąt. Nasiliły się po świętach, w maju 1943 r. We wspomnieniach dowódcy sotni UPA Maksyma Skorupskiego „Maksa” czytamy: „Poczynając od naszej akcji na Kuty 2-3 maja, dzień w dzień, zaraz po zachodzie słońca niebo kąpało się w blasku pożogi. To płonęły polskie wsie”. Mordercy, wykorzystując fakt szukania przez bezbronnych Polaków pomocy u Niemców i partyzantki sowieckiej, cynicznie próbowali usprawiedliwiać ludobójstwo rzekomą współpracą Polaków z wrogami UPA. W czerwcu tego roku Dmytro Klaczkiwski – „Kłym Sawur”, dowódca UPA-Północ, wydał rozkaz „wymordowania wszystkich Polaków”.

Nie tylko „Krwawa niedziela”

Kulminacją zaplanowanej zbrodni była niedziela 11 lipca 1943 r. W tym dniu śmierć ponieśli także kapłani. Ks. Józef Aleksadrowicz został zamordowany przez UPA podczas porannej Mszy św. w kościele w Zabłotcach. Miejsce jego spoczynku pozostaje nieznane. Zginął także ks. Jan Kotwicki, proboszcz parafii Chrynów k. Włodzimierza Wołyńskiego. W niedzielę 11 lipca 1943 r. ludzie wychodzący ze Mszy św. zostali zawróceni przez Ukraińców do kościoła. Do wnętrza banderowcy najpierw wrzucili granaty, a potem zaczęli strzelać do stłoczonych ludzi. Zabijano tych, którzy usiłowali się wydostać na zewnątrz. UPA zamordowało w kościele i wokół niego 150-200 osób. Kościół po kilku dniach spalono. Proboszcza zastrzelono podczas próby ucieczki przez zakrystię. Jego ciało zostało pochowane na cmentarzu we Włodzimierzu. Z kolei ks. Bolesław Szawłowski, proboszcz parafii w Porycku, według relacji świadków, miał podczas masakry parafian w kościele zostać ranny w nogę i rękę, spadł z ambony i udając trupa, doczekał wieczoru. Następnie doczołgał się do domu popa, który się nim zaopiekował. Kiedy upowcy nie znaleźli wśród zamordowanych ciała księdza, zorientowali się, że ukrył się u popa. Przyszli do jego domu i dokonali bestialskiego mordu na księdzu. Pop miał udzielić ks. Szawłowskiemu przed śmiercią ostatniej posługi kapłańskiej, a potem pochować jego ciało. Po zakończeniu mordu w kościele banderowcy splądrowali zakrystię, zabrali kielichy i monstrancje. Pijąc mszalne wino, śmiejąc się, dzielili się swoimi wrażeniami. Zwłoki prawie 200 ofiar mordu w Porycku Ukraińcy kazali wrzucić do wykopanych na ich polecenie dołów w odległości zaledwie 25-30 m od kościoła.

W kolejnych tygodniach i miesiącach księża ginęli mordowani za stawanie w obronie swoich parafian oraz za odmowę przejścia na prawosławie lub odmowę publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej, za modlitwę w intencji zamordowanych, za ukrywanie swoich wiernych w klasztorach. Ginęli w czasie ucieczek, w drodze. Niektórych palono żywcem w świątyniach. Innych zrzucano z mostów do rzeki, jeszcze inni ginęli w męczarniach, przywiązywani między dwie deski i przecinani piłą. Ciała ofiar zakopywano w nieoznaczonych miejscach. Jeden z dowódców upowskich, „Rudyj” – Jurij Stelmaszczuk, w czasie przesłuchania opowiadał: „Kiedy już nie pozostał ani jeden żywy człowiek, kopaliśmy wielkie doły, zrzucaliśmy tam wszystkie trupy, zasypywaliśmy ziemią oraz, żeby ukryć ślady tego strasznego grobu, paliliśmy na nim wielkie ogniska i szliśmy dalej. Tak przechodziliśmy od wsi do wsi. Całe bydło, wartościowe rzeczy, mienie i żywność zabieraliśmy, a budynki i inne mienie paliliśmy”. Zdarzało się też, że ofiary wrzucano do studni. Świątynie były nieraz burzone do fundamentów. Taki los spotkał ponad 50 kościołów rzymskokatolickich na Wołyniu. W jednym z rozkazów tak wytłumaczono barbarzyńskie metody niszczenia: „Jeśli ostanie się cokolwiek polskiego, to Polacy będą zgłaszali pretensje do naszych ziem”.

Dokończyć Msze wołyńskie

W jednym ze wspomnień napisanych przez ocalałego świadka rzezi czytamy znamienne słowa: „Antychryst rozpoczął swą działalność!”. Rzeczywiście zło na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w czasie wojny przekroczyło wszelkie ludzkie wyobrażenia. Tylko moc Bożego Miłosierdzia może się zmierzyć z taką tajemnicą zła. Dlatego trzeba – jak powiedział bp Marcjan Trofimiak, ordynariusz diecezji łuckiej – „dokończyć sprawowanie tych Mszy św., które niegdyś zostały przerwane i pozostają niedokończone”. Modląc się za ofiary, za wszystkich, którzy opłakują swoich bliskich, trzeba modlić się także za tych, „którzy w swoim zaślepieniu, podeptawszy przykazania Boże i Chrystusową naukę o miłości, podnieśli rękę na brata. Boże, przebacz im”. Warto dodać też intencje o zachowanie pamięci, ale także o jej uzdrowienie, o prawdę, o próbę przełamania przekleństwa historii przez wzajemne otwarcie na wrażliwość drugiej strony oraz o budowanie relacji polsko-ukraińskich na tym, co w przeszłości było wyrazem człowieczeństwa, a teraz ma moc budowania mostów, np. na pamięci o sprawiedliwych Ukraińcach, którzy ratowali polskich sąsiadów z narażeniem swojego życia. Wreszcie –nie można mówić o pojednaniu w sytuacji, kiedy szczątki pomordowanych leżą nadal w bezimiennych, nieoznaczonych dołach i nie mogą być należycie upamiętnione przez rodziny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: pierwszy pielgrzymkowy „szczyt”

2019-07-15 18:09

it / Częstochowa (KAI)

Na Jasnej Górze odbywa się dziś pierwszy tzw. pielgrzymkowy szczyt. Na święto Matki Bożej Szkaplerznej przybyły tysiące pątników. Dwie piesze pielgrzymki diecezjalne i kilka mniejszych. Wszystkim towarzyszyła modlitwa o owoce Ducha Świętego, nowe powołania i za Polskę.

Bożena Sztajner/Niedziela

W 39. pielgrzymce przemyskiej wśród 1,2 tys. osób podążał jak zwykle metropolita przemyski abp Adam Szal, który podkreślał, że czuje wielką potrzebę bycia z ludem Bożym. - Myślę, że pielgrzymka piesza jest pięknym obrazem Kościoła będącego w drodze, Kościoła, który jest nieraz utrudzony, ma przeszkody, ale ma jasno sprecyzowany cel. Dla nas pielgrzymów tym celem jest wspólne przebywanie, wspólna modlitwa, i dojście na Jasną Górę, by uczestniczyć we Mszy św., bo Matka Boża doprowadza nas do Eucharystii. Czuję potrzebę serca, aby iść razem z tym Bożym ludem - mówi.

- Czujemy radość, szczęście i emocje, które są nie do opisania. Taki miesiąc poślubny na pielgrzymce, żeby podziękować Matce Bożej za to, że dała nam siebie - podkreślają nowożeńcy, którzy w ślubnych strojach wkroczyli w progi Jasnej Góry.

W drodze modliliśmy się za Polskę – powiedziała Bożena z Jarosławia. Wyjaśniła, że było np. nabożeństwo za Ojczyznę, bo „w dzisiejszych czasach bardzo ważna jest modlitwa za nasz kraj”. - Mieliśmy też białe koszulki z czerwonymi napisami, by idąc przypominać o Polsce – zauważyła pątniczka.

- Doświadczaliśmy ogromnej życzliwości od ludzi przez wszystkie dni naszego pielgrzymowania – zaznaczył pan Kazimierz. Jak podkreślił „właściwie niczego nam nie brakowało w drodze”.

Dla pani Heleny była to pierwsza piesza pielgrzymka. - Jestem pierwszy raz z trójką dzieci przede wszystkim dlatego, że chciałam moje dzieci zawierzyć Matce Bożej. Było wspaniale – wyznała.

W tym roku na pielgrzymce przemyskiej była nowość. Diecezjalne Radio Fara zainicjowało sztafetę różańcową. - W czasie całej pielgrzymki a więc przez 12 dni, ludzie modlili się na różańcu przez całą dobę - powiedział ks. Zbigniew Suchy, koordynator pielgrzymki. Duchową łączność przeżywało ok. 2 tys. osób.

Pielgrzymi podkreślają, że pogoda w tym roku była wspaniała. - Ani razu nie musieliśmy wyciągać deszczowników - zauważają.

Hasłem pielgrzymki przemyskiej były słowa „W mocy Bożego Ducha”. - Zastanawiamy się nad bardzo ważną tajemnicą naszej wiary, tajemnicą obecności Ducha Świętego w życiu Kościoła i życiu każdego z nas. Rok temu zastanawialiśmy się nad darami Ducha Świętego, które w sposób szczególny otrzymujemy w sakramentach świętych, szczególnie w sakramencie bierzmowania, a w tym roku realizowaliśmy jakby następny etap, zastanawiając się jak przynosić owoce, o których pisze św. Paweł w liście do Galatów – powiedział abp Szal.

Na Jasnej Górze na pielgrzymów oczekiwał pochodzący z arch. przemyskiej bp Jan Ozga, który od 31 lat posługuje na misji w Kamerunie. -Moja obecność związana jest z osobistym doświadczeniem tutaj, na Jasnej Górze - wyjaśnia bp Jan Ozga – W 1988 r. przed wyjazdem na misję w ramach akcji ‘100 misjonarzy jako żywy dar Kościoła polskiego’, byłem tutaj, żeby jasnogórskiej Pani, a przez Nią Bogu zawierzyć posługę w świecie misyjnym i wtedy też powiedziałem, że ‘ilekroć będę w Polce, tylekroć w Twoim domu’. To jest spełnienie słowa, ale i pragnienie serca, bo zawsze znajduję kilka godzin czasu, by tu zawierzyć siebie, swoją rodzinę, Kościół powszechny, misyjny.

85. kompania poznańska szła „Z Maryją w nowe czasy” i wpisywała się w trwający w arch. poznańskiej czas nawiedzenia kopii Cudownego Obrazu.

- Dla wielu jest to czas powitania i zaproszenia Matki Bożej do naszych wspólnot parafialnych. Szczególną intencją, którą powierzamy są nowe powołania, których w naszej archidiecezji brakuje – powiedział jeden z kapłanów.

W pielgrzymce poznańskiej przyszło prawie 1,7 tys. pątników. Pani Elżbieta przyszła czwarty raz z córką i synem. - Było wiele trudności, ale udało się dojść, za co bardzo dziękuję Matce Bożej. Dla mnie jest to czas wyciszenia, zatrzymania się. Oczywiście mam intencje, ale chciałam przez te 11 dni być bliżej Pana Boga, i dziękuję, że mam do Kogo pielgrzymować – powiedziała pątniczka.

Jasnogórskie prymicje witając pielgrzymów odprawiał bp Szymon Stułkowski, od dwóch miesięcy biskup pomocniczy arch. poznańskiej. - Mam duże poczucie wdzięczności za ich świadectwo wiary - mówił i wyjaśniał: „oni omadlają nas, naszą diecezję, Kościół, ofiarują cierpienie, zmęczenie, to jest piękne”. - Z wielką wdzięcznością tu staję, bo też to przeżywałem jako pielgrzym i dziś cieszę się, że jako biskup mogę ich witać – zaznaczył biskup.

- Peregrynacja kopii Cudownego Wizerunku Matki Bożej to dla wielu osób okazją, aby zmobilizować się do tego, żeby wyruszyć na Jasną Górę, o czym świadczy duża liczba pielgrzymów, którzy po raz pierwszy wyruszyli - zauważa ks. Jan Markowski, kierownik pielgrzymki. Dodaje, że „w jednej z grup nawet 1/3 pielgrzymów to pierwszaki, więc należy ich podziwiać i zachęcać do dalszego pielgrzymowania”.

W zależności od miejsca wyjścia pątnicy w ciągu 10-13 dni pokonywali ok. 290 km. Na trasie wspierało ich 32 księży, 13 kleryków, 17 sióstr zakonnych oraz 2 braci.

- Gdy człowiek pójdzie w pielgrzymce pierwszy raz, to potem nie sposób jest się wyrwać. Jesteśmy dla siebie jak rodzina, wspieramy się, wiemy o sobie takie rzeczy, o których normalnie się nie mówi. Przyciąga też to, że ma się poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty. Teraz, gdy tu już dotarliśmy, czujemy ogromną radość, że jesteśmy u stóp Matki, ale także smutek, że te 11 dni właśnie dobiega końca – powiedziała Kinga z Grodziska Wielkopolskiego.

Już od wczoraj na Jasnej Górze modlą się uczestnicy 150. pielgrzymki piotrowskiej, ale przybyły także grupy m.in. z Trzebuni, Rozprzy czy Gorzkowic. Większość pozostanie do jutra, by tu przeżywać maryjny odpust. Msza św. odpustowa sprawowana będzie na szczycie o godz. 11.00.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

"Śladami Jezusa” – multimedialna wystawa na Jasnej Górze

2019-07-15 19:36

AKW

Bożena Sztajner/Niedziela

Multimedialna wystawa pt. „Śladami Jezusa” zorganizowana na parkingu nieopodal Domu Pielgrzyma przy Jasnej Górze została oficjalnie otwarta. W symbolicznym odsunięciu kotary prowadzącej do wystawowych przestrzeni uczestniczyli bp Andrzej Przybylski – biskup pomocniczy w Częstochowie, o. Waldemar Pastusiak, paulin, kustosz Jasnej Góry, Krzysztof Noworyta – pomysłodawca i realizator wystawy, o. prof. Narcyz Klimas – franciszkanin, opiekun merytoryczny wystawy, dr Artur Dąbrowski – prezes Akcji Katolickiej w archidiecezji częstochowskiej.

Zobacz zdjęcia: Otwarcie wystawy "Śladami Jezusa"

Twórcy ekspozycji zastosowali nowoczesne środki wyrazu, aby ukazać zwiedzającym historię Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa, ale jak podkreśla Krzysztof Noworyta, wykorzystali przede wszystkim wyniki badań naukowych. Nowoczesny kształt wystawy: wykorzystanie filmów, animacji komputerowych, a nawet zapachów, stworzonych na podstawie biblijnych opisów pozwala zwiedzającym na odbycie podróży do źródeł chrześcijaństwa.

- Jeżeli ambicją każdego wierzącego człowieka jest naśladowanie Jezusa, to nie da się tego zrobić bez poznania tych miejsc, w których Jezus żył i kształtował swoje człowieczeństwo – podkreślił podczas otwarcia bp Andrzej Przybylski. Dodał, że liczy, że wystawa będzie dla każdego zwiedzającego osobistym kontaktem z przestrzenią Bożego Grobu, Wieczernika i Góry Oliwnej, a także przypomnieniem o chrześcijańskiej obecności w tym miejscu, obecności, która dziś jest ciągle zagrożona. Wystawa ma też swój wymiar kulturowy – przypomina, że nasza cywilizacja polska, europejska, jest zbudowana na fundamencie judeo-chrześcijańskim. Ziemia Święta i to co się w niej wydarzyło jest w sporej odległości od Europy, ale duchowo są to nasze fundamenty.

O. Waldemar Pastusiak – kustosz Jasnej Góry pogratulował twórcom pomysłu. - Wystawa to dobry moment, aby spotkać się z Ziemią Świętą – powiedział. - Mam nadzieję, że przyniesie dobre owoce, a pielgrzymi zostaną ubogaceni zarówno spotkaniem z Matką Bożą na Jasnej Górze, ale też poznaniem Ziemi Świętej.

Wystawa zajmuje ok. 900 m. kw. Narratorem prowadzącym widza jest aktor Piotr Fronczewski. Dopełnieniem jego narracji jest śpiew syryjskiej artystki mieszkającą w Polsce - Myrne Kbbeh. Wystawa będzie dostępna w Częstochowie do 27 października br.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem