Reklama

„Udomowienie” mediów

2016-11-23 09:53

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 48/2016, str. 38-39

Archiwum Kroniki Sejmowej
Elżbieta Kruk Polityk, posłanka na Sejm IV, V, VI, VII i VIII kadencji; obecna przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2006-07), od 2016 r. członkini Rady Mediów Narodowyc

O destrukcyjnym wpływie mediów na gusta i opinie Polaków i rozważaniu potrzeby ich repolonizacji z posłanką Elżbietą Kruk rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od pewnego czasu – ale dopiero po ok. 27 latach istnienia III RP – politycy partii rządzącej mówią o potrzebie repolonizacji mediów, narażając się oczywiście na dość niewybredną krytykę polskiej opozycji oraz polityków i mediów zachodnich. Coraz trudniej chyba uzasadnić tę potrzebę, a zwłaszcza ją zaspokoić?

POS. ELŻBIETA KRUK: – To prawda, jednak najwyższy czas, by przynajmniej zacząć mówić o tak istotnym dla polskiego życia publicznego problemie. I naprawdę trudno zrozumieć – jeśli się myśli w kategoriach polskiej racji stanu – dlaczego tak długo na ten temat milczano. Repolonizację powinniśmy rozumieć jako przywrócenie mediów Polakom tak, by reprezentowały nasz interes narodowy.

– Czy to jeszcze możliwe, skoro to media, zwane czwartą władzą – w Polsce media tzw. głównego nurtu wydają się nawet pierwszą – od lat skutecznie reprezentują interesy swych zagranicznych mocodawców (właścicieli i rządów)?

– Rzeczywiście, media w Polsce celowo wykrzywiają debatę publiczną; teraz przekonują, że repolonizacja mediów jest, nawet w najmniejszym stopniu, niemożliwa. A każdy, kto ją proponuje, jest przez te media dyskredytowany. Temat repolonizacji podjął prezes Jarosław Kaczyński, który zaproponował „udomowienie” mediów. Media mainstreamowe w zgodnym chórze z zagranicznymi podniosły larum, że w Polsce łamana jest demokracja, że naruszana jest wolność słowa, że planuje się zamach na media prywatne, że rząd chce je zawłaszczyć. To oczywiste bzdury.

– Jakie są zatem pomysły i plany rządu co do „udomowienia” mediów?

– Najważniejsze wydaje się to, aby Polacy wiedzieli, że na niektórych rynkach medialnych w Polsce dominuje obcy kapitał. Dziś chyba nie jesteśmy tacy naiwni jak dwadzieścia lat temu i już wiemy, że każdy kapitał ma swą „narodowość” , że jest przywiązany do określonych interesów, podlega całkiem jednoznacznym wpływom politycznym. Trudno zatem oczekiwać i ufać, że media będące w rękach zagranicznego kapitału będą przekazywać Polakom treści zgodne z polską racją stanu. Temu tematowi będzie poświęcone najbliższe posiedzenie sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

– Zasadnicza bieda polegała i wciąż polega na tym, że w Polsce nie było – i chyba nadal nie ma – odpowiednio dużego rodzimego kapitału, którego wymagały tzw. wolne media III RP. W latach 90. ubiegłego wieku i później niemal całe środowisko medialne bardzo wyczekiwało obcych inwestorów i cieszyło się ich obecnością. Musiało dojść do wykupu...

– Mimo to nie musiało dojść do tego, co mamy teraz. Byliśmy zbyt naiwni i daliśmy się łatwo zmanipulować. Zbyt szybko uwierzyliśmy, że odzyskaliśmy państwo, że ono będzie skutecznie działać... Tymczasem po dwudziestu kilku latach okazuje się, że nie tylko nie odzyskaliśmy państwa, ale też sukcesywnie, niemal z roku na rok, je traciliśmy.

– Także dzięki takim, a nie innym mediom?

– Otóż to! Ci, którzy dostrzegali procesy destrukcji, nie mogli się przebić przez tę medialną zaporę. Zdecydowanie blokowany był temat zakresu obecności kapitału zagranicznego na rynkach medialnych. Może więc teraz powinniśmy się wreszcie zastanowić nad tym, jak łatwo było – i nadal jest! – przykryć, schować nasz interes narodowy. Zbyt często bezrefleksyjnie pozwalamy sobą manipulować, zapędzać się w kozi róg. Zresztą wydaje się, że jest to dziś problem nie tylko Polski, ale też krajów postkomunistycznych, które nie potrafiły należycie upilnować swojego interesu.

– Bo „wyposzczone” społeczeństwa bardzo entuzjastycznie zareagowały na powiew Zachodu w postaci kolorowej prasy i po zachodniemu sformatowanych programów telewizyjnych.

– A możni tego świata chwycili okazję, uznali, że trafił się łatwy łup do skolonizowania. Szczerze powiedziawszy, mam dziś największy żal do prawej, konserwatywnej strony naszej sceny politycznej o to, że zaniechała działań, zaniedbała tę sprawę, nie doceniła kwestii rynku medialnego, a więc i kształtowania społecznego przekazu na swój temat. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że i dzisiaj wielu prawicowych polityków nie docenia wagi mediów, ich znaczenia dla funkcjonowania państwa. Mimo że już wiadomo, jak bardzo smacznym kąskiem dla obcych interesów politycznych stały się polskie media.

– Faktem jednak pozostaje, że ćwierć wieku temu nie było „domowego” kapitału, wejście obcego było niejako koniecznością...

– Tak nam mówiono. Jednak państwo powinno było dopilnować interesów narodowych, wykorzystując odpowiednie instrumenty prawne, choćby na wzór państw Europy Zachodniej, w których jeśli w ogóle istnieje kapitał zagraniczny na rynkach medialnych, to tylko śladowo.

– W którym momencie już całe „mleko się wylało”?

– Dziś niełatwo to ocenić. Problem narastał zwłaszcza na rynku prasowym, na którym dziś – głównie dotyczy to prasy regionalnej – dominuje kapitał niemiecki. W nieco mniejszej skali problem ten odnosi się do rynku mediów elektronicznych, które jednak nie są dziś w Polsce takie, jakie powinny być w naprawdę wolnym kraju. Zaczęło się od nieuzasadnionej decyzji z początku lat 90. ubiegłego wieku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która stanowiła, że poza mediami publicznymi na rynku telewizyjnym można zbudować tylko jedną silną telewizję.

– Dlaczego to była zła decyzja?

– Dlatego, że nie zapewniała budowy pluralizmu na tym rynku; z góry wykluczono pewne grupy i środowiska. Pierwszą koncesję dostał Polsat Zygmunta Solorza. Dopiero później pojawił się, na początku niewielki, TVN. Już na samym początku III RP zablokowano więc rozwój rynku telewizyjnego, tak że został on w znacznej mierze zmonopolizowany. Nawet KRRiT Jana Dworaka scharakteryzowała go jako oligopol.

– Wtedy tłumaczono, że niewiele jest miejsca w eterze, że częstotliwości są dobrem rzadkim.

– Pod tym względem Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji była trochę „chłopcem do bicia”, zaś o częstotliwościach decydował w sposób niezbyt przejrzysty ówczesny Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty, dziś Urząd Komunikacji Elektronicznej. Faktem jest, że te częstotliwości były gdzieś blokowane, ukrywane. To zadecydowało o powolnym i nieprawidłowym rozwoju rynku telewizyjnego w Polsce.

– O rynek mediów elektronicznych – zwłaszcza o telewizję – toczyły się jednak wielkie boje, było na ten temat dość głośno, natomiast całkiem bezboleśnie i po cichu odbywał się wykup tytułów prasowych. Dlaczego odpowiednio wcześnie nie włączały się żadne światła ostrzegawcze?

– Dziennikarze czy politycy albo nie byli odpowiednio dalekowzroczni i lekceważyli problem, albo było im to z jakichś powodów na rękę. Niewątpliwie przegapiliśmy fundamentalny problem. Dzisiejsza debata publiczna na ten temat nieco poprawia stan świadomości społecznej o zasięgu obcego kapitału, głównie niemieckiego, na rynku codziennej prasy lokalnej. Wydaje się jednak, że w ogóle nie ma tej świadomości, gdy chodzi np. o rynek kolorowych magazynów opiniotwórczych – kobiecych, młodzieżowych, dziecięcych, komputerowych czy sportowych – na którym mamy tylko śladową obecność rodzimego kapitału. Najwyższy więc czas głośno postawić pytanie, jakie treści i jakie wartości są przekazywane na ich łamach, jakie opinie i postawy są przez nie kształtowane. I przede wszystkim – czyj interes reprezentują te kształtujące opinię i gusta Polaków magazyny. Czy na pewno polski?

– Proszę o konkretny przykład.

– Dosyć charakterystyczna była niedawna debata medialna o caracalach, śmigłowcach produkowanych przez francusko-niemiecki koncern, z których zakupu Polska z ważnych powodów zrezygnowała. W prasie z kapitałem niemieckim pojawiały się ewidentne zakłamania; „Fakt” zaczął straszyć, że Polska będzie musiała płacić ogromne odszkodowania... Łatwo zauważyć, że gdy mamy kolizję interesów polskich i obcych, te tylko polskojęzyczne gazety zajmują się krytyką i często ośmieszaniem polskich spraw. „Newsweek” pisze ostatnio, że „PiS wszczyna wojnę z Polską”... To ciekawa ocena niemieckiego tygodnika. Nieprawdaż?

– I, niestety, ludzie ten przekaz kupują...

– Jednak od kilku lat mamy już nieco lepszą sytuację, gdy chodzi o neutralizację tego rodzaju przekazu. Z wielkim trudem, ale powstało już kilka naprawdę niezależnych mediów opiniotwórczych.

– A głos tzw. mediów głównego nurtu stał się po prostu jeszcze bardziej natarczywy, radykalny; to one ogłaszają światu, że już samo mówienie o repolonizacji mediów to „sposób PiS na zawłaszczanie mediów prywatnych”.

– Powtórzę, że np. w Niemczech czy we Francji nie ma obcego kapitału w mediach. Gdy kilka lat temu kapitał anglosaski zainwestował w „Berliner Zeitung”, podniósł się w Niemczech zgodny protest polityków, dziennikarzy, autorytetów i obywateli; debatowano, jak bardzo niebezpieczny to precedens, że obcy będą mieli wpływ na gust Niemców, na kształtowanie niemieckiej opinii! Ta presja społeczna spowodowała, że zakup został anulowany. Tymczasem u nas mamy zmasowany atak – zewnętrzny i wewnętrzny – na PiS za to właśnie, że chciałby w taki czy inny sposób choć trochę „udomowić” te nasze polskie-niepolskie media. Ogółowi Polaków jednak wciąż brakuje poczucia wagi pilnowania własnego interesu; jako spadek po komunizmie pozostało w Polsce i innych krajach postkomunistycznych takie właśnie myślenie postkolonialne...

– ...i przez całe lata wygodniej nam było naiwnie wierzyć, że media będące własnością obcego kapitału są niezależne od związanych z nim interesów – że mamy w Polsce naprawdę wolne media!

– Tak. I każdy, kto ośmielał się w to wątpić, był od razu posądzany o hołdowanie teoriom spiskowym, co, rzecz jasna, te właśnie media starały się wyszydzać. Dlatego dziś, gdy podejmujemy temat repolonizacji mediów, powinniśmy przede wszystkim zacząć od uświadomienia Polakom skali problemu i jego konsekwencji, tj. że możemy ulegać nieżyczliwym podpowiedziom czy niepolskiej propagandzie.

– Kłopot polega na tym, że ta nauka „poprawnego” myślenia – czy raczej: niemyślenia – sączy się właśnie z tych najbardziej popularnych mediów, będących niepolską własnością...

– Niestety, za późno zaczęliśmy w III RP budować własne media. Ale cieszmy się, że od niedawna mamy już kilka tygodników opiniotwórczych, mamy dzienniki, o których można powiedzieć, że reprezentują polską rację stanu. Staramy się też odbudować media publiczne, które wymagają nie tylko gruntownej reformy, ale i całej filozofii działania, by spełniać swą misję publiczną. Przed nami jednak długa droga, do której przebycia niezbędne są determinacja i silna wola polityczna.

* * *

Elżbieta Kruk
Polityk, posłanka na Sejm IV, V, VI, VII i VIII kadencji; obecna przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2006-07), od 2016 r. członkini Rady Mediów Narodowych

Tagi:
wywiad rozmowa

Reklama

Wspieramy Polską Wieś

2019-10-09 08:38

Rozmawiał Maciej Laszczyk

Artur Stelmasiak/Niedziela
Anna Gembicka: Chcemy rozwijać szczególnie te miejscowości, które straciły lub tracą swoje funkcje społeczne i gospodarcze

Maciej Laszczyk: – Pani Minister, Janusz Wojciechowski został wybrany Komisarzem ds. rolnictwa w UE. Co to oznacza dla Polski?

Anna Gembicka: – To kolejny po zniesieniu wiz do USA sukces naszego kraju na arenie międzynarodowej. To bardzo dobra i ważna wiadomość dla Polski. Stanowisko Komisarza ds. rolnictwa to ogromna odpowiedzialność, ale i ogromne możliwości. W perspektywie lat 2021-2027 na Wspólną Politykę Rolną ma być przeznaczone 365 mld euro. To ogromna kwota. Dla porównania dochody budżetu Polski w 2019 r. mają wynieść 387,7 mld zł. Janusz Wojciechowski ma ogromne doświadczenie - był prezesem Najwyższej Izby Kontroli, wicemarszałkiem sejmu, zasiadał w Europejskim Trybunale Obrachunkowym. Z pewnością jego kandydatura przysłuży się do zrealizowania przez PiS obietnicy zrównania dopłat dla rolników.

– Rząd PiS mocno inwestuje w Polską wieś.

– Tak. Bo Polska wieś jest dla nas bardzo ważna. Bezpieczeństwo żywnościowe to fundament Polski. Każdy korzysta codziennie z owoców pracy rolnika. My robimy wszystko, aby tę ciężką pracę docenić. W końcu wieś to też ostoja tradycyjnych wartości.

– Jaki są to wartości?

– Rodzina, wiara, patriotyzm. To podstawa społeczeństwa, ale też kręgosłup moralny. Dziś te wymienione przeze mnie wartości są atakowane z różnych stron. Polska wieś w nie wierzy i stoi na ich straży.

– Jednym z obszarów wsparcia wsi są Koła Gospodyń Wiejskich. Co się wydarzyło, że stały się one tak popularne?

– W 2018 roku przyjęta została ustawa o Kołach Gospodyń Wiejskich. Nadała ona nowy impuls do rozwoju tym organizacjom. Koła Gospodyń Wiejskich liczą sobie już blisko w Polsce 150 lat, mają długą tradycję. Postanowiliśmy je uhonorować i zaproponować nowe, szyte na miarę XXI wieku, możliwości. 

– Jakie są to możliwości?

– Koła otrzymały osobowość prawną, mogą prowadzić działalność gospodarczą i są zwolnione z podatku dochodowego oraz VAT (do 200 tys. zł). Nie muszą posiadać kasy fiskalnej, a ponadto posługują się uproszczoną ewidencją przychodów i kosztów. To zmiany, które uwolniły drzemiącą w Paniach przedsiębiorczość, dały im nowy impuls do rozwoju.

– Jak pani odnajduje się realizując program wsparcia wsi?

– Sama pochodzę ze wsi, więc bardzo dobrze się odnajduję w tych tematach, są mi bardzo bliskie bo sama miałam okazję ich doświadczyć. Spotykam się z wieloma ludźmi, słucham ich historii i pomagam jak tylko umiem. Przed polską wsią wiele wyzwań, ale jestem przekonana, że teka komisarza ds. rolnictwa na pewno przyczyni się do stworzenia lepszych możliwości rozwoju dla polskich rolników. 

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Cuda uzdrowienia za wstawiennictwem kard. Wyszyńskiego!

2019-10-21 14:16

Znany jest cud uzdrowienia niedługo po śmierci Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego. Uzdrowione zostało wówczas dziecko, które uległo poparzeniom. To ten cud był badany na potrzeby beatyfikacji. Ale znane są także inne przypadki interwencji wstawienniczej kardynała. Pisze o tym Milena Kindziuk w biografii „Kardynał Stefan Wyszyński. Prymas Tysiąclecia”.

Pierwszy ślad cudownego uzdrowienia za wstawiennictwem Stefana Wyszyńskiego sięga dnia pogrzebu Prymasa w 1981 roku. Zrozpaczona matka modliła się wtedy o zdrowie dla swojej rocznej córki. Dziewczynka była tak mocno poparzona, że wszystko wskazywało na to, iż wkrótce umrze. Kobieta, wracając od dziecka ze szpitala, na dworcu kolejowym oglądała transmisję z pogrzebu Prymasa. Wówczas resztkami sił zaczęła go błagać o pomoc. Kiedy następnego dnia lekarz powiedział jej, że dziecko będzie jednak żyło, była niezwykle zdumiona.

Ten właśnie przypadek miał zostać zbadany pod kątem cudu potrzebnego do beatyfikacji Kardynała. Pogrzeb bowiem stanowi szczególny moment, w którym utrwala się sława świętości kandydata na ołtarze. Okazało się jednak, że zaginęła dokumentacja medyczna dotycząca dziewczynki.

Znane są przypadki innych uzdrowień za wstawiennictwem prymasa Wyszyńskiego.

Czterdziestopięcioletnia mieszkanka Łodzi zachorowała na nowotwór złośliwy narządów wewnętrznych. Lekarze mówili wprost, że nie ma dla niej ratunku. Diagnoza brzmiała jak wyrok.

„I wtedy zaczęłam prosić o pomoc prymasa Wyszyńskiego, o jego wstawiennictwo za mną u Boga” – wyznawała kobieta. W szpitalu miała ze sobą obrazek z wizerunkiem Prymasa. – „Patrząc na niego, dostrzegłam w pewnym momencie, jakby wyszły z niego promienie, które objęły mnie całą. Wszystko trwało około minuty. Miałam wrażenie, jakby ze mnie coś spływało, i od razu poczułam się lepiej na duchu”.

Tydzień później nowotwór się wchłonął. Lekarze byli zdumieni, gdyż z medycznego punktu widzenia stan zdrowia nie miał prawa się poprawić. Kobieta żyje. Uważa, że dzięki wstawiennictwu kard. Wyszyńskiego.

Inny przykład to ksiądz z archidiecezji częstochowskiej, który zachorował na raka prostaty. Po operacji lekarz uznał, że choroba w tym stadium jest nieuleczalna. Wtedy wiele środowisk zaczęło się modlić o zdrowie dla niego za wstawiennictwem Prymasa. Sam kapłan natomiast udał się na Jasną Górę i całą noc modlił się przed cudownym obrazem Matki Bożej – także za przyczyną Wyszyńskiego. Nagle usłyszał wewnętrzny głos: „Zostań w domu!”. „Następnego dnia miałem jechać do Katowic na kolejną operację. Nagle zostałem olśniony łaską zdrowia. Odczułem natychmiastowe, cudowne uzdrowienie. Organizm zaczął normalnie działać, a ból całkowicie ustąpił” – wspominał kapłan. Lekarz powiedział mu wtedy: „Jeżeli ksiądz przeżyje jeden tydzień, uznam to za cud”. Po upływie tygodnia ten sam lekarz stwierdził: „Uważam ten przypadek za cud Miłosierdzia Bożego”. A duchowny jest przekonany, że uratował go Prymas.

Materiały prasowe

Powyższy tekst jest fragmentem książki Mileny Kindziuk „Kardynał Stefan Wyszyński. Prymas Tysiąclecia”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Papieski” Harley sprzedany

2019-10-21 20:16

ts / Stafford (KAI)

Biały motocykl - „papieski” Harley-Davidson został sprzedany 20 października na aukcji w brytyjskim Stafford za 48 300 funtów (niemal 250 tys. zł). Poinformował o tym na swojej stronie internetowej dom aukcyjny Bonhams.

pixabay.com

Pobłogosławiony i sygnowany przez papieża Franciszka w Rzymie motocykl, przygotowany specjalnie dla niego, jest darem grupy motocyklistów „Jesus Biker International” z siedzibą w Schaafheimie w niemieckiej Hesji. Ten wyjątkowy egzemplarz przekazał papieżowi w maju dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Austrii ks. Karl Wallner. Dochód ze sprzedaży Harleya jest przeznaczony na pomoc dla prowadzonego przez austriacką „Missio” domu sierot w Ugandzie.

Wystawiając „papieskiego” Harleya na aukcję „Jesus Biker” oczekiwali, że przyniesie to co najmniej 300 tys. euro – tyle bowiem potrzeba na budowę planowanego domu sierot. Teraz fani Harleya są „bardzo rozczarowani”, napisała lokalna gazeta niemiecka „Main-Post”.

Papież już wcześniej, bo w czerwcu 2013 r., otrzymał innego Harleya - od producenta. Maszyna, opatrzona zdaniem „Niegdyś własność Jego Świątobliwości Papieża Franciszka” z imieniem „Francisco” na baku została sprzedana na aukcji w Paryżu za 241 500 euro, a zysk ze sprzedaży przeznaczono na schronisko Caritas dla bezdomnych na rzymskim dworcu głównym Termini.

Harley od motocyklistów dla Franciszka nawiązuje do Ameryki Południowej – rodzinnych stron papieża. Jest to maszyna w stylu „chicano”, a więc z wysoko ustawioną kierownicą i szerokim błotnikiem na tylnych kołach. Na błotniku jest widoczny krzyż. Motocykl jest utrzymany w kolorze łamanej bieli i – według ofiarodawców – zawiera wiele specyficznych szczegółów. Samo tylko wykonanie siodełka zajęło około miesiąca.

„Jesus Biker” w Würzburgu istnieje od 2014 r., obecnie liczy około 40 kobiet i mężczyzn różnych wyznań chrześcijańskich, którzy regularnie angażują się w akcje pomocowe. Pragną na nowo uwrażliwić ludzi na wiarę w Boga i pokazać, że miłość do jazdy motocyklami oraz do pokojowego przesłania Jezusa nie muszą się wykluczać, podkreślił założyciel grupy „Jesus Biker” Thomas Draxler.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem