Reklama

Bóg stawia nam konkretnych ludzi na drodze

2016-07-27 14:51

Katarzyna Jaskólska
Edycja zielonogórsko-gorzowska 31/2016, str. 4-5

Piotr Jaskólski
Iwona Nowak pracuje w Wydziale Duszpasterstwa Rodzin

Z Iwoną Nowak rozmawia Katarzyna Jaskólska

KATARZYNA JASKÓLSKA: – Wciąż słyszymy, że teren naszej diecezji opanowała wręcz plaga rozwodów. Nie mówiąc już o ludziach, którzy się co prawda nie rozwiedli, ale i tak żyją, jakby ich małżeństwo przestało istnieć.

IWONA NOWAK: – Na pewno mają bardzo pod górkę.

– Przyszedł kryzys, jeden, drugi, ludzie się poddali. Ale czy kryzys zawsze musi się pojawić? Nie da się tego jakoś uniknąć?

– To jest wpisane w życie, że ludzie popełniają błędy. Nawet jeśli podejmują decyzję o małżeństwie, czyli o stworzeniu wspólnoty, to i tak długo jeszcze myślą „ja”. Ja potrzebuję, ja wymagam. Kiedy takie dwa „ja” się spotkają, zgrzyt po prostu musi nastąpić. Trzeba się tego uczyć, że jedno dla drugiego może z czegoś zrezygnować w imię miłości.

– Skoro więc kryzys jest czymś normalnym w małżeństwie, to w takim razie normalne powinno być, że ludzie sobie z tym jakoś poradzą?

– Wielu ludziom niestety się wydaje, że kryzys jest przekreśleniem wszystkiego. Żyjemy w czasach, kiedy duża liczba osób najpierw ze sobą mieszka, a dopiero później – czasem nawet po latach, kiedy są już dzieci – pojawia się myśl o małżeństwie. Ludzie nie rozumieją, że małżeństwo niczego nie finalizuje, że to dalsza droga. I kiedy po ślubie pojawią się zgrzyty czy większe kryzysy, wydaje im się, że to koniec. Tak się dzieje w wielu przypadkach.

– W takim razie gdzie szukać pomocy – ale takiej pomocy, która nauczy samodzielnie pokonywać przynajmniej część zgrzytów?

– Niektórzy mówią, że mają taką siłę, taką mądrość w sobie i że sami potrafili sobie poradzić. Ja osobiście nie mogę tak powiedzieć, bo moje doświadczenie jest takie, że gdyby nie Pan Bóg i ludzie, którzy stanęli na mojej drodze, to nie wiem, co byłoby z moim małżeństwem i z moją rodziną.

– Pan Bóg i ludzie...

– Bóg stawia nam konkretnych ludzi na drodze. Bardzo Mu za nich dziękuję. A szczególnie mam na myśli Siostry Uczennice Krzyża. To zgromadzenie, które nie ma swojego domu na naszym terenie, ale są w naszej diecezji ludzie, którzy z ich pomocy korzystają od lat.

– Jak się Pani z nim zetknęła?

– Stanęły na mojej drodze dokładnie w dziesiątą rocznicę ślubu. To był zupełny przypadek. Po pierwszym roku mojej pracy w szkole zbliżały się wakacje i ktoś mi powiedział, że można pojechać do tych sióstr na wakacyjne rekolekcje. Byliśmy wtedy z mężem jeszcze na dorobku, więc propozycja takich tanich wakacji była bardzo atrakcyjna, szczególnie dla ludzi bez samochodu i z małymi dziećmi. Do tego jeszcze namawiali nas znajomi. Pamiętam, że Krzysiu przyszedł do nas na herbatkę i przekonał mojego męża, bo mnie nie trzeba było namawiać, zachwyciłam się tym pomysłem od początku. Ale mężczyzna z mężczyzną sobie pogadali i pojechaliśmy do Pobierowa na pierwsze z wielu rekolekcji do Uczennic Krzyża. Siostry mieszkały tam wtedy jeszcze w takim zabytkowym domostwie, ale ze względu na decyzję konserwatora zabytków później musiały się stamtąd przenieść.

– Co jest takiego ujmującego w tych siostrach?

– Byliśmy nimi zauroczeni, zwłaszcza ich duchowością. Zaczęliśmy szaleć z Panem Bogiem. Charyzmat Uczennic Krzyża opiera się przede wszystkim na tym, że mają służyć małżeństwom i rodzinom. W tej chwili mają już bardzo mocno rozbudowane kierunki działania. Ich praca apostolska skierowana jest do dzieci, młodzieży, studentów, całych rodzin i osób samotnych. Po jakimś czasie powstała też wspólnota Uczniów Krzyża, czyli ludzi świeckich, którzy po odpowiednim czasie formacji przyrzekają publicznie, że będą tę duchowość również w swoim życiu małżeńskim pielęgnować.

– Jak wyglądają rekolekcje z siostrami?

– To czas „do tańca i do różańca”. Siostry bawią się z nami, tańczą, śpiewają, opowiadają żarty, przebierają się, uczą choreografii… Robią to przepięknie, każda z nich ma jakieś talenty. Nawet słyszałam o siostrze, która nie umiała śpiewać ani grać na gitarze, a gdy wstąpiła do wspólnoty, to ułożyła tekst, nauczyła się grać i napisała znaną do dziś pieśń „Już teraz we mnie kwitną Twe ogrody”.
Dzień rekolekcyjny zaczyna się o godz. 8 modlitwami porannymi. Mogą to być zwykłe modlitwy, może być Liturgia Godzin. Po śniadaniu jest czas na konferencję, a po niej wyciszenie. Około południa mamy Mszę św. Po obiedzie jest czas dla rodziny – można wtedy we własnym zakresie zwiedzać okolicę. A jest gdzie jeździć, bo rekolekcje są organizowane w górach, nad morzem i w takich miejscach, gdzie znajdują się jakieś atrakcje.
Po godz. 16 jest kolejna konferencja i chwila wyciszenia lub adoracji. Po kolacji może być kolejna konferencja albo jakieś spotkanie integracyjne.

– A co z dziećmi?

– Ponieważ są to rekolekcje nastawione na rodziny, opieka nad dziećmi jest zorganizowana. I to zorganizowana na bardzo wysokim poziomie. Siostry mają świadomość, że jeśli rodzic musi się na jakiś czas odseparować od małego dziecka, to jeśli opieka nie będzie solidna, rodzic będzie cały czas się zamartwiał i nie skupi się na programie rekolekcji. Siostry robią zajęcia dla dzieci w różnych grupach wiekowych, tak żeby nikt się nie nudził. Przy okazji siostry też ewangelizują dzieci. A przy zupełnych maluchach gwarantowana jest indywidualna opieka. Jedna siostra jest opiekunką takiego dziecka do końca rekolekcji, rodzice mówią, jakie są potrzeby, i spokojnie mogą uczestniczyć w swoich zajęciach.
Kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz, nasz najmłodszy synek miał 8 miesięcy. Siostra postulantka wzięła go i zajęła się nim. A ja z mężem mogłam spokojnie posiedzieć, posłuchać.

– To duże udogodnienie.

– Te rekolekcje są podobne do Dialogów Małżeńskich albo do zasiadania w Domowym Kościele. Chodzi po prostu o to, żeby małżonkowie mieli w ciągu dnia czas wyłącznie dla siebie, w odosobnieniu. Żeby mogli się pomodlić albo po prostu pójść gdzieś na łąkę, na spacer i porozmawiać. Zwłaszcza ci, którzy mają gromadkę małych dzieci, potrzebują takiego wytchnienia.
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że wyjazd z małymi dziećmi jest kłopotliwy. Ale Uczennice Krzyża tak to mają przemyślane, że ludzi chętnie do nich jeżdżą. Przyjeżdżają przecież nawet matki z dzieckiem przy piersi, więc zupełnie malutkim.

– Wielu ludzi nie chce wchodzić do wspólnoty, zwłaszcza kiedy już mają dzieci, bo boją się, że będą musieli się angażować i nie zostanie im czasu na nic.

– A rozwój duchowy w rodzinie jest bardzo ważny. Niekoniecznie wszystko musimy robić perfekcyjnie. Dobrze jest trochę odpuścić w jednej sferze, a w zamian postawić trochę więcej na duchowość. Trzeba zaufać Panu Bogu. Choćby takie rekolekcje – to naprawdę ważny czas dla całej rodziny, dla integracji, dla wzrostu duchowego. Wzrost duchowy jest w małżeństwie naprawdę ważny.
W ogóle ważne jest pielęgnowanie relacji małżeńskiej. Nie można skupiać się wyłącznie na dzieciach. One nie mogą stać się najważniejsze. I dzieci muszą o tym wiedzieć. Bo nie może być tak, że dzieci są na pierwszym planie, a mąż czuje się odsunięty albo żona czuje się niedowartościowana. Jeśli rodzice są nieszczęśliwi, to dzieci to widzą, wyczuwają i same też nie są szczęśliwe. Kiedy rodzice się przytulają, mówią do siebie czułymi słowami, szanują się, to dzieci uczą się tego od nich.
Bardzo trudno jest dbać o duchowość bez wspólnoty. Jeśli się jakąś znajdzie, to warto przy niej trwać. A wspólnoty są przecież różne, więc niekoniecznie trzeba się zatrzymać na tej pierwszej, jeśli nie do końca nam pasuje. Ja polecam Uczennice Krzyża, bo je dobrze znam i odnajduję się w tej duchowości. Oczywiście pamiętajmy, że samo wejście do wspólnoty nie rozwiąże naszych problemów. Po latach to odkryłam. Chodzi o ciągłe nawracanie się. Ciągłe pytanie Pana Boga, gdzie jest moje miejsce. A wspólnota bardzo w tym pomaga. Bo w codzienności bardzo często o tym zapominamy i drugi człowiek, stojący trochę z boku, może nas naprostować. Poza tym również w samym małżeństwie się zmieniamy, dzieci dorastają, odchodzą z domu – codziennie na nowo stajemy wobec różnych sytuacji i nie będzie jednego gotowego rozwiązania. We wspólnotach małżeńskich mamy możliwość skorzystania z doświadczeń innych par, uczyć się od siebie nawzajem.

– Przeciętnemu człowiekowi wydaje się, że wejście do wspólnoty kościelnej oznacza tylko długie modlitwy. A przecież wspólnota pomaga nam się rozwijać na różnych poziomach.

– To wielki błąd. Każdy członek wspólnoty daje innym świadectwo swego życia. Teraz jest tendencja do takiego izolowania się od innych, bo tyle jest zagrożeń. Ale w konsekwencji zostaje się samemu. I to jest bardzo niebezpieczne, bo łatwo zbłądzić. Człowiek jest jednak istotą społeczną i potrzebuje innych. Dlatego warto szukać wspólnoty.
Uczennice Krzyża szukają wciąż nowych pomysłów, również na formację w ciągu roku. Ciekawą propozycją są np. rekolekcje dla ojców i córek albo matek i synów, albo dla ojców i synów oraz matek i córek.
Szczerze powiem, że byłoby wspaniale, gdyby w którymś momencie siostry zamieszkały również w naszej diecezji, bo owoce ich posługi są naprawdę piękne. Aktualnie z Uczennicami Krzyża mają kontakt głównie rodziny z Zielonej Góry. Spotykamy się dwa razy w miesiącu, żeby rozważać Pismo Święte. Raz na dwa miesiące przyjeżdża siostra i wtedy mamy dzień skupienia, najczęściej w Ochli albo w Drzonkowie. Samych małżonków jest około 20 osób, a jak doliczyć do tego dzieci, to nasza wspólnota jest całkiem spora. Jesteśmy otwarci na nowe małżeństwa.
Dodam jeszcze, jeśli ktoś zainteresował się Uczennicami Krzyża i chciałby jakoś wspomóc ich pracę, że jest Fundacja Dom na Skale z siedzibą w Czmońcu, na którą można na przykład przekazać 1% swojego podatku. O samych siostrach można poczytać na stronie www.uczennicekrzyza.pl.

Tagi:
wywiad

Zamiast muzycznej kariery wybrał kapłaństwo

2019-06-26 18:39

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

"Jestem przekonany, że spełniam wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica" - mówi diakon Maciej Czaczyk, który wraz z dwójką innych kandydatów przyjmie święcenia prezbiteratu w szczecińskiej katedrze. W 2011 roku 17-letni wówczas licealista z Gryfina wygrał telewizyjne "Must be the music". Potem jednak wybrał inną drogę życiową.

Screenshot/www.youtube.com

Piotr Kołodziejski (KAI): Po wygranej w programie była nagrana płyta, a potem... decyzja o wstąpieniu do seminarium. Nie żałujesz tej decyzji z perspektywy lat?

Maciej Czaczyk: - Nie żałuję. To po prostu mega duża przygoda, potężna otwierająca życie. Szczęśliwe życie. Także nie sposób żałować.

KAI: Pamiętam moment, kiedy ogłosiłeś, że wstępujesz do seminarium. W mediach była duża konsternacja. Czy docierały do Ciebie komentarze w stylu "Co ty robisz człowieku?"

- Nie czytałem tych komentarzy, ale przyznam, że w prywatnych wiadomościach docierały do mnie głosy niezrozumienia. Niektórzy krytykowali bardzo mocno i czuli się zawiedzeni. Poniekąd ja sam byłem zaskoczony tą decyzją.

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „realizacja pasji dla pasji jest pusta”. Co to oznacza?

- Myślę, że na każdym etapie trochę inaczej to rozumiałem. Dziś myślę po prostu, że sam dla siebie nie jestem celem. Moje realizowanie siebie, choć jest piękne i potrzebne, żeby się rozwijać i realizować swoje pasje, jest bardzo potrzebne, ale to nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Bo człowiek jest kimś więcej i potrzebuje relacji do drugiego człowieka i miłości do drugiej osoby, żeby dawać z siebie. A nie tylko dziś każdy bardziej realizuje siebie, dla siebie, do siebie. Żeby jednak odbić w drugą stronę. Nie w stronę pasji i realizacji siebie, ale bardziej w stronę bycia dla innych. Jeśli pasja jest tak rozwijana, to jak najbardziej, ale ona wtedy nie staje się celem.

- Mówiłeś też, że jako dziecko chciałeś być księdzem, a więc u Ciebie to chyba nie był taki strzał, że nagle po sukcesie medialnym w konkursie telewizyjnym zdecydowałeś się zostać księdzem, tylko to w Tobie dojrzewało.

- Tak i to od malucha. Nim poszedłem do I Komunii Świętej i bliżej podszedłem do ołtarza, to już były zabawy w księdza. Bawiłem się w moim życiu i to pragnienie było. Tak jak dzieci bawią się w różne zawody. To była jedna z takich zabaw, ale okazuje się, że potem coraz bardziej chciałem iść w tę stronę.

- W tych zabawach bardziej skupiałeś się na głoszeniu kazań, czy to już były pierwsze próby grania na gitarze?

- Nie. Grania na gitarze wtedy nie było. Nie pamiętam czy wygłaszałem wtedy kazania. Pamiętam, że było „przeistoczenie”. Była taka śnieżnobiała cieniutka gąbeczka, materiał okrągły pod różańcem, który miałem. To był taki różaniec z Częstochowy. Spod różańca wyciągnąłem to i to pięknie wyglądało jak hostia. Było takie śnieżnobiałe i wyglądało jak hostia. Pamiętam podnosiłem się to do góry w tej zabawie.

- Wygrywasz konkurs, nagrywasz płytę. Czym dla Ciebie było wtedy szczęście, a czym jest teraz?

- Czułem wtedy na pewno radość. Było wiele emocji, stresu, a szczęście to nie emocje, bo te emocje później opadły, zaczęła się kariera i okazuje się, że to było jakieś puste głębiej. To opierało się tylko na doznaniach, emocjach, które ulatywały. Żyłem od fajerwerków do fajerwerków, od wywiadu do wywiadu, od koncertu do koncertu, żeby zapewnić sobie kolejne radochy życia, od imprezy do imprezy, a szczęście było cały czas niedostępne, nieosiągalne. No i zacząłem szukać.

- Powiedziałeś, że była w pewnym momencie doświadczyłeś pustki. Nie żałujesz więc tego doświadczenia na scenie. Czy ono było potrzebne w twoim życiu?

- Bardzo potrzebne i jestem wdzięczny najpierw Panu Bogu, a potem tym innym, których spotkałem. Wiele mnie nauczyli i to było bardzo cenne. Dziękuję im, że mogłem tego doświadczyć. To było wspaniałe doświadczenie.

- Czy to może być wskazówką dla tych młodych, którzy dziś poszukują swojej drogi i chcieliby jeszcze czegoś spróbować zanim podejmą ostateczną decyzję?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że warto rozwijać swoje pasje, talenty i też iść za tym, co w jakiś sposób odkrywamy w swoim życiu i czego pragniemy. Pan Bóg też często w tym jest. Często podsuwa takie pragnienia. Jeśli to są rzeczy, które nas prowadzą do dobrego, to trzeba za tym iść. Na pewno trzeba rozwijać talent i szukać szczęścia, ale polecam to robić z Panem Bogiem.

- Masz poczucie, że spełniasz Wolę Bożą na co dzień?

- Jestem przekonany, że spełniam Wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica. Mimo różnych uczuć każdego dnia, bo przecież uczucia się zmieniają, mam szczęście i pokój, że bez względu na to, co będzie się działo na morzu, jaka burza przyjdzie, to ta kotwica jest zakotwiczona. To jest mega ważne w momencie wybierania swojej drogi życiowej, żeby zakotwiczyć i wybrać drogę swojego powołania.

- Jak się Ciebie słucha, można stwierdzić, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Skoro się tak spełniasz, to nigdy nie było kryzysów?

- Szczęście to też kryzysy. Uczucia są różne. Miałem kryzysy. Myślę, że będę miał jeszcze nie jeden i nie dwa w swoim życiu, ale w seminarium, jak miałem kryzysy, to po nich siłą rzeczy stawałem bardziej w prawdzie o rzeczywistości o mnie i stawałem w realnym świecie, stawałem się mocniejszy. Szczęście nie wyklucza się z kryzysem.

- Czasem grasz na gitarze i pojawiasz się na scenie. Czy jest coś w diakonie Macieju Czaczyku z tego Maćka, który wygrywał „Must be the music”?

- Na pewno jest sporo rzeczy w tym Maćku Czaczyku, bo to tak naprawdę ten sam Maciek Czaczyk, chociaż niedługo kompletnie duchowo zmieni się moje życie, bo Chrystus przejmie stery oficjalnie, ale moje cechy charakteru, moje życie i patrzenie na wiele spraw ciągle wymaga nawrócenia, ale też cennych rzeczy nie zabrał mi Pan Bóg, a myślę, że jeszcze je pomnożył i rozwinął. Takie mam przeświadczenie.

- Jakie, Twoim zdaniem, są dziś motywacje kandydatów na księży?

- Wydaje mi się, że mogą być bardzo różne. Ale po to jest seminarium, aby rozeznać. Seminarium to nie jest „szkoła na księdza” ale czas rozeznawania. Niektórzy stwierdzają, że to nie jest ta droga i odchodzą. I o to chodzi. Lepiej być dobrym mężem i ojcem niż złym księdzem.

- Jak postrzegani są dziś kapłani w obliczu prób dyskredytowania Kościoła i tworzenia wizerunku Kościoła będącego w kryzysie?

- To nie jest raczej pytanie do mnie ale do jakichś sondażowni. Ja wiem, kim powinien być kapłan i jakim chcę być kapłanem. Każdy z nas ma być alter Christus, drugim Chrystusem. Można powiedzieć, że kryzys wizerunkowy był w Kościele od początku. O Jezusie współcześni też źle mówili, że żarłok i pijak, że siada przy stole z celnikami i grzesznikami. Patrząc na historię Kościoła można rzec, że gdy nas za bardzo chwalą to nie jest dobrze, bo to znak, że ulegamy panu tego świata. Kościół ma nie tyle dbać o wizerunek, ale o świętość swoich członków. A wszelki grzech widzimy jako ranę na ciele Chrystusa i nie możemy obok niej przechodzić obojętnie.

- Widzisz młodych ludzi na co dzień, którzy szukają swojej drogi życiowej. Czy są zagubieni, boją się odkryć swoją drogę? Jak patrzysz na nich?

- Patrzę na nich trochę jak na swoich młodszych kolegów i koleżanki. Widzę w nich też siebie. Wydaje mi się, że świetnie ich rozumiem. Szczególnym darem dla mnie była rodzina i rodzice. Dziś to często jest źródłem problemu, że rodziny się sypią. W tych relacjach. I ciężko to potem czymkolwiek uzupełnić. Coś, co jest fundamentalnym brakiem. Widzę, że są zagubieni. Widzę, że szukają szczęścia i nadziei w życiu. Szukają miłości. Myślę, że to się nigdy nie wyczerpie. Każdy szuka tego samego. Ktokolwiek będzie chciał spotkać się ze mną i rozmawiać na ten temat, to będę dzielił się swoim życiem. Jeżeli komuś to pomoże, to chwała Bogu.

- Co Maciej Czaczyk powie komuś, kto coś usłyszy w swoim sercu, ale boi się pójść za tym głosem dalej?

- Co ja mogę powiedzieć? Nie bój się. Mogę nawet zaśpiewać. (tu Maciej Czaczyk śpiewa) Nie bój się, chodźmy tam. To mój pierwszy singiel i jest blisko ze mną. Moja pioseneczka. Nie bój się, że ktoś ci powie, że coś, że ktoś będzie o tobie gadał. To zawsze będzie. Po prostu rób to, co Pan Bóg w sercu ci podsuwa i do przodu.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bł. Czesław szuka pracy

2019-07-16 11:54

Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 29/2019, str. 1

Archiwum Ojców Dominikanów
Zrekonstruowana w 2006 r. głowa bł. Czesława

Miał niebieskie oczy i przyprószone siwizną jasne włosy. Wyraźnie zarysowana broda, jasna cera, łagodne rysy budziły zaufanie. W chwili śmierci miał ok. 62-65 lat. Jan Długosz tak pisał o jego obronie Ostrowa Tumskiego 6 kwietnia 1241 r., gdy modlił się o odparcie najazdu Mongołów palących lewobrzeżne miasto wraz z klasztorem św. Wojciecha: „Ognisty słup od Boga posłany zstąpił z nieba na jego głowę i dziwnym blaskiem, nie dającym się opisać, oświecił miasto i jego okolice. Cudowne to zjawisko tak przeraziło Tatarów, że tracąc odwagę w sercach, odstąpili od oblężenia, a nawet uciekli”. Według tradycji zakonnej Bóg przyjął życie Czesława w zamian za ocalenie miasta. Tak wyglądał człowiek, który ofiarował swe życie za Wrocław.

Zrobiłam małą, uliczną sondę na temat osoby bł. Czesława. Na dziesięć pytanych osób tylko dwie wiedziały, że jest on patronem miasta. Ale nawet one nie były w stanie powiedzieć, co Błogosławiony zrobił dla Wrocławia. Wynik z pewnością zakwestionowaliby specjaliści od metod socjologicznych badań, a jednak warto przy okazji liturgicznego wspomnienia o bł. Czesławie nad tą informacją się zatrzymać.

We Wrocławiu żyli święci na miarę czasów i potrzeb, które te czasy niosły. Jednym z nich był Czesław. W obronie miasta sięgnął po oręż, który – według wielu – nie daje żadnych gwarancji. A jednak to nie miecz, ale modlitwa Czesława ocaliły Ostrów Tumski, po którym dziś z dumą spaceruje wielu szukających ciszy i atmosfery notabli miasta. Skromny zakonnik przypomniał o sobie po raz drugi, gdy w czasie oblężenia Festung Breslau w 1945 r. spłonął kościół św. Wojciecha, a osobliwym zrządzeniem losu ocalała jedynie kaplica z grobem Czesława. Wrocławianie uznali to wówczas za cud. Kult bł. Czesława znów zaczął się rozwijać i przypieczętowano ten rozwój oficjalnym ogłoszeniem go w 1963 r. przez papieża Pawła VI, na wniosek kard. Bolesława Kominka, głównym patronem Wrocławia.

O bł. Czesławie trzeba mówić, a podejmując coraz śmielsze inicjatywy w budowaniu splendoru Wrocławia, do jego wstawiennictwa się uciekać. Już raz ten oręż nie zawiódł. Kto wie, czy Bóg nie zechce przez modlitwę Czesława zesłać na miasto kolejnego cudu? Nie bójmy się powierzać Czesławowi trudnych spraw miasta – budowanych ulic, szkół, kościołów. Wielu świętych i błogosławionych podobno cierpi w niebie z braku pracy. Dostarczmy mu jej. Aby zdarzył się cud, muszą być ci, którym jest on potrzebny. To miasto bł. Czesława – pozwólmy mu o nie dbać.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zakończyła się Wakacyjna Ewangelizacja Bieszczadów

2019-07-22 13:22

pab / Polańczyk (KAI)

Ponad 70 osób przez tydzień uczestniczyło w Wakacyjnej Ewangelizacji Bieszczadów „Bieszczady dla Jezusa 2019” (WEB). Dziś ewangelizatorzy rozjeżdżają się do domów. – Warto się było „pomęczyć” przez ten tydzień. Bóg nam błogosławił, na co mamy mnóstwo dowodów. Ludzie płakali, dziękowali nam za ten czas. Informacja zwrotna była bardzo pozytywna. Wczoraj ustawiały się długie kolejki do modlitwy wstawienniczej – mówi ks. Mateusz Rutkowski, moderator Szkoły Nowej Ewangelizacji św. Jakuba Apostoła Archidiecezji Przemyskiej.

Archiwum Ewangelizacji Bieszczadów

WEB rozpoczął się w poniedziałek 15 lipca. Pierwsze cztery dni poświęcone były na rekolekcje i warsztaty. Ćwiczenia duchowe prowadził o. Maciej Ziębiec, redemptorysta z Torunia.

– W naszej ekipie są ludzie z różnych środowisk i z różnych stron Polski. Rekolekcje to czas, żeby złapać wspólnotę ze sobą. To też warsztaty do akcji. Uczestnicy bardzo doceniają tan czas. Najpierw my się umacniamy, żeby później iść i przekazać to dalej – powiedział w rozmowie z KAI ks. Mateusz Rutkowski.

– Na przybliżanie się do Pana Boga nigdy nie jest za późno i nigdy nie można powiedzieć, że już jestem na tyle uformowany, że nie potrzebuję rekolekcji – powiedziała Jadwiga Komenda.

Ten czas również bardzo docenia Kamila Liebchen, która mówi, że w poprzez rekolekcje tworzyła się wspólnota. – Tak jak ewangelizacja zaczyna się od kolan, tak nasza wspólnota też zrodziła się na kolanach przed Najświętszym Sakramentem. I to było czuć. Każdego dnia ta wspólnota tworzyła się, dopełniała i rozwija się coraz bardziej. Mam teraz poczucie, że nie wychodzę do tych ludzi sama, ale jest ze mną prawie 80 innych osób, które mnie wspierają dobrym słowem, modlitwą i przede wszystkim obecnością – mówi.

W ewangelizacji wzięło udział ponad 70 osób dorosłych. Niektórzy przyjechali całymi rodzinami. Łącznie grupa liczyła ponad 80 osób.

– Chcę przekazać ludziom, że miłość Boża nie zna granic i każdego z nich dotyka, i Pan Jezus czeka na nich z otwartymi ramionami – mówi Kamila Liebchen. Kobieta podkreśla, że najważniejszym przesłaniem, z którym ewangelizatorzy idą do ludzi, jest właśnie miłość. Przyznaje też, że takie wyjście wymaga pewnej odwagi. – Ale ja mam poczucie, że jest ze mną Duch Święty i ta odwaga nie należy do mnie. To nie jest taka ludzka odwaga tylko to jest posłanie od naszych pasterzy, a przede wszystkim wychodzimy z Duchem Świętym i to On działa i dodaje odwagi – zaznacza.

W piątek i sobotę ewangelizatorzy byli ze specjalnym performancem na Zaporze Solińskiej. To połączenie teatru, muzyki i tańca ze świadectwami wiary, modlitwą i możliwością rozmów z ewangelizatorami i księżmi. W sobotę wieczorem w amfiteatrze w Polańczyku dodatkowo odbył się „Christo Dancing”. – Chcemy dawać świadectwo i możliwość doświadczenia Kościoła, który nie jest smutny, ale potrafi się bawić i bez używek pięknie przeżywać swoje życie – zaznacza ks. Rutkowski.

W czwartek z ewangelizatorami spotkali się: emerytowany metropolita przemyski abp Józef Michalik i kard. Paul Cordes, były przewodniczący Papieskiej Rady Cor Unum. Kardynał podkreślił, że ewangelizacja jest bardzo ważnym dziełem, bo przypomina ludziom, że Bóg istnieje, żyje i działa. – To ważne, żeby się przełamać i dać świadectwo. Nie tylko wobec tych, których spotkaliśmy, dla nas samych to jest bardzo ważne. Dać świadectwo to znaczy potwierdź swoją wiarę. Czynisz coś dobrego dla Boga, dla ludzi, ale także żebyś swoją wiarę utwierdził – powiedział.

Kard. Cordes przypomniał słowa Benedykta XVI, który przestrzegał, że człowiek jest w ciągłym niebezpieczeństwie zapominania o Bogu. – Mówcie, opowiadajcie o Bogu, poświęćcie czas Panu Bogu. Czas to najcenniejsza rzecz, jaką mamy. Kiedy mamy wykreślić czas przeznaczony na jakiś cel, zawsze wykreślamy czas poświęcony Panu Bogu – zwrócił uwagę.

Po spotkaniu abp Michalik przewodniczył Mszy św. posłania, na zakończenie której ewangelizatorzy otrzymali krzyże na znak misji. Eucharystię koncelebrował również kard. Cordes. W homilii abp Michalik zwracał uwagę, że świadectwo świeckich często mocniej przemawia do ludzi, ponieważ niektórzy na słowa księdza lub biskupa się zamykają. – Nie trzeba narzucać, ale trzeba dać świadectwo z radości z tego, że jesteśmy blisko Pana i On jest blisko nas – powiedział.

W niedzielę natomiast Mszy św. przewodniczył abp Adam Szal. – Na pierwszym miejscu trzeba zwracać uwagę na to, co jest najważniejsze: na sprawy Królestwa Bożego, na sprawę naszego zbawienia, na sprawy Słowa Bożego. Podkreślał to wielokrotnie Chrystus – mówił metropolita przemyski.

Codziennie w Sanktuarium Matko Bożej Pięknej Miłości w Polańczyku sprawowane były wieczorne Msze św. Ponadto w piątek ulicami tej miejscowości przeszła Droga krzyżowa, którą przygotowała grupa teatralna Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Besku.

Ostatnim punktem ewangelizacji był projekt „Niebiańska plaża” na plaży na Cyplu w Polańczyku. Festyn z wieloma atrakcjami dla rodzin z dziećmi połączony był z koncertem zespołu Bankruci i działaniami ewangelizacyjnymi. Chętni mogli skorzystać m.in. z modlitwy wstawienniczej. Ludzie ustawiali się do niej w kolejkach.

– To był bardzo dobry czas. Warto się było „pomęczyć” przez ten tydzień. Bóg nam błogosławił, na co mamy mnóstwo dowodów. Ludzie płakali, dziękowali nam za obecność. Informacja zwrotna była bardzo pozytywna – podsumowuje ks. Mateusz Rutkowski.

Wakacyjną Ewangelizację Bieszczadów koordynuje Szkoła Nowej Ewangelizacji Św. Jakuba Apostoła Archidiecezji Przemyskiej i Katolickie Stowarzyszenie „Unum”. Włączają się w nią inne ruchy i stowarzyszenia katolickie działające na terenie archidiecezji przemyskiej.

Bieszczadzkiemu spotkaniu patronuje metropolita przemyski abp Adam Szal, a patronat medialny sprawuje Katolicka Agencja Informacyjna.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem