Reklama

Kolejne kłamstwa Moskwy

2017-02-01 10:02

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 6/2017, str. 40-41

Oleg Mineev/East News
Szczątki rządowego samolotu Tu-154M, który rozbił się 10 kwietnia 2010 r.

Władimir Putin i rosyjska dyplomacja kolejny raz pokazują swoją butę i arogancję. Rosjanie robili to wielokrotnie od 2010 r., ale dopiero rząd PiS adekwatnie reaguje na kremlowskie kłamstwa

Polski wrak Tu-154M leżący w Smoleńsku oraz czarne skrzynki przechowywane w Moskwie mają już niemal 7-letnią historię. Od 2010 r. władze Rzeczypospolitej oficjalnie domagają się ich zwrotu, a władze Federacji Rosyjskiej oficjalnie odmawiają. Jest jednak pewna różnica między rządem PO-PSL a rządem PiS. Pierwszy z nich nie zrobił praktycznie nic, a drugi robi prawie wszystko, co możliwe, aby odzyskać polską własność i dowody w sprawie największej tragedii od czasów II wojny światowej.

Min. Witold Waszczykowski dokonał w MSZ przeglądu dokumentów swoich poprzedników. Okazuje się, że polska dyplomacja w ogóle nie podnosiła kwestii zwrotu wraku. – Teraz mamy potwierdzenie tego, czego od dawna się domyślaliśmy. Nasz rząd nas nie reprezentował i zachowywał daleko idącą bierność – powiedziała „Niedzieli” Małgorzata Wypych, wdowa po min. Pawle Wypychu.

Ostra reakcja Polski

Kilka tygodni temu o sprawie wraku znów zrobiło się głośno z powodu słów wypowiedzianych przez Władimira Putina. Prezydent Rosji powiedział, że „osobiście czytał” zapisy rozmów pilotów samolotu. – Osoba, która weszła do kokpitu, domaga się lądowania. Pilot odpowiada: „Nie mogę, lądować nie można”. Na co osoba z ochrony prezydenta mówi: „Nie mogę tego zameldować naczelnikowi. Rób, co chcesz, ląduj” – relacjonował prezydent Rosji.

Reklama

Putin kolejny raz próbował się popisać przed światową opinią publiczną i w swoim stylu podkoloryzował nawet skandaliczną narrację opublikowaną przez MAK w 2011 r. Słów o zmuszaniu do lądowania, o których mówił Putin, nie znajdziemy nawet w błędnych rosyjskich stenogramach.

Tym razem polski rząd rosyjskie kłamstwa sprytnie wykorzystał. Najpierw oświadczenie wydało Ministerstwo Obrony Narodowej, a później notę dyplomatyczną wysłał Minister Spraw Zagranicznych. W nocie dyplomatycznej zażądano niezwłocznego wydania nieznanych dotąd w Polsce fragmentów zapisów rozmów w kokpicie Tu-154M na kilka chwil przed katastrofą w Smoleńsku. „Jak wynika z wypowiedzi prezydenta Rosji Władimira Putina, władze Rosji dysponują tekstem rozmów między pilotem i pasażerami, który nigdy nie został udostępniony Polsce. Przedstawia całkowicie fałszywy obraz przebiegu wydarzeń, które miały doprowadzić do tragedii smoleńskiej. (...) Jak wynika z (...) wypowiedzi prezydenta Putina, u źródeł tej sytuacji leży sfałszowanie materiału dowodowego przez stronę rosyjską” – czytamy w oświadczeniu MON.

Rosja zagrabiła polską własność

Pierwsza odpowiedź z ambasady Rosji okazała się równie bezczelna jak słowa Putina podczas konferencji. „Brakuje jakichkolwiek podstaw dla stwierdzenia, że Rosja niby posiada jakieś nieznane nagranie rozmów w kokpicie (...). Rozszyfrowane rozmowy pilotów niejednokrotnie zostały upublicznione w środkach masowego przekazu. Są one łatwe do odnalezienia w Internecie” – czytamy w rosyjskim komunikacie.

Nota dyplomatyczna rosyjskiego MSZ była grzeczniejsza, jednak również nie zawierała odpowiedzi na pytanie o słowa Putina. „Kluczowe fakty, wymienione przez Prezydenta Federacji Rosyjskiej w jego wystąpieniu, potwierdzone są odczytami zapisów dźwiękowych rozmów w kabinie załogi rejestratora dźwięku polskiego samolotu prezydenckiego” – czytamy w oświadczeniu rosyjskiego MSZ.

W swoich wyjaśnieniach Rosjanie w żaden sposób nie tłumaczą słów Putina, który jednoznacznie mija się z prawdą, ani się od nich nie dystansują. – Oczywiście nie jesteśmy zadowoleni z wyjaśnień ambasady rosyjskiej, dlatego że one nie tłumaczą wystąpienia prezydenta Rosji – podkreśla min. Waszczykowski. – Mówimy: Im dłużej przetrzymujecie wrak i nie chcecie podjąć współpracy w śledztwie z Polską, tym bardziej utwierdzacie polskie społeczeństwo w tym, że jesteście współwinni tej katastrofy. Jasno mówimy, że Rosja zagrabiła naszą własność i nie chce jej oddać.

Nie kiwnęli palcem

Wymiana not dyplomatycznych na razie nie przynosi oczekiwanego rezultatu. Sam min. Waszczykowski twierdzi, że dziś jesteśmy w o wiele trudniejszej sytuacji niż choćby 6 lat temu. Wówczas jednak żaden z ministrów nie kiwnął palcem, aby sprowadzić dowody do Polski.

Wystąpienie Putina wpisuje się dokładnie w taką narrację. Jeżeli nie można udzielić merytorycznej odpowiedzi, to sprawę należy wykpić. Niestety, taką samą taktykę stosują polscy politycy obecnej opozycji. Już we wrześniu 2010 r. premier Donald Tusk mówił, że sprowadzenie wraku „nie jest polską racją stanu”, a szef MSZ urządzał sobie niewybredne żarty. – Rosjanie boją się, że Macierewicz znajdzie ślady bomby atomowej na wraku tupolewa – powiedział w 2013 r. Radosław Sikorski.

Sprawa katastrofy smoleńskiej była lekceważona przez rząd PO-PSL. Rosjanie robili, co chcieli, a Polska zupełnie nie reagowała. Przez ponad 5 lat Moskwa pluła nam w twarz, a Warszawa udawała, że pada deszcz. – Teraz jest natychmiastowa i odpowiednia reakcja, natomiast wcześniej nie było ani determinacji, ani nawet woli wyjaśnienia przyczyn katastrofy oraz prostowania ewidentnych kłamstw z Moskwy – podkreśliła mec. Małgorzata Wypych, poseł PiS, która reprezentuje w sądzie rodziny ofiar tragedii. – Już na etapie przygotowania wizyty w Katyniu Putin robił, co chciał, a polski rząd na wszystko się zgadzał. Ta dziwna uległość była kontynuowana także po 10 kwietnia 2010 r.

Tagi:
polityka Smoleńsk

Reklama

Historyczna rocznica

2018-04-18 11:44

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 18-19

10 kwietnia 2018 r., w dniu ósmej rocznicy katastrofy smoleńskiej, zamknął się ważny etap naszej najnowszej historii. Na placu Piłsudskiego w Warszawie, gdzie w kwietniu 2010 r. pogrążeni w smutku Polacy modlili się za ofiary katastrofy, stanął pomnik upamiętniający wszystkie 96 osób, które zginęły

Artur Stelmasiak
Pomnik, przykryty  biało-czerwoną  flagą,  został  odsłonięty  przez  przedstawicieli  rodzin  smoleńskich

O tym, że katastrofa smoleńska powinna zostać upamiętniona w centrum Warszawy, Polacy byli przekonani już 10 kwietnia 2010 r. Największa tragedia w naszej powojennej historii musi mieć swoje artystyczne odniesienie w przestrzeni publicznej stolicy. Tak przecież jest ze wszystkimi ważnymi wydarzeniami w naszej historii. – Modlimy się przede wszystkim za zmarłych, którzy osiem lat temu zginęli w katastrofie smoleńskiej. Ale módlmy się także o to, by ten pomnik wszystkich nas jednoczył. Niech ten pomnik przemawia do przyszłych pokoleń. Boże, zlej swoje błogosławieństwo na wszystkich, którzy będą nawiedzać to wyjątkowe miejsce – prosił w modlitwie kard. Kazimierz Nycz, który poświęcił pomnik na placu Piłsudskiego.

Pomnik autorstwa Jerzego Kaliny ma prostą formę, ale już teraz urósł do narodowego symbolu, który może zakończyć trawiący Polaków spór polityczny. Ofiarami katastrofy sprzed ośmiu lat byli przecież politycy ze wszystkich opcji politycznych. – On jest wszystkich i dla wszystkich – podkreślił prezydent RP Andrzej Duda i wyraził nadzieję, że pomnik będzie nas jednoczył, niezależnie od poglądów politycznych, że w krótkim czasie będzie świętym miejscem dla wszystkich Polaków. – Bo jest symbolem naszej wspólnoty, bo upamiętnia to, co było wspólnotowe, i że właśnie dla tego, co było wspólne, nasze, oni zginęli. I dlatego on jest nasz, wspólny! – podkreślił prezydent.

Zapracował na upamiętnienie

Przykryty biało-czerwoną flagą pomnik został odsłonięty przez przedstawicieli rodzin ofiar katastrofy. To one najwięcej wycierpiały po stracie bliskich oraz zostały wciągnięte w wir bezlitosnej polityki. – Długo czekałam, ale cieszę się, że wreszcie nadeszła ta chwila – powiedziała „Niedzieli” Ewa Kochanowska, wdowa po śp. Januszu Kochanowskim, rzeczniku praw obywatelskich. – Pomnik Jerzego Kaliny bardzo mi się podoba, bo przecież sama uczestniczyłam w postępowaniu konkursowym – dodała.

W gronie osób, które odsłoniły pomnik smoleński, był, oczywiście, Jarosław Kaczyński, brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To jego polityczna i osobista determinacja sprawiła, że ofiary katastrofy zostały wreszcie upamiętnione. – Ani pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej, ani pomnik Lecha Kaczyńskiego nie są przeciwko nikomu. My chcemy jedności Polaków, ale jedności wokół dobra, a nie wokół zła – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości. – Tam jest 96 nazwisk. Bez żadnych tytułów, bez funkcji, po prostu 96 osób. 96 osób Polek i Polaków, którzy wspólnie wybrali się do Katynia po to, by podtrzymać pamięć. I to jest wystarczający powód, żeby ten pomnik tutaj stanął.

Tuż obok, na skraju placu Piłsudskiego, przy gmachu Garnizonu Warszawa, został odsłonięty kamień, gdzie za kilka miesięcy stanie pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. – Ten pomnik powstaje dlatego, że Lech Kaczyński przez całe swoje życie budował drogę do wyzwolenia ojczyzny. A później, gdy wolność okazała się niedoskonała, tworzył nurt życia publicznego, którego celami były zmiana i naprawa Rzeczypospolitej. Nikt nie odegrał tak wielkiej roli jak on w budowaniu tego, co było w Polsce dobre i sprawiedliwe. I dlatego ten pomnik stanie w tym miejscu – stwierdził Jarosław Kaczyński.

Do symboliki pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego odniósł się także Andrzej Duda. – Nikt nie miał takiego zaufania społecznego wśród wyborców, którzy wybrali go do Senatu, do Sejmu, na prezydenta Warszawy i wreszcie na prezydenta Rzeczypospolitej. Prezydent prof. Lech Kaczyński cieszył się po prostu ogromnym zaufaniem, bo sobie na to zaufanie zapracował. Można więc śmiało powiedzieć, że zapracował sobie swoją służbą dla ojczyzny także na to upamiętnienie – podkreślił prezydent Duda.

Quo vadis Polonia?

Stałym punktem rocznicowych obchodów jest zawsze Msza św. z udziałem rodzin ofiar, najwyższych władz państwowych i ponad 100 księży z całej Polski. Tysiące wiernych wypełniło szczelnie warszawską katedrę, ulice Starego Miasta oraz plac Zamkowy. – Jak co roku, jak co miesiąc wspominamy tych, którzy wtedy zginęli. 96 córek i synów narodu, pod przewodnictwem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – powiedział bp Michał Janocha. W trakcie homilii nawiązał do jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Odniósł się do artystycznej instalacji grobu Pańskiego w warszawskiej archikatedrze, gdzie na tle narodowych barw orzeł w koronie zrywa kajdany i unosi się w powietrze. Przypomniał, że w Smoleńsku polskie skrzydła wbiły się w czarną ziemię. A w katedrze polskie skrzydła wzbijają się w białe niebo. Dumny orzeł zrywa żelazne łańcuchy, zrywa się do lotu. Od tego zrywu mija sto lat. – Jaka jest dzisiaj nasza ojczyzna? Jaka jest ziemia naszych praojców, ziemia Szczęsnego Felińskiego, Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, Korfantego, Wyszyńskiego, ziemia Karola Wojtyły, po stu latach od tamtego cudu? – zastanawiał się bp Janocha i konstatował: – Między katedrą a Pałacem Prezydenckim stoją bariery chroniące Polaków przez Polakami, a czarne marsze domagają się prawa do zabijania nienarodzonych. Czy ten orzeł, który rozrywa kajdany i zrywa się do lotu, nie jest tylko projekcją naszych narodowych tęsknot, czy nie jest naszym kolejnym zbiorowym złudzeniem, czy nie jest jakąś tragiczną farsą?

Zdaniem bp. Janochy, współczesne kajdany mają swój wymiar społeczny i często bezwiednie sami sobie je nakładamy albo pozwalamy nakładać – przez bezkrytyczne uleganie wpływowym ideologiom. Jan Paweł II nazwał to zjawisko „cywilizacją śmierci”, kiedy w imię egoistycznej wolności, oderwanej od solidarności i od odpowiedzialności, głosi się prawo do decydowania o życiu nienarodzonych, upośledzonych, śmiertelnie chorych. Ksiądz biskup przypomniał, że pierwszym krajem w Europie, który wprowadził nieograniczone prawo zabijania nienarodzonych, była bolszewicka Rosja, a drugim były nazistowskie Niemcy. – Dziś tego samego prawa domagają się ludzie w imię postępu. Czy jeżeli ludożerca je widelcem i nożem, to jest postęp? W tym miejscu można powtórzyć pytanie, nieco nadużywane, niemniej jednak ważne i poważne: Quo vadis Polonia? Quo vadis Europa? – zauważył bp Janocha.

Ostatni Marsz Pamięci

Późnym wieczorem z archikatedry pod Pałac Prezydencki przeszedł Marsz Pamięci. Jarosław Kaczyński powiedział, że postawienie pomnika ofiar katastrofy kończy ważny etap. Podziękował wszystkim uczestnikom, którzy przez długie osiem lat uczestniczyli w comiesięcznej Mszy św. oraz w Marszu Pamięci. Zapowiedział, że nadal będą się modlić każdego 10. dnia miesiąca, ale już nie będzie marszy Krakowskim Przedmieściem.

Brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego wielokrotnie podkreślał wagę upamiętnienia ofiar katastrofy oraz wyjaśnienia jej przyczyn. – Mamy raporty wstępne, jeszcze nieostateczne. Przed nami badania, które będą prowadzone na zlecenie prokuratury przez najwybitniejszych w skali światowej specjalistów od katastrof lotniczych. Część spraw została już wyjaśniona, a droga do kolejnych jest otwarta – podsumował Jarosław Kaczyński. – To 96. marsz. Tyle marszów, ile ofiar katastrofy smoleńskiej. 96. marsz jest marszem ostatnim, bo doszliśmy do celu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Brat Marek z Taizé: Wątpliwości są znakiem, że nasza wiara jest żywa

2019-12-15 09:07

mp / Warszawa (KAI)

- Wątpliwości w wierze są zaproszeniem do szukania Boga oraz do dalszego rozwoju - odpowiedział brat Marek z Taizé wczoraj podczas spotkania u jezuitów w Warszawie. Prowadził je Piotr Żyłka, redaktor naczelny portalu Deon.pl. Było ono poświęcone promocji książki: „Bóg. Cisza. Prostota”, która jest wywiadem-rzeką z bratem Markiem, przeprowadzonym właśnie przez Piotra Żyłkę. Ukazała się ona w tych dniach nakładem Wydawnictwa WAM.

www.spotkaniegrebocin.pl

- Młodych ludzi w Kościele powinno się przede wszystkim słuchać – powiedział brat Marek pytany jaka jest tajemnica sprawiająca, że do Taizé, tej skromnej burgundzkiej wioski, przyjeżdżają od lat setki tysięcy młodych z całego świata. Przypomniał, że brat Roger (założyciel wspólnoty) uczył braci, że w kontakcie z młodymi ludźmi nie należy stawiać się w roli mistrzów mających gotową odpowiedź na każde pytanie. Twierdził, że bracia powinni być ludźmi, którzy będą cierpliwie i życzliwie wysłuchiwać wszystkich, a w pierwszym rzędzie tych, którzy mają wątpliwości w wierze.

Zdaniem brata Marka, wątpliwości w wierze to sprawa, której nie powinniśmy się obawiać. Oznaczają one, że żyjemy i że szukamy. - A jeśli jesteśmy ludźmi, którzy zmierzają do Boga, to jest o co pytać do końca życia - podkreślił. - Wątpliwości są więc znakiem, że nasza wiara jest żywa. Ostrzegł, że jeśli w wierze operować będziemy tylko pewnikami, to nikt taką wiarą nie będzie zainteresowany. Wątpliwości są bowiem zaproszeniem do szukania.

Spotkania z młodymi – przyznał brat Marek – są też przynagleniem do zmiany czegoś w dzisiejszym świecie, do budowania pojednania i budowania więzi zaufania. „Dla mnie spotykanie się z młodymi jest nieustannym obdarowaniem świeżością powołania” - skonstatował.

Brat Marek wyjaśnił, że współczesny człowiek, w tym wielu młodych, jest głęboko zranionych i obarczonych często poważnym cierpieniem duchowym. Musimy więc starać się coraz lepiej rozumieć to wewnętrzne cierpienie. A tym, co najbardziej pomaga ludziom cierpiącym jest wysłuchanie i zaufanie.

Brat Marek mówił wczoraj nie tylko o relacjach ekumenicznych, które są codziennością wspólnoty z Taizé, ale także o nowym wyzwaniu, jakim jest obecność muzułmanów. Zapytany o weekend przyjaźni chrześcijańsko-muzułmańskiej, jaki odbył się przed dwoma miesiącami w Taizé, powiedział, że bracia mają kontakt z muzułmanami już od dawna, gdyż ich fraternie istnieją w niektórych krajach muzułmańskich np. w Bangladeszu. Tam kontakt z muzułmanami jest codzienny.

- Ze strachów przed wyznawcami islamu już się uleczyliśmy, gdyż poznaliśmy, że muzułmanie są to często prości, zwyczajni i Boży ludzie, głęboko traktujący swą wiarę – oświadczył. Opowiedział, że bracia doznają tam bardzo wiele życzliwości. Ostrzegł przed tendencją do odgradzania się od muzułmanów – jaka często nas charakteryzuje - gdyż znacznie lepszym wyjściem jest zacząć się nawzajem poznawać, spotykać i rozmawiać. - A wtedy odkryjemy, że ten kto swe życie opiera na wierze, ten nie szuka wojny. Natomiast wojny szuka ten, kto wiarą manipuluje, ale dotyczyć to może zarówno muzułmanów jak i chrześcijan – wyjaśniał.

Na pytanie jak rozumieć prostotę w naszym życiu, brat Marek odpowiedział, że prostota nie oznacza ucieczki od nowych wynalazków technicznych ale jest poszukiwaniem tego, co naprawdę jest mi potrzebne. - Prostota nie jest to więc odrzucanie tego, co człowiek wynalazł, ale korzystanie w taki sposób aby to służyło innym - wyjaśnił. Dodał, że powinna temu towarzyszyć podstawa samoograniczenia, ale nie może być ona przeżywana w smutku lecz w radości.

Brat Marek opowiadał też o swojej drodze do Taizé. Kiedy był studentem ekonomii w Poznaniu w latach 60-tych ubiegłego wieku, wielką rolę w jego życiu odegrało duszpasterstwo akademickie. Przeżył tam szczególną fascynację rozwijającym się wówczas ruchem ekumenicznym. Swego rodzaju objawieniem dlań była książka „Taizé i Kościół jutra”, która zawierała też regułę wspólnoty z Taizé. Reguła ta stała się wyznacznikiem dalszych jego poszukiwań duchowych, do tego stopnia, że wraz z przyjaciółmi z duszpasterstwa chciał w Polsce założyć wspólnotę na niej opartą. W końcu – po spotkaniu z bratem Clementem, który przybył do Polski - udało mu się uzyskać zaproszenie do Taizé.

W 1972 r. po raz pierwszy mógł udać się do Taizé. A kiedy jechał tam po raz drugi w 1975 r., miał już wewnętrzne przekonanie, że chce wstąpić na stale do wspólnoty. Bracia zgodzili się na to, ale postanowił jeszcze wrócić do Polski, aby załatwić niezbędne formalności. Przez kolejne 3 lata nie dostawał paszportu. W końcu, w 1977 r. po długich perypetiach go otrzymał. Zaraz po przybyciu został przyjęty jako brat do wspólnoty. A w drugiej połowie lat 90-tych – za namową brata Rogera oraz ks. Stanisława Dziwisza, wówczas sekretarza Jana Pawła II – przyjął święcenia kapłańskie.

Przez wiele lat brat Marek zajmował się Polakami przyjeżdżającymi do Taizé i był jednym z głównych organizatorów Europejskich Spotkań Młodych. Obecnie opiekuje się uchodźcami i migrantami przyjętymi przez wspólnotę.

Spotkanie u oo. jezuitów było organizowane przez warszawskie środowisko związane ze wspólnotą Taizé. Przy jezuickim duszpasterstwie DĄB co środa odbywają się modlitwy w duchu Taizé, a w ostatnią środę miesiąca tego typu spotkanie modlitewne ma miejsce w kościele św. Marcina na Piwnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Częstochowa: Nagrodzono młodych literatów

2019-12-16 12:22

Anna Cichobłazińska

Ostatnie słowa św. Jana Pawła II stały się mottem 20. Konkursu Literackiego im. prof. Zofii Martusewicz: „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie i za to wam dziękuję” – powiedział Papież Polak, gdy dowiedział się, że na Plac św. Piotra przybyły rzesze młodych ludzi.

Anna Cichobłazińska/Niedziela

Ostatnie słowa wypowiedziane tuż przed śmiercią mają szczególne znaczenie. To jak testament albo kwintesencja życiowych wędrówek, przemyśleń. Puenta, która spaja w całość wszystkie wypowiedziane wcześniej treści. Te słowa św. Jana Pawła II wypowiedziane były do młodych. Uprzywilejowanych i ukochanych przez Papieża. Zawsze „było ich pełno” obok niego. I zawsze mogli na niego liczyć. Bo rzeczywiście całe swoje życie ich szukał”.

Do jubileuszowej edycji konkursu literackiego, któremu patronuje znana częstochowska polonistka Zofia Martusewicz, przystąpiło ponad 50 uczniów szkół średnich regionu częstochowskiego. Jury nagodziło pierwszym miejscem pracę Aleksandry Chazy z LO im. Kopernika, drugim Wiktora Dziwińskiego z LO im. Wł. Biegańskiego w Częstochowie, trzecim Martyny Sokołowskiej z ZS im. E. Kwiatkowskiego w Myszkowie. Wyróżniło prace: Daniela Jantosa z LO w Kłobucku, Kingi Wolbisz z LO Samorządowego i Wiktorii Marchewki z LO im. M. Kopernika w Częstochowie.

Wśród atrakcyjnych nagród dla młodzieży znalazło się również zaproszenie do Brukseli dla laureatki I miejsca wraz polonistą-opiekunem Szymonem Ziętalem, wystosowane przez europoseł Jadwigę Wiśniewską.

W czasie uroczystości wręczenia nagród, odbywającej się 11 listopada w auli parafii św. Zygmunta, głos zabrali uczniowie prof. Martusewicz i jednocześnie sponsorzy konkursu: dr Włodzimierz Chwalba i Stefan Rybicki, przypominając niezwykłą postać patronki. Organizatorem konkursu jest Stowarzyszenie Wspólnota Gaude Mater z jej przewodniczącymi: Romanem Krystem i Janem Szymą. Patronat nad konkursem sprawowała „Niedziela”.

Prof. Zofia Martusewicz

Była studentką prof. Ignacego Chrzanowskiego w Uniwersytecie Jagiellońskim. „Przedwojenna szkoła” – mówią o prof. Zofii Martusewicz jej uczniowie. Spotykają się na Mszy św. w jej intencji i zapalają świece na grobie należącym do rodziny Martusewiczów na cmentarzu św. Rocha. Ma w Częstochowie swoją ulicę i patronuje Konkursowi Literackiemu, który zainicjowali i sponsorują jej uczniowie już 20 lat. Do zamontowania przed Liceum Ogólnokształcącym im. Henryka Sienkiewicza, gdzie uczyła, czeka już jej sylwetka z brązu, która stanie obok prof. Stanisława Wieruszewskiego. - Szczupła, drobna, miała niezwykłe poczucie humoru. Była bardzo wymagająca, ale najwięcej wymagała od siebie – wspomina swoją polonistkę dr Włodzimierz Chwalba. – Zadziwiała wiedzą, była twórcza, bardzo oczytana, zanurzona w kulturze europejskiej: filozofii, literaturze, muzyce, historii. Ceniła samodzielne myślenie, własne oceny. Choć surowa, cieszyła się autorytetem wśród uczniów - podkreśla. Do samej śmierci utrzymywała kontakt ze swoimi wychowankami. Zapraszała ich do siebie na herbatki i dyskusje. Po cichu wspierała ich w codziennych zmaganiach, choć sama niewiele miała ze swojej skromnej emerytury. Wielu uczniów zawdzięcza jej szczególną opiekę w czasie stanu wojennego i trudnych lat 80. ubiegłego wieku.

Prof. Zofia Martusewicz była osobą głęboko wierzącą. Niełatwa to postawa w czasach zniewolenia. Szykanowana, nigdy się nie skarżyła, choć trudno jej było związać koniec z końcem. Związana była z częstochowskim Nazaretem, jej siostra, Władysława, była nazaretanką. W czasie II wojny światowej włączyła się w tajne nauczanie w szkołach sióstr nazaretanek (jako siostra Arnolda). Prof. Martusewicz była też autorką książki o matce Franciszce Siedliskiej, założycielce zgromadzenia - „Obcując ze świętymi”, wydanej w 1988 r. 12. rocznicę śmierci Pani Profesor staraniem Stowarzyszenia Przyjaciół Gaude Mater i jego ówczesnego prezesa Jana Szymy, również wychowanka Pani Profesor, książka została wznowiona. Jak podkreśla pan Szyma, książka ta przyczyniła się do beatyfikowania Franciszki Siedliskiej przez Jana Pawła II.

Przeczytaj także: I miejsce w XX Konkursie Literackim im. prof. Zofii Martusewicz

Zobacz nagrodzoną pracę

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem