Państwo stoi na przepisach albo na nastrojach. Trzeciej możliwości nie ma. Przepis obowiązuje, dopóki nie zostanie formalnie zmieniony. Opinia obowiązuje, dopóki ktoś silniejszy nie ogłosi innej. Jeśli to drugie zaczyna zastępować pierwsze, znika równość wobec prawa. Zostaje hierarchia przekonań.
Rząd odmawia publikacji wyroków Trybunału Konstytucyjnego, bo uważa, że Trybunał w obecnym składzie nie jest legalnym Trybunałem. Problem polega na tym, że Konstytucja nie przyznaje Prezesowi Rady Ministrów kompetencji do takiej oceny. Art. 190 nakazuje niezwłoczne ogłoszenie orzeczenia TK. Art. 7 każe organom władzy działać na podstawie i w granicach prawa. Art. 10 ustawia podział władz, a nie prawo rządu do weryfikowania sądu konstytucyjnego. Uchwała Sejmu nie jest źródłem prawa powszechnie obowiązującego. Nie uchyla Konstytucji. Nie zmienia ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych. Jest stanowiskiem politycznym. Stanowisko polityczne nie zawiesza normy.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Można nie lubić poprzedniej większości, gdy prawo naciągała pod siebie. To nie jest argument za pójściem o krok dalej. Nadużycie nie uprawnia do naruszenia. Jeśli A złamało regułę, B nie odzyskuje legalności przez złamanie tej samej reguły w drugą stronę. Taki mechanizm nie naprawia porządku. On tylko uczy, że reguła jest narzędziem zwycięzcy.
Reklama
Ten sam rząd, który odmawia uznania obowiązujących procedur, naciska na prezydenta w sprawie ślubowań sędziów TK i jednocześnie obsadza Trybunał seriami wyborów. Konstytucja mówi o wyborze indywidualnym i o dziewięcioletniej, nieodnawialnej kadencji. Sens tej konstrukcji jest prosty: kadencje mają się przesuwać, a nie wymieniać się pakietem. Jednorazowe, masowe uzupełnianie składu zaciera różnicę między Trybunałem a przedłużeniem większości sejmowej. Można spierać się, czy każdy z tych wyborów osobno spełnia formalne minimum. Nie można udawać, że hurtowa zmiana składu jest obojętna dla zasady ciągłości i indywidualności kadencji.
Tu wraca stary argument z opinii. Rząd mówi: wyjątkowa sytuacja usprawiedliwia wyjątkowe środki. Ale wyjątkowość nie jest źródłem prawa. Źródłem prawa jest tekst, który obowiązuje wszystkich. Jeśli rządzący mogą zawiesić literalny obowiązek, bo „mają inne zdanie o legalności instytucji”, to obywatel może powiedzieć to samo o podatku, o wyroku sądu, o decyzji administracyjnej. Absurd jest oczywisty. Właśnie dlatego prawo nie pyta o sympatię. Pyta o kompetencję.
Nie zmienia tego odwołanie do orzeczeń europejskich. Wyrok TK z 7 października 2021 r. (K 3/21) utrzymał prostą hierarchię: Konstytucja stoi wyżej niż prawo unijne rozumiane jako nakaz pominięcia ustawy zasadniczej. Można ten wyrok krytykować. Nie można udawać, że go nie ma, dopóki nie zostanie formalnie usunięty z porządku prawnego. Jeśli dziś odkładamy Konstytucję na rzecz „lepszej opinii o praworządności”, jutro inna większość odłoży ją na rzecz opinii przeciwnej. Pewność prawa znika nie wtedy, gdy przepis jest surowy. Znika wtedy, gdy przepis obowiązuje warunkowo.
Reklama
Najgroźniejszy jest jednak przekaz ustrojowy. Obywatel ma przestrzegać litery. Rządzący mogą stanąć ponad nią, bo uznali, że instytucja jest wadliwa. To nie jest check and balance. Check and balance polega na tym, że jeden organ ogranicza drugi w ramach kompetencji zapisanych w tekście. Tu jeden organ sam orzeka o zakresie własnego obowiązku. To nie równowaga władz. To jej skrócenie.
Demokracja nie polega na tym, że władza ma rację. Polega na tym, że władza też jest związana. Gdy rząd uczy, że obowiązek publikacji, obowiązek zastosowania wyroku albo obowiązek przestrzegania procedury zależy od jego oceny stanu państwa, uczy czegoś więcej niż taktyki politycznej. Uczy, że prawo jest dekoracją. Dekorację zdejmuje ten, kto akurat trzyma budynek.
Dlatego spór nie sprowadza się do pytania, kto kogo bardziej nie lubi. Sprowadza się do pytania, czy norma obowiązuje, zanim ktoś ją polubi. Jeśli nie, zostaje chaos. A w chaosie wygrywa nie lepszy argument, tylko silniejsza opinia.
Koszt tego bezprawia nie jest teoretyczny. Ma wysokość emerytury
4 czerwca 2024 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że niekonstytucyjne jest pomniejszanie emerytury powszechnej o wcześniej pobrane emerytury wcześniejsze osobom, które złożyły wniosek przed 6 czerwca 2012 r. Chodzi o 150–200 tysięcy ludzi. RPO i ZUS wskazywali skalę skutku: nawet około 1200 zł miesięcznie więcej oraz wyrównanie sięgające kilkudziesięciu tysięcy złotych, w skrajnych wyliczeniach do około 64 tys. Zł.
Wyrok nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw. ZUS dlatego nie przelicza świadczeń z urzędu. Rząd uznał, że publikacja utrwaliłaby „wadliwy” Trybunał. Dla emeryta ta opinia ma prosty skutek: co miesiąc dostaje mniej, niż wynika z orzeczenia stwierdzającego niekonstytucyjność przepisu.
Reklama
To nie jest spór o doktrynę. Jeśli przyjąć nawet ostrożnie 150 tysięcy osób i średnio 800–1200 zł różnicy, roczny ubytek w portfelach tej grupy liczy się w miliardach złotych. Do tego dochodzi czas. Od wyroku minęły ponad dwa lata. Wyrównanie, które miało być jednorazową naprawą, z każdym kolejnym miesiącem rośnie albo przepada w praktyce administracyjnej. Część osób idzie do sądu i wygrywa. Reszta nie ma siły, pieniędzy albo czasu na proces z ZUS. Prawo, które formalnie chroni wszystkich, zaczyna chronić tylko tych, którzy potrafią je wyegzekwować indywidualnie.
Władza mówi, że przygotuje ustawę. Ustawa miała być substytutem publikacji. Substytut nie wszedł w miejsce obowiązku. Obowiązek publikacji wynika z art. 190 Konstytucji. Jego niewykonanie nie jest „prowizorium naprawczym”. Jest decyzją, która przerzuca koszt konfliktu instytucjonalnego na konkretnych ludzi: na kobiety z roczników 1949–1959 i mężczyzn z okolic 1949–1954, którzy kiedyś zrobili to, na co ówczesne prawo im pozwalało.
Tu widać mechanizm opinii nad prawem. Rządzący mogą poczekać. Emeryt nie może. Każdy miesiąc bez publikacji albo bez ustawy to nie „spór konstytucyjny”. To pomniejszony przelew. Gdy państwo uczy, że wyrok TK obowiązuje dopiero wtedy, gdy rząd uzna skład Trybunału za wygodny, uczy też, że świadczenie obywatela zależy nie od normy, lecz od układu sił. To jest realna cena. Nie w komentarzu politycznym. Na koncie.
