Reklama

Polski szturm na K2

To Polacy otworzyli nową epokę w dziejach himalaizmu

2018-01-10 10:56

Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 10-13

Bogdan Jankowski/FORUM
Himalaje, Nepal. Polska wyprawa zimowa na Mount Everest. Polscy himalaiści w bazie głównej, wśród nich Krzysztof Wielicki (drugi z lewej). Wyprawa zakończyła się zdobyciem szczytu 17 lutego 1980 r. przez Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego

17 lutego 1980 r. stało się coś, co przeszło do historii himalaizmu. Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki jako pierwsi na świecie weszli zimą na najwyższy szczyt świata. Był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty o tej porze roku. Na szczycie Mount Everestu Polacy zostawili różaniec od Jana Pawła II

My, Polacy, mamy we krwi zamiłowanie do szarż, docierania tam, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa. Dobrym przykładem może być nasz wkład w zimowy himalaizm. Jeszcze 40 lat temu nikomu nie śniło się zdobywanie najwyższych gór świata zimą. W środowisku wspinaczy uważano to za coś niemożliwego, wręcz szaleńczego. Wysokość ponad 8 tys. m n.p.m. to „strefa śmierci”, gdzie człowiek może przeżyć zaledwie kilka dni. Latem. A zimą?

Palec za wejście na szczyt

Nieodżałowanej pamięci Andrzej Zawada daleki był od takiego myślenia. Zamarzył, aby Polacy napisali historię himalaizmu. To w jego głowie zrodził się pomysł, aby wejść na któryś z ośmiotysięczników zimą. Kilka lat trwały pertraktacje z władzami Nepalu, które nie mogły się nadziwić, że ktoś chce zdobywać Himalaje o tej porze roku, skoro są ku temu odpowiedniejsze okresy. Kiedy jesienią 1979 r. zezwolenie z Nepalu nadeszło, Zawada zadecydował: „Bierzemy najwyższy”.

Jednym z członków ekipy został 30-letni wówczas Krzysztof Wielicki. Był przewidziany w drugiej ekipie, która miała zdobywać Mount Everest wiosną, jednak zwolniły się dwa miejsca – dwóch kolegów nie mogło pojechać ze względów osobistych i Wielicki zastąpił jednego z nich.

Reklama

– Jechaliśmy w ciemno. Nie wiedzieliśmy, jak wygląda zima w Himalajach. Myśleliśmy, że będzie co najmniej 2 m śniegu, a było go bardzo mało. Od razu uderzył nas zimny „jet stream”, potężny wiatr wiejący wąskim strumieniem. Walczyliśmy z żywiołem, który niszczył nam obozy – wspomina Krzysztof Wielicki. I dodaje: – Nie baliśmy się trudności. Bo dla alpinisty jak jest trudno, to jest fajnie. Byli tacy wśród nas, co mówili: oddałbym palec albo nawet dwa, żeby tylko wejść zimą na Mount Everest. Sam Wielicki pojechał do Nepalu z ledwo co zaleczonymi odmrożeniami.

– To nie jest walka z górą, lecz z samym sobą, ze swoimi słabościami – tłumaczy sens wspinaczki himalaista.

Wyposażenie ekipy – wiadomo, PRL – dalekie było od zachodnich standardów. Spodnie z wełny, kurtki z ortalionu uszyli domowym sposobem przyjaciele. Wielicki miał okulary spawalnicze. Brak dewiz uniemożliwiał zaopatrzenie się w sklepach na Zachodzie.

– Nie sprzęt, lecz człowiek decyduje o powodzeniu akcji. Można mieć najlepsze wyposażenie, ale jak człowiek nie ma umiejętności i determinacji, to nic mu to nie pomoże. Najwyżej da poczucie komfortu – twierdzi Wielicki.

Wyprawa pod kierunkiem Andrzeja Zawady miała rangę narodowej. Do Nepalu polscy himalaiści zabrali różaniec od Jana Pawła II, podarowany im przez ks. Stanisława Kardasza – późniejszego legendarnego duszpasterza Solidarności, przez wiele lat proboszcza parafii Matki Boskiej Zwycięskiej w Toruniu, który był ratownikiem GOPR i uczestnikiem wielu wypraw wysokogórskich.

Matka Stanisława Latałły, operatora filmowego, niezapomnianego odtwórcy roli Franciszka Retmana w głośnej „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego, który zginął w 1974 r. na Lhotse, dała ekipie krzyżyk – z prośbą, aby koledzy zostawili go na szczycie pobliskiego Mount Everestu dla upamiętnienia jej syna.

Msza św. na wysokości 7 tys. m n.p.m.

W trakcie wyprawy dołączył do kolegów ks. Stanisław Kardasz. Niezapomnianym przeżyciem były Msze św., z których jedną celebrował na wysokości 7 tys. m n.p.m. Za ołtarz służył oblodzony głaz. – Nie słyszałem, żeby jakakolwiek wyprawa w Himalaje miała swego kapelana – mówi Krzysztof Wielicki.

Szerpowie (są buddystami), którzy pomagali Polakom w wyprawie (wśród nich był jeden oficer łącznikowy), przyglądali się ze zdziwieniem tym „magicznym” obrzędom. Aby nie być gorszymi od Polaków, urządzili sobie kapliczkę i praktykowali swoje obrzędy z posypywaniem ryżu. Widząc to, Andrzej Zawada powiedział: „Z pomocą naszego Boga i waszego Buddy na pewno wejdziemy na Mount Everest”.

Kierownik wyprawy dopingował kolegów słowami: „Chłopaki, nie możecie nie wejść, skoro Wanda (Rutkiewicz – przyp. G. P.) zdobyła Everest 16 października 1978 r.”. W naszym środowisku opowiadaliśmy sobie żart, jak to Wanda Rutkiewicz umawia się z kard. Wojtyłą: „Ty jedziesz zdobyć Watykan, a ja Mount Everest”. Rzeczywiście, jak powiedział Jan Paweł II , gdy przyjmował na audiencji Wandę Rutkiewicz: „Dobry Bóg tak chciał, że jednego dnia zaszliśmy tak wysoko”.

– To nas dodatkowo motywowało, żeby różaniec papieski znalazł się na szczycie – wspomina Wielicki.

Nieważne, kto wejdzie

O tym, kto z ekipy dokona „ostatecznego skoku”, decyduje naturalna selekcja. Pod koniec wyprawy z 20-osobowego zespołu zaledwie 5-6 osób było zdrowych i w pełni sił. Do ostatniego – i skutecznego, jak się wkrótce okazało – ataku na Mount Everest zostali wyznaczeni Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. – Wchodząc z Leszkiem, mieliśmy poczucie, że nie robimy tego dla siebie, lecz dla Polski. Byliśmy patriotycznie naładowani. Podstawą sukcesu było to, że mieliśmy nastawienie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nieważne było, kto wejdzie. Liczyło się tylko to, aby to był ktoś z nas i żeby polska flaga załopotała na szczycie Everestu – opowiada Wielicki.

Na fetowanie historycznego sukcesu nie było czasu. Wielicki z Cichym zrobili sobie „niedźwiedzia”, wykonali kilka zdjęć, z których dobrze wyszło tylko jedno. W czworonogu aluminiowym, który na najwyższym szczycie globu zainstalowała chińska wyprawa, zostawili obok różańca papieskiego i krzyżyka upamiętniającego Staszka Latałłę także termometr do badania minimalnych i maksymalnych temperatur. No i oczywiście – polską flagę. Zabrali kartkę zostawioną przez wspinacza z USA i trochę śniegu do zbadania (ku zdziwieniu naszej ekipy okazał się bardzo zanieczyszczony).

Zdobywcy musieli się spieszyć, bo 80 proc. śmiertelnych wypadków himalaistów następuje podczas zejść. W drodze powrotnej natrafili na zamarznięte ciało wspomnianego Amerykanina, a nieopodal – na zwłoki bohaterskiej niemieckiej himalaistki, która próbowała go ratować. Kiedy zmarł, sama nie zdążyła dojść do bazy, bo zapadł zmrok, i podzieliła los kolegi.

Sport, który ujawnia „królewskość” człowieka

Przed zejściem z Everestu jego szczęśliwi zdobywcy zawiadomili radiotelefonem o wejściu kierownika wyprawy. Andrzej Zawada przekazał informację do przyjaciół w Warszawie i do... Watykanu.

Papież odpowiedział jeszcze tego samego dnia pięknym listem, który przesłał na ręce kierownika wyprawy. Napisał m.in.: „Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia «królewskość» człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym.

Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka”.

Dlaczego tow. Gierek nie podał ręki zdobywcom Mount Everestu

No i zrobiła się spora afera. Władze komunistyczne się wściekły, gdy się dowiedziały, że nasi himalaiści zostawili na szczycie Mount Everestu różaniec papieski i krzyżyk, a o ich sukcesie przed I sekretarzem KC PZPR dowiedział się Papież. Z tego powodu Edward Gierek się obraził i nie złożył gratulacji zdobywcom Mount Everestu.

Tymczasem Polacy w kraju szaleli ze szczęścia. Sukces ekipy Andrzeja Zawady bardzo ich podbudował. Cieszyli się, że w każdych warunkach jesteśmy zdolni do osiągnięć, które zadziwiają świat.

Lodowi wojownicy

Bo też wejście Polaków w warunkach zimowych stało się światową sensacją. – Nieraz się zastanawiam, co by było, jakbyśmy wtedy nie weszli. Jak by się potoczył los eksploracji zimowej Himalajów. Może nadal by twierdzono, że żadnego z ośmiotysięczników nie można zdobyć zimą – mówi Krzysztof Wielicki.

W każdym razie Polacy, przełamując pewną barierę, rozpoczęli nową epokę w dziejach himalaizmu. I bynajmniej nie poprzestali na jednym wyczynie. Dość powiedzieć, że na trzynaście ośmiotysięczników zdobytych zimą aż dziesięciu pierwszych wejść dokonali polscy himalaiści! Dzięki temu w swoim środowisku nazywani są „ice warriors” – lodowymi wojownikami.

Różaniec u Basków

A co z różańcem papieskim? Prawem zdobywców jest zabranie ze szczytu tego, co zostawili poprzednicy. W związku z tym Andrzej Zawada miał mały ból głowy, bo następną ekipą na K2, tym razem wiosną, również mieli być Polacy. Rozumował, że w środowisku himalaistycznym mogłoby wzbudzić podejrzenie to, iż Polacy wnoszą i zabierają różaniec. Szczęśliwym trafem okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie miała szturmować ten szczyt ekipa z kraju Basków. Zawada celowo opóźniał naszą wyprawę, aby Baskowie weszli przed Polakami. Tak też się stało. Różaniec zabrał jeden z członków baskijskiej ekipy – Martin Zabaleta. Podarował go swojej głęboko wierzącej mamie, która następnie oddała go do muzeum.

Gdy Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka z ekipy Zawady stanęli 19 maja 1980 r. na Mount Evereście, zastali flagę baskijską separatystycznego ugrupowania ETA.

Niezdobyte K2, czyli wyprawa na Księżyc

Kiedy „Niedziela” z tym artykułem dotrze do czytelników, 13-osobowa ekipa polskich himalaistów pod kierunkiem 68-letniego Krzysztofa Wielickiego będzie rozkładać w Pakistanie obóz pod szczytem K2. Ta druga co do wysokości góra świata (8611 m n.p.m.) to jedyny z czternastu ośmiotysięczników niezdobyty jeszcze zimą.

Teraz temperatura dochodzi tam do -50°C, a wiatr hula z prędkością ponad 200 km/h. „Okna pogodowe”, kiedy nie wieje, zdarzają się rzadko. Wyzwanie dla polskich wspinaczy jest zatem przeogromne, przez środowisko alpinistyczne porównywane do wyprawy na Księżyc. Zimą K2 było szturmowane tylko cztery razy, w tym dwa razy przez ekipę, w której skład wchodził Krzysztof Wielicki. Za każdym razem decydujący atak się nie powiódł. Może teraz, na zasadzie „do trzech razy sztuka”?

Gdyby Polacy zdobyli K2 zimą, to i tak Krzysztof Wielicki nie dorówna wyczynowi wspaniałego włoskiego wspinacza – Simone Moro, który cztery razy zdobywał ośmiotysięczniki zimą. Szef wyprawy postanowił bowiem, że nie będzie odbierał satysfakcji kolegom z ekipy i nie zamierza wchodzić na szczyt. – Ja już swoje zdobyłem. Niech teraz młodzi piszą historię – mówi słynny himalaista. O tym, komu przypadnie ten zaszczyt, kierownik wyprawy zadecyduje na kilkaset metrów przed szczytem. Kryterium wyboru będą kondycja i stan zdrowia.

Simone Moro pokazał klasę, życząc powodzenia polskim kolegom. W wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział: „Przecież to Polacy rozpoczęli grę o nazwie «himalaizm zimowy» w 1980 r., wchodząc na Everest. Byłoby wspaniale, gdyby 38 lat od tego wydarzenia ostatni z czternastu ośmiotysięczników został zdobyty przez polski zespół. Polacy rozpoczęli tę grę i to Polacy powinni ją zakończyć – takie jest moje marzenie. To byłby najlepszy koniec zimowego podboju najwyższych gór świata”.

Krzysztof Wielicki ma dwa marzenia: aby ktoś z jego kolegów wszedł na szczyt i aby ekipa w komplecie wróciła do Polski.

Krzysztof Wielicki (ur. 1950) – jeden z najsłynniejszych himalaistów świata, piąty człowiek, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie ośmiotysięczniki. Jako pierwszy dokonał wejścia zimą na Mount Everest, Kanczendzongę i Lhotse. Na ten ostatni ośmiotysięcznik wszedł samotnie, w gorsecie ortopedycznym, który nosił po kontuzji kręgosłupa doznanej podczas wcześniejszej wspinaczki. Kilkakrotnie też wchodził samotnie na ośmiotysięczniki latem. Należy do ekskluzywnego „The Explorers Club”. Stowarzyszenie to przyznało mu w 2001 r., jako pierwszemu Polakowi, prestiżowe wyróżnienie „Lowell Thomas Award”.

Tagi:
himalaiści Góry

Reklama

Polak jako pierwszy na świecie zjechał na nartach z K2

2018-07-22 19:01

wpolityce.pl

Wcześniej takiego wyczynu dokonał w 2013 roku zjeżdżając z Sziszapangmy (8013 m), w kolejnym roku z Manaslu (8156 m), a w 2015 z Broad Peak (8051 m).

wikipedia.org

Wspinaczkę na położoną w Karakorum górę K2 Andrzej Bargiel i Janusz Gołąb oraz czterech pakistańskich tragarzy wysokościowych rozpoczęło w czwartek.

Góra K2 była drugą próbą zakopiańczyka, ubiegłoroczna zakończyła się niepowodzeniem.

Wtedy zdecydowanie zawiodła pogoda. Chociaż mogłem wejść na szczyt, to zjazd ze względu na bezpieczeństwo był wykluczony — wyjaśnił pochodzący z Łętowni koło Limanowej Bargiel.

„Modę” na ekstremalne wyczyny narciarskie zapoczątkował na dobre Francuz Jean Afnasi, kiedy w 1978 roku zjechał z Mount Everestu z wysokości 8200 m. Legenda ski-extreme Sylvian Saudan zjechał na nartach ze szczytu Hidden Peak w Pakistanie w 1982 roku i stał się pierwszą osobą, która kiedykolwiek zjechała z samego szczytu powyżej 8000 metrów. Do grona prekursorów zaliczali się także Bruno Gouvy (snowboard) i Veronique Perillat (monoski) zjeżdżając z Czo Oju (8188 m npm) w 1988 roku. Tym samym Perillat została pierwszą kobietą, która dokonała zjazdu na takiej wysokości.

Jeden z najbardziej utytułowanych narciarzy, Słoweniec Davorin „Davo” Karnicar, który na nartach zjechał z siedmiu najwyższych szczytów wszystkich kontynentów (tzw. Korona Ziemi), wspominał podczas pobytu w Polsce, że jazda z tak wysokich gór wygląda zupełnie inaczej niż w narciarstwie alpejskim. Na tak dużej wysokości jest bardzo mało tlenu i podczas zjazdu trzeba robić przerwy. Ogromnym niebezpieczeństwem jest także groźba lawin.

Jak przyznał były reprezentant Słowenii z narciarstwie alpejskim, uczestnik Pucharu Świata w tej dyscyplinie, z Mount Everestu zjeżdżał cztery godziny i 25 minut, z czego półtorej poświęcił na odpoczynek? Był pierwszym człowiekiem, który z najwyższej góry świata zjechał bez odpinania nart. Jego poprzednicy niektóre odcinki pokonywali pieszo, z nartami na plecach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak reżyseruje się „marsze równości”

2019-08-13 12:55

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 33/2019, str. 38-39

W Polsce marsze środowisk LGBT nazywane są „marszami równości”. Na całym świecie te same parady znane są jako „Gay Prides”, co wskazuje na ich zasadniczy cel – ukazanie dumy z bycia homoseksualistami.
W Polsce próbuje się przedstawić „marsze równości” jako spontaniczne inicjatywy ludzi, którzy twierdzą, że są dyskryminowani i walczą o należne im prawa. Ale, oczywiście, tak nie jest. Na całym świecie wszystkie „Gay Prides” mają podobną scenografię i tę samą „reżyserię”, co wskazuje na to, że służą one tym samym celom wyznaczonym przez ideologów LGBT.
O próbę przeanalizowania tego zjawiska poprosiłem prof. Tommasa Scandroglia – dawnego wykładowcę Uniwersytetu Europejskiego w Rzymie.

vitaumanainternazionale.org
Prof. Tommaso Scandroglio

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Badał Pan Profesor zjawisko parad homoseksualnych, zwanych „Gay Pride”. Co je charakteryzuje?

PROF. TOMMASO SCANDROGLIO: – Wszystkie „Gay Prides”, parady dumy gejowskiej, mają pewne wspólne cechy, które starałem się przeanalizować. Przede wszystkim cechuje je duch protestu. Parady te mają w sobie coś z ducha demonstracji 1968 r. (rewolucja studencka), które w roszczeniach dla pewnych grup społecznych (robotników, studentów, kobiet) nie proponowały postaw obronnych, ochrony danej kategorii, ale uciekały się do atakowania tych, których przedstawiano jako wrogów: pracodawców/kapitalistów przeciwstawiano robotnikom, nauczycieli/rodziców – uczniom, mężczyzn/rodziny/dzieci – kobietom. W analogiczny sposób w „Gay Prides” maszeruje się nie na rzecz osób homoseksualnych, ale zawsze przeciwko komuś. Przede wszystkim przeciwko Kościołowi, przeciwko tym, którzy twierdzą, że akty homoseksuale są nieuporządkowane, przeciwko partiom prawicowym, przeciwko ludziom o tradycyjnych poglądach itd. Krótko mówiąc – charakterystyczną cechą tych parad jest duch antagonistyczny, który zaprzecza hasłom o niedyskryminacji, integracji, otwartości na to, co różne, wykrzykiwanym podczas tych samych manifestacji. Innymi słowy – środowiska homoseksualne domagają się dialogu, otwarcia, bycia przyjaznymi, ale same przyjmują całkowicie odwrotną postawę: postawę wrogości, wojowniczości, niezdolność do dialogu.

– Dlaczego znaczna część uczestników tych parad manifestuje półnaga?

– To prawda, że „Gay Prides” to parada półnagich ciał (kostium kąpielowy jest najbardziej popularny), a to z kilku ważnych powodów. Pierwszy – to prowokacja. Zgodnie z agresywnym, wojowniczym duchem, o którym wspomniałem, konieczne jest sprowokowanie „wroga”, zmuszenie go do niekontrolowanej reakcji, by następnie oskarżać go o bigoterię, niewrażliwość i homofobię. Drugi powód – to krytyka. Nagość jest wykorzystywana jako obraza stereotypów, normalności, naturalności relacji. Kryje się za tym rewolucyjne przesłanie: obalić porządek ustanowiony przez Boga, który chciał, by mężczyzna czuł pociąg do kobiety i vice versa, a w szczególności obalić znaczenie czystości i wstydliwości, postrzeganych już nie jako cnoty, ale tabu, które trzeba przełamać, wrogie indywidualnej wolności i pełnemu wyrażaniu siebie. Trzeci powód to transgresja. Półnagie ciało osoby homoseksualnej jest wyrazem pragnienia przekroczenia wszystkich ograniczeń w sferze seksualnej. Pierwszym takim ograniczeniem jest, oczywiście, heteroseksualizm – rozpusta jest rozumiana jako wyzwalająca siła własnych popędów. Czwarty powód to przeciwstawienie „fizyczności” „wewnętrzności” – nagość świadczy o tym, że związek homoseksualny często koncentruje się na erosie, a wymiar afektywny (który jest również chaotyczny, ponieważ pochodzi z orientacji homoseksualnej, która jest nieuporządkowana, jak naucza katechizm), to aspekt drugorzędny. To właśnie fizyczność jest często źródłem stosunków homoseksualnych. Innym powodem jest narcyzm ich uczestników, dla których parada może być sceną do popisu w nadziei, że zostaną zauważeni i docenieni.

– Parady te organizowane są wszędzie i na szeroką skalę, nawet w krajach i miejscach, w których osób o skłonnościach homoseksualnych jest bardzo mało – tak jakby ktoś chciał „narzucić” społeczeństwu temat homoseksualizmu, aby przyzwyczajać ludzi do tego zjawiska...

– To prawda, ponieważ jednym z celów tych parad jest przyczynienie się do uznania zjawiska homoseksualizmu i transseksualizmu za normalne w świadomości zbiorowej, do pozbawienia zwykłych ludzi wrodzonego impulsu krytycznego. Rozpowszechnienie parad na całym świecie sprawiło, że stały się one zjawiskiem obyczajowym, już nawet nie tak nieprzyzwoitym, co w oczywisty sposób pomogło w podejmowaniu wielu innych działań mających na celu „normalizację” homoseksualizmu. Historycznie „Gay Prides” były pierwszą publiczną inicjatywą, która miała na celu akceptację homoseksualizmu w społeczeństwie.

– W Polsce, podobnie jak w innych krajach, „marszom równości” towarzyszą bluźniercze gesty. Dlaczego tak się dzieje?

– Jednym z ich wyróżników jest bluźnierczy charakter i bezczeszczenie Kościoła oraz ducha religijnego. Wspomniałem wcześniej o antagonistycznym wymiarze parad, a pierwszym wrogiem, którego należy zniszczyć, jest Kościół. Dlatego jest w nich tak wiele wulgarności, obelg i bluźnierczych przedstawień przeciwko Bogu, Matce Bożej i świętym. W tych gestach pełnych przemocy nie chodzi tylko o zamiar bezczeszczenia, modny od 1968 r. aż do chwili obecnej, ale jest to przejaw prawdziwej nienawiści do „sacrum”, tak jakby Kościół i święci byli wyrzutem sumienia dla sumienia tych ludzi.

– W większości krajów istnieją prawa uznające bluźnierstwo i oczernianie religii za przestępstwa, które podlegają karze. Dlaczego nikt nie karze homoseksualistów, którzy dopuszczają się takich przestępstw, podczas gdy ludzie przeciwni „marszom równości” są piętnowani lub wprost prześladowani?

– Z jednej strony – ludzie, którzy ośmielają się krytykować bluźniercze gesty i słowa uczestników „Gay Prides”, uważani są za homofobicznych, nieliberalnych, dyskryminujących, średniowiecznych, ponieważ rzekomo cenzurują wolność wypowiedzi. A z drugiej – ludzie, którzy obrażają uczucia religijne całego ludu, korzystają tylko z prawa do wolności słowa! Tak więc są dwie miary oceny: jeśli gej obraża Madonnę, to ta obraza jest wyrazem wolności słowa, a jeśli wierzący krytykuje homoseksualistę, który obraża Maryję, to zasługuje na pójście do więzienia za zniesławienie. Jest to skutek masowej kampanii kulturowej, która zmieniła zbiorowe postrzeganie zjawiska homoseksualizmu i sprawiła, że zwykli ludzie wierzą – z jednej strony – że działacze gejowscy są zawsze ofiarami, które należy bronić, a z drugiej – że katolik jest zawsze „katem” i dlatego zasługuje na pozbawienie wolności słowa, by nie mógł dyskryminować. Ta nierówność traktowania, a raczej otwarta dyskryminacja ludzi wierzących, wywiera w konsekwencji wpływ również na sędziów, którzy w tych sprawach przychylają się do dominujących, mainstreamowych opinii.

– Na stronie homoseksualistów „Gayly Planet” można przeczytać: „Nawet jeśli parady są przezabawne, a ty tańczysz aż do wyczerpania, pozostają demonstracjami politycznymi, by walczyć o równość i prawa społeczności LGBTQ”. Czy „Gay Prides” są formą walki politycznej?

– Według ideologów „tęczowych parad”, prawdziwy gej musi być aktywny politycznie. Homoseksualizm nie może pozostać w sferze prywatnej, ale musi stać się instancją polityczną, musi mieć wymiar publiczny, a zatem musi zostać przekształcony w walkę o swobody obywatelskie, prawa, finansowanie publiczne itp.

– Jeśli za paradami LGBT kryje się konkretna ideologia, to każdy ma prawo je krytykować, tak jak istnieje prawo do krytyki każdej partii czy ideologii...

– Krytyka, kontestacja, dezaprobata zawsze były bronią ruchu LGBT.

– Światowe lobby LGBT od dawna chce zmusić Kościół do zmiany nauki o zachowaniach homoseksualnych. Jakich metod używa, aby to osiągnąć?

– Wśród wielu strategii możemy wskazać trzy. Pierwsza to szantaż. W Kościele, jak przyznał sam Papież, działają lobby homoseksualne i są one bardzo wpływowe. Szantaż jest narzędziem do załatwiania wielu spraw. Jeśli jakiś biskup, rektor seminarium, przewodniczący jakiegoś papieskiego organizmu ma „plamy na życiorysie”, to stają się one walutą wymiany: gejowskie lobby obiecuje, że nie ujawni nic z tego, co wie o życiu biskupa, rektora czy księdza, w zamian za bycie przyjaznym gejom – „gay friendly”. Druga strategia: to przekonanie ludzi, że większość księży jest homoseksualistami. Jest to strategia promowana również przez socjologa i działacza gejowskiego Frédérica Martela w książce „Sodoma”. Twierdzi on, że skoro homoseksualizm jest tak rozpowszechniony w Kościele, to należy go „znormalizować”, uznać za naturalny wariant orientacji seksualnej. I trzecia strategia, również obecna w tekście Martela: ukazywanie homofobów (to neologizm zrodzony z teorii płci, który ma oznaczać ludzi źle nastawionych do homoseksualizmu) jako utajonych homoseksualistów. Tak więc ci, którzy krytykują homoseksualizm, są homoseksualistami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. To sztuczka polegająca na tym, że z jednej strony zmusza się kogoś do milczenia, aby uniknąć podejrzeń o homoseksualizm, a z drugiej, na poziomie medialnym, ukazuje się środowsko konserwatywne jako garstkę bigoteryjnych hipokrytów.

* * *

Polska jest na półmetku zaplanowanej na ten rok kampanii środowisk LGBT+.

Od kwietnia do października br. w 23 polskich miastach organizowane są parady i tzw. marsze równości. Pierwsze miały już miejsce, a w sierpniu „marsze równości” przejdą ulicami: Płocka, Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Szczecina, Torunia, Kalisza, Wrocławia i Lublina.

W ubiegłym roku odbyło się w Polsce 14 tęczowych parad, a w bieżącym jest ich o 40 proc. więcej. Charakterystyczne jest, że organizowane są one nie tylko w dużych aglomeracjach, ale coraz częściej w małych, odległych od centrum, ośrodkach, gdzie społeczność LGBT jest znikoma i nigdy przedtem publicznie się nie prezentowała.

(KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

95-letnia pątniczka z Włoch w rozmowie z "Niedzielą" o swoim pielgrzymowaniu

2019-08-22 21:24

NIEDZIELA TV

95-letnia Emma Morosini, Włoszka, która wybrała się w samotną pieszą pielgrzymkę na Jasną Górą pokonując ok. 1 tys. jest już u celu. - Ostatnie owoce mojego życia: modlitwę o pokój na świecie, za kapłanów i młodych chciałam przynieść tutaj Matce Bożej - powiedziała pątniczka.

NIEDZIELA TV

Obejrzyj film: 95-letnia pątniczka z Włoch w rozmowie z "Niedzielą" o swoim pielgrzymowaniu
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem