Reklama

Lata „Stuletnie”

O sposobach upamiętniania z trudem odzyskanej niepodległości i aktualności historycznego przekazu z prof. Wiesławem J. Wysockim rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 4/2017, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski

Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Rok 2017 zapowiada się jako czas bogaty w historię; uchwałą sejmową ustanowiono, że patronem tego roku będzie m.in. Marszałek Józef Piłsudski, ponieważ właśnie w tym roku przypada 150. rocznica jego urodzin, a ponadto zapewne będzie to rok intensywnych przygotowań do 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Można się zatem spodziewać także wyjątkowo gorących dyskusji historyczno-politycznych?

PROF. WIESŁAW J. WYSOCKI: – Zapewne tak. Jak by nie było, rok 2017 musimy potraktować jako wigilię 100. rocznicy odzyskania niepodległości, a przed nami lata „stuletnie”– od 2017 aż do 2020 r. – w których jesteśmy winni wyjątkową pamięć właśnie przede wszystkim postaci Józefa Piłsudskiego, bez względu na wszelkie dyskusje i spory.

– Można już dziś mówić o konkretnie zarysowanym programie – lub może raczej o duchu – obchodów tej najważniejszej dziś dla Polski rocznicy?

– Pojawiło się już wiele inicjatyw obywatelskich i propozycji uczczenia tej rocznicy. Podczas przygotowywania uroczystości powinniśmy przede wszystkim skupić się na przekazie, jaki ta rocznica ze sobą niesie, na jego aktualności. Jako Instytut Józefa Piłsudskiego swój program zaczęliśmy realizować już w 2014 r. od przygotowania dużego albumu na stulecie Czynu Legionowego. Było to nowatorskie ujęcie historii, bo pokazuje nie tylko konkretne fakty, lecz także późniejsze losy legionistów. Ten „zapis zbiorowych losów” ujawnia, jak bardzo tragiczne – mimo satysfakcji z odzyskanej niepodległości i pracy na jej rzecz – było to pokolenie... W 2017 r. chcielibyśmy wydać podobny album o Polskiej Organizacji Wojskowej.

– Z pewnością równie pouczający dla współczesnego pokolenia młodych Polaków, bo historia POW to znakomity wzór aktywnego patriotyzmu, a w pewnym sensie także zaczyn społeczeństwa obywatelskiego...

– To prawda. POW w 1917 r. to już bardzo rozgałęziona konspiracyjna struktura, którą można opisać jako drugie po okresie powstania styczniowego państwo podziemne z planami powstania powszechnego, które w chwili kryzysu walczących ze sobą zaborców miało wyzwolić Polskę. Okoliczności sprawiły, że stało się to w inny sposób, może szczęśliwszy niż w otwartej walce... Ale to właśnie także dzięki POW tę niepodległość budowaliśmy w Polsce stopniowo, włączając instytucje koncesjonowane, choćby Radę Regencyjną, która w końcu sama też wybiła się na niepodległość.

– Na czym polegał fenomen społeczny i organizacyjny POW?

– Na skupianiu ducha wszystkich Polaków, gdziekolwiek by nie byli, wokół zadania odzyskania niepodległości. POW tworzyło swe struktury nie tylko na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej okupowanych przez zaborców, ale także na terenach rosyjskich, łącznie z Syberią! Znamienne jest, że na zjeździe Polaków w Piotrogrodzie wybrano na honorowego przewodniczącego wówczas już internowanego Józefa Piłsudskiego. Niestety, nie mamy dostępu do źródeł rosyjskich, a bez nich pełna monografia POW nie może powstać. Myślę jednak, że już to, co pokażemy w naszym tegorocznym wydawnictwie, spowoduje zdziwienie bardzo wielu.

– Dlaczego?

– Jak dotąd istnieje tylko jedno, i to dość powierzchowne, opracowanie historyczne na temat POW. W naszym wydawnictwie pokażemy po raz pierwszy, że POW rozbudowywało swoje struktury od dołu, od każdej gminy, że przekraczało granice, że próbowało przejąć sformowany w Rosji polski Korpus Dowbor-Muśnickiego, że miało swoje wpływy w powstałej we Francji polskiej Błękitnej Armii... Że współorganizowało mało dziś znany Legion Polski w Finlandii, w którym po stronie fińskiej walczyło z bolszewikami kilkuset Polaków, a jedyny w Finlandii ksiądz katolicki Gustaw Carling nauczył się nawet języka polskiego, by posługiwać naszym żołnierzom, za co później dostał Krzyż Walecznych. Całkiem niedawno udało nam się poznać losy tegoż księdza. Mało znane jest także powstanie sejneńskie z 1919 r.

– Co warto o nim wiedzieć?

– Choćby to, że może konkurować z jedynym zwycięskim w historii Polski powstaniem wielkopolskim. Powstanie sejneńskie też było sukcesem miejscowych oddziałów POW. Chcemy więc pokazać, że prawie każda miejscowość była na swój sposób wyzwalana przez lokalne oddziały wojskowe, ziemian, inteligencję, rzemieślników, strażaków, harcerzy – bo wszyscy współtworzyli ochotnicze struktury POW!

– Tworzona obecnie w Polsce bardziej sformalizowana Obrona Terytorialna ma więc znakomity pierwowzór duchowy!

– I właśnie ten przykład mobilizacji społeczeństwa chcemy dziś przypomnieć. POW prowadziło regularne ćwiczenia w lesie, w polu – ze strzelania, łączności, wywiadu, pierwszej pomocy medycznej. A i później, po rozwiązaniu Legionów, sami legioniści nie próżnowali – wrócili do swoich miejscowości i nadal działali, jako bohaterowie walki o niepodległość starali się dawać dobry przykład. Mam więc nadzieję, że dziś zostaną obudzone badania nad lokalną historią, że małe społeczności zidentyfikują wszystkie groby sprzed 100 lat, oznakują je i odpowiednio upamiętnią, że zostanie na nowo przejrzany wykaz patronów ulic, szkół itp. Zbliżające się rocznice to najlepsza okazja, żeby przyjrzeć się własnym „świtom niepodległości” i odbudowywać w małych ojczyznach własną historię.

– Jakie cechy, wartości czy też metody działania mogłyby dzisiejsze małe społeczności przejąć od swoich przodków sprzed 100 lat?

– Czytałem niedawno fragment wspomnień Józefa Piłsudskiego i po raz kolejny odkryłem w nich coś nowego, na nowo aktualnego. Otóż młody jeszcze Piłsudski zastanawia się nad tym, czy oddałby za kogoś życie, czy jest jakaś idea, dla której warto by je poświęcić, i ma jedną odpowiedź: tak, za matkę, dlatego, że to ona nauczyła go wszystkiego... Z tego osobistego wyznania łatwo wysnuć szerszy wniosek, że to na polskie kobiety, na matki zawsze spadał obowiązek przekazywania dziedzictwa państwowego, narodowego, kulturowego i chrześcijańskiego. To one uczyły patriotyzmu, co dziś niekoniecznie ma miejsce, a wtedy było czymś obowiązkowym, swoistym imperatywem domowym. Maria z Billewiczów Piłsudska każdą taką patriotyczną lekcję domową, każdą modlitwę kończyła słowami: Będzie Polska w imię Pana! Ten wzór wychowania domowego warto by dziś przypomnieć. Bez wątpienia faktem jest, że to polskie kobiety w każdym pokoleniu kształtowały charaktery bojowników niepodległości i patriotów.

– Mozolnie kształtowały to romantyczno-patriotyczne podejście do polskich spraw, które jednak musiało konkurować z pragmatyzmem i ugodowością wobec zaborców. Kiedy do sceptycznej i raczej niechętnej wobec bojowników niepodległości ówczesnej opinii publicznej dotarło, że niepodległość jest jednak realna?

– Wydaje się, że 1916 r. jest tu bardzo przełomowy. Wtedy Niemcy pozwolili w Warszawie zorganizować obchody święta 3 Maja – tradycja trzeciomajowa przyciągała wszystkich Polaków, bez względu na różnice polityczne. Wtedy po raz pierwszy wszyscy patrioci się policzyli. Potem doszedł „Akt 5 listopada”, stawiający sprawę niepodległości Polski na forum międzynarodowym. Tych zdarzeń nie można było wepchnąć w niebyt, w nieświadomość. Kolejnym momentem przełomu świadomości Polaków było oddanie przez Niemców Ukrainie – w wyniku rokowań brzeskich – kawałka polskich ziem; odcięcie Chełmszczyzny wywołało potężny i zgodny bunt w polskim społeczeństwie, który jednoczył przeciwko władzy okupacyjnej austriackiej i niemieckiej, jako wiarołomnej i próbującej grać Polakami. Wtedy polskie społeczeństwo zaczęło już znacznie przychylniejszym okiem patrzeć na niepodległościowych radykałów.

– Dziś zarówno w kwestii współczesnej niepodległości, jak i w podejściu do historii polskie społeczeństwo jest znów wyraźnie podzielone. Jak więc pokazać światu i samym Polakom doniosłość polskiego czynu niepodległościowego sprzed 100 lat?

– Nasz instytut podjął już w tej sprawie współpracę z MSZ; chodzi o to, aby nawiązać kontakt z różnymi ośrodkami naukowymi poza granicami Polski i tym samym podjąć szeroką dyskusję o różnych aspektach polskiego czynu niepodległościowego. Chcielibyśmy też upamiętnić postać Józefa Piłsudskiego pomnikiem w Brukseli...

– Dlaczego tam?

– Dlatego że tam bywał i załatwiał polskie interesy, a Bruksela jest dzisiaj miejscem symbolicznym dla naszej rzeczywistości, ale przede wszystkim dlatego, by w stosownym momencie przypomnieć Europie, że to on uratował nie tylko Polskę, ale także Europę, dodajmy: chrześcijańską Europę.

– Nie opowiedzieliśmy światu o zasługach Solidarności, ale przynajmniej wykorzystamy szansę na przypomnienie roli Bitwy Warszawskiej?

– Ufam, że polska dyplomacja tym razem zaangażuje się w prezentowanie polskich zasług, że przed brukselskim budynkiem dawnego polskiego poselstwa wkrótce stanie pomnik marszałka Piłsudskiego.

– Jakich upamiętnień czynu niepodległościowego 1918 r. możemy – powinniśmy – się spodziewać w Warszawie?

– Od kilku już lat w Instytucie Józefa Piłsudskiego myślimy o tym, żeby właśnie tu, w Warszawie, upamiętnić wszystkie państwa i narody, które 100 lat temu podejmowały walkę o wolność i niepodległość. W Warszawie dlatego, że Polska była największym spośród nich, a ponadto te mniejsze kraje, zwłaszcza nadbałtyckie, były przekonane, że właśnie niepodległość Polski jest gwarancją ich niepodległości. Pomnik w formie kręgu wielkich kamieni z odpowiednimi napisami miałby w Warszawie symbolizować „krąg wolnych narodów”.

– I w ten sposób podkreślono by także jak najbardziej współczesne relacje w naszym regionie...

– Niewątpliwie taki symbol miałby dziś duże znaczenie i rolę polityczną. Uważam także, że powinniśmy w Polsce upamiętnić kraje kaukaskie, które długo walczyły o niepodległość, ale przegrały tę walkę. Także Irlandię, która w 1919 r. jako jedyny kraj na Zachodzie w konfrontacji z Brytyjczykami wywalczyła wolność. Warszawa jest, moim zdaniem, najbardziej predestynowana do tego, by być miejscem, w którym tego właśnie europejskiego ducha wolności sprzed 100 lat można dziś pokazywać. Być może powstanie na ten temat także specjalna monografia historyczna.

– Rocznice niepodległościowe zbliżają się wielkimi krokami, tymczasem wydaje się, że Polacy nie są do nich przygotowani, a sprawy niepodległości Polski niewiele ich obchodzą. Czy widzi Pan Profesor szansę na to, aby przy okazji tych rocznic ożywić patriotyczne uczucia?

– Uważam, że wielkim grzechem byłoby zmarnowanie tej okazji. Zgłosiliśmy propozycję do MEN, aby odpowiednio przygotować kadrę nauczycielską, bo, niestety, nauczyciele boją się tego tematu. Chcielibyśmy ich przekonać, że czyn niepodległościowy można w sposób najprostszy pokazać przez historię małych ojczyzn. Chcielibyśmy właśnie nauczycieli zdopingować do badań lokalnych na temat akcji POW, aby odważyli się przekazywać te wartości sprzed 100 lat, żeby wychowywali patriotów i porządnych obywateli, pokazując im wzory z przeszłości.

– To znaczy, że to przede wszystkim nauczyciele potrzebują teraz pomocy i odpowiedniej porcji wiedzy!

– To prawda, od tego chcemy zacząć. I to jak najszybciej, bo dużo czasu stracono w czasie poprzednich rządów, które nie tylko zmarginalizowały naukę historii w szkołach, ale też w ogóle lekceważyły polską historię. Dość powiedzieć, że na przypadającą w minionym roku 1050. rocznicę Chrztu Polski poprzednia ekipa nie przygotowała dosłownie nic, nie była zainteresowana jakimikolwiek obchodami, w 2016 r. trzeba więc było błyskawicznie improwizować, a można było zrobić znacznie więcej, by pokazać światu bogactwo naszych dziejów i ich wkład w historię Europy i świata.

– Czy obecna polityka historyczna, zdaniem Pana Profesora, będzie w stanie nadrobić minione straty, zapełnić wszystkie luki?

– Mam nadzieję, że tak, choć na to trzeba czasu i konieczna jest integracja resortowych i społecznych działań. Najpilniej potrzebne są wszelkie działania inspirujące aktywność społeczną na poziomie lokalnym. Obowiązkiem władzy jest mobilizowanie społeczeństwa, a przede wszystkim wychowanie porządnego obywatela. A tego możemy i powinniśmy się dziś uczyć – oby jak najintensywniej – od tych, którzy 100 lat temu walczyli o niepodległość Polski, a potem ją zagospodarowywali.

* * *

Prof. dr hab. Wiesław Jan Wysocki
Historyk, nauczyciel akademicki (UKSW) – specjalizuje się w historii najnowszej Polski, historii powszechnej w czasach nowożytnych, historii wojskowości; autor m.in. prac o: marsz. Edwardzie Śmigłym-Rydzu, gen. Emilu Fieldorfie, rtm. Witoldzie Pileckim, ks. mjr. Ignacym Skorupce, kard. Stefanie Wyszyńskim i św. Janie Pawle II Wielkim oraz duszpasterstwie wojskowym. Jest prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego

2017-01-18 10:25

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Św. Jan Maria Vianney

Niedziela legnicka 12/2010

[ TEMATY ]

święty

św. Jan Maria Vianney

KS. SŁAWOMIR MAREK

Urodził się 8 maja 1786 r. we Francji, w miejscowości Dardilly, niedaleko Lionu. Był jednym z siedmiorga dzieci państwa Mateusza i Marii Vianney, prostych rolników, posiadających dwunastohektarowe gospodarstwo. Jan już od wczesnych lat ukochał modlitwę. Przykładem i zachętą byli dla niego rodzice, którzy codziennie wieczorem wraz ze swoimi dziećmi modlili się wspólnie. Po latach powiedział: „W domu rodzinnym byłem bardzo szczęśliwy mogąc paść owce i osiołka. Miałem wtedy czas na modlitwę, rozmyślania i zajmowanie się własną duszą. Podczas przerw w pracy udawałem, że odpoczywam lub śpię jak inni, tymczasem gorąco modliłem się do Boga. Jakież to były piękne czasy i jakiż ja byłem szczęśliwy”.
Należy pamiętać, iż lata młodości Jana Vianneya, to okres bardzo trudny w historii Francji. W tym czasie bowiem szalała rewolucja, która w dużej mierze przyczyniła się do pogłębienia kryzysu między duchowieństwem a państwem. Walka z Kościołem sprawiła, że wielu księży odeszło od tradycji, składając przysięgę na Konstytucję Cywilną Kleru. Wzrost laicyzacji i głęboko posunięte antagonizmy to tylko główne problemy ówczesnej francuskiej rzeczywistości. Mimo tak trudnych warunków nie zaprzestano sprawowania sakramentów i katechizacji dzieci. Przygotowania do Pierwszej Komunii trwały 2 lata. Spotkania odbywały się w prywatnych domach, zawsze nocą i jedynie przy świecy. Jan przyjął Pierwszą Komunię w szopie zamienionej na prowizoryczną kaplicę, do której wejście dla ostrożności zasłonięto furą siana. Miał on wówczas 13 lat.
Od czasu wybuchu Rewolucji w Dardilly nie było nauczyciela. Z pomocą zarządu gminnego otwarto szkołę, w której uczyły się nie tylko dzieci, ale i starsza młodzież, a wśród niej Jan Maria. Przez dwie zimy uczył się czytać, pisać i poprawnie mówić w ojczystym języku. Stał się bliską osobą miejscowego proboszcza i stopniowo dojrzewało w nim pragnienie zostania księdzem. Ojciec początkowo zdecydowanie sprzeciwiał się, bowiem gospodarstwo potrzebowało silnych rąk do pracy, a poza tym brakowało pieniędzy na opłacenie studiów i utrzymanie młodzieńca. Jednak pod wpływem nalegań syna, ojciec ustąpił.

Droga do kapłaństwa

Jesienią 1806 r. Jan Maria opuścił Dardilly, i zamieszkał w Ecully u swego wuja Humberta. Umiał czytać, natomiast pisał bardzo słabo, zaś po francusku mówił posługując się małym słowniczkiem. Przed nim stała kolejna trudność - opanowanie łaciny, języka, w którym w owym czasie nie tylko odprawiało się msze święte, ale także odbywało się studia teologiczne.
Od 1806 r. przebywał u proboszcza w Ecully - ks. Balleya, który uczył go języka francuskiego i łaciny. Kłopoty z pamięcią sprawiały, iż nauka szła mu bardzo opornie, z mizernymi skutkami. Jesienią 1809 r. został powołany do wojska, ale od służby wybawiła go ciężka choroba. Po wyjściu ze szpitala przez pewien czas ukrywał się u wdowy Katarzyny Fagot. W międzyczasie otrzymał z Dardilly list z informacją, że jego sytuacja wojskowa jest już uregulowana. Bowiem młodszy brat Franciszek wyciągnął szczęśliwy los, jednak postanowił iść do wojska w zastępstwie starszego brata. Wyjechał do Niemiec, gdzie zginął w nieznanych okolicznościach w 1813 r. Jan Maria przez całe życie opłakiwał brata, który w pewnym sensie oddał za niego życie.
W 1811 r. Jan powrócił do Ecully i zamieszkał na plebanii u księdza Balleya. Po upływie trzech miesięcy proboszcz przedstawił go w kurii biskupiej jako kandydata do kapłaństwa. W roku 1812 wstąpił do niższego seminarium duchownego. Z wielkim trudem przeszedł w 1813 r. do wyższego seminarium w Lyonie. Przełożeni, mając na względzie wielkie trudności, jakie miał z nauką radzili, by opuścił seminarium. Ostatecznie Vianneya dopuszczono do święceń przede wszystkim dzięki opinii i staraniom ks. Balleya a także dlatego, że diecezja odczuwała dotkliwie brak kapłanów. 13 sierpnia 1815 r. Jan Maria Vianney otrzymał święcenia prezbiteratu. Miał wówczas 29 lat.

Posługa duszpasterska

Pierwsze trzy lata swego kapłaństwa spędził jako wikariusz w Ecully. Na progu kapłańskiej drogi natrafił na kapłana, męża pełnego cnoty i duszpasterskiej gorliwości. Nastał cichy wyścig między proboszczem a wikariuszem, mistrzem a uczniem, w zakresie dobrych uczynków, modlitwy i ducha pokuty. Po śmierci proboszcza Balley’a, biskup skierował Jana Vianneya do Ars-en-Dembes.
Jeden z raportów, jaki posiadało arcybiskupstwo na temat samego Ars, niezwykle obrazowo przedstawia ówczesną rzeczywistość: „Wszyscy mieszkańcy tej gminy w liczbie 370 wyznają religię katolicką. Sakramenty przyjmowały jedynie kobiety, dziewczęta i dzieci będące po Pierwszej Komunii. Wszyscy mężczyźni, zarówno panowie, jak i służba trzymali się od nich z daleka. Jednakże w nabożeństwach brali udział. Lekcje religii odbywały się cztery razy w tygodniu, przychodziły na nie jedynie dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii. W Ars znajdowała się także szkoła koedukacyjna dla dzieci z gminy. Prowadził ją jeden z mieszkańców, księdzu zostawiając obowiązek nauczania religii, co było zajęciem bardzo uciążliwym ze względu na głupotę i brak zdolności charakteryzujący te dzieci, których większość chrzest różnił od bydląt”. Ksiądz Vianney od samego początku pracy w parafii wykazywał się niezwykłą gorliwością. Wiele godzin spędzał przed Najświętszym Sakramentem na modlitwie. Sypiał zaledwie po kilka godzin na twardych deskach. Kiedy w roku 1824 otwarto w wiosce szkółkę, uczył w niej prawd wiary. Jadał tak nędznie i mało, że można mówić o nieustannym poście. Był człowiekiem bardzo uprzejmym, zatroskanym o swoich parafian. Często ich odwiedzał prowadząc przyjacielskie rozmowy. Powoli wierni zaczęli przyzwyczajać się i przywiązywać do swojego duszpasterza.

Najgorliwszy proboszcz

W roku 1823 biskup postanowił otworzyć w Ars parafię. Dobroć pasterza i surowość jego życia, kazania proste, lecz z serca płynące powoli nawracały dotąd zaniedbanych i zobojętnionych duchowo ludzi. Kościółek zaczął z wolna napełniać się wiernymi. Z każdym rokiem wzrastała liczba przystępujących do sakramentów świętych: pokuty i Eucharystii. Mimo wielkiego wysiłku duszpasterskiego świadomość, że nie do wszystkich dociera nauka Chrystusa sprawiła, iż poprosił biskupa, aby go zwolnił z obowiązku proboszcza. Kiedy jednak nalegania nie pomogły, postanowił uciec i ukryć się w klasztorze, by zwolnić się z odpowiedzialności za dusze innych ludzi. Biskup jednak nakazał mu powrócić. Ksiądz Vianney okazując posłuszeństwo biskupowi, uczynił to i pełnił dalej posługę duszpasterską w parafii.
Nie wszyscy księża rozumieli niezwykły tryb życia proboszcza z Ars. Jedni czynili mu gorzkie wymówki, inni śmiali się z niego, jeszcze inni prowadzili uszczypliwe dyskusje na jego temat. „Sława” niezwykłego proboszcza zaczęła rozchodzić się daleko poza granice parafii w Ars. Nawet z odległych stron napływały tłumy ludzi, którzy pragnęli ujrzeć i wyspowiadać się u Świętego.
Jan Vianney długie godziny spędzał w konfesjonale. Penitentów miał bardzo różnych: od prostych wieśniaków po elitę Paryża. Zdarzało się czasami, że wycieńczony spowiedzią wypowiadał w konfesjonale: „Grzesznicy zabiją grzesznika”

Ars - cel pielgrzymów

W dziesiątym roku pasterzowania przybyło do Ars ok. 20 000 ludzi. W ostatnim roku swojego życia miał przy konfesjonale ok. 80 000 penitentów. Łącznie przez 41 lat Ars odwiedziło blisko milion osób. Nadmierne pokuty osłabiły i wyczerpały Jana Vianneya. Do cierpień fizycznych dołączyły się także cierpienia duchowe: oschłość, skrupuły, lęk o zbawienie, obawa przed odpowiedzialnością za powierzone sobie dusze i lęk przed sądem Bożym. Wreszcie jakby tego wszystkiego było za mało, szatan pokazywał się św. Janowi i nękał go nocami, nie pozwalając mu nawet kilka godzin wypocząć.
Wśród świętych Pańskich po Matce Bożej, Jan Vianney najbardziej upodobał sobie św. Filomenę. W 1833 r. wybudował przy kościele kaplicę pod wezwaniem świętej Filomeny, gdzie złożył jej relikwie. Kierował tam pielgrzymów, aby modląc się prosili św. Filomenę, o wstawiennictwo przed Bogiem. Jako męczennik cierpiący za grzeszników i jako ofiara konfesjonału, Jan Vianney zasnął w Panu 4 sierpnia 1859 r. Kiedy konającemu podano Wiatyk, zawołał: „Skoro ja nie mogę przyjść do Niego, On przychodzi do mnie”.
Papież Pius X dokonał beatyfikacji sługi Bożego w 1905 r., a do chwały świętych wyniósł go w roku jubileuszowym 1925 papież Pius XII. Tenże papież w 1929 r. ogłosił św. Jana Vianneya patronem wszystkich proboszczów Kościoła rzymskiego. Niewątpliwie postać św. Jana Vianneya jest dla nas dzisiaj wielkim świadectwem umiłowania Boga, Kościoła, a także wzorem prawdziwie chrześcijańskiej egzystencji opartej na Ewangelii. Wpatrując się w historię jego życia chcemy wciąż na nowo uświadamiać sobie powołanie każdego człowieka do świętości, a także uczyć się podążania drogą, która zaprowadzi nas do szczęścia wiecznego razem ze wszystkimi świętymi.

CZYTAJ DALEJ

MON: defilada odwołana ze względu na pandemię

2020-08-05 07:12

[ TEMATY ]

wojsko

Artur Stelmasiak

Planowana na 15 sierpnia defilada została odwołana ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem – poinformowało MON odpowiadając na pytania PAP. Defilada ma się odbyć w innym terminie.

"Ministerstwo Obrony Narodowej podjęło decyzję o odwołaniu tegorocznej defilady wojskowej z okazji setnej rocznicy Bitwy Warszawskiej" - odpowiedział resort we wtorek na pytania PAP o to, czy defilada odbędzie się mimo trwającej pandemii, a jeśli tak, to w jakich warunkach.

MON poinformowało, że decyzja zapadła na spotkaniu ministra obrony Mariusza Błaszczaka z prezydentem Andrzejem Dudą, przedstawicielami służb sanitarnych, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. "Służby sanitarne nie rekomendowały organizacji tego wydarzenia. Defilady każdego roku przyciągają około 200 tysięcy osób. Tak wielkie zgromadzenia mogą zwiększać ryzyko zakażeń koronawirusem" – podkreślił resort.

Pozostałe przygotowywane przez MON uroczystości związane z obchodami setnej rocznicy Bitwy Warszawskiej odbędą się zgodnie z planem. Defilada zostanie przeprowadzona w innym terminie, który pozwoli na zachowanie pełnego bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom" - zapowiedziało MON.(PAP)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję