Reklama

1 stycznia 2018 51. Światowy Dzień Pokoju

Koń Trojański islamskiego terroryzmu

2017-12-27 10:47

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 53/2017, str. 18-20

Tierney/fotolia.com

Zamach terrorystyczny, do którego doszło pod koniec października br. na ulicach Manhattanu w Nowym Jorku, to kolejny akt niekończącego się dramatu, którego od wielu lat doświadcza cywilizacja Zachodu. Ataki motywowane islamskim terroryzmem stają się coraz poważniejszym problemem. Czy nowy amerykański prezydent uchroni Stany Zjednoczone przed podzieleniem losu Unii Europejskiej, dla której podobne zamachy stały się już elementem codziennej rzeczywistości?

Globalna wojna z terroryzmem, którą prezydent George W. Bush ogłosił po atakach na World Trade Center we wrześniu 2001 r., trwa nadal. Mimo upływu kilkunastu lat jej koniec wciąż jest wizją odległej przyszłości, której nie sposób zdefiniować w jakichkolwiek ramach czasowych. Dająca się przewidzieć perspektywa nie rysuje bowiem przed nami możliwości ostatecznego zwycięstwa w walce z najniebezpieczniejszym wrogiem, z którym przyszło nam się mierzyć w pierwszych dekadach XXI wieku. Coraz częściej eksperci dochodzą do przykrego wniosku, że zagrożenie terrorystyczne nie zostanie w pełni zażegnane, a my – przedstawiciele zachodniej cywilizacji – będziemy musieli nauczyć się żyć w ciągłym niebezpieczeństwie, uwzględnić niejako możliwość śmierci w wyniku ataku motywowanego islamskim ekstremizmem w problemach naszej codzienności. Przy pomocy odpowiednich środków bezpieczeństwa, uszczelnienia granic, a także np. dozbrojenia praworządnych obywateli możemy jednak zminimalizować liczbę potencjalnych ofiar islamskiego terroru.

Tani terroryzm

Przeciwnik, z którym walczymy, często nie nosi mundurów, nie posiada regularnych dywizji, których rozbicie oznaczałoby zwycięstwo, nie ma także swojego stałego terytorium, którego przejęcie zapewniłoby nam ostateczną wygraną. Zamiast tego ukrywa się wśród cywilów, wykorzystując ich jako żywe tarcze. Dokonuje niespodziewanych ataków, które coraz częściej przybierają formę prymitywnych zamachów, niewymagających ani skomplikowanego planowania, ani też dużych nakładów finansowych. To trend, który służby obserwują od dłuższego czasu. Kiedyś terroryści przeprowadzali kosztowne i skomplikowane logistycznie ataki, do których dochodziło rzadziej, lecz ich żniwo było na ogół nieporównywalnie większe. Porywanie samolotów (11 września 2001 r.) czy podkładanie ładunków wybuchowych (atak na londyńskie metro w 2005 r.) to przykłady tego typu strategii terrorystycznej. Im bardziej skomplikowany zamach, im większą grupę terrorystów angażuje, tym łatwiej go służbom specjalnym wykryć i udaremnić. Działania prewencyjne są jednak znacznie trudniejsze, gdy ataku terrorystycznego dokonują tzw. samotne wilki, terroryści działający w pojedynkę, którzy właściwie nie muszą niczego planować – po prostu chwytają za karabin, nóż czy siekierę i zaczynają zabijać ludzi lub, jak to miało miejsce ostatnio na Manhattanie, a wcześniej wielokrotnie na ulicach europejskich miast – wsiadają do ciężarówek i rozjeżdżają pieszych. Koszty przeprowadzenia takiej operacji terrorystycznej są minimalne, często bowiem nie przekraczają kilkudziesięciu dolarów.

Europejskie doświadczenie

Inaczej sprawa ma się w Unii Europejskiej, gdzie w ostatnich miesiącach wielokrotnie dochodziło do podobnych ataków. W 2016 r. w Berlinie muzułmański terrorysta rozjechał 12 osób i ranił 56 kolejnych na jarmarku z okazji świąt Bożego Narodzenia. Niemieckiej policji nie udało się wtedy schwytać sprawcy, co może sugerować problemy z wyszkoleniem funkcjonariuszy, ich nieprzygotowanie na ewentualność tego typu ataków oraz brak odpowiednich procedur bezpieczeństwa. Zamachowiec zdołał wyjechać do Włoch, dopiero tam został zastrzelony przez miejscowe służby. Otwarte granice wewnętrzne UE ułatwiają, niestety, terrorystom podróżowanie po Europie. Kiedy dodamy do tego nieszczelność granic zewnętrznych, sytuacja staje się wyjątkowo niebezpieczna i trudna do opanowania. W marcu br. w Londynie inny muzułmański ekstremista użył samochodu, by przeprowadzić zamach na moście Westminsterskim, znajdującym się w bliskim sąsiedztwie brytyjskiego parlamentu. Pod kołami rozpędzonego pojazdu zginęło wtedy 4 pieszych, a prawie 50 zostało rannych.

Reklama

Doświadczenie Starego Kontynentu pokazuje, niestety, że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, w wyniku tego typu prymitywnych i niskobudżetowych ataków mogą zginąć dziesiątki osób. Najlepszym przykładem jest zamach, do którego doszło w lipcu 2016 r. w Nicei we Francji. Pod kołami rozpędzonej ciężarówki prowadzonej przez muzułmańskiego terrorystę życie straciło wtedy aż 86 osób, a kolejnych 458 zostało rannych.

Policja po amerykańsku

Docieram do Polaka z New Jersey, który od wielu lat mieszka w USA. Jego dom znajduje się niedaleko miasta Paterson, w którym mieszkał muzułmański terrorysta odpowiedzialny za niedawną tragedię na Manhattanie. Pytam mojego rozmówcę o przygotowanie i wyszkolenie amerykańskich policjantów, szczególnie w kontekście ich zdolności do przeciwdziałania terroryzmowi i walki z nim.

– W USA na każdym kroku widać wielki profesjonalizm policji, a także wyszkolone praktycznie do odruchów nawykowych schematy działania funkcjonariuszy. Sposób ich zachowania w sytuacjach kryzysowych jest po prostu tak perfekcyjny, że ma się wrażenie, jakby te procedury trenowali dzisiaj rano – opowiada „Niedzieli” Bogumił Olewiński z Garfield w hrabstwie Bergen.

– Policja w USA jest jednocześnie brutalna (dla przestępców) i bardzo delikatna (dla praworządnych obywateli). Gdy jedziesz drogą, a na skrzyżowaniu policjant kieruje ruchem, to jeżeli się zgubiłeś i podjeżdżasz do niego z prośbą o pomoc, to taki funkcjonariusz zatrzyma cały ruch i udzieli ci pomocy – wyjaśnia.

Chociaż w USA też istnieje problem dzielnic, do których niekiedy strach wejść po zmroku, amerykańska policja, mówiąc kolokwialnie, nie wymięka. Inaczej niż jej europejskie odpowiedniki – dla funkcjonariuszy z USA nie istnieją tzw. no-go zones.

– Getta w USA różnią się od tych w Europie jedną dość istotną rzeczą. Mianowicie policja w USA nie boi się do nich wjeżdżać, wręcz przeciwnie – to mieszkańcy na widok policji czują respekt przed władzą i wiedzą, kto rządzi w mieście – opowiada Olewiński.

Wróg u bram

Wróg już dawno przeniknął na nasze terytorium. Wojna z terroryzmem toczy się zatem nie tylko na odległych bliskowschodnich pustyniach, w afgańskich wioskach czy irackich i syryjskich miastach. Dzisiaj coraz częściej doświadczamy jej na ulicach zachodnich metropolii – tuż pod naszym nosem! My, Europejczycy, wpuściliśmy na własne terytorium konia trojańskiego islamskiego terroryzmu. Przyzwolenie państw Unii Europejskiej na masową i nielegalną imigrację z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, która od kilku lat stanowi wielkie zagrożenie dla Starego Kontynentu, a także brak odpowiednich procedur i kontroli wpuszczanych do nas muzułmańskich uchodźców i imigrantów doprowadziły ostatecznie do przeniknięcia na nasze terytorium wielu groźnych ekstremistów.

Nie tak dawno temu, gdy przeciwnicy polityki otwartych granic ostrzegali, że w olbrzymim i niekontrolowanym tłumie muzułmańskich uchodźców i imigrantów, którzy od kilku lat zalewają terytorium Unii Europejskiej, mogą się znajdować groźni terroryści, środowiska lewicowe pukały się w czoło. Wielokrotnie oskarżały one swoich prawicowych oponentów o rasizm, ksenofobię, islamofobię, zacofanie i zdradę europejskich wartości. Podobne oskarżenia pod adresem środowisk konserwatywnych pojawiały się również w Stanach Zjednoczonych, gdzie Partia Republikańska, na czele z Donaldem Trumpem, podkreślała konieczność uszczelnienia granic oraz ograniczenia imigracji z krajów muzułmańskich (w tym przyjmowania uchodźców – przyp. red.). Ostatecznie okazało się, że te obawy były w pełni uzasadnione.

Według amerykańskiego konserwatywnego think tanku „Heritage Foundation”, terroryści, którym udało się przeniknąć do Europy, udając uchodźców, uczestniczyli w sumie w 15 proc. przeprowadzonych oraz powstrzymanych zamachów.

Duże sukcesy w walce z Państwem Islamskim w Syrii oraz Iraku, o których niedawno donosiła zachodnia prasa, są bez wątpienia powodem do radości i kamieniem milowym w wojnie przeciwko terroryzmowi. Eksperci od bezpieczeństwa zwracają jednak uwagę, że osłabienie, a nawet totalne unicestwienie ISIS wcale nie będzie oznaczać końca naszych problemów. Szacuje się, że z Europy na Bliski Wschód wyjechało ok. 5 tys. obywateli Unii Europejskiej, którzy wstąpili w szeregi Państwa Islamskiego. Jeszcze w tym roku 20-30 proc. z nich ma powrócić do swoich europejskich ojczyzn. Jeżeli nie ma dowodów przeciwko konkretnej osobie, trudno takich ludzi zatrzymać na granicy, ponieważ legitymują się oni obywatelstwami państw UE. Z tego względu wielu przedstawicieli służb specjalnych nieoficjalnie przyznaje, że najlepszym rozwiązaniem byłaby śmierć takich osób, zanim zdążą sie stawić na przejściu granicznym. Niedawno na antenie jednej z polskich telewizji mówił o tym były rzecznik prasowy naszej policji Mariusz Sokołowski. O tym, jak wielkie zagrożenie stanowią powracający bojownicy ISIS posiadający obywatelstwa państw UE, świadczyć mogą zamachy w Paryżu z listopada 2015 r. Ich autorami byli właśnie terroryści, którzy wcześniej walczyli na Bliskim Wschodzie, a następnie powrócili do Europy, m.in. Salah Abdeslam.

Wielokulturowość urojona

Środowiska lewicowe próbują jednak sugerować, że wiązanie wzrostu zagrożenia terrorystycznego z kolejnymi falami uchodźców i imigrantów jest nieuzasadnione. Na potwierdzenie tej tezy przywołują statystykę, według której za większość zamachów w Europie motywowanych islamskim terroryzmem odpowiadają obywatele państw członkowskich UE arabskiego pochodzenia. To jednak przecież potomkowie imigrantów, najczęściej z drugiego lub trzeciego pokolenia. Zatem są bezpośrednim następstwem zjawiska masowej imigracji. To osoby niezasymilowane, kulturowo nadal żyjące w zupełnie innym świecie, zradykalizowane już na terytorium europejskim przez pobratymców o ekstremistycznych poglądach. Źle się dzieje, kiedy cenzura poprawności politycznej uniemożliwia nam definiowanie zagrożeń takimi, jakimi one faktycznie są. To niebezpieczny trend. Zaklinanie rzeczywistości nigdy nie wychodzi na dobre. Na terytorium największych europejskich miast powstają getta, w których wychowują się m.in. radykałowie i wszelakiej maści element przestępczy. Dzielnice ongiś znane z panującego w nich spokoju i porządku stają się strefami, do których strach wejść po zmroku. Słowem, powoli tracimy nasz własny dom – Europę. Doświadczyłem tego w trakcie mojego niedawnego wyjazdu do Brukseli. Gdy zwiedzałem dzielnice miasta, m.in. owiane bardzo złą sławą i uważane za jedną z największych wylęgarni terrorystów Molenbeek, bacznie przyglądałem się strukturze belgijskiego społeczeństwa, a także sytuacji panującej na ulicach stolicy Unii Europejskiej. Jak wygląda wielokulturowość Brukseli? Zjawisko to raczej należy określić mianem „wielokulturowości urojonej”. Z definicji wielokulturowość oznacza mnogość ludzi pochodzących z różnych kultur na jednym terytorium. W Brukseli widać raczej 2 kultury: europejską, kulturę gospodarzy – będącą w defensywie, którą reprezentują rdzenni Belgowie, a także wszyscy ci imigranci, którzy chcieli stać się Belgami i przyjąć panującą tutaj kulturę; oraz posiadającą coraz liczniejszą reprezentację – cywilizację muzułmańską, która w wielu miejscach zaczyna być, niestety, dominująca. Jej przedstawicielami są ci muzułmańscy imigranci, którzy zamiast się asymilować, postanowili przenieść swój bliskowschodni styl życia do Europy.

Obce im są nasze wartości, których nie próbowali nawet zrozumieć. Jedni z nich staną się terrorystami, inni pójdą w szranki z prawem, stając się pospolitymi bandytami, a jeszcze inni w poczuciu totalnego zagubienia i niezrozumienia otaczającej ich kultury, którą sami świadomie odrzucili, staną się marginesem społeczeństwa, żyjącymi w skrajnej biedzie ludźmi, których z Europą i wartościami tutaj panującymi nie będzie łączyć absolutnie nic. Wielu z nich trafi do coraz większych dzielnic-gett, z których już nigdy nie uda im się wydostać. Tolerowanie takiego stanu rzeczy to świadome proszenie się o kłopoty i ciche przyzwolenie na postępujący rozpad europejskiego społeczeństwa, budowanego całe wieki na fundamentach cywilizacji judeochrześcijańskiej.

Amerykański model

Europa powinna czym prędzej wziąć przykład ze swojej młodszej siostry po drugiej stronie Atlantyku. Amerykańskie społeczeństwo również bowiem składa się z wielu kultur, jednak tworzą one jeden naród – naród wielu narodów. Na czym polega zatem różnica? W USA imigranci bardzo szybko stają się Amerykanami, zaczynają żyć po amerykańsku, a wszystkich, niezależnie od pochodzenia, łączą te same amerykańskie wartości. Pierwsze, co się robi po przyjeździe do USA, to wywieszenie amerykańskiej flagi. Za oceanem imigrant uczy się patriotyzmu na każdym kroku – w szkole, od sąsiadów, na ulicy, w pracy oraz na stadionie czy w kinie. Amerykanie epatują dumą ze swojego kraju, Europejczycy natomiast coraz częściej preferują zgoła odmienny model obywatela. Duma z własnej ojczyzny oraz epatowanie miłością do niej zapala w nich raczej irracjonalną lampkę ostrzegawczą – uwaga: faszyzm! – zamiast wzbudzać pozytywne skojarzenia. To w dużym stopniu efekt powszechnej w Europie skrajnie lewicowej ideologii, której zbyt silnie manifestowany patriotyzm zawsze wadził...

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby różne narodowości trzymały się razem i kultywowały swoją kulturę, religię czy wywieszały swoje flagi narodowe. Wszystko jednak pod warunkiem, że akceptują i przestrzegają prawo USA, a flaga USA wisi powyżej flagi kraju, z którego pochodzą. Przecież wszyscy w USA jesteśmy imigrantami. Każdy z nas skądś pochodzi i wszyscy razem musimy się szanować i czerpać z naszych tradycji – podkreśla Bogumił Olewiński.

– Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś, kto wyemigrował z państwa, w którym nie chciał mieszkać, próbuje wprowadzić taki sam porządek w kraju, do którego wyemigrował. To po co emigrował? – dodaje.

Przyjmujmy zatem imigrantów tak, jak robią to Amerykanie – z różnych części świata i kultur, zamiast głównie muzułmanów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Po skrupulatnej kontroli i procesie weryfikacji, a nie na zasadzie bezrefleksyjnego wpuszczania wszystkich przez otwarte granice. Od początku uczmy ich miłości do naszego kraju i kultury, epatujmy nią, tak by również imigranci przesiąkali naszym stylem życia. Wielokulturowość zda bowiem egzamin tylko wtedy, gdy wszystkie kultury spajać będzie ta jedna dominująca, nadrzędna – kultura kraju gospodarzy.

Migranci i uchodźcy
Pokój wszystkim ludziom i narodom ziemi! Pokój, który aniołowie głoszą pasterzom w noc Narodzenia Pańskiego [1], jest głębokim pragnieniem wszystkich ludzi i wszystkich narodów, szczególnie tych, którzy najbardziej cierpią z powodu jego braku. Spośród nich, obecnych w moich myślach oraz w mojej modlitwie, pragnę jeszcze raz wspomnieć ponad 250 mln migrantów na świecie, z których 22, 5 mln stanowią uchodźcy. Ci ostatni, jak stwierdził mój umiłowany poprzednik Benedykt XVI, „to mężczyźni i kobiety, dzieci, młodzież, osoby w podeszłym wieku, którzy szukają miejsca, gdzie mogliby żyć w pokoju” [2]. Aby je znaleźć, wielu z nich jest gotowych ryzykować życie w podróży, która w wielu przypadkach jest długa i niebezpieczna, znosić trudy i cierpienia, pokonywać druty kolczaste i mury, wzniesione po to, by trzymać ich z dala od tego celu. (...)
Św. Jan Paweł II na progu Wielkiego Jubileuszu 2000 lat od chwili, kiedy aniołowie głosili pokój w Betlejem, zwrócił uwagę na to, że wzrost liczby uchodźców jest jedną z konsekwencji „niekończącej się serii straszliwych wojen i konfliktów, ludobójstw i «czystek etnicznych»” [5], które naznaczyły XX wiek. W nowym stuleciu nie nastąpił jeszcze prawdziwy zwrot: konflikty zbrojne oraz inne formy zorganizowanej przemocy nadal powodują przemieszczanie się ludzi wewnątrz granic państw i poza nimi.
Ludzie migrują również z innych powodów, a pierwszym z nich jest chęć „lepszego życia, co wiąże się często z pragnieniem, by pozostawić za sobą «beznadziejność», którą rodzi niemożność budowania przyszłości” [6].
Wyjeżdża się, by połączyć się z własną rodziną, by znaleźć możliwości zatrudnienia lub wykształcenia: kto nie może cieszyć się tymi prawami, nie żyje w pokoju. Ponadto, jak podkreśliłem w encyklice „Laudato si’”, „tragiczne jest zwiększenie liczby migrantów uciekających od biedy spowodowanej degradacją środowiska” [7].
Większość migruje, podążając regularnymi szlakami, natomiast niektórzy wybierają inne drogi, przede wszystkim pod wpływem desperacji, gdy ich ojczyzna nie zapewnia im bezpieczeństwa ani szans, a każda legalna droga wydaje się niedostępna, zablokowana lub zbyt długa.
Z orędzia Ojca Świętego Franciszka na 51. Światowy Dzień Pokoju, pt. „Migranci i uchodźcy: mężczyźni i kobiety w poszukiwaniu pokoju”

Tomasz Winiarski - Student dziennikarstwa, amerykanista, dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych

Reklama

Watykan: polski kapłan nowym prałatem audytorem Trybunału Roty Rzymskiej

2019-07-19 13:09

kg (KAI) / Watykan

Franciszek mianował 19 lipca prałatem audytorem Trybunału Roty Rzymskiej ks. prał. Roberta Gołębiowskiego, pochodzącego z diecezji radomskiej, dotychczasowego oficjała większego I klasy, obrońcę węzła małżeńskiego. Jest on drugim Polakiem obdarzonym tą godnością w Trybunale – pierwszym jest 64-letni prał. Grzegorz Erlebach, pochodzący z Lublińca w diecezji opolskiej. Ponadto emerytowanym prałatem audytorem jest długoletni dziekan tej watykańskiej instancji sądowniczej prał. Antoni Stankiewicz.

Agnieszka Kutyła

Ks. Robert Gołębiowski urodził się 29 marca 1962 r. w Garbatce-Letnisku w powiecie kozienickim. Święcenia kapłańskie przyjął 29 maja 1988 r. Po roku posługiwania jako wikariusz w radomskiej parafii Matki Bożej Miłosierdzia wyjechał na studia prawa kanonicznego na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim. Po ich ukończeniu rozpoczął pracę w Watykanie, m.in. w Trybunale Roty Rzymskiej, w którym dotychczas był obrońcą węzła małżeńskiego. Jest on także postulatorem sprawy beatyfikacji Sługi Bożego bp. Piotra Gołębiowskiego (1902-80), długoletniego administratora apostolskiego diecezji sandomierskiej.

Mimo wieloletniego pobytu w Watykanie i pracy dla Stolicy Apostolskiej ks. Gołębiowski nie stracił kontaktu ze swoją rodzinną miejscowością i parafią, za co 26 sierpnia 2018 r. podczas obchodów Dożynek Gminno-Parafialnych otrzymał statuetkę „Szycha Garbacka” za zasługi i inicjatywy na rzecz lokalnej społeczności w kategorii „Działalność społeczna i troska o człowieka”.

Prałat Honorowy Jego Świątobliwości to tytuł honorowy przyznawany duchownym za szczególne zasługi w Kościele. Zewnętrznym wyróżnikiem jest fioletowa sutanna, sutanna oblamowana bez pelerynki i pas z frędzlami. W Polsce zwyczajowo nazywa się prałatem również honorowego kapelana Jego Świątobliwości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Mazur: świat potrzebuje dziś Chrystusa i Jego Ewangelii

2019-07-20 20:23

rr / Rajgród (KAI)

Prośba o zdrowie, pomyślność dla rodziny i boże błogosławieństwo. Z takimi intencjami pielgrzymowały w sobotę 20 lipca matki, żony i młode dziewczęta do Sanktuarium Maryjnego w Rajgrodzie. Tłumy wiernych uczestniczyły tam w Diecezjalnej Pielgrzymce Kobiet Katolickich do Matki Bożej Królowej Rodzin.

www.facebook.com/pg/krolowarodzin

Od czternastu lat, w trzecią sobotę lipcu, w Rajgrodzie odbywa się Pielgrzymka Kobiet. Co roku, w rajgrodzkim sanktuarium gromadzi się od 1 do 2 tysięcy kobiet, aby zawierzyć siebie i swoje rodziny Rajgrodzkiej Pani. W tym roku przybyło ich ok. 1500. Panie przyjechały indywidualnie czy też w grupach zorganizowanych. Pątniczki z sąsiednich parafii do Rajgrodu przybyły pieszo. Z bazyliki w Augustowie kobiety z kapłanami przyjechały rowerami. Udział wzięły także panie m.in. z Białegostoku, Ełku, Suwałk, Rydzewa, Wieliczek, Jamin, Janówki, Wiśniowa Ełckiego, Pisza, Pruskiej i Cimoch. Często towarzyszyły im rodziny.

Spotkanie otworzył kustosz rajgrodzkiego sanktuarium i zarazem Diecezjalny Duszpasterz Kobiet ks. prał. Hieronim Mojżuk, który zaznaczył w swoim słowie, że na gruncie rodziny toczy się walka o utrzymanie chrześcijańskiej tożsamości i jak duża odpowiedzialność za bliskich, spoczywa na kobietach oraz przybliżył historie powstania rajgrodzkiej parafii.

W tym roku tematem przewodnim Pielgrzymki Kobiet były problemy, przed którymi stoi współczesny świat oraz Kościół, a szczególnie rola kobiet zaangażowanych religijnie i społecznie. Na spotkanie kobiet organizatorzy zaprosili ks. dr Pawła Tarasiewicza, wykładowcę WSD w Ełku, który wygłosił prelekcję pt. „Kościół a gender”. Prelegent wyjaśnił istotę ideologii gender i wskazał na zagrożenia z niej płynące. „Celem ataku tej ideologii jest każdy z nas, również wasze dzieci i wnuki. Propagatorzy ideologii gender nie ukrywają, że chodzi im o zniszczenie rodziny, o seksualizację dzieci i młodzieży, o „genderowe” myślenie społeczeństwa” – mówił ks. Tarasiewicz.

Wskazując na Świętą Rodzinę, kaznodzieja zachęcał do refleksji nad naszymi rodzinami, nad sobą, jakie świadectwo dajemy żyjąc w rodzinie. „Rodzina jest naszym zadaniem. Mężczyzną i kobietą stworzył ich Bóg. To rodzina odpowiada za ewangelizację. To w rodzinie jest przekazywana i umacniania wiara. Poprzez życie w miłości pokazujemy dzieciom jak żyć. W rodzinie prawidłowe relacje z matką i z ojcem, poczucie bezpieczeństwa, ułatwia dziecku rozwój własnej tożsamości. Naszym wsparciem jest sam Bóg i jeśli będziemy dbać o rodzinę, o prawidłowe relacje z Nim, nie mamy się czego obawiać” – tłumaczył prelegent.

Centralnym punktem Pielgrzymki Kobiet do Rajgrodu była uroczysta Eucharystia pod przewodnictwem bp. Jerzego Mazura, biskupa ełckiego. „Potrzebne jest dzisiaj w rodzinie, społeczeństwie, Kościele, świadectwo kobiety, żony, matki, babci. Dzisiaj świat potrzebuje Chrystusa i Jego Ewangelii. Dawajcie świadectwo o przylgnięciu do Boga, o życiu w Duchu Świętym” – mówił bp Mazur podczas liturgii.

Zachęcał, aby kobiety wpatrywały się w Maryję, Która jest wzorem zawierzenia i wierności Bogu: „Zaufajmy jak Maryja. Dzisiaj nie tylko się módlmy, ale zawierzajmy się Maryi. Zawierzyć, to znaczy zaprosić Maryję do naszej codzienności” – mówił hierarcha.

„Niech to dzisiejsze spotkanie pomoże nam, abyśmy w życiu szli drogą Ewangelii. Wsłuchujcie się w głos Ducha Świętego, aby była w was jeszcze większa świadomość jak pełnić misję w rodzinie i niech On umacnia was na drodze niesienia Chrystusa innym, dawania świadectwa prawdzie chrześcijańskiej w rodzinie, parafii, diecezji, a przez to na całej ziemi” – zaznaczył biskup.

Biskup ełcki zachęcał do modlitwy różańcowej, jako jedynego ratunku na uderzające w nas zagrożenia, ideologie i problemy, oraz przypomniał znaczenie pierwszych sobót miesiąca. „Są szczególnie poświęcone Niepokalanemu Sercu Matki Najświętszej. Maryja wzywa nas do modlitwy różańcowej, pokuty nawracania się. Jesteśmy zachęcani by w Niepokalanym Sercu Maryi znaleźć schronienie i drogę do Boga” – mówił hierarcha. W tracie Mszy św. kobiety dokonały aktu zawierzenia rodzin Pani Rajgrodzkiej.

Spotkanie z Najświętszą Maryją Panną Królową Rodzin kobiety rozpoczęły modlitwą różańcową. Tajemnice światła odmawiane były w intencji godności życia. W rozważania wplecione były fragmenty zaczerpnięte z Ewangelii wg. Św. Marka i Św. Jana. Autorem rozważań był ks. Adrian Sadowski. Bardzo mocno wybrzmiały słowa, w których autor podkreślał, że Kościół w dzisiejszych czasach zmaga się z wieloma przeciwnościami. Jednak dzięki zakorzenieniu w Chrystusie, modlitwie i jedności może się skutecznie im oprzeć.

Po Mszy św. pielgrzymi zostali zaproszeni przez diecezjalnego duszpasterza kobiet i kustosza sanktuarium ks. prał. Hieronima Mojżuka na wspólna agapę. Zakończeniem spotkania było nabożeństwo Drogi Krzyżowej po ścieżkach Kalwarii Rajgrodzkiej.

Sanktuarium Pani Rajgrodzkiej – Królowej Rodzin, gdzie znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej, jest szczególnym miejscem Jej kultu, a parafia od początku zaistnienia nosi tytuł Narodzenia NMP. W 1999 roku, Papież Jan Paweł II, 8 czerwca podczas Mszy św. w Ełku, pobłogosławił korony i w jubileuszowym 2000 roku wizerunek Matki Bożej Rajgrodzkiej Królowej Rodzin został przyozdobiony koronami papieskimi. Obok kościoła na obszarze 2 ha powstała kalwaria z kamienia. Świątynia cieszy się wciąż rosnącym zainteresowaniem wśród pielgrzymów.

Rajgród jest położony na Szlaku Papieskim „Tajemnice Światła”, nad malowniczym jeziorem Rajgrodzkim, nad którym kilkakrotnie spędzał wakacje ks. Karol Wojtyła późniejszy papież Jan Paweł II. W roku bieżącym rajgrodzka parafia obchodzi 500 lecie istnienia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem