Reklama

Kościół

Misjonarz: w Republice Środkowoafrykańskiej dzieci wybierają między karabinem a instrumentem

W Republice Środkowoafrykańskiej dzieci naprawdę stają przed wyborem: dołączyć do rebeliantów albo pójść do szkoły muzycznej. – Nasza szkoła jest antidotum na wojnę. Mówimy dzieciakom: zostaw broń, weź instrument – powiedział PAP brat Benedykt Pączka, kapucyn, twórca African Music School w Bouar.

2026-07-19 07:33

[ TEMATY ]

misje

misjonarze

siepomaga.pl/brat Benedykt Pączka

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

PAP: Nazwa African Music School brzmi jak egzotyczna ciekawostka. Czym właściwie jest ta szkoła – elitarnym konserwatorium w afrykańskim buszu, projektem humanitarnym ukrytym pod płaszczykiem sztuki czy raczej świetlicą terapeutyczną dla dzieci z wojenną traumą?

Br. Benedykt Pączka OFMCap, zakonnik Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów: To przede wszystkim profesjonalna szkoła muzyczna. Powstała w Bouar, mieście liczącym około 40 tysięcy mieszkańców. Jest tam piętnaście szkół, mnóstwo dzieci i młodzieży, ale w całej Republice Środkowoafrykańskiej nie ma ani jednej szkoły muzycznej. A przecież to kraj, w którym ludzie od zawsze śpiewają, tańczą i grają. Zapraszamy młodych ludzi, żeby uczyli się muzyki. Dajemy im możliwość rozwoju, której wcześniej po prostu nie było.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

PAP: Tylko że wielu ludzi zapyta: po co budować szkołę muzyczną w państwie, gdzie trwa wojna, brakuje jedzenia, leków i bezpieczeństwa? Czy nie należałoby najpierw zadbać o biologiczne przetrwanie?

Reklama

B.P.: To bardzo dobre pytanie, na które odpowiadam zawsze tak samo: ta szkoła jest antidotum na wojnę. Zapraszamy młodzież, żeby zamiast brać do ręki broń, wzięła instrument. Nie ma wielu miejsc na świecie – a może nie ma ich wcale – gdzie młody człowiek naprawdę staje przed wyborem: dołączyć do rebelii czy pójść do szkoły muzycznej. My zamiast wojny proponujemy inną drogę, mówimy: zostaw broń, weź instrument.

PAP: Żeby zrozumieć sens tej odpowiedzi, trzeba najpierw zrozumieć Republikę Środkowoafrykańską. W Europie mówi się o niej głównie wtedy, gdy dochodzi do kolejnych masakr albo zamachów stanu.

B.P.: To piękny kraj zamieszkany przez około sześć milionów ludzi. Leży w samym sercu Afryki, graniczy z Czadem, Sudanem, Kamerunem oraz Kongiem. Problem polega na tym, że jest jednocześnie jednym z najbogatszych krajów pod względem surowców naturalnych. Są tam złoto, diamenty, drewno, uran i wiele innych bogactw. Konflikt, który trwa od lat, jest przede wszystkim konfliktem o te zasoby.

Do Republiki Środkowoafrykańskiej przyjeżdżają ludzie z różnych krajów. Jedni chcą wydobywać surowce, inni je kupować. Spotkałem nawet Polaka, który przyjechał po dziesięć kilogramów złota. Niewielu przybywa po to, żeby pomóc mieszkańcom.

PAP: Kim są rebelianci?

B.P.: Mówi się o kilkunastu grupach zbrojnych, które po prostu żyją z rebelii. Zastraszają ludzi, zabierają pieniądze, kontrolują kopalnie złota i diamentów, pobierają haracze. To jest cały system gospodarczy oparty na przemocy.

PAP: Gdzie w tym wszystkim jest państwo?

Reklama

B.P.: Państwo istnieje. Jest prezydent, parlament, administracja. Ale są ogromne obszary kraju, zwłaszcza przy granicach z Sudanem i Czadem, gdzie władza państwowa praktycznie nie dociera. Tam rząd nie jest w stanie nawet wysłać swoich przedstawicieli, bo oznaczałoby to walkę z rebeliantami. W takich miejscach państwa po prostu nie ma.

PAP: Kiedy myślimy o dzieciach walczących z bronią w ręku, wielu Polakom przyjdzie do głowy Powstanie Warszawskie – tam nastolatkowie walczyli po stronie dobra. A jak wygląda to w Republice Środkowoafrykańskiej?

B.P.: W grupach rebelianckich rzeczywiście są bardzo młodzi ludzie. Czasem mają czternaście czy piętnaście lat. Niedawno spotkaliśmy siedemnastolatka, który przyznał, że zabił dwadzieścia dwie osoby. Takie dzieci właściwie dorastają w wojnie. Widzą przemoc od najmłodszych lat, obserwują ludzi z bronią, uczestniczą w życiu oddziałów. Dla nich staje się to normalnością.

PAP: Co dzieje się w głowie czternastoletniego chłopca, który idzie do rebelii?

B.P.: Myślę, że wszystko zależy od tego, co mu się zaproponuje. Jeżeli ktoś zaoferuje mu jedzenie, buty, mundur, poczucie przynależności, to dzieciak pójdzie za tym. Do naszej szkoły dzieci przychodzą także dlatego, że wiedzą, iż dostaną ciepły posiłek. W piętnastu szkołach w Bouar nikt nie karmi uczniów. U nas najpierw jest obiad, dopiero potem lekcje muzyki.

Rebelianci też wiedzą, jak działa ludzka psychika, więc dają to, czego dzieci często nie mają w domu: jedzenie, ubranie, poczucie, że do czegoś należą.

PAP: Jak wasza szkoła wygląda od środka? Uczycie wyłącznie muzyki czy próbujecie też dać tym dzieciakom coś więcej?

Reklama

B.P.: Nasza szkoła działa popołudniami. Rano dzieci chodzą do szkół państwowych i tam uczą się matematyki, historii i tych wszystkich innych zwykłych przedmiotów. Do nas przychodzą po lekcjach.

Zawsze zaczynamy od obiadu. To nie jest dodatek do zajęć, ale ich część. W żadnej innej szkole dzieci nie dostają posiłku. U nas najpierw jedzą, a dopiero później zaczynają się lekcje gry na instrumentach. Uczą się fortepianu, gitary, perkusji, saksofonu, trąbki, fletu i śpiewu. Ale równie ważne jest to, że uczą się funkcjonować w grupie, współpracować i brać odpowiedzialność za innych.

PAP: Proponujecie dzieciom instrument zamiast broni. Piękne hasło, ale życie zwykle takie nie jest. Ilu waszych uczniów mimo wszystko trafiło do rebelii?

B.P.: Ani jeden. Nie było sytuacji, że chłopak, którego kilka miesięcy wcześniej uczyłem grać np. na gitarze, nagle zniknął, a potem dowiedziałem się, że walczy w którejś z bojówek.

Oczywiście nasi uczniowie wybierają różne drogi. Jedni zostają muzykami, inni uczą kolejne dzieci, jeszcze inni robią coś zupełnie innego. Ale nie znam ani jednego przypadku, żeby ktoś z naszej szkoły poszedł do rebeliantów.

Może dlatego, iż mają poczucie, że gdzieś jest ich miejsce, tam ktoś na nich czeka i są oni komuś potrzebni. Muzyka jest ważna, ale ona sama niczego nie załatwia. Najważniejsze jest to, że ci młodzi ludzie tworzą wspólnotę.

PAP: Czy zdarzyło się, że rebelianci przyszli do waszej szkoły i próbowali zabrać z niej dzieci?

Reklama

B.P.: Nie było takiej sytuacji. Nasza szkoła jest w mieście, a rebelianci żyją przede wszystkim w buszu i nie chodzą po szkołach. To nie znaczy jednak, że dzieci są całkowicie bezpieczne – czasem są porywane dla okupu.

PAP: I co wtedy robicie?

B.P.: Rozmawiamy. Jeżeli trzeba, płacimy.

PAP: Płacicie bandytom?

B.P.: A jaka jest alternatywa? Tutaj nie ma oddziałów specjalnych, które przylecą śmigłowcem i odbiją zakładników, więc jeżeli nie podejmiesz rozmowy, dzieciaki mogą zginąć. Ale to nie są jakieś wielkie kwoty, możemy wysupłać te pieniądze z naszej kasy. Dla ludzi stąd są one wielkie, dla Europejczyków czy Amerykanów śmieszne – oscylują wokół tysiąca złotych.

PAP: Były takie sytuacje, kiedy zrobiło się naprawdę gorąco?

B.P.: Tak, na przykład wówczas, kiedy rebelianci zajęli Bouar, a ludzie zaczęli uciekać do kilku bezpiecznych miejsc. Jednym z nich był nasz klasztor. Najpierw przyszli uczniowie szkoły muzycznej z rodzicami, potem następni i następni mieszkańcy. W końcu zgromadziło się u nas ok. pięciu tysięcy ludzi. Rebelianci kontrolowali miasto przez ponad miesiąc. Ludzie w klasztorze spali wszędzie – na matach, na korytarzach, parkingach – gdzie tylko znalazło się trochę miejsca.

Najpierw trzeba było zapewnić im wodę. Potem jedzenie. Na końcu prowizoryczne toalety.

PAP: Stworzyliście obóz dla uchodźców.

Reklama

B.P.: Tak. Ale wiedzieliśmy, że samo nakarmienie ludzi nie wystarczy. Dlatego z dziećmi robiliśmy to, co umiemy najlepiej – uczyliśmy je grać, śpiewaliśmy, organizowaliśmy koncerty. Chodziło o to, żeby te dzieciaki choć na chwilę przestały myśleć o wojnie, aby przestały się bać.

PAP: Staram się wejść w skórę zakonnika, który ma pod opieką bezbronnych cywili, a wszyscy są uwięzieni w klasztorze otoczonym przez uzbrojonych rebeliantów. Ani razu nie przyszło bratu do głowy, żeby chwycić za broń?

B.P.: Nie. Ani razu. Zastanawiałem się, jak powiedzieć im o Jezusie. Jak przekonać ich, że nie tędy droga. Myślałem o nich bardziej niż o sobie.

PAP: W Polsce ludzie znają brata przede wszystkim z corocznej akcji „Wyślij pączka do Afryki”, kiedy prosicie o datki na waszą szkołę. Ciekawa jestem, ile z tych pieniędzy naprawdę trafia do dzieci, a ile po drodze trzeba zostawić urzędnikom, lokalnym watażkom czy po prostu ludziom, bez których niczego nie da się załatwić.

B.P.: Gdybym nie prosił o pieniądze, nie byłoby szkoły. Ale tak, czasami trzeba zapłacić jakąś łapówkę, ale znów – nie są to wielkie pieniądze. Jeżeli ktoś chce wiedzieć, na co idą środki, zapraszam do Republiki Środkowoafrykańskiej. Najlepiej przyjechać i zobaczyć wszystko na własne oczy. Największa kwota, jaką musiałem włożyć komuś „w łapę”, wynosiła ok. dwóch tysięcy złotych – za dwa kontenery z konstrukcją dachu.

PAP: Nigdy nie pomyślał brat: mam dość, wracam do Polski?

B.P.: Nie. Oczywiście bywają trudne chwile, człowiek jest zmęczony, czasem bezradny. Ale nigdy nie miałem poczucia, że chcę stamtąd wyjechać na zawsze.

Reklama

Bo to jest mój dom. Tu są ludzie, których kocham. Tu jest moja praca i moje życie. Codziennie spotykam młodych ludzi, którzy mogliby pójść do rebelii, a zamiast tego przychodzą do szkoły. To nie znaczy, że wygraliśmy wojnę. Ale dla każdego z nich wygraliśmy coś znacznie ważniejszego – życie.

PAP: Teraz prowadzicie kolejną zbiórkę…

B.P.: Tak, zbieramy na dach sali sportowo-koncertowej. Mury już są, balkon, schody, ale brakuje dachu. Mało kto wie, że w Republice Środkowoafrykańskiej przez sześć miesięcy pada deszcz, więc bez dachu się nie da.

Wpłaty na dach w Bouar można przekazać za pośrednictwem strony: https://www.siepomaga.pl/dach-dla-dzieci.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Ocena: +4 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Misjonarze apelują o pomoc do Papieża

[ TEMATY ]

misje

misjonarze

misjonarz

B. Wójcik

W Republice Środkowoafrykańskiej ma miejsce ludobójstwo. Prosimy Papieża Franciszka, by wstawił się za cierpiącym narodem. Ten dramatyczny apel o pomoc płynie z katolickiej misji w Bimbo, gdzie przed oprawcami schroniło się prawie 200 tys. ludzi (90 tys. w ośrodkach przykościelnych, a drugie tyle w domach prywatnych). Wielu z nich uciekło przed przemocą ze stołecznego Bangi. „Sytuacja jest niezwykle trudna, ponieważ islamscy rebelianci mimo obietnic nie zostali dotąd rozbrojeni przez wojska francuskie” – mówi Patrizia Emiliani, jedna z lekarek wolontariuszek pracujących w szpitalu w Bimbo.
CZYTAJ DALEJ

Kalisz. Bp Marek Mendyk. To wielka sztuka umieć słuchać tego, co mówi Bóg

2026-08-07 09:44

[ TEMATY ]

bp Marek Mendyk

św. Józef

Kalisz

AA

Narodowe Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu

Bp Marek Mendyk, biskup świdnicki

Bp Marek Mendyk, biskup świdnicki

– Słuchajmy Jezusa. Nie z musu, nie z lęku, ale z przekonania – apelował bp Marek Mendyk w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Biskup świdnicki wskazywał, że prawdziwa wolność potrzebuje prawdy, dobra i jasno wyznaczonych granic.

Modlitwa w intencji rodzin i obrony życia poczętego odbyła się 6 sierpnia w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Tegorocznemu spotkaniu, przeżywanemu w 70. rocznicę Jasnogórskich Ślubów Narodu, towarzyszyło hasło „Polska silna wiarą i trzeźwością”. Homilię wygłosił bp Marek Mendyk, biskup świdnicki.
CZYTAJ DALEJ

Katarzyna Niewiadoma-Phinney - z Ochotnicy Górnej na szczyt Mont Ventoux

2026-08-07 20:00

[ TEMATY ]

kolarstwo

Katarzyna Niewiadoma‑Phinney

PAP/Grzegorz Momot

Katarzyna Niewiadoma

Katarzyna Niewiadoma

Katarzyna Niewiadoma-Phinney odniosła w piątek jeden z najpiękniejszych sukcesów w kolarskiej karierze, wygrywając po samotnej, ponad 8-kilometrowej ucieczce kończący się na Mont Ventoux siódmy etap kobiecego Tour de France i obejmując prowadzenie w klasyfikacji generalnej wyścigu.

Kasia, bo tak nazywają ją nie tylko bliscy, ale również koleżanki i rywalki z tras, przeszła długą drogę od pierwszych kroków w sporcie do sukcesów stawiających ją w gronie najlepszych zawodniczek świata. Na rowerze spróbowała sił w wieku 6 lat zachęcona przez rodziców, szczególnie ojca Stanisława, wielkiego miłośnika kolarstwa, który do dziś z zapałem jeździ na rowerze, a w piątek dopingował córkę na zboczu słynnej Góry Wiatrów.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję