Dziś łatwo pomylić siłę z hałasem. W mediach społecznościowych twardzielem zostaje ten, kto najgłośniej krzyczy, najostrzej odpowiada albo imponuje pieniędzmi. Tymczasem prawdziwa siła bardzo często jest cicha. Nie potrzebuje poklasku ani kamer. Taką siłę miał właśnie ojciec Maksymilian Kolbe. Rozpoczęła się właśnie nowenna przed jego wspomnieniem. Kim był?
Już jako młody człowiek zachwycał niezwykłą inteligencją. Studiował w Rzymie filozofię i teologię, zdobywając doktoraty. Mógł prowadzić spokojne życie naukowca, ale zamiast kariery wybrał służbę. Rozumiał, że wiara nie może zamknąć się w murach klasztoru. Trzeba docierać do ludzi nowoczesnymi środkami.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Człowiek innowacja
Dlatego stworzył prawdziwe medialne imperium swoich czasów. Rycerz Niepokalanej trafiał do setek tysięcy czytelników. Niepokalanów stał się jednym z największych klasztorów na świecie, wyposażonym we własną drukarnię, wydawnictwo, a nawet straż pożarną i kolejkę. Kolbe rozumiał znaczenie komunikacji na długo przed epoką internetu. Nie bał się nowych technologii. Marzył nawet o wykorzystaniu radia i lotnictwa do ewangelizacji. Był wizjonerem, przedsiębiorcą i organizatorem, który potrafił zamieniać śmiałe pomysły w rzeczywistość.
Reklama
A przecież przez całe życie zmagał się z bardzo słabym zdrowiem. Gruźlica i problemy z płucami wielokrotnie zagrażały jego życiu. Mimo to nie zwalniał tempa. Pracował ponad siły, zakładał kolejne dzieła, wyjechał na misje do Japonii, gdzie w krótkim czasie stworzył klasztor i rozpoczął wydawanie kolejnego pisma. Tam również wykazał się niezwykłą intuicją. Budynki klasztoru postawił na zboczu góry, wbrew lokalnym radom. Kilkanaście lat później właśnie ta decyzja sprawiła, że zabudowania ocalały po wybuchu bomby atomowej w Nagasaki.
Największa próba miała dopiero nadejść
Po wybuchu wojny nie opuścił swoich współbraci. W Niepokalanowie ukrywano także osoby pochodzenia żydowskiego i pomagano tysiącom uchodźców. Za tę działalność został aresztowany przez Niemców i przewieziony do obozu koncentracyjnego Auschwitz.
Tam wydarzyło się coś, co do dziś pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych świadectw odwagi. Gdy po ucieczce jednego z więźniów Niemcy wybrali dziesięciu skazanych na śmierć głodową, z szeregu wyszedł właśnie ojciec Kolbe. Dobrowolnie zgłosił się, by zająć miejsce Franciszka Gajowniczka, który błagał o życie, myśląc o swojej żonie i dzieciach. W świecie opartym na terrorze i instynkcie przetrwania Kolbe pokazał, że człowiek może pozostać wolny nawet wtedy, gdy odebrano mu wszystko. To nie był gest chwili. To był finał całego jego życia. Człowieka, który każdego dnia uczył się stawiać innych ponad sobą.
Historię tę próbowało opowiedzieć kino. W 1991 roku Krzysztof Zanussi nakręcił film „Życie za życie. Maksymilian Kolbe”. Jedną z najważniejszych ról zagrał w nim młody Christoph Waltz, wiele lat przed światową sławą, którą przyniosły mu hollywoodzkie produkcje. To interesujące przypomnienie, że historia polskiego franciszkanina potrafiła zainteresować twórców i aktorów o międzynarodowym formacie. A jednak sam film pozostaje dziś znacznie mniej znany, niż na to zasługuje.
Wzór dla młodych
Reklama
Może właśnie dlatego warto do tej historii wracać. Bo ojciec Kolbe nie był bohaterem z komiksu. Nie miał nadludzkich zdolności. Był człowiekiem z krwi i kości. Często chorym, zmęczonym, pracującym ponad siły. Tym bardziej imponuje, że potrafił zachować odwagę wtedy, gdy inni tracili nadzieję.
Dzisiejsi chłopcy potrzebują właśnie takich bohaterów. Nie tych, którzy zdobywają miliony wyświetleń, ale tych, którzy potrafią brać odpowiedzialność za innych. Nie tych, którzy szukają własnej wygody, lecz tych, którzy umieją służyć. Nie tych, którzy budują swój wizerunek, ale swój charakter.
Bo polski twardziel to nie człowiek o zaciśniętych pięściach. To człowiek o mocnym kręgosłupie. A Maksymilian Kolbe był jednym z najmocniejszych ludzi, jakich wydała polska historia.
