Reklama

Cenzura, czyli zbrodnia na słowie, obrazie, dźwięku

Komuniści wierzyli, że słowo obala trony. Panicznie bali się słowa drukowanego wypuszczonego spod kontroli. Lenin uważał, że cenzura jest konieczna, dlatego instytucja cenzury w Związku Sowieckim została powołana zaraz po rewolucji październikowej. Tak samo stało się w Polsce w 1944 r., po powstaniu satelickiego, moskiewskiego rządu PKWN

Za pierwszego cenzora w PRL-u uważa się Jerzego Borejszę (prywatnie brata płk. Józefa Różańskiego), szczerze oddanego ideologii komunistycznej, ale nie stalinowca, który przekonywał, jednakże nie zmuszał Polaków do socjalizmu.

Cenzura w PRL-u w latach 40. i 50.

Borejsza w przeciwieństwie do swego brata nie miał krwi na dłoniach. Był redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” i twórcą spółdzielni „Czytelnik”, wydającej gazety i książki, zarządzającej kolportażem, z siecią kiosków, księgarń, bibliotek i drukarni. Próbował stworzyć pierwsze w nowej rzeczywistości regulacje prawne urzędu cenzury. W praktyce wyznaczał dosyć duże, jak na wojenny jeszcze czas, granice wolności słowa. Kiedy wydawcy i redaktorzy konsultowali z nim, co można drukować, pytał tylko, czy w tekstach tych nie ma nic przeciwko Związkowi Radzieckiemu i „czy nie ma krytyki obywatela Bieruta”. Jeśli nie, to drukujcie! – mawiał. Wydaje się, że był niepoprawnym idealistą.

Jak zauważa dr hab. Zbigniew Romek, profesor Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, wybitny znawca cenzury, Jerzy Borejsza ściągał do kraju inteligencję z emigracji, np. Juliana Tuwima. – Mamił ich, że ideologia nie odgrywa roli, że musimy tylko dobrze ułożyć stosunki ze Związkiem Radzieckim, bo taki jest układ, to jest nasz sojusznik, trzeba zmienić nastroje antyradzieckie. A najlepiej w publikacjach unikać tej tematyki. Budujmy Polskę i wolność słowa. Szybko mu to jednak przeszło. Wycofał się ze swego projektu liberalnej cenzury.

Reklama

Jego miejsce zajęli pracownicy sowieckiej cenzury (Gławlitu) – Piotr Gładin i Kazimierz Jarmuż. Ściągnął ich z Moskwy Jakub Berman, zaufany Bolesława Bieruta, zwolennik wprowadzenia w Polsce radzieckich metod rządzenia. To oni, na modłę sowiecką, zgodnie z dyrektywami radzieckimi, założyli w styczniu 1945 r. pierwszy urząd cenzury w PRL-u – Centralne Biuro Kontroli Prasy. Ale Sowieci nie narzucili Polakom, jak w praktyce należy cenzurować. Większość Polaków była przecież nastawiona antyradziecko. Nie ma też dowodów na bieżącą współpracę Gławlitu z polskim urzędem cenzury.

Praktykę tworzyli cenzorzy, a w latach 40. i 50. ubiegłego wieku do pracy w tym urzędzie trafiali przeważnie ludzie słabo wykształceni, pozbawieni kwalifikacji intelektualnych, robotnicy wierzący w nowy ustrój „sprawiedliwości społecznej”, w marksizm i leninizm, z wyrobioną świadomością klasową. Lojalni wobec komunistycznej partii. Zdarzało się, że przyjeżdżali niemal prosto z placu budowy. To trochę tak, jakby Mateusza Birkuta, bohatera słynnego filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”, posadzić za biurkiem i nakazać mu, aby cenzurował. Nawet ich szefowie zdawali sobie sprawę z tego, że tacy urzędnicy nie są w stanie udźwignąć finezyjnych zadań propagandowych, które władza przed nimi postawiła. Kierownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy z Katowic żalił się w 1949 r.: „Aparat nasz jest słaby”. „Cenzor musi doskonale orientować się w sytuacji politycznej kraju, jak i międzynarodowej (...). A tymczasem kogo my mamy? Tych, którzy łaskawie chcą do nas przyjść, a przychodzą głupi”.

Nie dziwi, że ówczesnym cenzorom zdarzały się kompromitujące wpadki. Jeden z nich nie wydał zgody na druk napisanego językiem staropolskim wiersza Mikołaja Reja. Uzasadnił to „złym językiem polskim”. Inny zakwestionował publikację tekstu św. Tomasza z Akwinu, poprosił o sprawdzenie, czy wydawca z Częstochowy jest w posiadaniu praw autorskich. Honorowy redaktor naczelny „Niedzieli” ks. Ireneusz Skubiś opowiadał mi, jak jeden z katowickich cenzorów pomylił św. Tytusa z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz-Tito: „Częstochowska Kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadło wspomnienie o sancti Titi, świętym Tytusie. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz-Tito”.

Reklama

Cenzorskie kolektywy

W latach 70. od cenzorów wymagano już wyższego wykształcenia. Zatrudniano ludzi po studiach humanistycznych: polonistów, filozofów, historyków. Czym ich kuszono do podjęcia takiej pracy? Mieszkaniami, talonami na samochody, wysokimi pensjami. Jan Krzysztof Kelus, kawaler Orderu Orła Białego, napisał przed laty piosenkę „Pytania, których nie zadam”. Był w niej taki oto dialog: „Powiedz mi, co robi filozof w cenzurze? Życie jest, bracie, życiem, a tam – czysta nie czysta, zamiast cztery osiemset na rękę osiem czterysta”. Cenzorzy byli kastą wybranych. Legitymacje służbowe wykorzystywali jak immunitety poselskie. Często dzięki nim uciekali przed odpowiedzialnością, nawet karną.

Za Gierka byli lepiej wykształceni, jednak groteskowych wpadek nie unikali, gdyż wszędzie dopatrywali się analogii z rzeczywistością społeczno-polityczną. Pewien cenzor wstrzymał druk książki prof. Stanisława Byliny, byłego dyrektora Instytutu Historii PAN, o ruchach heretyckich w średniowieczu, o paleniu czarownic na stosach – skojarzyły mu się z fabrykowanymi procesami prześladowanych robotników i KOR-em. Antysystemowych aluzji dopatrywano się nawet w książkach o zwyczajach ludów afrykańskich czy o prehistorycznych gadach, jakby to były alegorie systemu totalitarnego na miarę „Folwarku zwierzęcego” Orwella. A nie były. Cenzurowano nawet teksty Marksa i Engelsa, bo ich krytyka ustroju kapitalistycznego i opisy funkcjonowania władzy – w ocenie urzędników – zbyt przystawały do ówczesnych wydarzeń w PRL-u. Były jakby aktualne. Niemile widziany był tekst Karola Marksa o pruskiej cenzurze. Niecenzuralne mogło być wszystko, jeśli zostało przytoczone w nieodpowiednim momencie, kontekście, w nieadekwatnej sytuacji.

– Warto zauważyć, że te głupoty, nieujawniane na zewnątrz, wyłapywali sami cenzorzy w kontroli wtórnej i omawiali je na naradach krajowych – podkreśla dr Romek. – Działał więc system samooczyszczania się urzędu. Ten aparat – szesnaście delegatur terenowych i warszawska centrala – funkcjonował dobrze. Szefowie w delegaturach sprawdzali młodych, uczyli ich, przyglądali się, jak czytają, analizują. Adepci zbierali doświadczenie pod okiem starszych. Rozsyłano biuletyny wewnętrzne o ingerencjach, także tych niepotrzebnych, nietrafionych, zbędnych.

W jednym z protokołów prof. Stanisław Ossowski, socjolog, zapytał cenzorów: „Jak panowie jesteście w stanie cenzurować teksty fachowe, do których nie jesteście przygotowani? Nie macie odpowiedniego wykształcenia”. Odpowiedzieli mu: „Jesteśmy kolektywem. Siadamy i wspólnie obradujemy nad problemami”. Cenzorzy nie działali w pojedynkę. Nie podejmowali decyzji samodzielnie. Kierowali się „Księgą zaleceń i zapisów Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk” – tajnym dokumentem, niejednokrotnie przechowywanym w kasach pancernych urzędów. To były grube, ciężkie księgi w czarnych tekturowych okładkach. Na białych kartach wklejano paski z szyfrogramami zapisów, które przychodziły – za pośrednictwem komend wojewódzkich milicji – z wydziałów propagandy PZPR albo z ministerstw.

„Myszki” z Mysiej

Cenzorzy mieli za zadanie zabieganie o względy autorów, redaktorów czy uczonych, zaprzyjaźnianie się z nimi. – Chcieli ich wychowywać. Przekonać do tego, aby razem budować socjalistyczną ojczyznę i wspierać propagandę – opowiada dr Romek. – Dopuszczali krytykę, ale „konstruktywną”, która pokaże, że zdarzają się nieprawidłowości, ułomności, bo nie ma świętych. Ale sam system polityczny, jego konstrukcja, są poprawne. Zmierzamy w dobrym kierunku i nikt nie może nam tego popsuć. Dlatego nie dopuszczano krytyki niepożądanej, nazywanej „nihilistyczną”, która wskazywała, że to w socjalizmie jest błąd. Że to socjalizm psuje rzeczywistość. Że te idee, kierunki działania są beznadziejne. To było zakazane.

Nie znamy rozmiarów zbrodni, której dokonali PRL-owscy cenzorzy na słowie, obrazie i dźwięku. Nie wiemy, ilu straciliśmy przez to Herbertów, Kisielów czy Kieślowskich. Jedno jest pewne: cenzorzy nie ponieśli za swe zbrodnie żadnej odpowiedzialności. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w zakładaniu twórcom „knebli” odgrywał w pewnym sensie techniczną rolę. Był – jak powiada Tomasz Strzyżewski, który ujawnił tajemnice komunistycznej cenzury – komórką kontroli jakości w medialnej fabryce kłamstwa.

PRL-owska cenzura była Hydrą lernejską, córką Tyfona i Echidny z mitologii greckiej. Gdyby odciąć jej głowę, odrastałaby kolejna, w wersji zmutowanej. Walka toczyła się o to, jakie treści dotrą do opinii publicznej. Cenzura była prawą ręką propagandy. Wdzierała się w najmniejsze szczeliny rzeczywistości. Cenzurowano wszystko. Gazety i książki. Spektakle teatralne, operowe, kabarety. Obrazy filmowe i olejne. Plakaty i zaproszenia. Nawet nekrologi, prywatną korespondencję, instrukcje obsługi maszyn i etykiety na słoikach z dżemem!

Wkrótce – w kwietniu br. – minie 28 lat od likwidacji urzędu cenzury, która miała swą centralę w Warszawie przy ul. Mysiej 3. Od tej ulicy Polacy nazywali cenzorów żartobliwie „myszkami”. Urzędu już nie ma, ale zjawisko pozostało. Jest żywotne i stare jak świat. Od pierwszej znanej w piśmiennictwie wzmianki w „Państwie” Platona. Dzisiaj cenzura jest równie gigantyczna jak w PRL-u, ale zdecydowanie bardziej nieuchwytna. Nazywa się ją najczęściej „poprawnością polityczną”.

Błażej Torański, dziennikarz, publicysta, zajmuje się literaturą faktu. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

2018-01-31 10:17

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Niszczenie pomników to cenzurowanie historii

[ TEMATY ]

historia

cenzura

zniszczenie

Vatican News

Niszczenie pomników jest szkodliwe dla pamięci historycznej Amerykanów – uważa kard. Timothy Dolan z Nowego Jorku. Ostrzegł także przed „rewolucją kulturalną”, taką jak ta, która miała katastrofalne skutki dla Chin pod rządami Mao Zedonga.

Na fali protestów po zabójstwie czarnoskórego Georga Floyd’a uczestnicy zamieszek obalili w ostatnim czasie w Stanach Zjednoczonych pomniki przywódców Konfederacji, a także monumenty upamiętniające: George’a Waszyngtona, Krzysztofa Kolumba, Ulissesa Granta oraz św. Junipera Serrę, misjonarza Kaliforni.

„Strzeżcie się tych, którzy chcą cenzurować historię i przedstawiać wybiórczą wizję dziejów”
– napisał kardynał w Wall Street Journal.

Chińska rewolucja kulturalna w latach 1966-76 miała na celu wykorzenienie ze społeczeństwa chińskiego tradycyjnych elementów, takich jak np. kult przodków. „Kto tym razem będzie decydował, które posągi, portrety i książki są prawomyślne” – napisał kardynał i przypominał, że jeszcze niedawno sprzeciwianio się uroczystym obchodom urodzin Martina Luthera Kinga, wypominając mu osobiste wady.

Zauważył, że to samo odnosi się do historycznych postaci Ameryki. Każda z nich miała wady, a jednak wszystkie położyły fundamenty pod budowę Stanów Zjednoczonych. „Moja mama nie pozwalała zdjąć ze ściany naszego domu zdjęcia swoich rodziców. Jej tata, a mój dziadek, był pijakiem, który porzucił swoją rodzinę. Chciała żebyśmy patrząc na niego wyciągneli wnioski. Cieszę się, że mieliśmy szanse poznać pełną historię naszej rodziny, z jej zaletami i wadami” – napisał kardynał Dolan. „Jeżeli szanowalibyśmy jedynie ludzi doskonałych i bez wad, to właściwie jedynym pomnikiem w przestrzeni publicznej mógłby być krzyż, ale na to też wielu by się nie zgodziło” – dodał.

Kardynał przestrzegł także przed demonizowaniem policji. „Policja zasługuje na krytykę. Ochydnego zabójstwa Georga Floyd’a nie da się niczym usprawiedliwić. Pokazuje ono, że dla niektórych funkcjonariuszy życie ludzkie nie ma znaczenia. Jednak najbardziej oburzeni zachowaniem swoich kolegów byli właśnie uczciwi policjanci, którzy na codzień dobrze wykonują swoją pracę” – powiedział kard. Dolan.

CZYTAJ DALEJ

Dwóch księży i raper parodiują znany hit "Przejmujemy jutuby"

2020-08-07 10:30

[ TEMATY ]

muzyka

muzyka chrześcijańska

youtube.com/wzn

"Przejmujemy jutuby" po katolicku? Teraz to możliwe!

Heres i Piotrek z grupy Wyrwani Z Niewoli wraz z dwoma księżmi Adamami nagrali katolicką wersję znanego hitu. Jak brzmi on z chrześcijańskimi wartościami na pierwszym planie? Posłuchajcie!

Jak piszą twórcy przeróbki:

Stworzenie oryginału piosenki „Przejmujemy jutuby”: jej nagranie, teledysk i montaż zajęło 24h. My podjęliśmy się wyzwania stworzenia parodii, która w całości zajęła nam 10h, ale jakby wiadomo nam było łatwiej.

Mamy nadzieję, że ta PARODIA dostarczy Wam uśmiechu i trochę przemyśleń.

Pax et bonum. Dzięki, że jest Was coraz więcej

Kocham Boga! Jezu dziękuje za to,że stworzyłeś takich wspaniałych ludzi!! - czytamy w komentarzach pod utworem

CZYTAJ DALEJ

Od 25 lat chodzi z krzyżem po Polsce i Europie, wcześniej był rolnikiem

2020-08-07 11:48

[ TEMATY ]

pielgrzymka

krzyż

pokuta

Pielgrzymka 2020

facebook.com/NowinyGliwickie

Pan Mieczysław pochodzi spod Elbląga, ma prawie 70 lat i od 25 lat chodzi z krzyżem po Polsce jak i całej Europie. Najdalej był w Paryżu. Jak sam o sobie mówi: Nawróciłem się. Chcę ludziom przybliżyć Jezusa, chcę im przekazać, żeby strzegli się grzechu, że człowiek, który przesiąknie grzechem jest stracony, ale może się zawsze od niego uwolnić – czytamy w Dzienniku Elbląskim.

Pielgrzym, który wcześniej był rolnikiem chodzi ubrany w pokutną szatę, na barkach niesie drewniany krzyż, a na plecach niewielkich rozmiarów plecak, w którym jak mówi nosi ze sobą swój nocleg. Ma śpiwór, bieliznę, folię przeciwdeszczową. Dużą uwagę przywiązuje do pism ewangelizacyjnych, którymi może pomagać innym.

 — Jezus daje mi znaki. Czasem w drodze dzieją się cuda, to daje mi wiarę w sens tej pielgrzymki — mówi p. Mieczysław w Dzienniku Elbląskim.

Spotyka przyjaciół krzyża, ale są też i jego wrogowie, którzy krzyczą „do tartaku idziesz z tym drzewem?” — I takich trzeba wysłuchać — podsumowuje z uśmiechem pan Mieczysław.

Pan Mieczysław swoje pielgrzymowanie finansuje z własnej emerytury, czasem dostaje od ludzi także drobne datki i wsparcie.

- Moje ciało jest niczym, a ja tylko imieniem - bez Boga nie byłoby mnie, to niesamowite, jak wypełnia moje ciało i pozwala mu żyć – mówi pokutnik.

— Nawróciłem się. Chcę ludziom przybliżyć Jezusa, chcę im przekazać, żeby strzegli się grzechu, że człowiek, który przesiąknie grzechem jest stracony, ale może się zawsze od niego uwolnić.

— Piłem, żyłem w grzechu. Było źle. Wtedy przyszedł do mnie Pan Jezus i zrozumiałem, że tak dalej być nie może. Bóg mnie uzdrowił i poczułem się zobowiązany, by głosić ludziom Jego imię — czytamy w Dzienniku Elbląskim.

Przeczytaj także: 27-latek idzie z krzyżem przez Polskę. Modli się o nawrócenie narodu

- Pana Mieczysława z krzyżem i różańcem w ręku, ubranego niczym ksiądz Robak, zauważyłem na ulicy 31 Stycznia. Szedł od skrzyżowania w stronę starostwa. Zanim zawróciłem i zostawiłem samochód na parkingu zdążył wejść do sklepu spożywczego. Jednak wiedziałem, gdzie jest. Pod sklepem zostawił oparty o ścianę duży drewniany krzyż. – Dzień dobry – powiedziałem, gdy wyszedł z drobnymi zakupami spożywczymi – czytamy na portalu chojnice.com opis jednego ze spotykających go ludzi.

Dokąd zmierza? Kogo spotyka? – Nie wiem dokąd idę, o tym czasami decyduje ułamek chwili, jakaś rozmowa – mówi pan Mieczysław. Uważa, że w życiu nie ma nic bez sensu, że wszystko dzieje się po coś. Ludzie, których niby przypadkiem spotyka i którym pomaga, są mu przeznaczeni. Chociażby jeden z rozmówców, który pomylił wagony i zamiast do 12 przyszedł do 15. I już został, bo wciągnął się w rozmowę z panem Mieczysławem i poczuł ulgę, gdy wydusił z siebie swoje problemy.

Pan Mieczysław w miejscowościach które odwiedza szuka kościołów w których może się pomodlić. Nie narzuca się przechodniom, nie wciska nic na siłę. Czeka aż ktoś sam podejdzie, zacznie rozmowę. Dzieli się swoim świadectwem wiary, przekazuje to, co ma najcenniejsze.

 – Wiele razy poczułem, że to co robię ma sens, bo ludzie nawracali się, wracali do Kościoła po wielu latach rozłąki z Bogiem – wyznaje p. Mieczysław.

Pan Mieczysław spotkał się w ostatnich dniach z Michałem, który w te wakacje przemierza Polskę z 3m. krzyżem na plecach.

facebook.com/PanstwoBoze

Przeczytaj także: 27-latek idący z krzyżem przez całą Polskę dotarł na Giewont!
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję