Reklama

Cenzura, czyli zbrodnia na słowie, obrazie, dźwięku

2018-01-31 10:17

Błażej Torański
Niedziela Ogólnopolska 5/2018, str. 26-27

Komuniści wierzyli, że słowo obala trony. Panicznie bali się słowa drukowanego wypuszczonego spod kontroli. Lenin uważał, że cenzura jest konieczna, dlatego instytucja cenzury w Związku Sowieckim została powołana zaraz po rewolucji październikowej. Tak samo stało się w Polsce w 1944 r., po powstaniu satelickiego, moskiewskiego rządu PKWN

Za pierwszego cenzora w PRL-u uważa się Jerzego Borejszę (prywatnie brata płk. Józefa Różańskiego), szczerze oddanego ideologii komunistycznej, ale nie stalinowca, który przekonywał, jednakże nie zmuszał Polaków do socjalizmu.

Cenzura w PRL-u w latach 40. i 50.

Borejsza w przeciwieństwie do swego brata nie miał krwi na dłoniach. Był redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” i twórcą spółdzielni „Czytelnik”, wydającej gazety i książki, zarządzającej kolportażem, z siecią kiosków, księgarń, bibliotek i drukarni. Próbował stworzyć pierwsze w nowej rzeczywistości regulacje prawne urzędu cenzury. W praktyce wyznaczał dosyć duże, jak na wojenny jeszcze czas, granice wolności słowa. Kiedy wydawcy i redaktorzy konsultowali z nim, co można drukować, pytał tylko, czy w tekstach tych nie ma nic przeciwko Związkowi Radzieckiemu i „czy nie ma krytyki obywatela Bieruta”. Jeśli nie, to drukujcie! – mawiał. Wydaje się, że był niepoprawnym idealistą.

Jak zauważa dr hab. Zbigniew Romek, profesor Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, wybitny znawca cenzury, Jerzy Borejsza ściągał do kraju inteligencję z emigracji, np. Juliana Tuwima. – Mamił ich, że ideologia nie odgrywa roli, że musimy tylko dobrze ułożyć stosunki ze Związkiem Radzieckim, bo taki jest układ, to jest nasz sojusznik, trzeba zmienić nastroje antyradzieckie. A najlepiej w publikacjach unikać tej tematyki. Budujmy Polskę i wolność słowa. Szybko mu to jednak przeszło. Wycofał się ze swego projektu liberalnej cenzury.

Reklama

Jego miejsce zajęli pracownicy sowieckiej cenzury (Gławlitu) – Piotr Gładin i Kazimierz Jarmuż. Ściągnął ich z Moskwy Jakub Berman, zaufany Bolesława Bieruta, zwolennik wprowadzenia w Polsce radzieckich metod rządzenia. To oni, na modłę sowiecką, zgodnie z dyrektywami radzieckimi, założyli w styczniu 1945 r. pierwszy urząd cenzury w PRL-u – Centralne Biuro Kontroli Prasy. Ale Sowieci nie narzucili Polakom, jak w praktyce należy cenzurować. Większość Polaków była przecież nastawiona antyradziecko. Nie ma też dowodów na bieżącą współpracę Gławlitu z polskim urzędem cenzury.

Praktykę tworzyli cenzorzy, a w latach 40. i 50. ubiegłego wieku do pracy w tym urzędzie trafiali przeważnie ludzie słabo wykształceni, pozbawieni kwalifikacji intelektualnych, robotnicy wierzący w nowy ustrój „sprawiedliwości społecznej”, w marksizm i leninizm, z wyrobioną świadomością klasową. Lojalni wobec komunistycznej partii. Zdarzało się, że przyjeżdżali niemal prosto z placu budowy. To trochę tak, jakby Mateusza Birkuta, bohatera słynnego filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”, posadzić za biurkiem i nakazać mu, aby cenzurował. Nawet ich szefowie zdawali sobie sprawę z tego, że tacy urzędnicy nie są w stanie udźwignąć finezyjnych zadań propagandowych, które władza przed nimi postawiła. Kierownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy z Katowic żalił się w 1949 r.: „Aparat nasz jest słaby”. „Cenzor musi doskonale orientować się w sytuacji politycznej kraju, jak i międzynarodowej (...). A tymczasem kogo my mamy? Tych, którzy łaskawie chcą do nas przyjść, a przychodzą głupi”.

Nie dziwi, że ówczesnym cenzorom zdarzały się kompromitujące wpadki. Jeden z nich nie wydał zgody na druk napisanego językiem staropolskim wiersza Mikołaja Reja. Uzasadnił to „złym językiem polskim”. Inny zakwestionował publikację tekstu św. Tomasza z Akwinu, poprosił o sprawdzenie, czy wydawca z Częstochowy jest w posiadaniu praw autorskich. Honorowy redaktor naczelny „Niedzieli” ks. Ireneusz Skubiś opowiadał mi, jak jeden z katowickich cenzorów pomylił św. Tytusa z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz-Tito: „Częstochowska Kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadło wspomnienie o sancti Titi, świętym Tytusie. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz-Tito”.

Cenzorskie kolektywy

W latach 70. od cenzorów wymagano już wyższego wykształcenia. Zatrudniano ludzi po studiach humanistycznych: polonistów, filozofów, historyków. Czym ich kuszono do podjęcia takiej pracy? Mieszkaniami, talonami na samochody, wysokimi pensjami. Jan Krzysztof Kelus, kawaler Orderu Orła Białego, napisał przed laty piosenkę „Pytania, których nie zadam”. Był w niej taki oto dialog: „Powiedz mi, co robi filozof w cenzurze? Życie jest, bracie, życiem, a tam – czysta nie czysta, zamiast cztery osiemset na rękę osiem czterysta”. Cenzorzy byli kastą wybranych. Legitymacje służbowe wykorzystywali jak immunitety poselskie. Często dzięki nim uciekali przed odpowiedzialnością, nawet karną.

Za Gierka byli lepiej wykształceni, jednak groteskowych wpadek nie unikali, gdyż wszędzie dopatrywali się analogii z rzeczywistością społeczno-polityczną. Pewien cenzor wstrzymał druk książki prof. Stanisława Byliny, byłego dyrektora Instytutu Historii PAN, o ruchach heretyckich w średniowieczu, o paleniu czarownic na stosach – skojarzyły mu się z fabrykowanymi procesami prześladowanych robotników i KOR-em. Antysystemowych aluzji dopatrywano się nawet w książkach o zwyczajach ludów afrykańskich czy o prehistorycznych gadach, jakby to były alegorie systemu totalitarnego na miarę „Folwarku zwierzęcego” Orwella. A nie były. Cenzurowano nawet teksty Marksa i Engelsa, bo ich krytyka ustroju kapitalistycznego i opisy funkcjonowania władzy – w ocenie urzędników – zbyt przystawały do ówczesnych wydarzeń w PRL-u. Były jakby aktualne. Niemile widziany był tekst Karola Marksa o pruskiej cenzurze. Niecenzuralne mogło być wszystko, jeśli zostało przytoczone w nieodpowiednim momencie, kontekście, w nieadekwatnej sytuacji.

– Warto zauważyć, że te głupoty, nieujawniane na zewnątrz, wyłapywali sami cenzorzy w kontroli wtórnej i omawiali je na naradach krajowych – podkreśla dr Romek. – Działał więc system samooczyszczania się urzędu. Ten aparat – szesnaście delegatur terenowych i warszawska centrala – funkcjonował dobrze. Szefowie w delegaturach sprawdzali młodych, uczyli ich, przyglądali się, jak czytają, analizują. Adepci zbierali doświadczenie pod okiem starszych. Rozsyłano biuletyny wewnętrzne o ingerencjach, także tych niepotrzebnych, nietrafionych, zbędnych.

W jednym z protokołów prof. Stanisław Ossowski, socjolog, zapytał cenzorów: „Jak panowie jesteście w stanie cenzurować teksty fachowe, do których nie jesteście przygotowani? Nie macie odpowiedniego wykształcenia”. Odpowiedzieli mu: „Jesteśmy kolektywem. Siadamy i wspólnie obradujemy nad problemami”. Cenzorzy nie działali w pojedynkę. Nie podejmowali decyzji samodzielnie. Kierowali się „Księgą zaleceń i zapisów Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk” – tajnym dokumentem, niejednokrotnie przechowywanym w kasach pancernych urzędów. To były grube, ciężkie księgi w czarnych tekturowych okładkach. Na białych kartach wklejano paski z szyfrogramami zapisów, które przychodziły – za pośrednictwem komend wojewódzkich milicji – z wydziałów propagandy PZPR albo z ministerstw.

„Myszki” z Mysiej

Cenzorzy mieli za zadanie zabieganie o względy autorów, redaktorów czy uczonych, zaprzyjaźnianie się z nimi. – Chcieli ich wychowywać. Przekonać do tego, aby razem budować socjalistyczną ojczyznę i wspierać propagandę – opowiada dr Romek. – Dopuszczali krytykę, ale „konstruktywną”, która pokaże, że zdarzają się nieprawidłowości, ułomności, bo nie ma świętych. Ale sam system polityczny, jego konstrukcja, są poprawne. Zmierzamy w dobrym kierunku i nikt nie może nam tego popsuć. Dlatego nie dopuszczano krytyki niepożądanej, nazywanej „nihilistyczną”, która wskazywała, że to w socjalizmie jest błąd. Że to socjalizm psuje rzeczywistość. Że te idee, kierunki działania są beznadziejne. To było zakazane.

Nie znamy rozmiarów zbrodni, której dokonali PRL-owscy cenzorzy na słowie, obrazie i dźwięku. Nie wiemy, ilu straciliśmy przez to Herbertów, Kisielów czy Kieślowskich. Jedno jest pewne: cenzorzy nie ponieśli za swe zbrodnie żadnej odpowiedzialności. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w zakładaniu twórcom „knebli” odgrywał w pewnym sensie techniczną rolę. Był – jak powiada Tomasz Strzyżewski, który ujawnił tajemnice komunistycznej cenzury – komórką kontroli jakości w medialnej fabryce kłamstwa.

PRL-owska cenzura była Hydrą lernejską, córką Tyfona i Echidny z mitologii greckiej. Gdyby odciąć jej głowę, odrastałaby kolejna, w wersji zmutowanej. Walka toczyła się o to, jakie treści dotrą do opinii publicznej. Cenzura była prawą ręką propagandy. Wdzierała się w najmniejsze szczeliny rzeczywistości. Cenzurowano wszystko. Gazety i książki. Spektakle teatralne, operowe, kabarety. Obrazy filmowe i olejne. Plakaty i zaproszenia. Nawet nekrologi, prywatną korespondencję, instrukcje obsługi maszyn i etykiety na słoikach z dżemem!

Wkrótce – w kwietniu br. – minie 28 lat od likwidacji urzędu cenzury, która miała swą centralę w Warszawie przy ul. Mysiej 3. Od tej ulicy Polacy nazywali cenzorów żartobliwie „myszkami”. Urzędu już nie ma, ale zjawisko pozostało. Jest żywotne i stare jak świat. Od pierwszej znanej w piśmiennictwie wzmianki w „Państwie” Platona. Dzisiaj cenzura jest równie gigantyczna jak w PRL-u, ale zdecydowanie bardziej nieuchwytna. Nazywa się ją najczęściej „poprawnością polityczną”.

Błażej Torański, dziennikarz, publicysta, zajmuje się literaturą faktu. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Tagi:
cenzura

Szef RMN złożył pozew przeciwko Facebookowi

2019-09-23 15:40

wpolityce.pl

Złożyłem w sądzie pozew przeciwko Facebookowi ws. łamania konstytucyjnej zasady wolności słowa - powiedział w poniedziałek w Toruniu przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański. Dodał, że jego posty z konta poselskiego często nie zostają zatwierdzone i nie są rozpowszechniane.

geralt/pixabay
Papirus

Pozew został złożony w poniedziałek w I Wydziale Cywilnym Sądu Okręgowego w Warszawie.

Mamy bardzo dużo sygnałów o tym, że Facebook w sposób dowolny promuje, bądź nie promuje, rozpowszechnia, bądź nie rozpowszechnia różnego rodzaju posty. Zaszło podejrzenie, że robi to już w taki sposób, jak kiedyś władza totalitarna - przez zapis na konkretne nazwiska. Niezależnie od tego jakiej treści jest post, to ze względu na to, że jest to post z mojego konta poselskiego, jest on niezatwierdzany do rozpowszechniania na podstawie mętnego regulaminu, który nie określa kryteriów, którym musi podlegać post rozpowszechniany przez Facebooka

— mówił w poniedziałek w Toruniu szef RMN.

Dodał, że Facebook postępuje w takich sprawach w sposób anonimowy, nikt się pod takimi decyzjami nie podpisuje i „nie ma właściwie trybu odwoławczego”.

Jest najwyższa pora, żeby skierować sprawę do sądu. Dzisiaj rano złożyłem pozew w sądzie w Warszawie przeciwko Facebookowi za łamanie konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce

— powiedział Czabański, który kandyduje do Sejmu z 2. miejsca na liście PiS w okręgu toruńsko-włocławskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś na Jasnej Górze „Hołd z kwiatów” na wzór rzymski

2019-12-08 11:44

it / Jasna Góra (KAI)

Dziś na Jasnej Górze „Hołd z kwiatów”. Uroczystość stanowi nawiązanie do rzymskiego zwyczaju tzw. omaggio floreale (hołdu z kwiatów), który sięga 1938 r., kiedy to papież Pius XI polecił Papieskiej Akademii Niepokalanej przygotować 8 grudnia na placu Hiszpańskim w Rzymie uroczysty akt oddania czci Maryi Niepokalanej. Odtąd każdego roku Ojciec Święty składa Maryi wieniec z kwiatów. W częstochowskim sanktuarium kwiaty składa nie tylko arcybiskup, ale i pielgrzymi.

Krzysztof Świertok

Na Jasnej Górze hołd Maryi składany jest pod figurą Niepokalanej na placu przed szczytem. Figura stoi pośrodku placu, gdzie do 1917 r. znajdował się pomnik cara Aleksandra II. W stanie wojennym pod tą figurą układany był krzyż z kwiatów i zniczy na znak jedności Polaków, pamięci o aresztowanych i prześladowanych, z prośbą o wyzwolenie z komunistycznej niewoli. Pod rzeźbą Niepokalanej przez cały rok trwa modlitwa pielgrzymów, którzy wchodzą na Jasną Górę od strony Alei NMP. W sezonie pielgrzymek pieszych pątnicy składają Maryi tysiące kwiatów.

Tegoroczne uroczystości „Hołdu z kwiatów” upływają nie tylko w łączności z papieżem Franciszkiem, ale i z kościołem Ducha Świętego w Warszawie, skąd wyrusza Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę i gdzie rozpoczęła się modlitwa w obronie życia, Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego. Świątynia od dziś stanie się Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia.

Jak powiedział przeor Jasnej Góry, o. Marian Waligóra „w hołdzie z kwiatów będziemy dziękować za Maryję, która jest Matką Życia, i która zaprasza nas do tego, byśmy byli świadkami życia”.

8 grudnia to na Jasnej Górze od 10 lat dzień łączności Wzgórza Jasnogórskiego ze Wzgórzem Watykańskim. - W jakimś sensie ten nasz hołd jest przedłużeniem tego papieskiego w Rzymie. Stamtąd zaczerpnęliśmy wzór, ale tu na Jasnej Górze nie tylko ks. Arcybiskup składa białe róże, lecz czynią to wszyscy, to jest taki jasnogórski zwyczaj, który ma szczególną wymowę - wyjaśnia o. Przeor. Podkreśla, że „w tym symbolicznym kwiecie każdy z nas składa swoje życie Niepokalanej”. - Chcemy wspierać też papieża w jego zmaganiach, w trudnych dla Kościoła czasach, naszą solidarną, wspólną modlitwą - zapewnia o. Waligóra.

Uroczystości jasnogórskie rozpocznie o godz. 16.15 Akatyst w Kaplicy Matki Bożej, po czym w procesji światła pielgrzymi i wierni arch. częstochowskiej przejdą na plac jasnogórski pod figurę Niepokalanej.

Tam ok. godz. 17.15 dokonany zostanie akt zawierzenia Kościoła, Ojczyzny i świata. Po czym na wzór rzymski, główny celebrans w koszu drabiny strażackiej zostanie wyniesiony w górę i złoży u stóp figury Maryi Niepokalanej wiązankę białych róż.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem