Reklama

31. rocznica śmierci Sługi Bożego

Bp Wilhelm Pluta o działalności charytatywnej Kościoła

2017-01-18 14:09

Ks. Adrian Put
Edycja zielonogórsko-gorzowska 4/2017, str. 4-5

Archiwum Aspektów
Bp Wilhelm Pluta w ostatnich latach życia

Przypadająca w tym roku kolejna rocznica śmierci sługi Bożego bp. Wilhelma Pluty staje się okazją do jeszcze mocniejszej modlitwy o jego rychłą beatyfikację. To także okazja do zgłębienia nauczania Pasterza naszej diecezji. Z uwagi na obchodzony w Polsce Rok św. Brata Alberta zapoznajmy się bliżej z nauczaniem bp. Wilhelma Pluty na temat działalności charytatywnej Kościoła

Biskup Wilhelm Pluta był człowiekiem bardzo wrażliwym na biedę i potrzeby bliźniego. Wielokrotnie dawał dowody miłości bliźniego, choć starał się to czynić raczej w ciszy i bez rozgłosu. Ta ludzka wrażliwość połączona z autentycznym przeżywaniem własnej wiary prowadziła Sługę Bożego do miejsc i sytuacji, gdzie istniała prawdziwa ludzka bieda.

W tym tekście chciałbym jednak pokazać bp. Plutę jako biskupa zatroskanego o rozwój duszpasterstwa charytatywnego w naszej diecezji. Nasz Pasterz nie tylko troszczył się o potrzebujących, ale swoim nauczaniem i konkretnymi decyzjami tworzył prawdziwą rzeczywistość miłosierdzia.

Zanim powstała diecezja

Jedną z pierwszych decyzji w sprawie zorganizowania działalności charytatywnej Kościoła było rozporządzenie „Planowanie pracy charytatywnej w parafii”. Rozporządzenie zostało wydane przez bp. Plutę w Gorzowie 4 września 1968 r. Biskup nakazywał wszystkim proboszczom przygotować dokładnie przemyślany plan pracy charytatywnej w parafii na najbliższe trzy lata. Jednym z istotniejszych warunków pracy charytatywnej była według Sługi Bożego sprawa wychowawczego charakteru wszelkich form miłości bliźniego. Chodziło o wyrobienie braterskości w stosunkach między ludźmi. Ważną normą wprowadzoną przez owe rozporządzenie był obowiązek zaplanowania pracy charytatywnej w parafii na okres dłuższy niż rok.

Reklama

Sprawa troski o osoby potrzebujące pojawiła się również w liście pasterskim bp. Pluty z 11 listopada 1970 r. „O tworzeniu człowieka w Chrystusie we wspólnotach braci”. W liście tym podjął on refleksję na temat świadomego i czynnego zaangażowania wiernych świeckich w życie Kościoła. Biskup wezwał wiernych diecezji: „Stwórzcie grupy miłosierdzia, które chcą służyć tym najbardziej potrzebującym Waszego serca czy też tym, którym brak chleba, mieszkania, ubrania, czy takim biednym, którym brak radości, współczucia, pociechy, czy jeszcze biedniejszym, którym brak wiary, nadziei, Boga”.

Kolejnym ważnym dokumentem normującym sprawy działalności charytatywnej w diecezji było Rozporządzenie duszpasterskie o numerze L7. Bp Pluta wskazał na potrzebę systematycznego korzystania z sakramentów świętych przez osoby chore i pozostające dłużej w swoich domach, bez możliwości uczestniczenia w życiu liturgicznym parafii. Nakazywał, aby kapłan odwiedzał takie osoby raz w miesiącu. Zachęca także, aby raz w roku w domu takich osób odprawić Mszę św. Zdając sobie sprawę z potrzeby formacji i właściwego wyrobienia duchowego członków rodzin osób pozostających przez dłuższy czas w domach, bp Pluta nakazał odczytywanie każdego roku w drugie święto Wielkanocy listu „Słowo pasterskie o obowiązku zaopatrywania sakramentami św.”.

Biskup gorzowski o działalności charytatywnej

7 sierpnia 1972 r. bp Pluta zwrócił się do wiernych Kościoła gorzowskiego w liście noszącym tytuł „Utworzenie diecezji gorzowskiej przez Ojca Świętego Pawła VI”. W liście, obok wielu spraw organizacyjnych nowej diecezji, podejmuje także sprawę duszpasterstwa charytatywnego i omawia różne zespoły apostolskie, które powinny istnieć w diecezji. Kończąc, konkluduje: „Wśród tych zespołów najważniejsze chyba będą zespoły miłosierdzia i rodzinne. To jest sprawa w całym Kościele najbardziej paląca”. Jak ważną dla bp. Pluty była sprawa troski duszpasterskiej o potrzebujących, świadczyć może fakt, iż kolejny list pasterski z 3 grudnia 1972 r. „O parafii – jako wspólnocie miłości” także zawiera apel do wiernych o tworzenie zespołów charytatywnych: „Musicie stworzyć zespoły charytatywne – chociaż troska o braci jest powołaniem wszystkich, a nie maleńkiej grupy – bo bez miłości nie ma wiary”. Widać z tego wyraźnie, że troskę o potrzebujących bp Pluta łączył z doświadczeniem żywej wiary.

Kolejny dowód szczególnej troski o osoby potrzebujące znajdujemy w roku następnym. Już 10 kwietnia 1973 r. biskup gorzowski wydaje kolejny list pasterski „O miłości braterskiej w parafii i w pracy duszpasterskiej. Tworzenie grup charytatywnych w parafii”. Nie ma w tym tekście konkretnych propozycji pomocy drugiemu człowiekowi. Był to bardziej tekst teologiczny. Wskazywał i uzasadniał potrzebę praktycznej miłości bliźniego. Bp Pluta prezentuje w nim schemat, według którego życie każdej parafii powinno ogniskować się wokół trzech elementów: Słowo Boże, Chleb Boży i Miłość Boża – „ona tworzyła wspólnotę miłości (służebność szeroko pojęta, braterstwo, miłość ofiarna, usłużna, wspólnota z braterskiej miłości)”. Praktycznym zastosowaniem wskazań z tego listu okazało się kolejne Rozporządzenie duszpasterskie L15 z 14 kwietnia 1973 r. „O rozbudzeniu ducha uczynnej miłości do bliźnich w każdej parafii”. Bp Pluta wzywał swoich kapłanów do wytężonej pracy w dziedzinie duszpasterstwa charytatywnego. Polecał, aby księża przygotowali szczegółowe plany pracy w tej materii w swoich parafiach. W rozporządzeniu tym widać także konsekwencję w stawianiu duszpasterstwa charytatywnego jako priorytet w pracy diecezjalnej. „Najskuteczniejszym apostolstwem, a dziś jeszcze i u nas możliwym, jest szeroko pojęte duszpasterstwo charytatywne” – pisał bp Pluta.

Problematyka troski o potrzebujących pojawiła się także w opublikowanym w 1974 r. „Vademecum współpracy Ludu Bożego i duszpasterza”. Opisując dział poświęcony zespołom charytatywnym, bp Pluta czyni to według jasnego schematu. Na początku daje teologiczną wykładnię i uzasadnienie działalności charytatywnej. Dalej omawia zasady funkcjonowania takich zespołów w każdej parafii i wskazuje na sprawy rekrutacji i zadań apostolskich. Wyjaśnia także, jak powinny być zorganizowane takie zespoły i jakimi „działami” powinny się zajmować.

Działanie przez instytucje

Po II wojnie światowej komuniści zaczęli stopniowo ograniczać możliwość działalności organizacji katolickich. Doprowadzono także do zawieszenia działalności przez Caritas. W tej sytuacji za dzieło dobroczynne w diecezji zaczął odpowiadać Wydział Charytatywny Kurii Biskupiej. Istniejące dotychczas oddziały parafialne Caritas zostały przemianowane na Parafialne Zespoły Charytatywne.

Temat zorganizowania w diecezji duszpasterstwa charytatywnego podjął na nowo bp Pluta. Początkowo miał on problem ze znalezieniem odpowiedniej liczby kapłanów mogących posługiwać w tym duszpasterstwie. Dlatego pasterz gorzowski zwrócił się do Zgromadzenia Sióstr Urszulanek „Szarych”, aby podjęły się tego zadania od strony organizacyjnej i formacyjnej. W pracy tego duszpasterstwa kierowano się wskazaniami Komisji Charytatywnej Episkopatu Polski i biskupa ordynariusza.

Zgodnie z Rozporządzeniem duszpasterskim L15 z 14 kwietnia 1973 r. odpowiedzialność za pracę charytatywną podejmuje Diecezjalny Referat Duszpasterstwa Charytatywnego. Obok koordynowania pracy charytatywnej referat miał służyć księżom organizacją: rekolekcji formacyjnych, dekanalnych dni skupienia oraz dostarczaniem potrzebnych materiałów. W rozporządzeniu tym bp Pluta mocno zaakcentował potrzebę utworzenia we wszystkich parafiach zespołów charytatywnych.

Organizacja zespołów charytatywnych w parafiach miała przyjąć następującą formę: odpowiedzialność za całość pracy charytatywnej w parafii spoczywała na proboszczach; w dekanacie za ten odcinek pracy duszpasterskiej odpowiadał dekanalny referent ds. charytatywnych, który miał współpracować w tej sprawie z dziekanem. Na poziomie diecezjalnym bp Pluta miał pełną świadomość, że to na nim spoczywa obowiązek troski o chorych i potrzebujących. W tej pracy miał go jednak wspierać diecezjalny referent ds. charytatywnych, który w miarę możliwości miał także uczestniczyć w spotkaniach dekanalnych. Bp Pluta aktywnie wypełniał swoją funkcję pierwszego duszpasterza dzieł charytatywnych. Podejmował ją w licznych kazaniach, konferencjach, wizytacjach oraz podczas oficjalnych spotkań z kapłanami swojej diecezji.

Konkretne pomysły

Tak zaplanowane duszpasterstwo przynosiło konkretne owoce. Osoby uczestniczące w dniach skupienia dla pracowników charytatywnych na ogół bardzo pozytywnie przyjmowały te propozycje. Najwięcej pracy na poziomie diecezjalnym wkładano w dobrą organizację kursorekolekcji dla osób pracujących z chorymi, niepełnosprawnymi i potrzebującymi pomocy. Kursy takie, trwające najczęściej cztery dni, były organizowane w sanktuarium na Świętej Górze w Gostyniu. W latach 1972-79 zorganizowano łącznie 13 serii tych rekolekcji, w których uczestniczyło 930 uczestników. Także w Rokitnie odbyło się łącznie 9 serii wczasorekolekcji dla rencistów i niepełnosprawnych, których uczestnicy pochodzili z Gorzowa, Piły i Zielonej Góry. Pozytywnym zjawiskiem w pracy charytatywnej w diecezji było powstawanie młodzieżowych zespołów charytatywnych. Zespoły młodzieżowe istniały m.in. w: Żarach, Zbąszynku, Sulechowie, w parafiach pw. Najświętszego Zbawiciela i św. Jadwigi w Zielonej Górze, w Nowej Soli, Pile oraz w parafiach katedralnej i pw. Chrystusa Króla w Gorzowie.

Jesteśmy przekonani o świętości sługi Bożego bp. Pluty. Znamy go lub poznaliśmy jako wybitnego biskupa, teologa czy też duszpasterza. Ale bp Pluta to także chrześcijanin prawdziwie przejęty troską o potrzebujących bliźnich.

Tagi:
bp Wilhelm Pluta

Rocznica śmierci bp. Wilhelma Pluty

2019-01-28 11:53

ks. Adrian Put

W niedzielę 27 stycznia w kościele pw. Pierwszych Męczenników Polski w Gorzowie odbyły się diecezjalne uroczystości rocznicy śmierci bp. Wilhelma Pluty.

Ks. Adrian Put
Mszy św. przewodniczył bp Tadeusz Lityński, w koncelebrze biskupów Adama Dyczkowskiego, Stefana Regmunta i Pawła Sochy oraz zgromadzonych kapłanów.

Sługa Boży rządził diecezją gorzowską w latach 1958-1986. Styczniowe rocznice jego śmierci są okazją do wspólnej modlitwy o jego rychłą beatyfikację. Mszy św. przewodniczył bp Tadeusz Lityński, w koncelebrze biskupów Adama Dyczkowskiego, Stefana Regmunta i Pawła Sochy oraz zgromadzonych kapłanów. Słowo Boże wygłosił ks. dr Mariusz Dudka, dyrektor Wydziału Duszpasterskiego Kurii Biskupiej. Msze poprzedził spektakl w wykonaniu kleryków naszego seminarium przybliżający duchową sylwetkę bp. Pluty.

Zobacz zdjęcia: Rocznica śmierci bp. Wilhelma Pluty
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Szatan posługuje się kłamstwem

2019-10-22 12:59

Z Abby Johnson rozmawiała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 43/2019, str. 20-22

Chciała pomagać kobietom w nieplanowanej ciąży, które szukają wsparcia. Nie planowała zła, a jednak okazało się, że jest częścią fabryki zbrodni.
Z Abby Johnson – autorką książki „Nieplanowane” w najnowszym numerze Tygodnika "Niedziela" rozmawia Agnieszka Bugała

Archiwum prywatne Abby Johnson
Abby Johnson

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kim jest dziś Abby Johnson?

ABBY JOHNSON: – Jestem żoną, matką ośmiorga dzieci. Na co dzień działam też na rzecz życia. Jeżdżę nie tylko po Stanach Zjednoczonych, ale po całym świecie. Opowiadam o tym, w jaki sposób moje życie się zmieniło, w jaki sposób Bóg radykalnie interweniował w moim sercu, by wyciągnąć mnie z kliniki aborcyjnej Planned Parenthood. Moja organizacja „I nie było już nikogo” pomogła jak dotąd 525 pracownikom klinik należących do przemysłu aborcyjnego. Działam też w ramach nowej inicjatywy non-profit ProLove Ministries, której zadaniem jest przygotowanie obrońców życia w zakresie działań marketingowych oraz innych wyzwań, które stawia przed tego typu organizacjami współczesny świat. Pan Bóg dał mi wiele, pobłogosławił i odmienił moje życie. Dlatego oddaję Mu chwałę, jak tylko potrafię, przez swoją działalność.

– Zanim to wszystko się stało i Bóg wkroczył w Twoje życie, pracowałaś w klinice aborcyjnej. Jak długo?

– Przez 8 lat, byłam dyrektorką placówki w Teksasie.

– Ile aborcji tak naprawdę wykonałaś swoim podpisem w dokumentach kwalifikujących pacjentki?

– W sumie przyłożyłam rękę do 22 tys. aborcji, włącznie z dwiema, które dokonałam na własnych nienarodzonych dzieciach.

– Czy przez 8 lat pracy w klinice Planned Parenthood nigdy nie przyszło Ci do głowy, że bierzesz udział w czymś złym? Tym bardziej że znałaś proliferów, którzy modlili się godzinami pod kliniką, rozmawiałaś z nimi, niektórych podziwiałaś...

– Pracowałam w Planned Parenthood nie z powodu cynizmu czy wyrachowania, ale dlatego, że naprawdę byłam przekonana, iż pomagam kobietom. Zresztą było to coś, co traktowałam jako rodzaj swojej misji. Myślałam tak, jak myśli wielu, że w niektórych sytuacjach po prostu nie ma innego wyjścia. Uznawałam, że aborcja jest złem, ale jednak czymś w rodzaju „mniejszego zła”, tzn. że można ją zastosować w jakiejś kryzysowej sytuacji. Kompletnie nie uświadamiałam sobie, że w ten sposób po prostu krzywdzę inne kobiety. Nie myślałam też o aborcji w kategoriach obiektywnego zła, podobnie zresztą jak wielu moich pracowników. Oni byli, i często są, przekonani, że pomagają kobietom.

– Czy zdarzyło się, aby któraś z kobiet, eskortowana do kliniki przez wolontariuszki, jednak zmieniła zdanie i nie dokonała zabiegu?

– Tak, czasami tak się zdarzało.

– W swojej książce opowiadasz o tym, jak bardzo szefowie klinik aborcyjnych dbają o to, aby do kobiety, która przyjeżdża na zabieg, nie zbliżył się nikt z przesłaniem pro-life. Mówisz o tym, jak izolowane są kobiety, które już zdecydowały się na aborcję. Dlaczego? Kliniki Planned Parenthood deklarują troskę o dobro kobiety, o jej prawo do decydowania o swoim życiu, a robią wszystko, aby kobieta nie zmieniła zdania i nie doszła do wniosku, że jednak chce urodzić...

– Problem, o który pytasz, zamyka się tak naprawdę w modelu biznesowym Planned Parenthood. Polega on po prostu na przekonywaniu kobiet do aborcji. Brutalnie rzecz ujmując: z tego jest kasa. I dlatego działają w czymś, co można nazwać systemem kwotowym – liczy się wysoka liczba aborcji. Planned Parenthood tnie zatem koszty, oszczędzając na wielu podstawowych rzeczach. Ich kliniki mają problemy z zachowaniem higieny, ze szkoleniem pracowników czy z zapewnieniem odpowiedniej ilości leków. Dochodzi tam do wielu nadużyć, ale mimo to stanowe departamenty zdrowia nie zamykają tych klinik. Planned Parenthood to zatem nie tylko aborcje, ale także narażanie kobiet na niebezpieczeństwa przy okazji rozmaitych badań, które tam przechodzą.

– Za ujawnianie tych faktów grożono Ci i stawiano Cię przed sądem?

– Oczywiście.

– Machina jest przerażająca. Mówisz o tym, że kobiety, które przyjeżdżają do kliniki Planned Parenthood w wyznaczonych dniach na zabieg aborcji, są przerażone, a stojący przy ogrodzeniu działacze pro-life wywołują swoją postawą dodatkowy szok. Jak powinni postępować ci, którzy chcą powstrzymać kobietę przed dokonaniem zabiegu?

– Nie ma jednego modelu, bo każdy przypadek kobiety zdecydowanej na dokonanie aborcji jest inny, ale przyznam Ci się, że w naszej klinice cieszyliśmy się, gdy protestujący pod nią przedstawiciele ruchów pro-life w bardzo radykalny sposób wywierali presję na kobiety. Myślę o rozmaitych transparentach czy osobach przebierających się za śmierć, z imitacją kosy w ręku. Nie twierdzę, że tego rodzaju działalność jest nieskuteczna, na pewno może trafić do pewnej grupy osób, ale akurat w przypadku kobiet, które podjęły już decyzję o aborcji, przyjechały w określonym dniu na umówiony zabieg i przechodziły wśród takich transparentów, nie odnosiło to oczekiwanego skutku. W ten sposób trudno było skłonić kobietę, by zmieniła swoją decyzję. Nie wspominając już o pracownikach klinik, a przecież zmiana ich myślenia też jest ważna. Wiele natomiast zmieniła praca Koalicji dla Życia, która zaczęła działać zupełnie innymi metodami. Starano się okazać tym kobietom troskę, miłość. Modlono się w ich intencji, a także w intencji nienarodzonych dzieci. Te metody wiele zmieniły. Widziałam to na własne oczy, gdy stałam po drugiej stronie barykady. Kobiety, gdy doświadczały dobra, czułości, znacznie częściej zmieniały zdanie i wycofywały się w ostatniej chwili. Trzeba być świadomym, że działacze pro-life, którzy decydują się stanąć przy wejściu do kliniki, wymagają specjalnego wyszkolenia. Tego typu działalności towarzyszy cały łańcuszek działań, które trzeba podjąć, by uratować kobietę i dziecko. Matka, która wybrała aborcję, musi otrzymać gotowe rozwiązanie, ścieżkę, którą zostanie poprowadzona, jeśli zdecyduje się urodzić. Ale najważniejsze jest to, by poczuła, że zostanie otoczona miłością. Że jej dziecko nie jest problemem, ale darem. Nie można zacząć od wpędzania jej w jeszcze głębsze poczucie winy, bo to już ją wypełnia całkowicie, ona się zmaga ze sobą, często czuje też nienawiść do samej siebie.

– W Polsce proliferzy wciąż próbują budzić opinię publiczną szokującymi obrazami abortowanych płodów na plakatach. Co myślisz o takich metodach?

– Nie jestem im przeciwna, uważam, że mogą one pokazać ludziom, iż aborcja jest okrucieństwem. Ale to nie jest dobra metoda, gdy próbujemy skłonić konkretne osoby do zmiany podjętej już decyzji o aborcji. Są pewne różnice między Polską a Stanami Zjednoczonymi. W Waszym kraju aborcja nie jest legalna, choć oczywiście, od tego zakazu są wyjątki i aborcja jest w Polsce wykonywana. Jednak nie jest to zjawisko tak powszechne jak w Stanach Zjednoczonych. W Polsce nie ma klinik specjalizujących się w aborcji. My mamy z tym do czynienia w wielu miastach. Dlatego stoimy na ulicach nie tylko po to, by uświadamiać społeczeństwo, że aborcja to zło, ale też po to, by wpłynąć na konkretne kobiety, które już wybrały aborcję. W ten sposób ratujemy życie dzieci. Stoimy pod ogrodzeniami klinik, modlimy się w intencji tych kobiet, ale też ludzi wykonujących aborcje. I to przynosi efekty. W takich sytuacjach plakaty ukazujące potworne skutki aborcji mogą być – na to wskazuje moje doświadczenie – nieskuteczne. Te kobiety są zdesperowane i rozbite wewnętrznie. Poszukują wsparcia, konkretnej pomocy. Gdy stoimy pod kliniką, staramy się okazać im takie wsparcie, dać realny wybór, którym jest rezygnacja z aborcji. Warto też dodać, że zwolennicy aborcji zdołali wmówić wielu osobom, iż zdjęcia dzieci po dokonanej aborcji są nieprawdziwe. Wiele osób w to wierzy, naprawdę.

– Jakie jest Twoje przesłanie dla Polski, która dba o ustawę z kompromisem aborcyjnym – czy jesteś za tym, aby aborcja była całkowicie zakazana?

– Aborcja to po prostu odebranie życia dziecku. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego czynu. Usprawiedliwieniem nie są także okoliczności poczęcia dziecka. To jest zło – koniec, kropka. Coś takiego nie powinno być legalne. Pamiętajmy też jednak, że jako obrońcy życia powinniśmy dbać o to, aby kobiety, które często w desperacji podejmują decyzję o aborcji, mogły zmienić zdanie i miały wtedy drogę wyjścia. Dlatego powinny otrzymywać od nas wsparcie duchowe, emocjonalne i gdy to jest potrzebne – także finansowe. Istnieje przecież podziemie aborcyjne, a to pokazuje, że sama prawna delegalizacja aborcji nie jest ostatecznym celem obrońców życia. To jeden ze środków.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do tego dnia w 2009 r.: Jesteś dyrektorką w klinice aborcyjnej, w ciągu 8 lat podpisałaś 22 tys. zgód na aborcję i trzymasz właśnie głowicę USG, widzisz profil dziecka na ekranie... Dla Ciebie to były wstrząs, szok i początek przemiany. W tej chwili – jak sama przyznajesz – stałaś się nowym człowiekiem. Jak myślisz, dlaczego inni pracownicy klinik aborcyjnych, kiedy trzymają te same głowice i widzą te same obrazy twarzy dzieci, które za chwilę wessie kaniula, nie doznają szoku?

– Szatan posługuje się kłamstwem – jest w końcu ojcem kłamstwa – i chyba to jest najprostsza odpowiedź na Twoje pytanie. Kłamstwo, które Planned Parenthood serwuje swoim pracownikom, dotyczy misji tej organizacji. Tu chodzi o pomoc kobietom – słyszą pracownicy. Wiem, że może Ci być trudno w to uwierzyć, bo jesteś świadoma zła, które się tam dzieje, ale kiedy pracujesz w takim miejscu dzień po dniu, to taka indoktrynacja naprawdę sprawia, że się uodparniasz. Nie postrzegasz aborcji jako czegoś, co jest niedopuszczalne. Na szczęście Pan Bóg wyprowadził mnie z tego po wielu latach i sprawił, że nastąpił w moim życiu przełom. Zły planuje za nas zło, a my dajemy się nabrać i czynimy je, zwłaszcza że jest ukryte pod pozorem dobra.

– Ale przecież widzisz na ekranie USG, że dziecko w łonie się broni...

– Tak, ale pracowników klinik uczy się, że płód nie czuje bólu. Ja też w to wierzyłam i tego uczyłam innych.

– Abby, Twoja historia wydaje się niewiarygodna: Dziewczyna z dobrego domu, kochający rodzice, co niedzielę razem w kościele i nagle, zaledwie w ciągu kilku lat, masz na koncie dwie aborcje i decyzję, by pracować w klinice aborcyjnej, w której wspinasz się po drabinie kariery – od wolontariuszki po dyrektora. Czy dziś, po latach, umiesz odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego?

– Tak, wiem, to zaskakujące, niewiarygodne, niespójne... Jeśli chodzi o to, dlaczego wybrałam pracę w klinice aborcyjnej, odpowiedź jest bardzo prosta: chciałam pomagać kobietom. Naprawdę chciałam. Nie interesowałam się wtedy problemem aborcji, nie miałam argumentów, by jasno powiedzieć: aborcja jest złem. Wydaje się to aż za proste, ale czasem zło jest efektem bardzo prostej decyzji, prostych pobudek, niekoniecznie skomplikowanych działań czy wielopiętrowych intryg. Kiedy dostałam propozycję wolontariatu w Planned Parnethood, byłam przekonana, że zajmę się czymś dobrym, że będę realizować misję. Ale jak wspomniałaś, sama byłam też klientką kliniki aborcyjnej. I to aż dwukrotnie...

– Nie zapytam o Twoje uczucia po dokonanych zabiegach, bo o nich opowiadasz w książce, zresztą cały świat Cię dziś pyta o te głębokie rany z przeszłości. Wydaje się jednak, że przyczyną Twoich decyzji był brak wsparcia...

– Nie cofnę czasu. Mogę o tym rozmyślać, opowiadać, dawać świadectwo, ale to są fakty i ja podjęłam decyzję o zabiciu dwójki moich dzieci. Jeśli Bóg, który wszystko może, wydobył z tego jakikolwiek okruch dobra, to taki, że bardzo dobrze rozumiem trudną sytuację kobiet, które podejmują takie decyzje. Nie obwiniam, naprawdę, za każdym razem wiem, co czują. Ja wtedy zostałam ze wszystkim sama. Mój ówczesny mąż, a niedługo potem były mąż – to było wtedy, gdy jeszcze nie byłam katoliczką – nie interesował się moją ciążą. Bałam się też powiedzieć o wszystkim rodzicom. Czułam się jak w pułapce i aborcja wydawała mi się jedynym dobrym rozwiązaniem. Wiem, że kobiety zostawione same z nieplanowaną ciążą myślą właśnie w ten sposób: aborcja to jest najlepszy wybór z możliwych, panaceum na wszystkie problemy. To, oczywiście, nieprawda... Aborcja to nie jest żaden wybór, ale najczęściej próba ucieczki zdesperowanej kobiety, która znalazła się pod ścianą. I stoi tam sama, bo mężczyzna, ojciec, uważa, że to jej problem. A skoro to jest problem, to musi go rozwiązać. W Ameryce kliniki aborcyjne przychodzą tu z zainteresowaniem, z marketingową troską, pochylają się nad kobietą i proponują jej pomoc.

– Uważasz, że odpowiedzialność za decyzje o usunięciu ciąży spoczywa również na bliskich kobiety?

– W pewnym sensie tak jest, przecież dziecko zawsze ma ojca... Musimy pamiętać o tym, by kochać swoich bliskich i okazywać im tę miłość, dawać poczucie bezpieczeństwa. Rodzice powinni rozmawiać ze swoją córką o aborcji, uświadamiać jej, że to zła opcja, tłumaczyć, że nigdy nie jest sama ze swoimi problemami. Z kolei synowi każdy rodzic powinien wytłumaczyć, że kobieta, gdy jest w ciąży, potrzebuje opieki i wsparcia, szczególnie gdy dochodzi do kryzysów w związku. Mężczyzna musi być po prostu prawdziwym facetem. Jeśli kobieta będzie się czuła kochana, będzie pewna, że ma wsparcie, że może liczyć na swojego męża, to nigdy – powtarzam: nigdy! – nie zdecyduje się na aborcję. I to jest praca, którą może wykonać każdy z nas, to jest to pierwsze działanie pro-life, już w domu. Każdy z nas jest albo ojcem, albo matką, mężem, żoną, przyjacielem, przyjaciółką, kolegą czy koleżanką, mamy wokół siebie ludzi, których nagle może przerosnąć rzeczywistość. Ważne, by w tych chwilach kobieta nie była sama. Decyzja o aborcji rodzi się w samotności i przerażeniu.

– Wkrótce w Polsce wejdzie na ekrany kin film „Unplanned” (Nieplanowane), który powstał na podstawie Twojej książki. Opowiada historię Twojego przejścia na „jasną stronę mocy”. Jesteś szczera do bólu, opowieść jest jak spowiedź. Nie bałaś się tak ogromnej konfrontacji z całym światem? Skąd wzięłaś siłę, aby tę konfrontację wytrzymać?

– Siłę czerpię z wiary. Kiedy ruszyły zdjęcia do filmu, trochę żartem powiedziałam mężowi, że to chyba nie jest możliwie, by przeżyć to wszystko jeszcze raz. Łatwo zostać głęboko zranionym, gdy odkrywasz się przed światem, bo choć film jest fabułą, to jednak powstał na podstawie mojej książki, w której opowiedziałam całą prawdę o sobie – o swoich przeżyciach, relacjach z bliskimi, drodze do przemiany. Moje życie to żywy dowód Bożej miłości, wiesz? Dowód, że Boże Miłosierdzie nie ma granic.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wkrótce poświęcenie pierwszej w Polsce kaplicy - Centrum Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu

2019-11-18 20:07

rm / Radom (KAI)

30 listopada rozpocznie się wieczysta adoracja w intencji rodzin. Miejscem modlitwy będzie kaplica w miejscowości Kolonia Jedlnia, która znajduje się na skraju Puszczy Kozienickiej. Jej poświęcenia dokona bp Henryk Tomasik. Inicjatywa jest dziełem Fundacji "Płomień Eucharystyczny", która została powołana w celu gromadzenia środków na budowę pierwszej w Polsce kaplicy - Centrum Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

Bożena Sztajner/Niedziela

- Bogu niech będą dzięki. Artyści plastycy zakończyli tworzenie przepięknych fresków w kopule budynku. Otwarcie kaplicy odbędzie się 30 listopada. Jest to ostatni dzień roku liturgicznego, który w Kościele upłynął pod hasłem „W mocy Bożego Ducha”. Nowy rok liturgiczny ma być poświęcony Eucharystii, zaś w diecezji radomskiej – Rodzinie. Symbolika tej daty jest dla nas bardzo znacząca, ponieważ Adoracja Eucharystyczna w naszej Kaplicy ma być prowadzona przede wszystkim w intencji rodzin - powiedział ks. Sławomir Płusa, prezes fundacji "Płomień Eucharystyczny".

Budowa kaplicy trwała prawie dwa lata. Impuls do jej powstania dał o. Joseph Vadakkel. Patronem kaplicy jest św. Jan Paweł II. Będą się tym miejscem opiekowały siostry sercanki, które przekazały w darze piuskę papieża-Polaka. Ojciec Święty miał ją podczas konsekracji sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem