Rozumiecie państwo? 10 września premier Tusk (kolejny raz) straszy Polaków wojną, która miałaby nam grozić już za kilka miesięcy. Opiera się na raporcie CIA, który po pięciu dniach dalej nie jest znany szefowi MON, a co temu ministrowi jakoś szczególnie nie przeszkadza. A przynajmniej nie ma ani jednego sygnału publicznego i nieoficjalnego, by tak było.
Co to za raport?
W czwartek Tusk publicznie powiedział, że w ostatnich godzinach dostał „dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA” o możliwych zdarzeniach w najbliższych miesiącach. Użył tego do ostrzeżenia, że Polska i Europa muszą być gotowe na różne scenariusze - nie tylko na froncie ukraińskim, ale też na wschodniej flance UE, m.in. prowokacje przy przejściach granicznych.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Ta kwestia wydaje się o tyle istotna, że dyrektor CIA pod koniec sierpnia br. był też z wizytą w Moskwie. Amerykańskie media powołując się na źródła, podawały kilka celów naraz: ostrzeżenie, żeby Rosja nie eskalowała wobec NATO, zwłaszcza państw bałtyckich; przekazanie Rosjanom złej oceny ich sytuacji w wojnie z Ukrainą i namawianie do rozmów; sygnał, że USA nie są „wyczerpane” konfliktem z Iranem i że dalsza eskalacja na Ukrainie zbliży Trumpa do Zełenskiego i presja, by ograniczyć wsparcie dla Iranu. Czyli wizyta miała dwa wektory: odczytać intencje Moskwy i wystawić jej czerwoną linię.
Reklama
Raport, którym pochwalił się Tusk, to ocena CIA po tej wizycie - co Rosja może zrobić w najbliższych miesiącach na wschodniej flance (operacje hybrydowe, prowokacje, przejścia graniczne). Słowem: najpierw misja Johna Ratcliffe’a w Moskwie, potem wnioski dla sojuszników. Czy po to, by rozgrywali je do wewnętrznych wojenek? Nie sądzę. By potraktować je poważnie? Z pewnością.
Różnica
Spróbujmy podejść maksymalnie logicznie. Jeśli zagrożenie dla Polaków jest realne, to krok za otrzymanym ostrzeżeniem powinna iść reakcja i działania zapobiegawcze. Chyba, że to cyrk, ale z takich rzeczy się nie żartuje, prawda? A mogłoby być poważnie. Dam przykład.
W listopadzie 2021 r. premier Mateusz Morawiecki spotkał się z Avril Haines, Dyrektor Wywiadu Narodowego USA. Rozmowa odbyła się na prośbę strony amerykańskiej, a jej uczestnicy uzgodnili, że niezbędna jest bliska współpraca w zakresie bezpieczeństwa na wschodniej flance NATO.
Po tym briefingu nie było ciszy. 21 listopada Morawiecki był w Wilnie, Rydze i Tallinie. Dwa dni później spotkał się z premierami Grupy Wyszehradzkiej i Chorwacji. 24 listopada rozmawiał z Macronem w Paryżu i z premierem Słowenii. 26 listopada był w Londynie u Borisa Johnsona; tam nagrano wywiad dla BBC, w którym ostrzegał przed zagrożeniem dla Ukrainy. Trzy dni później, 29 listopada, zwołał szefów wszystkich klubów parlamentarnych i przedstawił ocenę sytuacji: Białoruś, Ukraina, energia, informacje od sojuszników.
Reklama
Na początku grudnia w Warszawie odbył się szczyt z Viktorem Orbánem, Marine Le Pen i innymi liderami europejskiej prawicy. Podpisano deklarację w sprawie potencjalnego konfliktu Rosji i Ukrainy. Zapisano w niej, że potrzebna jest „solidarność, stanowczość i współpraca obronna pomiędzy narodami, by przeciwstawić się takiemu zagrożeniu”. Podkreślono też, że „rosyjskie działania militarne na wschodniej granicy Europy doprowadziły nas na skraj wojny”.
1 lutego 2022 premier Morawiecki pojechał do Kijowa. Po wybuchu wojny wrócił tam 15 marca — jako jeden z pierwszych zachodnich przywódców.
Co wtedy robił Donald Tusk?
Był zajęty udziałem w kampanii, która w szczycie kryzysu na granicy z Białorusią uderzała w państwo polskie i funkcjonariuszy Straży Granicznej. Wiem, obecna ekipa tego nie znosi, gdy się to przypomina. Tyle że fakty nie zależą od tego, czy ktoś lubi je słyszeć.
Dziś premier straszy raportem CIA, którego po pięciu dniach nie zna minister obrony narodowej. Wtedy, po amerykańskim ostrzeżeniu, premier jeździł po stolicach, briefował Sejm i jechał do Kijowa. Różnica nie wymaga komentarza. Wymaga odpowiedzi na tytułowe pytanie: kto i dlaczego z obywateli kpi?
