Reklama

Niedziela Małopolska

Radiowe Dzieło Miłosierdzia

W Tarnowie, przy ul. Urszulańskiej 9, znajduje się wyjątkowy sklep. Zakupy mogą tu robić najubożsi mieszkańcy miasta i okolic, a płacą za to bonami towarowymi, które ktoś im podarował

Niedziela małopolska 4/2017, str. 7

[ TEMATY ]

sklep

Małgorzata Poparda

W tym sklepie można zaopatrzyć się w potrzebne produkty, ale i otrzymać dobre słowo; Nietypowa waluta w sklepie miłosierdzia

Ten sklep powstał po to, by pomagać! – mówi Magdalena Iwaniec, która zajmuje się wydawaniem artykułów, ale też zawsze wysłucha smutnych historii klientów. – Przychodzą tu ludzie naprawdę potrzebujący naszej pomocy. Często ze łzami w oczach opowiadają o swojej sytuacji, dzielą się tym, co się w ich życiu dzieje – zauważa. Są to bezdomni, osoby samotne, starsze, bezrobotne, matka z trójką dzieci, emeryci, którzy większą część niewielkiej emerytury wydają na lekarstwa... – wymienia.

Ślad po Roku Miłosierdzia

RDM, czyli Radiowe Dzieło Miłosierdzia (ale także Rozumne Dzieło Miłosierdzia), to „jedyny taki sklep bezgotówkowy”. Powstał z inicjatywy RDN Małopolska (rozgłośni diecezji tarnowskiej). Rozpoczął działalność 3 października 2016 r. Przygotowania trwały kilka miesięcy. To efekt pracy grupy kilku osób, wrażliwych na potrzeby innych, pełnych energii i wiary, że to, co robią, ma sens.

Działają wspólnie, z ks. Krzysztofem Orłem, wicedyrektorem radia, na czele! Magdalena Iwaniec stoi za ladą, zamawia towar, Anna Kowal zajmuje się sprzedażą bonów, Bogusława Kuta – księgowością. Nad wszystkim czuwa ks. Jacek Miszczak, dyrektor radia. Skąd pomysł? – Zainspirowała nas podobna inicjatywa w jednym z miast. Stwierdziliśmy, że możemy sami, w kręgu radiowym, wszystko zorganizować. Chcieliśmy, aby po Roku Miłosierdzia pozostał jakiś ślad, do czego zachęcał papież Franciszek. Związało się to także z Rokiem św. Brata Alberta – przyznaje ks. Krzysztof Orzeł.

Reklama

Bon zamiast pieniędzy

Przychodzą tu podopieczni Caritas, gminnych ośrodków pomocy społecznej (współpracę nawiązały już placówki z Tarnowa, Pleśnej i Skrzyszowa), wszyscy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. W wybranych punktach Caritas, parafiach i instytucjach niosących pomoc materialną na terenie diecezji tarnowskiej otrzymują bony towarowe o różnych nominałach. W sklepie wymieniają je na żywność. Jest on niewielki, ale każdy znajdzie tu wszystkie produkty potrzebne do przygotowania posiłku.

Potwierdza to pani Krystyna. W sklepie przy Urszulańskiej zakupy robi od dwóch miesięcy. – Przechodziłam tędy przypadkiem. Zobaczyłam sklep i wstąpiłam. Bony otrzymałam od pani ekspedientki. Zaglądam tu dość często. Zawsze dostanę chlebuś i coś do chlebka. Uważam, że to bardzo dobry pomysł – wyznaje.

Bony dla potrzebujących może kupić każdy, kto chce pomóc. Wystarczy odwiedzić siedzibę radia RDN, gdzie prowadzona jest ich sprzedaż. Darczyńca może obdarować takim kuponem osobę ubogą albo zostawić bon w sklepie. – Ludzie usłyszeli o naszej działalności na antenie radia i przychodzą dopytać o szczegóły. Chwalą tę inicjatywę i kupują talony dla kogoś potrzebującego – przyznaje Anna Kowal. – Radiowe Dzieło Miłosierdzia to rodzaj misji, niesienie prawdziwej, odpowiedzialnej pomocy. Zdarza się, że na ulicy ktoś nas poprosi o wsparcie; gdy dajemy pieniądze, nie jesteśmy pewni, że zostaną one wydane na jedzenie, a nie na alkohol. Wręczając bon, wiemy, że pieniądze są spożytkowane na właściwy cel.

Reklama

Pozytywne opinie

Do sklepu łatwo trafić, znajduje się w centrum miasta, naprzeciwko kościoła św. Maksymiliana. I dociera tu coraz więcej osób. – Staramy się pomóc każdemu, kto poprosi o wsparcie. Do wszystkich zakupów dodajemy chleb. Jeśli ktoś jest potrzebujący, a nie ma kuponu, chleb dostanie zawsze. Może też skorzystać z talonów, które ktoś zostawił w sklepie – mówi Magdalena Iwaniec. Przyznaje, że czasem trudno rozstrzygnąć, kto naprawdę jest w ciężkiej sytuacji. – Ale to widać w oczach – stwierdza. – To nie jest sklep jak każdy inny, tu nikt się nie spieszy, mamy czas na rozmowę.

Ks. Krzysztof Orzeł zwraca także uwagę na socjologiczny i psychologiczny wymiar działalności sklepu. – Ważne, że ludzie mają możliwość wyboru. Sami decydują, jakie produkty chcą kupić. Nie muszą zadowolić się tym, co ktoś im da. Bon staje się walutą, za którą mogą nabyć to, co wybiorą – wyjaśnia. Przyznaje, że zawsze ma przy sobie taki kupon dla kogoś, kto poprosi o pomoc.

Potrzebujących jest wielu, pomysł zbiera pozytywne opinie, dlatego inicjatorzy przedsięwzięcia, osoby zaangażowane w działalność Radiowego Dzieła Miłosierdzia, zapraszają kolejne ośrodki i parafie do współpracy. Osobiście odwiedzają wiernych w kościołach i opowiadają o projekcie, drukują ulotki, przekazują informacje na antenie i stronie internetowej radia RDN. I z radością zauważają, że w ciągu trzech miesięcy wydano już ponad 5 tysięcy bonów!

2017-01-18 14:08

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Współczesne galernictwo

Niedziela Ogólnopolska 17/2018, str. 36-37

[ TEMATY ]

zakupy

sklep

Grzegorz Boguszewski

Złote Tarasy w Warszawie

Wprowadzenie ograniczenia handlu w niedzielę pokazało, że włóczenie się po galeriach handlowych nie musi być najchętniej wybieranym przez Polaków sposobem spędzania wolnego czasu. Okazało się, że bez niedzielnych zakupów da się żyć

Prawdopodobnie już od jakiegoś czasu można mówić o przesyceniu polskiego rynku galeriami handlowymi, a mimo to wciąż ich przybywa. Od tego przybytku głowa zaczyna już boleć, jako że nowe obiekty powstają dość bezrozumnie, np. w lokalizacjach niezapowiadających godziwego zysku tym, którzy kuszeni często kłamliwymi obietnicami decydują się na otwarcie swoich firm w tych przybytkach handlu. Coraz częściej okazuje się, że potencjał konsumpcyjny w okolicy nowo otwartej galerii, nawet mimo 500+, nie jest odpowiednio wielki. Trudno powiedzieć, na co liczą deweloperzy, którzy budują te coraz to nowe pałace handlu w różnych dziwnych miejscach. Na pewno nie na swój zdrowy rozsądek.

Galerie powstają nie tylko w wielkich miastach, ale także w tych mniejszych, według prognoz demograficznych – niestety, skazanych na postępujące wyludnianie się. Tam już dziś najemcy sklepów bankrutują, bo czynsze są wygórowane, a obiecane przez właścicieli galerii kokosy pozostały tylko handlowym kłamstwem lub mrzonką.

Mimo to Polska galeriami stoi. Ich właściciele wciąż – nawet mimo ustawowego ograniczenia handlu w niedzielę – liczą na bajońskie zarobki. Bo Polska od czasów szlaku bursztynowego to przecież znakomity, nienasycony rynek. Tak dziś myślą zagraniczni właściciele galerii handlowych, bo to głównie kapitał zagraniczny zainwestował i nadal chętnie inwestuje w dziesiątki nowych centrów handlowych. Zapewne także dlatego, że w macierzystych krajach wyczerpał już swoje możliwości.

Zachodni analitycy mówią, że galeryjny interes toczy się tam coraz wolniej, zacina się; obroty galerii handlowych od 2008 r. systematycznie spadają, a pustostany po poszczególnych sklepach w niektórych przypadkach stanowią do 50 proc. powierzchni całej galerii. W kolebce galeryjnego biznesu, w USA, przepowiada się już nawet ich koniec – przede wszystkim z powodu przestawiania się społeczeństwa na zakupy internetowe, ale też chyba z powodu znużenia galeryjnym stylem życia; faktem staje się, że Amerykanie poza tym, iż kupują przez Internet, jednak coraz chętniej wybierają zakupy w małych sklepach. Niezwykle symptomatyczne jest to, że dzisiejsza amerykańska młodzież – jak wynika z badań Uniwersytetu Michigan – nie lubi już tak jak jeszcze kilka lat temu spędzać czasu w galeriach handlowych, uważa nawet, że przebywanie w nich jest „obciachowe”.

Zamiast trzepaka

Jedno, co rzuca się w oczy przy choćby pobieżnej obserwacji galerii handlowych w polskich miastach, to ciągnące do nich o każdej porze dnia tabuny młodzieży w wieku szkolnym. Ze specjalnych badań przeprowadzonych w Zakładzie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie wynika, że przebywanie w galeriach jest sposobem na „zaspokajanie naturalnych w tej grupie wiekowej potrzeb psychologicznych i społecznych”. Bo naturalną koleją rzeczy jest, że młodzież zawsze ciągnie do miejsca i środowiska uznawanego za atrakcyjne. Psychologowie wyrażają jednak niepokój, czy zaspokajanie potrzeb psychologicznych w ten właśnie sposób jest konstruktywne. Można mieć obawy, że wręcz przeciwnie – prowadzi raczej na manowce życia i zamiast dobrych roznieca jednak złe emocje.

Dla młodzieży, która nie może sobie pozwolić na zbyt wiele zakupów, galerie są substytutem miejsc, których już nie ma lub których młodzi ludzie nie chcą z jakichś powodów dostrzegać. A galeria przynajmniej daje jakieś złudzenia.

Polska młodzież tak masowo odwiedza galerie nie dla zakupów – choć je lubi, a może nawet bywa już od nich uzależniona – raczej dla zabicia czasu i dobrej zabawy we własnym gronie. A ponadto, jak twierdzą sami nastolatkowie, częste wizyty w centrum handlowym oraz zakupy podwyższają atrakcyjność w oczach rówieśników. Głównie chodzi im jednak nie o to, żeby kupować, leczy by się spotkać, porozmawiać. Włóczą się więc po galeriach, coś przymierzają, coś oglądają, czasem robią głupie dowcipy ochroniarzom, czasem, przeważnie „dla sportu”, kradną.

Socjologowie twierdzą, że galerie po prostu zaczęły przejmować funkcję dawnych podwórek, na których młodzież gromadziła się najchętniej przy trzepakach. Wśród wielkomiejskiej młodzieży jeszcze nie wywołują znudzenia, a dla tej małomiasteczkowej są wciąż ogromną atrakcją i celem wielokilometrowych pielgrzymek, mimo że przecież nie zachwycają swoją dość zgrzebną – w porównaniu ze swoimi zachodnimi i azjatyckimi odpowiednikami – ofertą.

Totalna rozrywka

Dzisiejsze galerie starają się mieścić niemal wszystko – sklepy stały się marginesem ich egzystencji. Nierzadko można odnieść wrażenie, że czynione są wszelkie możliwe działania, aby człowiek – klient mógł spędzać pod ich dachem dosłownie całą dobę. I tak nieustannie powstają coraz większe i coraz bardziej dziwne twory handlowe.

Pierwsza współczesna – podobna do dzisiejszych, lecz nieporównanie mniejsza – galeria handlowa powstała w 1956 r. w Edinie w Minnesocie. Była naprawdę mała – po prostu duży sklep spożywczy plus kilka sklepów innych branż – lecz szybko stała się wzorem do naśladowania. To było pierwsze, odmienne od popularnych domów towarowych, zamknięte centrum handlowe. Z biegiem lat te nowe centra obok różnorodnych towarów zaczęły oferować także rozrywkę, co w zamyśle ich właścicieli miało przyciągnąć klientów.

Jednakże era lawinowego rozwoju wielkomiejskiego galernictwa rozpoczęła się dopiero w latach 80. XX wieku, kiedy to zaczęto specjalnie projektować duże powierzchnie handlowe i tworzyć coś na kształt bliskowschodnich ogromnych zadaszonych bazarów, których historia liczy sobie kilkaset lat (Grand Bazaar w Stambule powstał już w 1461 r.).

Te współczesne „bazary” mają coś z kolorytu swych praszczurów, starają się je naśladować, dostosowując do potrzeb współczesnego człowieka, a może raczej kształtować i zwielokrotniać te potrzeby, zamykać je w okowach XXI-wiecznego konsumpcyjnego blichtru. Mimo to te coraz bardziej monstrualne świątynie handlu i rozrywki zaczynają wyraźnie przegrywać z podobnie już działającymi gigantycznymi galeriami internetowymi.

Aby zapobiec totalnemu bankructwu i wizji olbrzymich pustych murów straszących podobnie jak rudery starych fabryk – a taką przyszłość wieszczą galeriom niektórzy ekonomiści i socjologowie – właściciele galerii od kilku już lat dosłownie stają na głowach, aby przyciągnąć ludzi rozlicznymi atrakcjami. W latach 90. minionego wieku w wielkie centra handlowe zaczęli inwestować giganci biznesu rozrywkowego, m.in. Disney, Universal, Warner i inni; w amerykańskich galeriach handlowych powstawały wtedy pierwsze tzw. parki tematyczne.

W polskich galeriach nikogo już nie dziwią różnego rodzaju salony usługowe, kawiarnie czy „wydarzenia artystyczne”. Daleko im wszakże do tego, co oferują zagraniczni giganci, i zapewne w Polsce chciano jeszcze tę ogromną lukę zagospodarować, jednak Polska to przecież nie USA czy Emiraty Arabskie.

W łódzkiej Manufakturze – jednym z największych polskich centrów handlowych – stworzonej w 2006 r. na bazie odrestaurowanych wnętrz po fabrykach włókienniczych, na 110 tys. m2 powierzchni znajdują się muzea, kina, dyskoteki, ponad 250 butików i sklepów, kilkadziesiąt restauracji, a także ponad 3-hektarowy rynek pełniący funkcję otwartej przestrzeni publicznej.

W wielu polskich galeriach znajdziemy dziś kina i kluby fitness, kręgielnie, szkoły tańca, salony kosmetyczne i SPA, usługi stomatologiczne, a nawet punkty medyczne (głównie medycyny estetycznej). Taka szeroka oferta, jak twierdzą właściciele galerii, bardzo podoba się Polakom. Ponoć cieszą się zwłaszcza z pojawiających się w galeriach usług medycznych... A aż 40 proc. klientów deklaruje, że odwiedza galerię handlową po to, by skorzystać z oferty rozrywkowej centrum, bo jak wynika z badań własnych galerii, 89 proc. osób, które odwiedziło kino, wybrało to, które znajdowało się właśnie w centrum handlowym. Czyżby rzeczywiście galerie stały się dla coraz większej liczby Polaków miejscem spotkań numer 1, jak entuzjastycznie zapewniają ich menedżerowie, którzy deklarują jednocześnie gotowość do rozszerzania oferty stosownie do miejscowych potrzeb? Miejmy nadzieję, że tak nie jest.

Kościoły i lwy morskie

Trudno jednak sobie wyobrazić – przynajmniej na razie – by w którejś z galerii zbudowano osiedle mieszkaniowe, szkołę czy nawet przedszkole (co najwyżej są specjalne kąciki i gadżety dla dzieci, aby nie przeszkadzały rodzicom w robieniu zakupów) albo kościół, choć już wtedy, kiedy galerie dopiero zaczęły się pojawiać i zagospodarowywać wszystkie niedziele Polaków, takie pomysły też się pojawiały. Obecnie w centrach handlowych na świecie znajduje się ok. 20 kaplic i kościołów różnych wyznań chrześcijańskich.

Polskie galerie starają się wzbudzać emocje konsumenckie na wszelkie możliwe sposoby, jednakże na szczęście nie będą chyba w stanie konkurować z takimi gigantami, jak np. jedno z tokijskich centrów handlowych, w którym mieszczą się Szpital Johna Hopkinsa, hotel Ritz-Carlton, galerie sztuki, lub z Mall of the Emirates w Dubaju, które szczyci się... obiektem narciarskim (jak przystało na kraj pustynny). Aczkolwiek wszystko przed nami i być może jakiś inwestor wymyśli kolejną galerię ze skocznią narciarską, by zagrać na sentymentach i pasjach Polaków.

W największym na świecie centrum handlowym – West Edmonton Mall (rok powstania: 1981) w Edmonton, w kanadyjskiej Albercie, znalazły się tzw. rejony tematyczne (np. Europa Boulevard i Chinatown), park rozrywki Galaxyland oraz jezioro, w którym żyją lwy morskie. Największe w Europie centrum handlowe – Istanbul Cevahir pyszni się szklanym dachem i drugim co do wielkości zegarem na świecie. Z ciekawej konstrukcji szklanego dachu znane są także warszawskie Złote Tarasy...

Trwa światowy wyścig wielkich galerii handlowych na łowienie konsumentów; wciąż powstają nowe – coraz większe, z coraz to bardziej wymyślnymi pułapkami. Jeden z pierwszych architektów tego typu budowli zakładał, że będą one w coraz większym stopniu służyły życiu społecznemu oraz obywatelskiej aktywności. Czy jednak rzeczywiście centra handlowe są w stanie odgrywać taką rolę, jak przez wieki poczciwy miejski rynek, który był przecież nie tylko centrum biznesowym, ale przede wszystkim miejscem spotkań integrujących i socjalizujących miejską społeczność? Czy galerie handlowe naprawdę zapewniają możliwość nieprzelotnych międzyludzkich kontaktów? Czy pomysł tworzenia placów wiecowych na terenie galerii rzeczywiście pomoże społeczeństwu obywatelskiemu czy raczej wynaturzy obywatelskie wiecowanie?

Nad Wisłą wielkie galerie handlowe z całą pewnością cieszą się od chwili swego zaistnienia wielkim prestiżem, dowartościowują miejscowości, w których powstały, są – od początku były tak przedstawiane – wyznacznikiem ogólnonarodowego dobrobytu, bo Polacy wciąż kupują jak szaleni i wszyscy się z tego cieszą. Jednakowoż daje się już zauważyć także pewne trendy odwrotu od mody na galerie. W Warszawie np. znane i drogie marki wolą odrębną lokalizację w centrum miasta niż w tutejszych galeriach, a galerniane kawiarenki nie są już ulubionym miejscem spotkań tych, którzy chcą być „trendy”. To całkiem dobry znak na przyszłość.

CZYTAJ DALEJ

Amerykański teolog: „nasiona błędu” nosi nie Sobór, lecz błędne jego interpretacje

2020-08-07 18:34

[ TEMATY ]

Sobór Watykański II

teologia

teolog

Wikipedia

Sobór Watykański II

„Duch Święty nie może być niezgodny z samym sobą” – przypomina amerykański teolog z katolickiego Uniwersytetu Notre Dame w stanie Indiana John Cavadini, tłumacząc, dlaczego wiarę wyrażaną i wyjaśnianą przez sobory powszechne – często prowokujące w Kościele spory i konflikty – chroni Trzecia Osoba Boska. Specjalizujący się w intelektualnej historii chrześcijaństwa teolog, którego w 2009 roku do pracy w Międzynarodowej Komisji Teologicznej Kościoła powołał Benedykt XVI, zwrócił uwagę, że „wypowiedzi soboru powszechnego, które błędnie zinterpretowano, mogą być niezgodne z poprzednim nauczaniem Kościoła”.

Naukowiec zaznaczył, że dokumenty kościelne czasami wymagają doprecyzowania, ale konstatacja ta nie jest tożsama ze założeniem podzielanym przez niektórych współczesnych krytyków, że sobór powszechny może nauczać lub zawierać błędy dotyczące wiary katolickiej.

Teolog z Notre Dame w ten sposób odniósł się do zarzutów publicznie stawianych przez takie postaci jak były nuncjusz apostolski w Stanach Zjednoczonych abp Carlo Viganò, który uznał, że podczas Soboru Watykańskiego II „wrogie siły” doprowadziły do „abdykacji Kościoła katolickiego” poprzez „niesamowite oszustwo”. „Błędy okresu posoborowego zostały zawarte jak w pigułce w dokumentach soborowych” – stwierdził hierarcha, oskarżając Sobór, a nie tylko jego skutki, o powielanie jawnego błędu.

Według abp Viganò, Sobór Watykański II katalizował ogromną, ale niewidoczną schizmę w Kościele, zapoczątkowując fałszywy Kościół, funkcjonujący obok prawdziwego Kościoła. W zeszłym miesiącu grupa katolików, w tym księża, osobistości medialne i niektórzy uczeni, podpisali list chwalący zaangażowanie byłego nuncjusza w sprawę, wskazując, że należy przedyskutować kwestię, czy można pogodzić Sobór Watykański II z Tradycją. „Ciągłość Soboru Watykańskiego II z Tradycją jest hipotezą, którą należy sprawdzić i przedyskutować, a nie traktować jako niepodważalną rzeczywistość” – podkreślono w oświadczeniu.

W odpowiedzi na zarzuty abp. Viganò, Cavadini przyznaje, że przychylnie odnosi się do zaniepokojenia katolików, „dotyczącego oczywistego zamieszania w dzisiejszym Kościele, osłabienia wiary eucharystycznej, banalizacji liturgii, mającej być dziedzictwem Soboru itp.”. „Czy jednak słuszne jest obwinianie Soboru, odrzucenie go jako pełnego błędów? Czy nie oznaczałoby to, że Duch Święty pozwolił Kościołowi popaść w ogromny błąd, dopuszczając, by pięciu papieży nauczało go entuzjastycznie przez ponad 50 lat?” – pyta Cavadini.

Zaznaczył, że wydaje się rzeczą podejrzaną, iż abp Viganò nie dostrzega nawet jednej dobrej rzeczy, będącej owocem Soboru Watykańskiego II. Przyznał, że soborowe reformy doprowadziły, szczególnie w USA do zbanalizowania liturgii, wypełnienia jej hymnami bez walorów estetycznych, zawierających błędy doktrynalne, zwłaszcza dotyczące Eucharystii. Zwrócił uwagę z drugiej strony, że sam przeżył w krajach afrykańskich wiele pięknych liturgii, które były owocem Soboru Watykańskiego II.

Teolog pochwalił również powszechne wezwanie do świętości zawarte w „Lumen gentium”, dokumencie Soboru Watykańskiego II. W tej Konstytucji dogmatycznej o Kościele przypomniano, że świętość, czyli bliskość z Bogiem, jest nie tylko domeną kapłanów i zakonników, ale wszystkich ludzi. „To jest coś, co wydawało mi się tak wzniosłe, kiedy po raz pierwszy przeczytałem go w wieku 19 lat, że pragnienie, by żyć zgodnie z tą wizją jest dziś wciąż równie mocne” – podkreśla teolog. Zaznaczył, iż w aspekcie wielu ważnych wypowiedzi teologicznych lub duszpasterskich Soboru, twierdzenie, że soborowe dokumenty noszą „nasiona” błędu teologicznego nie wytrzymuje krytyki.

„Czy Sobór Watykański II jest złym ziarnem? Czy też ziarno, o które tu chodzi, jest raczej efektem wykoślawianego wyboru teologów, by rozwinąć jeden wątek nauczania soborowego kosztem innych? Nie wspominając już o pasterzach, którzy tak priorytetowo traktują prawdziwe dobro, aby chrześcijańskie nauczanie było dostępne i zrozumiałe dla współczesnych ludzi, że bagatelizują jego wyjątkowość traktując jako żenująco przestarzałe?”
– pyta i apeluje, by katolicy, a zwłaszcza przywódcy kościelni, poważnie przeczytali dokumenty Soboru Watykańskiego II i postarali się włączyć je w swoje rozumienie Kościoła.

W komentarzach dla agencji CNA amerykański teolog zauważa, że także inne sobory w historii Kościoła były błędnie interpretowane i wzbudzały kontrowersje. Po niektórych, takich jak Sobór Chalcedoński (451 r.), kontrowersje trwały nawet przez długie wieki.

Wskazał także na przykład Soboru Nicejskiego z 325 roku, gdzie w toku dyskusji o Trójcy Świętej oświadczono, że Syn jest współistotny (homoousios) Ojcu. Cavadini przypomniał, że użytemu słowu sprzeciwiali się wówczas biskupi i teologowie, którzy zrównali wypowiedź soborową z sabelianizmem – potępioną przez Kościół herezją z III wieku. Dopiero po odróżnieniu hipostaz (osób) od ousia (substancji, istoty) dwuznaczności w tej sprawie ostatecznie wyjaśniono.

„Ale - warto podkreślić - nie był to błąd w samym nauczaniu, stanowczo nie! Jednak sam akt orzekania tworzy nową sytuację, która często wymaga dalszej interpretacji” – wyjaśnia teolog i tłumaczy, że użyte w Nicei „homoousios” było w tamtym czasie „skażonym słowem”.

„Czy nasi krytycy Soboru Watykańskiego II nie krzyczeliby w proteście, że to był błąd? Oni po prostu nie pamiętają, że nawet ten najsłynniejszy z soborów był na tyle odważny, że ryzykował użycie skażonego słowa w nowym znaczeniu, z nowym zamiarem” – stwierdza teolog i akcentuje, że w sprawach wiary „sobór powszechny jest chroniony od błędu”.

„To nie znaczy, że wszystko zostało wyrażone tak dobrze, jak mogło było być, ponieważ Duch Święty nie gwarantuje tego. To oznacza po prostu, że Kościół, w swoim autorytatywnym nauczaniu jest zachowany od jawnie błędnych deklaracji” – powtórzył Cavadini.

W historii Kościoła rzymskokatolickiego było 21 synodów powszechnych, nazywanych soborami: od Soboru Nicejskiego I (325 r.) po Sobór Watykański II (1962-1965).

CZYTAJ DALEJ

Kard. Czerny: Amazonia to raj palony i pustynniejący

2020-08-08 08:18

[ TEMATY ]

Querida Amazonia

vaticannews.va

Amazonia jest miejscem zagrożonym, a jego mieszkańcy żyją bezradni „w raju, który jest palony i pustynnieje” – uważa kard. Michael Czerny, podsekretarz Sekcji Migrantów i Uchodźców w Dykasterii ds.Integralnego Rozwojowi Człowieka.

Postsynodalna adhortacja apostolska Franciszka „Querida Amazonia” stała się prawdziwym i właściwym „listem miłości dla tego zranionego raju, dla jego synów i córek, którzy tak bardzo cierpią i są narażeni na zagrożenia” – stwierdził kardynał. Dodał, że dokument ten jest głosem Kościoła, który „walczy, zachowuje i strzeże” oraz „ucieleśnia się w Amazonii”. Zwrócił uwagę, że rozpoczęte na Synodzie „wspólne wędrowanie” nadal trwa, a Dykasteria, w której pracuje, jest bezpośrednio zaangażowana w działania na rzecz wcielania w życie wytycznych synodalnych.

Zdaniem amerykańskiego purpurata kurialnego „w Amazonii jest wielu migrantów z zewnątrz, uchodźców wewnętrznych, ofiar handlu ludźmi”. Do najważniejszych tematów, dotyczących tego regionu, należy też zaliczyć tradycyjne przemieszczanie się miejscowych grup wzdłuż szlaków rzecznych i leśnych (niekiedy przerwanych), jak również opuszczanie wiosek, chaotyczną urbanizację i wykorzystywanie tych miejsc jako korytarzy migracyjnych.

„Ponad pięćdziesiąt lat byłem jezuitą, a moją misją było służenie wierze i krzewienie sprawiedliwości” – wspomniał dalej podsekretarz Dykasterii. Zaznaczył, że obecnie, gdy został kardynałem, ta jego misja jeszcze bardziej się wzmogła, aby służyć Kościołowi, jeszcze ściślej współpracując z papieżem. „Mógłbym chyba powiedzieć, że czuję się powołany do jeszcze większego otwarcia ramion, to znaczy do jeszcze szerszego angażowania się na rzecz tych, którzy są głodni i spragnieni sprawiedliwości” – oświadczył purpurat kurialny.

Jako sekretarz specjalny tamtego zgromadzenia Synodu spotykał i wysłuchiwał wtedy wielu spośród tych „spragnionych”, dodając, że były to dni pełne słuchania, modlitwy i rozeznawania, niemal dosłownie dotykania „bogactwa różnorodności w naszym Kościele”, który wychodzi „ku ludom tubylczym, przeżywa z nimi cierpienia, nadzieje i niesie ich w swym sercu”.

Kardynał wskazał, że Dokument Końcowy Synodu Biskupów jest właśnie wynikiem tego długiego procesu wzajemnego przyglądania się sobie, rozpoczętego na etapie przygotowawczym przez Panamazońską Sieć Kościelną (REPAM). Na tym etapie wysłuchano ponad 87 tys. osób. I z tego Dokumentu wypływa „Querida Amazonia”, przy czym obu tych tekstów nie można uważać za materiały oddzielne. Dokument Końcowy jest wynikiem „rozeznania dokonanego przez zgromadzenie plenarne i jest zasadniczo propozycją lub programem duszpasterskim”, podczas gdy adhortacja jako nauczanie papieskie „dostarcza wytycznych, inspiruje, oświeca i rzutuje te uwagi na cały Kościół” – wyjaśnił kard. Czerny.

Podkreślił, że jest to skarb, który ma być dowartościowany w najszerszych wymiarach, a zarazem w konkretach swych propozycji. Hierarcha przypomniał, że Dokument Końcowy zawiera prawie 200 konkretnych propozycji, których ogromną większość stanowią nowe podejścia lub odnowienie tych, które już istniały. Adhortacja posynodalna natomiast jest wezwaniem do „integralnego nawrócenia” osób ku realizacji tego, czego pragnie, szczególnie w odniesieniu do regionu panamazońskiego, papieska encyklika „Laudato si'”.

Mówi ona o „czterech marzeniach”: przede wszystkim „społecznym”, a więc włączeniu do tego procesu wszystkich ludów Amazonii, wypływającym z refleksji nad sprawiedliwością, pokojem i całością stworzenia; winno się to przejawiać w „projektach, przestrzeniach i sojuszach na rzecz obrony najbardziej bezradnych, ludów, ich życia, godności i praw”. Drugie to „marzenie kulturalne”, częściowo już urzeczywistniane w konkretnych doświadczeniach wielu zgromadzeń zakonnych, które zyskuje tu nowe bodźce w postaci działalności misyjnej „w perspektywie interkulturacji, w której bogactwo i piękno różnych kultur, ich postrzeganie świata ujawniają się i jaśnieją w duchu spotkania, dialogu i towarzyszenia”, nie tracąc przy tym z pola widzenia tożsamości Kościoła.

Kolejne marzenie – „ekologiczne” – gromadzi wszystkie sugestie encykliki i prowadzi do konieczności rozpoznawania, „jakie działania, programy i procesy formacyjne mogą być realizowane zarówno na płaszczyźnie oświatowej, duchowej lub społecznej, jak i w działaniach na rzecz obrony [środowiska]”. I wreszcie „marzenie kościelne” jest najbardziej związane „z naszą rzeczywistością Kościoła i życia religijnego”. Pójście za tym marzeniem oznacza „nadanie nowych twarzy Kościołowi, zwłaszcza oblicza amazońskiego” i tym samym „wzbogacenie Kościoła powszechnego” – podkreślił rozmówca kwartalnika.

Na zakończenie wskazał, że chodzi tu o odwagę wychodzenia na nowe szlaki, o docieranie do „najodleglejszych wspólnot, poznawanie języków indiańskich i szanowanie kultur” z jedynym i dokładnie określonym zamiarem „dotarcia do serc ludów z Dobrą Nowiną Jezusa”. I „w tych czasach wielkiej rozpaczy” należy spoglądać na kryzys w Amazonii jako na „wezwanie do nadziei chrześcijańskiej”, budując „przestrzenie spotkania i ucząc się przyjmowania nadziei, którą Pan wlewa w nasze serca w dialogu” i w ten sposób należy odpowiedzieć na „wezwanie do dalszego marzenia” – zakończył swą wypowiedź kard. Czerny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję