Reklama

Kazimierz Pleśniak Kawalerem Orderu Uśmiechu

2017-01-25 15:07


Edycja legnicka 5/2017, str. 6-7

Monika Łukaszów
Kazimierz Pleśniak, kawaler Orderu Uśmiechu

Kazimierz Pleśniak to postać w Legnicy doskonale znana. Od 50 lat pracuje na rzecz dzieci. Laureat wielu nagród i wyróżnień za działalność społeczną na rzecz dzieci i młodzieży oraz osób niepełnosprawnych. Inicjator tzw. stanic wędrujących, założyciel Młodzieżowego Domu Kultury „Harcerz”, od 26 lat prezes Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Legnicy. Jest laureatem wielu ważnych medali i odznaczeń. Kilka lat temu legnicka Kuria Biskupia wyróżniła p. Kazimierza tytułem „Przyjaciel Osób Niepełnosprawnych”. Szczególnie bliskimi postaciami i niedościgłymi wzorami pana Pleśniaka są św. Jan Paweł II i św. Matka Teresa z Kalkuty. 16 stycznia w Młodzieżowym Centrum Kultury, Kazimierz Pleśniak, za swoją społeczną pracę na rzecz najmłodszych, otrzymał „Order Uśmiechu”. Został pasowany różą, złożył też przyrzeczenie: „być zawsze pogodnym i radość dzieciom przynosić”, a potem musiał z uśmiechem wypić sok z cytryny
Z Kawalerem Uśmiechu Kazimierzem Pleśniakiem o pracy z dziećmi i dla dzieci rozmawia Monika Łukaszów

MONIKA ŁUKASZÓW: – Czym jest dla Pana Order Uśmiechu?

KAZIMIERZ PLEŚNIAK: – Jest czymś niezwykłym i niepowtarzalnym, największym wyróżnieniem w moim życiu i ponad 50-letniej działalności społecznej. Tym cenniejszy, że przyznany przez dzieci. Wyróżnienie to byłoby dla mnie nieosiągalne, gdyby nie wsparcie mojej żony Ireny i ogromnej rzeszy ludzi, z którymi współpracuję w niesieniu pomocy dzieciom. To jedyne odznaczenie przyznawane bez udziału polityki, tym bardziej, że jestem zwolennikiem działalności ponad podziałami.

– Ponad 50 lat pracuje Pan na rzecz dzieci. Co daje taka praca?

– W 2016 r. minęło 50 lat jak rozpocząłem działalność społeczną w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Studium Nauczycielskim w Legnicy w Kole Uczelnianym. Następnie w Szkole Podstawowej w Kunicach zakładałem ZHP, w którym działałem do 2001 r. pełniąc funkcję komendanta Hufca ZHP Chorągwi Legnickiej. Potem było Towarzystwo Przyjaciół Dzieci (TPD). Taka praca daje ogromną satysfakcję, rozwija pasje, z każdym dniem rodzą się nowe pomysły, można się samorealizować i wciągać innych do pożytecznego działania. To olbrzymi komfort, kiedy praca staje się pasją.

– Czy na przestrzeni lat zmieniły się potrzeby i formy pomagania dzieciom?

– TPD było, jest i będzie potrzebne w różnych okresach, ustrojach czy uwarunkowaniach społeczno-politycznych, ponieważ są dzieci i rodziny potrzebujące i oczekujące pomocy. Formy się zmieniają, bo świat idzie do przodu, zwłaszcza w dziedzinie techniki. W czasie transformacji ustrojowej potrzeby są większe, bo nie wszyscy sobie radzą, choćby z powodu bezrobocia.

– Jak widzi Pan dalszą swoją pracę na rzecz dzieci?

– Choć lata lecą, zdrowie też podupada, nie wyobrażam sobie życia bez realizacji zadań społecznych. Chciałbym przynajmniej wprowadzić legnickie oddziały TPD w drugie stulecie – w roku 2019. Marzy mi się stworzenie alei przyjaciół dzieci w Legnicy i własne środowiskowe ognisko wychowawcze TPD. Do końca będę wierny słowom największego Polaka ostatnich czasów św. Jana Pawła II: „Dziecko jest radością całego świata”. Pragnąłbym dalej realizować zadania propagując wartości chrześcijańskie. A dewiza „Bóg, honor, ojczyzna” towarzyszyć mi będzie do końca życia.

Tagi:
order uśmiechu

Mija 50 lat od przyznania pierwszego Orderu Uśmiechu

2019-02-06 14:04

mip (KAI/Order Uśmiechu) / Warszawa

W środę mija 50 lat od nadania pierwszego Orderu Uśmiechu. Pierwszym laureatem wyróżnienia został poznański ortopeda prof. dr Wiktor Dega. Przez pięćdziesięciolecie orderem uhonorowani zostali także wybitni duchowni i świeccy przedstawiciele Kościoła.

Order Uśmiechu to honorowe odznaczenie nadawane od 1968 za działalność na rzecz dzieci, przyznawane na ich wniosek dzieci przez Kapitułę Orderu Uśmiechu. Kawalerem Orderu Uśmiechu zostaje dorosły, którego działalność w danym roku przyniosła dzieciom najwięcej radości. Ceremonii wręczania orderu towarzyszy rytuał wypicia soku z cytryny, koniecznie z uśmiechem.

Przez 50 lat do grona kawalerów Orderu Uśmiechu zaliczeni zostali wybitni hierarchowie kościelni, a także świeccy i duchowni katolicy. Order trafił do dwóch papieży: w 1981 do Jana Pawła II, zaś w 2016 do Franciszka.

Jan Paweł II odebrał order, choć z zasady nie przyjmował żadnych odznaczeń. Był 267. kawalerem, na wniosek niewidomych dzieci z Krakowa i Lasek. Wniosek został napisany alfabetem Braille’a.

„Ojciec Święty kocha każdego człowieka, przekonuje, że szczególnym szacunkiem trzeba otaczać dzieci. Papież jest kochany, jak ktoś chce od niego pomocy, to ją dostanie, a zwłaszcza dziecko, jesteśmy pewni, że gdyby ktoś z nas potrzebował pomocy to by nam nie odmówił” – dzieci uzasadniły z kolei wybór papieża Franciszka. Ceremonia wręczenia orderu i legitymacji z numerem 1000 odbyła się 2 sierpnia 2017 roku w Watykanie.

Wyróżnieniem uhonorowani zostali także kardynałowie: Franciszek Macharski (1998), Henryk Gulbinowicz (2001) oraz biskupi: Ignacy Jeż (1998), Antoni Długosz (2007).

Wniosek o uhonorowanie kard. Macharskiego złożyły dzieci niepełnosprawne z Radwanowic i podopieczni z krakowskiego Domu Pomocy Społecznej. „Dzięki Księdzu Kardynałowi dostaliśmy budynek naszych warsztatów, który wcześniej był kaplicą” - napisali niepełnosprawni z Warsztatów Terapii Zajęciowej Fundacji im. Brata Alberta w Krakowie.

Krakowski purpurat, komentując ceremonię wręczenia Orderu, podczas której trzeba wypić sok ze świeżej cytryny, powiedział: „Myślę o tej cytrynie, którą trzeba wypić. Ludzie wiedzą, który uśmiech jest przylepiony. Często trzeba zdobyć się na uśmiech mimo smutku, po to, by innym nie zakłócać ich pogody i szczęścia”.

Kard. Macharski zauważył też, że jeśli podczas picia cytryny się uśmiechnie, to pokaże, że pośród smutków życia jest miejsce na uśmiech, warto więc ten sok wypić. „Prawdziwy uśmiech to trochę słońca, które nosi się w sobie" - powiedział kardynał.

Z kolei o order dla kard. Gulbinowicza postulowały dzieci ze świdnickiego Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych "Serce". Napisany przez dzieci wniosek o nadanie Orderu miał imponujące rozmiary metr na metr. Dzieci napisały w nim, że kardynał jest "człowiekiem, który otacza dzieci wielką opieką". "Bardzo wspiera nasz zespół „Serduszka” ofiarując pomoc. Nigdy nie zapomina o dzieciach w Centrum Przyjaźni Dziecięcej w Świdnicy i Żarowie. Jest wielkim przyjacielem dzieci chorych na nowotwory. Mówimy o Nim Ksiądz Gulbi - tak z przyjaźni zdrobniale" - czytamy we wniosku.

Order często trafiał do duchownych. Wyróżnieni zostali nim m.in. poeta i słynny warszawski kaznodzieja ks. Jan Twardowski, prezes Fundacji im. Brata Alberta w Krakowie ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, kustosz sanktuarium z Kałkowa-Godowa, budowniczy wioski dziecięcej ks. Czesław Wala, czy założyciel sieci chórów “Biedronki” ks. Andrzej Danielski.

Dzieci doceniły także działalność organizatora akcji krwiodawstwa w parafiach ks. Piotra Sadkiewicza, działacza dla dobra chorych w szczególności osób zakażonych wirusem HIV ks. Arkadiusza Nowaka, „Proboszcza III Tysiąclecia”, tworzącego w parafii m.in. ochronki-przedszkola ks. Michała Józefczyka, franciszkańskiego duszpasterza polonijnego o. Łucjana Królikowskiego OFMConv czy watykańskiego współpracownika Jana Pawła II o. Konrada Hejmę OP.

W 2017 roku order otrzymał popularny kaznodzieja i duszpasterz, benedyktyn o. Leon Knabit. „Uśmiecham się dlatego, że wiem, iż Pan Jezus mnie kocha. On kocha wszystkie dzieci i wszystkich starszych. A dzieci szczególnie” – podkreślił zakonnik podczas odebrania nagrody. Przypomniał, że „dziecko jest człowiekiem od pierwszej chwili istnienia”. „Staramy się, by dzieci się uśmiechały. A dzieci dają nam też powód do uśmiechu” – dodał.

Orderem uhonorowana została za swoją działalność na rzecz ubogich św. Matka Teresa z Kalkuty. Wyróżnienie za zaangażowanie na rzecz misji otrzymały również członkini Rady Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris missio”, dr Wanda Błeńska, a także Helena Pyz, założycielka Sekretariatu Misyjnego Jeevodaya.

Za działalność na rzecz dzieci z ubogich i patologicznych rodzin order otrzymała także Joanna Radziwiłł. Prowadzona przez nią Fundacja św. Jana Jerozolimskiego pomaga dzieciom zaniedbanym edukacyjnie, społecznie i emocjonalnie.

Pomysł zrodził się w głowie autorki książek dla dzieci, Wandy Chotomskiej. Podczas jednego ze spotkań z chorymi dziećmi w podwarszawskim szpitalu usłyszała od małego pacjenta o medalu, jaki przyznać chciałby lekarzowi, który się nim opiekował.

Przejmującą historię autorka opowiedziała w wywiadzie udzielonym „Kurierowi Polskiemu”. Zainspirowani pomysłem dziennikarze podjęli ideę, w której dzieci mogły nagradzać dobrą pracę dorosłych.

W ogłoszonym jesienią 1968 r. konkursie na projekt orderu dzieci przesłały na adres Telewizji Polskiej i do redakcji Kuriera Polskiego 44 tysiące prac. Najbardziej spodobał się ten wymyślony przez 9-letnią Ewę Chrobak z Głuchołaz, przedstawiający uśmiechnięte słoneczko. To właśnie słoneczko jest do dziś symbolem Orderu Uśmiechu.

Powołano także Kapitułę Orderu Uśmiechu, której przewodniczącą została znana i uwielbiana przez dzieci pisarka Ewa Szelburg-Zarembina. Wyłonionym przez kapitułę kawalerem z legitymacją nr 1 został prof. dr Wiktor Dega, światowej sławy chirurg ortopeda z Poznania, któremu tysiące dzieci zawdzięczały zdrowie, a nieraz i życie.

W 1979 r., ogłoszonym przez ONZ Międzynarodowym Rokiem Dziecka, sekretarz generalny ONZ Kurt Waldheim nadał Orderowi Uśmiechu rangę międzynarodową. 16 listopada 1992 Kapituła Orderu Uśmiechu została zarejestrowana w Polsce jako stowarzyszenie.

Siedzibą Kapituły jest Warszawa, a językiem urzędowym - polski. Kapitułę tworzy 55 osób - przedstawicieli wszystkich kontynentów. W gronie kapituły zasiadają: księża prawosławny i katolicki, lama buddyjski, rabin oraz przedstawiciel islamu. Jest to ciało ekumeniczne, demokratyczne. Wnioskodawcami mogą być tylko dzieci, które przysyłają kolorowe listy, ilustrowane rysunkami i zdjęciami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak reżyseruje się „marsze równości”

2019-08-13 12:55

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2019, str. 38-39

W Polsce marsze środowisk LGBT nazywane są „marszami równości”. Na całym świecie te same parady znane są jako „Gay Prides”, co wskazuje na ich zasadniczy cel – ukazanie dumy z bycia homoseksualistami.
W Polsce próbuje się przedstawić „marsze równości” jako spontaniczne inicjatywy ludzi, którzy twierdzą, że są dyskryminowani i walczą o należne im prawa. Ale, oczywiście, tak nie jest. Na całym świecie wszystkie „Gay Prides” mają podobną scenografię i tę samą „reżyserię”, co wskazuje na to, że służą one tym samym celom wyznaczonym przez ideologów LGBT.
O próbę przeanalizowania tego zjawiska poprosiłem prof. Tommasa Scandroglia – dawnego wykładowcę Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie.

vitaumanainternazionale.org
Prof. Tommaso Scandroglio

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Badał Pan Profesor zjawisko parad homoseksualnych, zwanych „Gay Pride”. Co je charakteryzuje?

PROF. TOMMASO SCANDROGLIO: – Wszystkie „Gay Prides”, parady dumy gejowskiej, mają pewne wspólne cechy, które starałem się przeanalizować. Przede wszystkim cechuje je duch protestu. Parady te mają w sobie coś z ducha demonstracji 1968 r. (rewolucja studencka), które w roszczeniach dla pewnych grup społecznych (robotników, studentów, kobiet) nie proponowały postaw obronnych, ochrony danej kategorii, ale uciekały się do atakowania tych, których przedstawiano jako wrogów: pracodawców/kapitalistów przeciwstawiano robotnikom, nauczycieli/rodziców – uczniom, mężczyzn/rodziny/dzieci – kobietom. W analogiczny sposób w „Gay Prides” maszeruje się nie na rzecz osób homoseksualnych, ale zawsze przeciwko komuś. Przede wszystkim przeciwko Kościołowi, przeciwko tym, którzy twierdzą, że akty homoseksuale są nieuporządkowane, przeciwko partiom prawicowym, przeciwko ludziom o tradycyjnych poglądach itd. Krótko mówiąc – charakterystyczną cechą tych parad jest duch antagonistyczny, który zaprzecza hasłom o niedyskryminacji, integracji, otwartości na to, co różne, wykrzykiwanym podczas tych samych manifestacji. Innymi słowy – środowiska homoseksualne domagają się dialogu, otwarcia, bycia przyjaznymi, ale same przyjmują całkowicie odwrotną postawę: postawę wrogości, wojowniczości, niezdolność do dialogu.

– Dlaczego znaczna część uczestników tych parad manifestuje półnaga?

– To prawda, że „Gay Prides” to parada półnagich ciał (kostium kąpielowy jest najbardziej popularny), a to z kilku ważnych powodów. Pierwszy – to prowokacja. Zgodnie z agresywnym, wojowniczym duchem, o którym wspomniałem, konieczne jest sprowokowanie „wroga”, zmuszenie go do niekontrolowanej reakcji, by następnie oskarżać go o bigoterię, niewrażliwość i homofobię. Drugi powód – to krytyka. Nagość jest wykorzystywana jako obraza stereotypów, normalności, naturalności relacji. Kryje się za tym rewolucyjne przesłanie: obalić porządek ustanowiony przez Boga, który chciał, by mężczyzna czuł pociąg do kobiety i vice versa, a w szczególności obalić znaczenie czystości i wstydliwości, postrzeganych już nie jako cnoty, ale tabu, które trzeba przełamać, wrogie indywidualnej wolności i pełnemu wyrażaniu siebie. Trzeci powód to transgresja. Półnagie ciało osoby homoseksualnej jest wyrazem pragnienia przekroczenia wszystkich ograniczeń w sferze seksualnej. Pierwszym takim ograniczeniem jest, oczywiście, heteroseksualizm – rozpusta jest rozumiana jako wyzwalająca siła własnych popędów. Czwarty powód to przeciwstawienie „fizyczności” „wewnętrzności” – nagość świadczy o tym, że związek homoseksualny często koncentruje się na erosie, a wymiar afektywny (który jest również chaotyczny, ponieważ pochodzi z orientacji homoseksualnej, która jest nieuporządkowana, jak naucza katechizm), to aspekt drugorzędny. To właśnie fizyczność jest często źródłem stosunków homoseksualnych. Innym powodem jest narcyzm ich uczestników, dla których parada może być sceną do popisu w nadziei, że zostaną zauważeni i docenieni.

– Parady te organizowane są wszędzie i na szeroką skalę, nawet w krajach i miejscach, w których osób o skłonnościach homoseksualnych jest bardzo mało – tak jakby ktoś chciał „narzucić” społeczeństwu temat homoseksualizmu, aby przyzwyczajać ludzi do tego zjawiska...

– To prawda, ponieważ jednym z celów tych parad jest przyczynienie się do uznania zjawiska homoseksualizmu i transseksualizmu za normalne w świadomości zbiorowej, do pozbawienia zwykłych ludzi wrodzonego impulsu krytycznego. Rozpowszechnienie parad na całym świecie sprawiło, że stały się one zjawiskiem obyczajowym, już nawet nie tak nieprzyzwoitym, co w oczywisty sposób pomogło w podejmowaniu wielu innych działań mających na celu „normalizację” homoseksualizmu. Historycznie „Gay Prides” były pierwszą publiczną inicjatywą, która miała na celu akceptację homoseksualizmu w społeczeństwie.

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach, „marszom równości” towarzyszą bluźniercze gesty. Dlaczego tak się dzieje?

– Jednym z ich wyróżników jest bluźnierczy charakter i bezczeszczenie Kościoła oraz ducha religijnego. Wspomniałem wcześniej o antagonistycznym wymiarze parad, a pierwszym wrogiem, którego należy zniszczyć, jest Kościół. Dlatego jest w nich tak wiele wulgarności, obelg i bluźnierczych przedstawień przeciwko Bogu, Matce Bożej i świętym. W tych gestach pełnych przemocy nie chodzi tylko o zamiar bezczeszczenia, modny od 1968 r. aż do chwili obecnej, ale jest to przejaw prawdziwej nienawiści do „sacrum”, tak jakby Kościół i święci byli wyrzutem sumienia dla sumienia tych ludzi.

– W większości krajów istnieją prawa uznające bluźnierstwo i oczernianie religii za przestępstwa, które podlegają karze. Dlaczego nikt nie karze homoseksualistów, którzy dopuszczają się takich przestępstw, podczas gdy ludzie przeciwni „marszom równości” są piętnowani lub wprost prześladowani?

– Z jednej strony – ludzie, którzy ośmielają się krytykować bluźniercze gesty i słowa uczestników „Gay Prides”, uważani są za homofobicznych, nieliberalnych, dyskryminujących, średniowiecznych, ponieważ rzekomo cenzurują wolność wypowiedzi. A z drugiej – ludzie, którzy obrażają uczucia religijne całego ludu, korzystają tylko z prawa do wolności słowa! Tak więc są dwie miary oceny: jeśli gej obraża Madonnę, to ta obraza jest wyrazem wolności słowa, a jeśli wierzący krytykuje homoseksualistę, który obraża Maryję, to zasługuje na pójście do więzienia za zniesławienie. Jest to skutek masowej kampanii kulturowej, która zmieniła zbiorowe postrzeganie zjawiska homoseksualizmu i sprawiła, że zwykli ludzie wierzą – z jednej strony – że działacze gejowscy są zawsze ofiarami, które należy bronić, a z drugiej – że katolik jest zawsze „katem” i dlatego zasługuje na pozbawienie wolności słowa, by nie mógł dyskryminować. Ta nierówność traktowania, a raczej otwarta dyskryminacja ludzi wierzących, wywiera w konsekwencji wpływ również na sędziów, którzy w tych sprawach przychylają się do dominujących, mainstreamowych opinii.

– Na stronie homoseksualistów „Gayly Planet” można przeczytać: „Nawet jeśli parady są przezabawne, a ty tańczysz aż do wyczerpania, pozostają demonstracjami politycznymi, by walczyć o równość i prawa społeczności LGBTQ”. Czy „Gay Prides” są formą walki politycznej?

– Według ideologów „tęczowych parad”, prawdziwy gej musi być aktywny politycznie. Homoseksualizm nie może pozostać w sferze prywatnej, ale musi stać się instancją polityczną, musi mieć wymiar publiczny, a zatem musi zostać przekształcony w walkę o swobody obywatelskie, prawa, finansowanie publiczne itp.

– Jeśli za paradami LGBT kryje się konkretna ideologia, to każdy ma prawo je krytykować, tak jak istnieje prawo do krytyki każdej partii czy ideologii...

– Krytyka, kontestacja, dezaprobata zawsze były bronią ruchu LGBT.

– Światowe lobby LGBT od dawna chce zmusić Kościół do zmiany nauki o zachowaniach homoseksualnych. Jakich metod używa, aby to osiągnąć?

– Wśród wielu strategii możemy wskazać trzy. Pierwsza to szantaż. W Kościele, jak przyznał sam Papież, działają lobby homoseksualne i są one bardzo wpływowe. Szantaż jest narzędziem do załatwiania wielu spraw. Jeśli jakiś biskup, rektor seminarium, przewodniczący jakiegoś papieskiego organizmu ma „plamy na życiorysie”, to stają się one walutą wymiany: gejowskie lobby obiecuje, że nie ujawni nic z tego, co wie o życiu biskupa, rektora czy księdza, w zamian za bycie przyjaznym gejom – „gay friendly”. Druga strategia: to przekonanie ludzi, że większość księży jest homoseksualistami. Jest to strategia promowana również przez socjologa i działacza gejowskiego Frédérica Martela w książce „Sodoma”. Twierdzi on, że skoro homoseksualizm jest tak rozpowszechniony w Kościele, to należy go „znormalizować”, uznać za naturalny wariant orientacji seksualnej. I trzecia strategia, również obecna w tekście Martela: ukazywanie homofobów (to neologizm zrodzony z teorii płci, który ma oznaczać ludzi źle nastawionych do homoseksualizmu) jako utajonych homoseksualistów. Tak więc ci, którzy krytykują homoseksualizm, są homoseksualistami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. To sztuczka polegająca na tym, że z jednej strony zmusza się kogoś do milczenia, aby uniknąć podejrzeń o homoseksualizm, a z drugiej, na poziomie medialnym, ukazuje się środowsko konserwatywne jako garstkę bigoteryjnych hipokrytów.

* * *

Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+.

Od kwietnia do października br. w 23 polskich miastach organizowane są parady i tzw. marsze równości. Pierwsze miały już miejsce, a w sierpniu „marsze równości” przejdą ulicami: Płocka, Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.

W ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, a w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych, odległych od centrum, ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.

(KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Caritas: Dentystki z Polski będą leczyć Wenezuelczyków

2019-08-20 07:15

Caritas Polska / Warszawa (KAI)

Dzięki wsparciu Caritas Polska, dwie trójmiejskie dentystki – Ewa Piosik i Joanna Wojciechowska wyruszają z misją do Wenezueli, żeby leczyć dzieci i dorosłych. Każda pomoc jest tutaj na wagę złota, bo kraj cały czas walczy z kryzysem. Najgorzej jest w służbie zdrowia.

Archiwum Joanna Wojciechowska

Koszty przelotu finansuje Caritas Polska. Obecnie trwa zbiórka materiałów stomatologicznych niezbędnych do leczenia pacjentów. Lekarki z Trójmiasta chcą zabrać ze sobą ich jak najwięcej by pomóc osobom potrzebującym. Akcję obiecały wesprzeć firmy specjalizujące się w produkcji i sprzedaży stomatologicznych materiałów leczniczych.

„Zaprosił mnie biskup Carlos Alfredo Cabezas Mendoza, który zgłosił się z prośbą o pomoc do Fundacji Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”– mówi Ewa Piosik. „W podróży i na miejscu towarzyszyć mi będzie Joanna Wojciechowska, młoda dentystka, która lubi usuwać zęby i jest pełna radości oraz energii” – dodaje młoda stomatolożka.

Wylot do Wenezueli planowany jest 18 września. Polki przez sześć tygodni będą pracować w miejscowości Punto Fijo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem