Reklama

Cenzura, czyli zbrodnia na słowie, obrazie, dźwięku

2018-01-31 10:17

Błażej Torański
Niedziela Ogólnopolska 5/2018, str. 26-27

Komuniści wierzyli, że słowo obala trony. Panicznie bali się słowa drukowanego wypuszczonego spod kontroli. Lenin uważał, że cenzura jest konieczna, dlatego instytucja cenzury w Związku Sowieckim została powołana zaraz po rewolucji październikowej. Tak samo stało się w Polsce w 1944 r., po powstaniu satelickiego, moskiewskiego rządu PKWN

Za pierwszego cenzora w PRL-u uważa się Jerzego Borejszę (prywatnie brata płk. Józefa Różańskiego), szczerze oddanego ideologii komunistycznej, ale nie stalinowca, który przekonywał, jednakże nie zmuszał Polaków do socjalizmu.

Cenzura w PRL-u w latach 40. i 50.

Borejsza w przeciwieństwie do swego brata nie miał krwi na dłoniach. Był redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” i twórcą spółdzielni „Czytelnik”, wydającej gazety i książki, zarządzającej kolportażem, z siecią kiosków, księgarń, bibliotek i drukarni. Próbował stworzyć pierwsze w nowej rzeczywistości regulacje prawne urzędu cenzury. W praktyce wyznaczał dosyć duże, jak na wojenny jeszcze czas, granice wolności słowa. Kiedy wydawcy i redaktorzy konsultowali z nim, co można drukować, pytał tylko, czy w tekstach tych nie ma nic przeciwko Związkowi Radzieckiemu i „czy nie ma krytyki obywatela Bieruta”. Jeśli nie, to drukujcie! – mawiał. Wydaje się, że był niepoprawnym idealistą.

Jak zauważa dr hab. Zbigniew Romek, profesor Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, wybitny znawca cenzury, Jerzy Borejsza ściągał do kraju inteligencję z emigracji, np. Juliana Tuwima. – Mamił ich, że ideologia nie odgrywa roli, że musimy tylko dobrze ułożyć stosunki ze Związkiem Radzieckim, bo taki jest układ, to jest nasz sojusznik, trzeba zmienić nastroje antyradzieckie. A najlepiej w publikacjach unikać tej tematyki. Budujmy Polskę i wolność słowa. Szybko mu to jednak przeszło. Wycofał się ze swego projektu liberalnej cenzury.

Reklama

Jego miejsce zajęli pracownicy sowieckiej cenzury (Gławlitu) – Piotr Gładin i Kazimierz Jarmuż. Ściągnął ich z Moskwy Jakub Berman, zaufany Bolesława Bieruta, zwolennik wprowadzenia w Polsce radzieckich metod rządzenia. To oni, na modłę sowiecką, zgodnie z dyrektywami radzieckimi, założyli w styczniu 1945 r. pierwszy urząd cenzury w PRL-u – Centralne Biuro Kontroli Prasy. Ale Sowieci nie narzucili Polakom, jak w praktyce należy cenzurować. Większość Polaków była przecież nastawiona antyradziecko. Nie ma też dowodów na bieżącą współpracę Gławlitu z polskim urzędem cenzury.

Praktykę tworzyli cenzorzy, a w latach 40. i 50. ubiegłego wieku do pracy w tym urzędzie trafiali przeważnie ludzie słabo wykształceni, pozbawieni kwalifikacji intelektualnych, robotnicy wierzący w nowy ustrój „sprawiedliwości społecznej”, w marksizm i leninizm, z wyrobioną świadomością klasową. Lojalni wobec komunistycznej partii. Zdarzało się, że przyjeżdżali niemal prosto z placu budowy. To trochę tak, jakby Mateusza Birkuta, bohatera słynnego filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”, posadzić za biurkiem i nakazać mu, aby cenzurował. Nawet ich szefowie zdawali sobie sprawę z tego, że tacy urzędnicy nie są w stanie udźwignąć finezyjnych zadań propagandowych, które władza przed nimi postawiła. Kierownik Głównego Urzędu Kontroli Prasy z Katowic żalił się w 1949 r.: „Aparat nasz jest słaby”. „Cenzor musi doskonale orientować się w sytuacji politycznej kraju, jak i międzynarodowej (...). A tymczasem kogo my mamy? Tych, którzy łaskawie chcą do nas przyjść, a przychodzą głupi”.

Nie dziwi, że ówczesnym cenzorom zdarzały się kompromitujące wpadki. Jeden z nich nie wydał zgody na druk napisanego językiem staropolskim wiersza Mikołaja Reja. Uzasadnił to „złym językiem polskim”. Inny zakwestionował publikację tekstu św. Tomasza z Akwinu, poprosił o sprawdzenie, czy wydawca z Częstochowy jest w posiadaniu praw autorskich. Honorowy redaktor naczelny „Niedzieli” ks. Ireneusz Skubiś opowiadał mi, jak jeden z katowickich cenzorów pomylił św. Tytusa z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz-Tito: „Częstochowska Kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadło wspomnienie o sancti Titi, świętym Tytusie. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz-Tito”.

Cenzorskie kolektywy

W latach 70. od cenzorów wymagano już wyższego wykształcenia. Zatrudniano ludzi po studiach humanistycznych: polonistów, filozofów, historyków. Czym ich kuszono do podjęcia takiej pracy? Mieszkaniami, talonami na samochody, wysokimi pensjami. Jan Krzysztof Kelus, kawaler Orderu Orła Białego, napisał przed laty piosenkę „Pytania, których nie zadam”. Był w niej taki oto dialog: „Powiedz mi, co robi filozof w cenzurze? Życie jest, bracie, życiem, a tam – czysta nie czysta, zamiast cztery osiemset na rękę osiem czterysta”. Cenzorzy byli kastą wybranych. Legitymacje służbowe wykorzystywali jak immunitety poselskie. Często dzięki nim uciekali przed odpowiedzialnością, nawet karną.

Za Gierka byli lepiej wykształceni, jednak groteskowych wpadek nie unikali, gdyż wszędzie dopatrywali się analogii z rzeczywistością społeczno-polityczną. Pewien cenzor wstrzymał druk książki prof. Stanisława Byliny, byłego dyrektora Instytutu Historii PAN, o ruchach heretyckich w średniowieczu, o paleniu czarownic na stosach – skojarzyły mu się z fabrykowanymi procesami prześladowanych robotników i KOR-em. Antysystemowych aluzji dopatrywano się nawet w książkach o zwyczajach ludów afrykańskich czy o prehistorycznych gadach, jakby to były alegorie systemu totalitarnego na miarę „Folwarku zwierzęcego” Orwella. A nie były. Cenzurowano nawet teksty Marksa i Engelsa, bo ich krytyka ustroju kapitalistycznego i opisy funkcjonowania władzy – w ocenie urzędników – zbyt przystawały do ówczesnych wydarzeń w PRL-u. Były jakby aktualne. Niemile widziany był tekst Karola Marksa o pruskiej cenzurze. Niecenzuralne mogło być wszystko, jeśli zostało przytoczone w nieodpowiednim momencie, kontekście, w nieadekwatnej sytuacji.

– Warto zauważyć, że te głupoty, nieujawniane na zewnątrz, wyłapywali sami cenzorzy w kontroli wtórnej i omawiali je na naradach krajowych – podkreśla dr Romek. – Działał więc system samooczyszczania się urzędu. Ten aparat – szesnaście delegatur terenowych i warszawska centrala – funkcjonował dobrze. Szefowie w delegaturach sprawdzali młodych, uczyli ich, przyglądali się, jak czytają, analizują. Adepci zbierali doświadczenie pod okiem starszych. Rozsyłano biuletyny wewnętrzne o ingerencjach, także tych niepotrzebnych, nietrafionych, zbędnych.

W jednym z protokołów prof. Stanisław Ossowski, socjolog, zapytał cenzorów: „Jak panowie jesteście w stanie cenzurować teksty fachowe, do których nie jesteście przygotowani? Nie macie odpowiedniego wykształcenia”. Odpowiedzieli mu: „Jesteśmy kolektywem. Siadamy i wspólnie obradujemy nad problemami”. Cenzorzy nie działali w pojedynkę. Nie podejmowali decyzji samodzielnie. Kierowali się „Księgą zaleceń i zapisów Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk” – tajnym dokumentem, niejednokrotnie przechowywanym w kasach pancernych urzędów. To były grube, ciężkie księgi w czarnych tekturowych okładkach. Na białych kartach wklejano paski z szyfrogramami zapisów, które przychodziły – za pośrednictwem komend wojewódzkich milicji – z wydziałów propagandy PZPR albo z ministerstw.

„Myszki” z Mysiej

Cenzorzy mieli za zadanie zabieganie o względy autorów, redaktorów czy uczonych, zaprzyjaźnianie się z nimi. – Chcieli ich wychowywać. Przekonać do tego, aby razem budować socjalistyczną ojczyznę i wspierać propagandę – opowiada dr Romek. – Dopuszczali krytykę, ale „konstruktywną”, która pokaże, że zdarzają się nieprawidłowości, ułomności, bo nie ma świętych. Ale sam system polityczny, jego konstrukcja, są poprawne. Zmierzamy w dobrym kierunku i nikt nie może nam tego popsuć. Dlatego nie dopuszczano krytyki niepożądanej, nazywanej „nihilistyczną”, która wskazywała, że to w socjalizmie jest błąd. Że to socjalizm psuje rzeczywistość. Że te idee, kierunki działania są beznadziejne. To było zakazane.

Nie znamy rozmiarów zbrodni, której dokonali PRL-owscy cenzorzy na słowie, obrazie i dźwięku. Nie wiemy, ilu straciliśmy przez to Herbertów, Kisielów czy Kieślowskich. Jedno jest pewne: cenzorzy nie ponieśli za swe zbrodnie żadnej odpowiedzialności. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w zakładaniu twórcom „knebli” odgrywał w pewnym sensie techniczną rolę. Był – jak powiada Tomasz Strzyżewski, który ujawnił tajemnice komunistycznej cenzury – komórką kontroli jakości w medialnej fabryce kłamstwa.

PRL-owska cenzura była Hydrą lernejską, córką Tyfona i Echidny z mitologii greckiej. Gdyby odciąć jej głowę, odrastałaby kolejna, w wersji zmutowanej. Walka toczyła się o to, jakie treści dotrą do opinii publicznej. Cenzura była prawą ręką propagandy. Wdzierała się w najmniejsze szczeliny rzeczywistości. Cenzurowano wszystko. Gazety i książki. Spektakle teatralne, operowe, kabarety. Obrazy filmowe i olejne. Plakaty i zaproszenia. Nawet nekrologi, prywatną korespondencję, instrukcje obsługi maszyn i etykiety na słoikach z dżemem!

Wkrótce – w kwietniu br. – minie 28 lat od likwidacji urzędu cenzury, która miała swą centralę w Warszawie przy ul. Mysiej 3. Od tej ulicy Polacy nazywali cenzorów żartobliwie „myszkami”. Urzędu już nie ma, ale zjawisko pozostało. Jest żywotne i stare jak świat. Od pierwszej znanej w piśmiennictwie wzmianki w „Państwie” Platona. Dzisiaj cenzura jest równie gigantyczna jak w PRL-u, ale zdecydowanie bardziej nieuchwytna. Nazywa się ją najczęściej „poprawnością polityczną”.

Błażej Torański, dziennikarz, publicysta, zajmuje się literaturą faktu. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Tagi:
cenzura

Katecheci na medal

2019-09-03 13:09

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 36/2019, str. 13-16

Katechizacja dzieci i młodzieży w dzisiejszych czasach nie jest sprawą prostą, a oni na tym polu osiągają sukcesy. Lubią szkołę, lubią uczyć, lubią swoich uczniów. Jak to robią?

©BillionPhotos.com – stock.adobe.com

Agnieszka Furtacz
Katechetka w Szkole Podstawowej nr 40 w Sosnowcu, zwyciężczyni plebiscytu Bohater Katechezy diecezji sosnowieckiej w 2018 r.

Archiwum Agnieszki Furtacz
Agnieszka Furtacz

– Co trzeba robić, by być dobrą i lubianą katechetką?

– W pracy z dziećmi i młodzieżą najważniejszy jest dobry kontakt z nimi. Katecheta musi być otwarty na swoich uczniów, musi się starać zrozumieć ich sytuacje. Niestety, sporo ludzi młodych jest poranionych, nie zawsze są otwarci na przyjęcie prawd ewangelicznych. Oczywiście, trzeba też dawać świadectwo, o czym przypomina stara maksyma: „Słowa uczą, przykłady pociągają”. Dzieci bardzo szybko wyczują najdrobniejszy fałsz, dlatego trzeba być autentycznym, pokazywać, że to, czego uczymy, w naszym życiu jest bardzo ważne.

– Czy katechezę można ograniczyć tylko do lekcji w szkole?

– Dobrze, że katecheza jest w szkole, bo w ten sposób mamy możliwość dotarcia niemal do wszystkich uczniów, ale nie może się ona ograniczać jedynie do szkoły. Spotykamy się też na terenie parafii. Organizuję festyn Święty Florian Dzieciom, imprezę środowiskową Spotkania ze św. Mikołajem, a w czasie wakacji kolonie parafialne Wakacje z Bogiem. Jestem zelatorką dwóch dziecięcych róż Żywego Różańca, gramy i śpiewamy w naszym kościele na dziecięcych Mszach św., rekolekcjach i nabożeństwach. Spotykamy się z dziećmi i młodzieżą również na pielgrzymkach, rajdach, wycieczkach, przygotowaniach do apeli, wieczornic, przedstawień, podczas akcji charytatywnych, takich jak coroczny kiermasz na rzecz Hospicjum Sosnowieckiego im. św. Tomasza Apostoła. Uczniowie potrafią to docenić, czują się też zaangażowani i bardziej odpowiedzialni niż podczas lekcji. Każdy, kto robi coś z pasją, wie, że to się nie może ograniczać do czasu spędzonego w pracy, trzeba go poświęcić o wiele więcej.

– Niełatwo dziś budować dobre relacje z młodymi ludźmi. Jak sobie radzić z uczniami bardzo trudnymi?

– Nic na siłę. Przede wszystkim trzeba katechizować. Jak się nie da katechizować, to trzeba ewangelizować. Nie można kogoś zmusić do przyjęcia prawd wiary, ale staram się, żeby uczniowie je poznali, poczuli i zrozumieli, że Bóg nas bardzo kocha pomimo naszych błędów i grzechów. Jeśli ktoś jest usposobiony bardzo wrogo, nam jako katechetom zawsze pozostają modlitwa i wiara w Boże Miłosierdzie, że może kiedyś przez kogoś innego to dziecko wejdzie na właściwą drogę.

– Czy w Pani szkole są uczniowie, którzy nie chcą chodzić na katechezę, wypisują się z zajęć?

– Niestety, tak – na szczęście zdarza się to rzadko. Zawsze dręczą mnie przy tym wątpliwości, czy zrobiłam wszystko, aby to dziecko zachęcić do religii. Ale na takie decyzje wpływają różne czynniki. Boleję, że coraz częściej zdarza się to po I Komunii św. Rodzice chcą, żeby dziecko przystąpiło do tego sakramentu, a potem rezygnują z katechezy. Nie rozumieją, że sama uroczystość nie jest najważniejsza.

– Jakie są przyczyny rezygnowania dzieci z katechezy?

– To m.in. brak pogłębionej wiary w rodzinie, wdzierający się z mass mediów liberalizm. Z różnych stron młodzież dostaje komunikaty wręcz zachęcające do rezygnacji z wiary. W ostatnim czasie nagonka przez filmy i różnego rodzaju programy wprowadza niepokój, niepewność. Młody człowiek jest przekorny, więc gdy coś mu się proponuje, woli wybrać własną drogę.

– Czy często młodzież przychodzi do Pani z różnymi problemami, by porozmawiać, doradzić się lub coś wyjaśnić?

– Bardzo często. I oczywiście, na ile potrafię, wyjaśniam. Jeśli jakiś problem wymaga interwencji psychologa czy pedagoga lub poradni, to odsyłam ucznia po bardziej kompetentną pomoc. Jeśli są to sprawy duchowe, polecam spowiednika, który potrafi rozeznać sytuację. Z dziećmi i z młodzieżą trzeba rozmawiać, bo bardzo potrzebują indywidualnej rozmowy, troszczenia się o ich sprawy. Mają wiele problemów, których my w czasach naszego dzieciństwa nie mieliśmy. Ale mają też takie problemy, jakie były zawsze – z rodziną, z rówieśnikami.

– Łatwiej jest katechizować w młodszych czy w starszych klasach?

– To zależy od indywidualnego podejścia. Młodsze dzieci wymagają więcej zaangażowania w formę lekcji, metody nauczania. One nie lubią się nudzić, trzeba je cały czas zaskakiwać, coś nowego proponować, żeby były w ciągłym ruchu. Starsze dzieci potrzebują innego rodzaju aktywności – mnie osobiście jakoś rozwijają, bo zmuszają do ciągłego dokształcania się, szukania nowych treści. Chcą rozmawiać, dyskutować. Same czasem rzucają jakieś pomysły czy tematy do dyskusji. Treści i formy pracy muszą być dostosowane do nich i oczywiście, nie mogą być nudne.

– Co sprawia Pani największą radość w katechizowaniu?

– Lubię katechizować, lubię mieć kontakt z dziećmi. Cieszę się, że one też czerpią z tego radość. Widzę je zaangażowane czy to w szkole, czy w kościele. Ciszę się, gdy po latach moi uczniowie przystępują do sakramentu bierzmowania czy sakramentu małżeństwa. Cieszę się, gdy zgłaszają się do konkursów, bo to oznacza, że chce im się poświęcić więcej czasu na zgłębianie Pisma Świętego, zaangażowanie w akcje charytatywne, że to nie są tylko puste słowa o miłości bliźniego.

* * *

Ks. Robert Uflant, salwatorianin
Katecheta w Zespole Szkół Technicznych w Mikołowie, zwycięzca plebiscytu Bohater Katechezy archidiecezji katowickiej w 2019 r.

Archiwum prywatne
Ks. Robert Uflant

– Czy praca katechety to wymarzona praca?

– Już w seminarium myślałem, że chciałbym uczyć religii dzieci i młodzież. Gdy zostałem posłany do Trzebnicy i rozpocząłem pracę w Zespole Szkół nr 1, bardzo mi się to spodobało. Później miałem rok przerwy w nauczaniu, bo wyjechałem na salwatoriańską placówkę do Kanady. Po powrocie trafiłem do Mikołowa, do Zespołu Szkół Technicznych. Zastanawiałem się, jak sobie poradzę, bo zdecydowaną większość uczniów tej szkoły stanowi młodzież męska. Dość szybko jednak odnalazłem się w tym środowisku, a uczniowie dobrze mnie przyjęli i obdarzyli zaufaniem. Świadczy o tym fakt, że już trzeci rok z rzędu zostałem wybrany na rzecznika praw ucznia. Staram się znajdować czas i szukam okazji, aby uczniowie mogli do mnie przyjść, by porozmawiać czy to o życiu prywatnym, czy o problemach szkolnych. Bardzo cenię sobie ich zaufanie i jestem wdzięczny – także za to, że głosowali na mnie w plebiscycie.

– Czy dobrze, że katecheza jest w szkołach?

– Dobrze, bo być może dziś młodzież do salek by nie przyszła. Dla wielu katecheza w szkole to jedyna możliwość poznawania Boga, spotykania się z Jego słowem, zgłębiania nauczania Kościoła; uczenia się miłości, szacunku i dobroci oraz postawy pomocy w relacjach międzyludzkich. Po lekcjach uczniowie mają wiele różnych zajęć dodatkowych, rozwijają zainteresowania i obawiam się, że na katechezę przy parafii nie znaleźliby już czasu.

– Czy katecheza może się ograniczyć tylko do szkoły?

– Absolutnie nie. Organizuję wyjścia pozaszkolne, podczas których uczniowie mają okazję do dawania świadectwa swojej wiary. To tzw. wypady ewangelizacyjne do miejsc publicznych, gdzie np. przed posiłkiem i po nim głośno się modlimy, co wzbudza niemałe zainteresowanie. Zabieram młodzież z mojej szkoły na Salwatoriańskie Spotkania Młodych w Trzebini i na pielgrzymki dla maturzystów do Kalwarii Zebrzydowskiej oraz Wadowic. Zainicjowałem współpracę uczniów z domem seniora Salwator Park, wspólną lekturę książek, kolędowanie, a także zwykłą pomoc. Organizuję Maraton Czytania Pisma Świętego, wyjazdy do kina na filmy religijne. Młodzi lubią się angażować w wolontariat, pomoc osobom starszym, a w parafii – w grupę biblijną czy służbę ołtarza, i często oddają się temu całym sercem. Wystarczy ich tylko odpowiednio zachęcić i być z nimi.

– Ale chyba nie wszyscy się tak angażują... Czy ma Ksiądz uczniów, do których trudno trafić?

– Są klasy, z którymi można coś fajnego zrobić, ale są też takie, z którymi pracuje się trudniej. Zdarzają się uczniowie, którzy chcą się wypisać z katechezy, ale gdy nie są pełnoletni, to rodzice decydują o ich uczestnictwie w lekcjach. Dla mnie sukcesem jest, że gdy tę pełnoletniość osiągają, nadal chcą przychodzić na katechezę. Ja też staram się ich do tego zachęcać.

– Jakie, zdaniem Księdza, są przyczyny wypisywania się młodzieży z lekcji religii?

– Często przyczyny są bardzo prozaiczne, np. bo to ostatnia lub pierwsza lekcja i można wcześniej skończyć lub później zacząć zajęcia szkolne. Zdarza się, że z katechezy wypisują dzieci sami rodzice, by zaprezentować lekceważącą postawę wobec nauczania religii; w efekcie przyzwalają na zaniedbanie rozwoju religijnego i duchowego swych dzieci oraz wartości, którymi powinny się one kierować w życiu. Mam klasy, w których obecność na katechezie jest stuprocentowa, i takie, w których odsetek uczestniczących w niej jest nieco niższy.

– Czy, zdaniem Księdza, osoba katechety ma wpływ na frekwencję na zajęciach?

– Myślę, że tak. Nie bez znaczenia są sposób prowadzenia katechezy, umiejętność zainteresowania przekazywanymi treściami, atmosfera na lekcji, stosowane metody, a przede wszystkim szacunek i życzliwość ze strony samego katechety. Zdarzają się uczniowie, którzy są innego wyznania, ale przychodzą na religię jako wolni słuchacze – nawet na ostatniej lekcji. Nie są oceniani, ja ich nie angażuję, ale fakt, że przychodzą, jest świadectwem dla innych, że widocznie jest coś ważnego w tym, co chcę im przekazać. Są też uczniowie zbuntowani, którzy deklarują się jako ateiści, ale w moich lekcjach uczestniczą. Zaangażowanie 30 chłopaków w przedstawienie jasełkowe niejednokrotnie graniczy z cudem, a mnie się to udało. To jest kwestia odpowiedniej motywacji i pokazania, jak ważne jest świadectwo wiary w zwyczajnym szkolnym życiu.

– Po owocach ich poznacie...

– Sukcesem jest dla mnie widok uczniów, którzy czynią znak krzyża przed posiłkiem i po posiłku na szkolnej stołówce lub gdy wsiadają na motocykl czy do samochodu.
Czasem mam poczucie, że lekcja nie poszła tak, jak bym chciał, czasem wydaje mi się, że było zupełnie źle – a tu nagle ktoś podchodzi i mówi: Bardzo mi pomogło to, co ksiądz powiedział, fajna katecheza.

– Co sprawia Księdzu najwięcej radości w katechizacji?

– Lubię szkołę, lubię uczyć, lubię moich uczniów. Młodzież czuje, czy ksiądz jest z powołania, czy nauczyciel jest z powołania, czy tylko wykonuje swoją pracę. Ja idę do szkoły z uśmiechem i wracam z uśmiechem. Nawet kiedy się wydarzy coś złego, nie zrażam się, tylko idę dalej. Idę, bo chcę. Gdy spotykam moich uczniów czy nawet absolwentów poza szkołą, na ulicy, nie przechodzą na drugą stronę, nie odwracają się, ale podchodzą, aby się przywitać, zamienić słowo. To bardzo miłe.
Uczę też w klasach branżowych i choć wydaje się, że ta praca jest trudniejsza, to daje mi ona wiele satysfakcji. Młodzież jest autentycznie wdzięczna i serdeczna. Słowo „dziękuję” ma tam naprawdę wielką wartość. Miło jest usłyszeć: „Dobrze, że ksiądz jest”.
Ziarno rzucone zawsze wyda plon, trzydziestokrotny lub stukrotny, ale wyda.

* * *

O. Jakub Zawadzki, cysters
Katecheta w Szkole Podstawowej nr 3 w Jędrzejowie, wybierany na Belfra Roku w latach 2015 i 2016, Nauczyciel na Medal 2018 r.

Archiwum prywatne
o. Jakub Zawadzki

– Na wiosnę został Ojciec proboszczem 7-tysięcznej parafii Cystersów w Jędrzejowie. To bardzo odpowiedzialna i czasochłonna funkcja – ale nie rezygnuje Ojciec z katechizowania dzieci i młodzieży, choć to wydawałoby się w tej sytuacji oczywiste. Dlaczego?

– Katechizację w szkole traktuję jako ważny element misji apostolskiej. Dziś dla wielu dzieci lekcje religii w szkole są jedyną szansą spotkania z Panem Bogiem. Nie mają kontaktu z Kościołem, nie ma ich na Eucharystii – i dzieje się tak nie z ich winy. Często to sprawa rodziców, którzy z różnych względów nie praktykują wiary. A przez te lata, gdy uczę, doświadczyłem, że przez dzieci można dotrzeć również do rodziców. Czyli tak naprawdę może to być także katecheza dorosłych. Dzieci są bardzo ciekawe świata i pytają rodziców choćby o to, dlaczego ich nie ma w kościele.

– Organizuje Ojciec spotkania także poza szkołą?

– W ciągu roku organizujemy w klasztorze dwie serie spotkań pn. „Porozmawiajmy o wierze przy kominku”, podczas których poruszane są kwestie dotyczące wiary. Mogą w nich uczestniczyć dzieci i młodzież z rodzicami. Spotkało się to z dużym odzewem. Prowadzimy też cieszące się dużą popularnością lekcje muzealne, związane z najstarszym klasztorem cysterskim i bł. Wincentym, pierwszym kronikarzem Polakiem. W ramach koła Caritas organizujemy np. kiermasze charytatywne. Te działania wymagają zaangażowania nie tylko dzieci czy młodzieży, ale też dorosłych. I muszę powiedzieć, że spotyka się to z bardzo dobrą odpowiedzią.

– Czy miał Ojciec przypadki wypisania się młodzieży z katechezy?

– Jędrzejów nie jest dużym miastem. W szkole, w której pracuję, na ponad pięćset uczniów na religię nie chodzi jedno dziecko, które jest świadkiem Jehowy. Nie spotkałem się z tym, żeby ktoś się wypisał z lekcji religii.

– Jak się to Ojcu udaje? Może jest jakiś sposób na skuteczną katechezę?

– Katecheza to nie może być tylko suchy wykład. Ciągle poszukuję nowych metod edukacyjnych, żeby dzieci zaciekawić. Jeżeli się je zaciekawi, to nic im nie przeszkodzi w dalszym zdobywaniu wiedzy. Poza tym katecheta musi być do zajęć bardzo dobrze przygotowany, i to na każdym etapie edukacyjnym. Język musimy dopasować do poziomu dziecka – inaczej mówi się do dzieci w przedszkolu, inaczej do młodego człowieka w szkole średniej. Ja akurat odnajduję się na każdym etapie edukacyjnym, ale wiem, że katechetów w przedszkolach brakuje ze względu na nieumiejętność porozumienia się z małymi dziećmi.

– Które spośród stosowanych przez Ojca metod są najciekawsze?

– Przedszkolne dzieci nieustannie trzeba aktywizować przez gry, zabawy, piosenki z pokazywaniem. W starszych klasach najlepiej stosować metody aktywizujące całą grupę. Uczniowie bardzo lubią rywalizację. Czekają, co ciekawego katecheta wymyśli, i są bardzo chętni do współpracy. Wszystko może być pomocą dydaktyczną, choćby zwykła butelka. Zatytułowaliśmy ją „SOS od bł. Wincentego Kadłubka”. Gdy zdarzają się jakieś trudne wyrażenia, pojawia się odpowiedź od bł. Wincentego. Działa to też w drugą stronę. Dla zainteresowanych prowadzę zajęcia dodatkowe pn. „Porozmawiajmy o Kościele”, podczas których rozmawiamy na trudne tematy, oglądamy filmy religijne, a później dyskutujemy.

– Ile lat Ojciec już uczy?

– Siódmy rok, ale już po pierwszym roku pracy dostrzegłem, że te wszystkie wysiłki mają sens. Dzieci przyznały mi nagrodę Szeryfa Praw Dziecka UNICEF-u.
Dwukrotnie zostałem Belfrem Roku, byłem w złotej dziesiątce plebiscytu Nauczyciel na Medal w województwie. Nagrody, oczywiście, nie są najważniejsze, ale one pokazują, że to, co robię, ma sens. Dzieci, które kończą szkołę, gdy spotykają mnie na ulicy, mówią: „Szczęść Boże”, pytają, co słychać. To bardzo miłe.
Nieraz dzieci mają trudności w dogadaniu się z katechetami, ale wydaje mi się, że to jest kwestia rozmowy. Trzeba uczniów wysłuchać i zrozumieć ich problemy, których nie brakuje.

– Ale katecheta może też zniechęcić...

– Katecheta powinien się zainteresować każdym dzieckiem, do każdego podejść, zapytać, czy wszystko rozumie. Najgorzej jest postawić komuś jedynkę i z góry go wykluczyć. Miałem ucznia z orzeczonymi wieloma dysfunkcjami, który w ogólnopolskim konkursie o Janie Pawle II zajął 11. miejsce. Rodzice byli w szoku, był to jego wielki sukces. Test był wielokrotnego wyboru, nie mógł strzelić, żeby odpowiedzieć. Zapytany, jak to zrobił, odpowiedział, że on po prostu lubi religię. Moimi sukcesami są sukcesy moich uczniów. To dotyczy nie tylko katechetów. Każdy nauczyciel, który będzie chciał zainteresować uczniów swoim przedmiotem przez stosowanie różnych metod, osiągnie sukces i będzie się czuł spełniony.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Parlament Ekwadoru odrzucił legalizację aborcji

2019-09-19 18:36

Ewa i Lech Kowalewscy

Ekwadorskie Zgromadzenie Narodowe liczy 137 członków. Dla przyjęcia zmian koniecznych było 70 głosów. Wynik głosowania był dużym zaskoczeniem, ponieważ wcześniej wydawało się, że zmiany te zostaną zaaprobowane przewagą ok. 20 głosów. Ostatecznie do ich przyjęcia zabrakło 5 głosów. Prawo zabraniające aborcji w Ekwadorze pozostało nie zmienione.

Archiwum HLI

Mobilizacja obrońców życia była bardzo duża. Bardzo stanowczo wypowiadali się ekwadorscy biskupi, mobilizując wiernych. Obrońcy życia z Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, gdzie obecnie wędruje Ikona Częstochowska w pielgrzymce „Od Oceanu do Oceanu” postanowili z wielką modlitwą zabrać Ją ze sobą przed Zgromadzenie Narodowe w stolicy Quito. Ekwadorczycy byli przeciwni tym zmianom, ale w większości uważali, że zostaną wprowadzone, więc prosili Matkę Boża o cud. Towarzyszył im ks. Leon Juchniewicz, polski misjonarz od ponad 30 lat pracujący w Ekwadorze – kustosz wędrującej Ikony.

Ikona została bezpiecznie ustawiona za barierkami, tuż koło wejścia do Parlamentu, tak że wszyscy wchodzący do budynku patrzyli Jej w oczy. Na plac przed Parlamentem przyjechały tłumy. Krzykliwa grupa feministek została zamknięta w osobnym sektorze, ale i tak po ogłoszeniu wyniku głosowania feministki stały się tak agresywne, że musiała interweniować policja.

Po ogłoszeniu wyników bp Danilo Echeverria sufragan Quito w obecności oświetlonej Ikony Częstochowskiej odprawił dla wszystkich zebranych na placu uroczystą Mszę św. dziękczynną.

Ks. Leon prosi, aby podziękować Polakom, którzy przyłączyli się do modlitwy w intencji Ekwadoru, mediom, które upowszechniły apel o modlitwę, a przede wszystkim jasnogórskim pielgrzymom i paulinom, którzy modlili się przed Cudownym Obrazem.

O peregrynacji Ikony Matki Bożej Częstochowskiej w Ekwadorze „Niedziela” pisała już dwukrotnie. Były to artykuły Anny Wyszyńskiej „Przez równik w obronie życia” w nr 17/2017 oraz „Dziennik podróży Matki Bożej” w nr 5/2018.

Ewa i Lech Kowalewscy, koordynatorzy pielgrzymki "Od Oceanu do Oceanu".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem