Reklama

Ewangeliczny obowiązek sumienia

2018-02-14 11:10

Z s. Teresą Antoniettą Frącek ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Warszawie rozmawia Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 7/2018, str. IV

Archiwum ZSFM
S. Teresa Antonietta Frącek

Andrzej Tarwid: – Od trzech tygodni w mediach dyskutuje się o relacjach polsko-żydowskich podczas II wojny światowej. Siostra od ponad 40 lat zbiera materiały na temat Żydów uratowanych przez zgromadzenie. Kiedy zaczęła Siostra swoją pracę i jaki jest stan tych badań?

s. Teresa Antonietta Frącek: – W ogólnych zarysach z akcją ratowania Żydów przez nasze zgromadzenie zapoznałam się opracowując po 1970 r. „Działalność Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w latach 1939-1945”. Wówczas, zbierając relacje sióstr zakonnych i osób spoza zgromadzenia, zanotowałam wiele faktów ratowania Żydów w naszych domach zakonnych, zwłaszcza w sierocińcach. Wtedy żyło jeszcze wiele sióstr, które osobiście ukrywały Żydów. Niektóre z nich utrzymywały kontakt z byłymi wychowankami. Dostałam od nich wgląd do tej korespondencji, względnie adresy do niektórych spośród uratowanych. Nawiązałam z tymi osobami kontakt i uzyskałam interesujące relacje. Dzisiaj mam ich spory zasób i powoli publikuję. Przygotowuję też pełną publikację wszystkich zebranych materiałów.

– Ile osób pochodzenia żydowskiego udało się uratować Franciszkankom Rodziny Maryi w Warszawie? A ile w całej okupowanej Polsce?

– W Warszawie i w okolicznych domach siostry na pewno uratowały ponad 500 osób. Do tego dodać trzeba ok. 250 osób uratowanych poza Warszawą.

– Czyli zgromadzenie w całej okupowanej Polsce uratowało ok. 750 osób?

– Tyle przypadków jest udokumentowanych. Ale w rzeczywistości ta liczba była pewnie znacznie większa. Po pierwsze dlatego, że siostry współpracowały z innymi organizacjami ratującymi Żydów oraz w szerokim zakresie z duchowieństwem. A po drugie, siostry ukryły wielu Żydów u osób prywatnych. Niestety, o tych ostatnich przypadkach mało wiemy.

– Skala pomocy pokazuje, że sama akcja musiała być dobrze zorganizowana. Kto w tym uczestniczył i w jaki sposób?

– Akcja ratowania Żydów w Rodzinie Maryi była z jednej strony spontaniczna, ale z drugiej zorganizowana i ustawiona odgórnie.

– Co to znaczy odgórnie?

– We Lwowie akcją pomocy kierowała przełożona generalna, m. Ludwika Lisówna (1874–1944). W Warszawie zaś przełożona prowincjalna, m. Matylda Getter (1870–1968), zwana powszechnie „Matusią”, która miała swoją siedzibę w starym drewnianym budynku przy ul. Hożej 53. Ten przykład przełożonych był bardzo ważny dla sióstr. Niemniej trzeba pamiętać, że te odgórne inicjatywy władzy zakonnej zostały zrealizowane dzięki ofiarności i poświęceniu sióstr. To one osobiście dzień i noc w domach dziecka i zakładach opiekuńczych dźwigały brzemię odpowiedzialności za bezpieczeństwo ukrywanych Żydów, mając świadomość, że za to grozi śmierć.

– Zdemaskowanie groziło natychmiastową śmiercią. Skąd siostry czerpały siłę czy też brały motywację, aby podjąć takie ryzyko?

– W opinii sióstr to był obowiązek sumienia. Ewangeliczna zasada ratowania życia ludzkiego, nawet za cenę własnego. Matka Getter mówiła „ratuję człowieka” i te dwa słowa uzasadniały jej postawę. I także postawę wszystkich innych sióstr.

Archiwum ZSFM
Chór dzieci polskich i żydowskich z Płud z dyrygentką s. Marią Ziółkowską i ks. Wacławem Majewskim. Czerwiec 1943 r.

– Większość osób, jakie trafiły do domów zgromadzenia, to były dzieci. Jak to było możliwe?

– Były to dzieci zagubione, znalezione lub celowo kierowane przez ich rodziców lub przez Polaków z nimi zaprzyjaźnionych z nadzieją ocalenia w klasztorze pod opieką zakonnic.

– Dla rodziców oddanie własnego dziecka musiało być niezwykle trudne...

– ...na pewno była to niewyobrażalnie trudna decyzja z dzisiejszego punktu widzenia. Jednocześnie uważam, że warto zauważyć, że był to również akt zaufania żydowskich rodziców do Kościoła, do katolików.

– Powiedziała siostra, że część dzieci przynosili Polacy. Co o nich wiadomo?

– Często siostry nic nie wiedziały o osobach przyprowadzających dzieci. Np. pewnego dnia do domu przy ul. Żelaznej, przylegającego do getta, żydowskie dziecko znalezione w norce pod chodnikiem przynieśli nieznani przechodnie. Inną dziewczynkę przyprowadził policjant. Natomiast jednego chłopczyka przyniósł z getta Niemiec, o którym wiadomo, że został przekupiony przez ojca tego chłopca. Udokumentowane są też przypadki, o których wiemy coś więcej. I tak np. Inkę Szapiro przyprowadziła opiekunka Domanusowa. A do sierocińca przy ul. Chełmskiej 6-letnią dziewczynkę przywiózł gospodarz spod Łowicza. Wiemy, że jej rodzice zostali wcześniej zamordowani przez Niemców.

– Czy można oszacować liczbę Polaków, którzy pomagali siostrom w ukrywaniu Żydów?

– Tego nie da się precyzyjnie ustalić. Ale wiadomo, że taka realna pomoc miała miejsce, i to w każdej niemal miejscowości, gdzie siostry ukrywały dzieci żydowskie. W Warszawie dzieci szkolne przynosiły do sióstr żywność dla ukrywanych. Chorą na koklusz dziewczynkę z Międzylesia przyjęła na pewien czas rodzina okolicznych gospodarzy, po to, aby uchronić inne dzieci przed zarażeniem. W Brwinowie, gdzie przy ul. Szkolnej siostry ukrywały starsze Żydówki, sąsiedzi zawiadomili o planowanej kontroli niemieckiej. Dzięki temu siostry natychmiast przewiozły dziewczyny do innego domu, a gdy Niemcy przyszli, to zastali tylko najmłodsze dzieci. O kontrolach niemieckich w Płudach – gdzie siostry ukrywały wśród dzieci polskich 40 dziewcząt żydowskich – zawiadamiał miejscowy sołtys. A właścicielka sklepu w Henrykowie, Zofia Lisowska, zawsze przy zakupach dorzuciła siostrom coś z żywności dla tych „różnych dzieci”. Wysiedlone przez Niemców siostry z dziećmi z Płud nie wiedząc, jaki los ich czeka, oddały część podopiecznych ofiarnym kobietom w Sierpcu „na przechowanie”, zapisując ich adresy. Podobnie siostry z Warszawy, kiedy wyprowadziły 160 dzieci z płonącego domu przy ul. Chełmskiej, oddawały pod opiekę chętnym osobom najmłodsze dzieci, także żydowskie. Potem siostry wróciły po te dzieci.

– Co się działo z żydowskimi dziećmi, gdy znalazły się w domach zgromadzenia?

– Dzieci żydowskie były w naszych sierocińcach włączone w grono dzieci polskich i jednakowo traktowane. Uczęszczały także do szkół prowadzonych przez siostry. Te o „złym wyglądzie”, były ukrywane podczas rewizji niemieckich. Siostry używały także różnych sposobów, by zatuszować ich rysy, np. utleniały włosy, nakładały opatrunki, organizowały szybkie zabawy, by utrudnić Niemcom rozpoznanie.

– A jak siostry maskowały obecność dorosłych w swoich domach?

– Umieszczano ich w domach położonych w odosobnieniu, z niewielkim kontaktem ze światem. Udokumentowałam także przypadki, kiedy to habit zakonny służył ratowaniu Żydów w grożących śmiercią przypadkach. W habit ubierano 18-letnią Żydówkę z Anina, Stanisławę w Płudach, aptekarkę z Buczacza ukrywaną w Puźnikach, a nawet ks. Pudra szczególnie poszukiwanego przez Niemców.

– Czy Niemcy nie domyślali się, że siostry niosą pomoc Żydom?

– Na pewno domyślali się. Stąd ich stałe rewizje i kontrole, w trakcie których grozili konfiskatą i rozstrzelaniem na miejscu, gdy znajdą Żyda. Na szczęście siostry potrafiły tak ukryć swoich podopiecznych, że Niemcy nigdy ich nie znaleźli.

– W aktualnej debacie medialnej mówi się o bohaterach, ale też i o szmalcownikach. Czy w relacjach, które siostra zgromadziła, dużo mówi się o szantażowaniu Żydów i pomagających im Polaków?

– Znamy przypadek napadu na dom dla dzieci w Aninie. Miało to miejsce nocą w końcu 1943 r. Dwóch osobników podających się fałszywie za członków konspiracji wtargnęło do domu sierot. Zażądali listy wychowanków, a następnie kontrolowali sale, pytając rozbudzone dzieci o nazwiska. Padały wówczas imiona i nazwiska o brzmieniu żydowskim. Osobnicy ci zażądali wysokiej sumy pieniężnej i grozili wysadzeniem domu w powietrze. Ostatecznie rozmówił się z nimi ks. prał. Marceli Godlewski i przełożona sierocińca s. Apolonia Sawicka. Dano im okup. Byli to zwykli oszuści, szukający własnych korzyści, którzy jednak nie posunęli się do denuncjacji. Ale mieszkańcy domu przez długi czas żyli w napiętej sytuacji. W Samborze siostry współpracowały z okolicznymi rodzinami. W 1944 r. Niemcy zabili rodzinę żydowską i ukrywającą ich rodzinę polsko-ukraińską. Osobą, która ich wydała, był Żyd. Z egzekucji uratowała się tylko najmłodsza córka Żydów, która przyszła do domu zgromadzenia. Po latach kobieta opowiedziała siostrom, że ten, który ich zadenuncjował, także przeżył.

– Jak po wojnie układały się relacje sióstr z osobami, którym zgromadzenie pomogło?

– Po wojnie Żydzi odeszli z domów sióstr. Dzieci zostały oddane rodzicom lub opiekunom, którzy się po nie zgłosili, względnie do żydowskich domów dziecka. Niektórzy utrzymywali kontakt z siostrami, inni chcieli zapomnieć o tragedii wojennej i nie wracali do lat koszmarnej okupacji niemieckiej. Trzeba dodać, że najmłodsze dzieci nie zapamiętały ani miejsca, ani nazwy zgromadzenia sióstr, które ocaliły im życie.

– I tak historia się zamknęła...

– ...absolutnie nie. W ostatnich latach zgłaszają się coraz częściej wojenne dzieci żydowskie szukające swoich korzeni, miejsca ukrycia, choćby najmniejszego śladu ich przeszłości, ocalenia, rodziny, tożsamości. Niejednokrotnie sami zainteresowani już nie żyją, a czynią to ich dzieci i wnuki, szukając powiązania swego życia z przeszłością historyczną, bo jak sami stwierdzają, „to niemożliwe, aby byli znikąd”.

– Jakim skutkiem kończą się te poszukiwania?

– Często nie ma żadnych śladów, brak dokumentacji, zniszczonej podczas wojennej zawieruchy, działań zbrojnych, wysiedleń czy też repatriacji. A wiadomo, dla bezpieczeństwa tych spraw nie rejestrowano. Czasem jednak usilne poszukiwania prowadzą do niesamowitych odkryć, czego jesteśmy świadkami. Pojawiają się nowe ślady, jakieś zdjęcie, notatka, wspomnienie, wpis do księgi, nowe ich odczytanie, które rzucają światło na skomplikowane dzieje życia ludzkiego w okrutnych latach okupacji niemieckiej. Jesteśmy też świadkami faktów, że dopiero po 60 latach dzieci wojenne odkrywają swoje żydowskie korzenie, a to niesie ze sobą głębokie przeżycie. Z tą nową sytuacją dorośli ludzie muszą się zmierzyć. Przyjeżdżają też Żydzi, którzy znaleźli swoje miejsce ocalenia, przywożą swoje rodziny – dzieci i wnuków. W ubiegłym roku odwiedziło zgromadzenie kilka rodzin, jedna po raz pierwszy. Inne uratowane osoby utrzymują kontakt listowny.

– Co siostra radziłaby osobom, którzy w wyniku ostatnich wydarzeń zechcą poznać historię przodków?

– Jest to skomplikowana droga, ale prowadząca często do ważnych odkryć. Przede wszystkim trzeba znać nazwisko wojenne. Duży zasób dokumentacji ma Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie. Zagubione i podrzucone dzieci można odnaleźć w Domu Małego Dziecka (dawny Dom ks. Boduena) w Warszawie, ul. Nowogrodzka 75, który zachował dokumentację. Jeżeli dziecko było np. ocalone w naszym Zgromadzeniu, to kilka domów dziecka posiada księgi wychowanków i księgi meldunkowe, w których wojenne dzieci odnajdują swoje nazwiska.

Tagi:
zakon Żydzi

Reklama

Na dyżurze przed Panem Bogiem

2019-11-13 08:09

Anna Janowska
Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 23

– Co my właściwie robimy za klauzurą? Mówimy Panu Bogu o ludziach – tych, którzy tu przychodzą, by się modlić, tych, którzy tu nie przychodzą, i tych, którzy nic o Panu Bogu nie wiedzą – zdradza s. Zdzisława, dominikanka ze Świętej Anny k. Przyrowa

Anna Wyszyńska
Siostry dominikanki opuszczają klasztorną klauzurę tylko w wyjątkowych sytuacjach, jak np. jubileusz 150-lecia ich obecności w Świętej Annie

Piękny budynek klasztoru to dziś zabytek, wybudowali go ojcowie bernardyni na początku XVII wieku. Kiedy w ramach represji po powstaniu styczniowym ojców wyeksmitowano, osiedliły się tutaj – również pod przymusem – siostry dominikanki klauzurowe, którym zaborca odebrał klasztor w Piotrkowie Trybunalskim. Chociaż długo miały zakaz przyjmowania kandydatek, a w czasach komunizmu także doświadczyły wielu szykan, przetrwały. – Dziś jesteśmy jedną z większych wspólnot naszego zakonu w Europie – mówi s. Zdzisława.

Dominikanki są zakonem kontemplacyjnym, żyją i modlą się w przestrzeni klauzury, którą opuszczają jedynie w wyjątkowych sytuacjach. 21 listopada przypada Światowy Dzień Życia Kontemplacyjnego – to święto zakonów klauzurowych. W tym dniu warto zapytać, co pociąga kandydatki do wyboru takiego życia. I czy czują się w nim spełnione.

– Każdy człowiek czuje się spełniony wtedy, kiedy znajdzie swoje miejsce w życiu – wyjaśnia s. Zdzisława. – To jest tak samo jak z wyborem osoby, z którą połączy się życie w małżeństwie, ze znalezieniem życiowej pasji czy zawodu, któremu się odda wszystkie swoje zdolności. To Pan Bóg wpisuje powołanie w życie człowieka, a gdy się je odkryje – idzie się za nim. Wybór życia w klasztornej klauzurze nie jest wyborem czegoś strasznego, niezrozumiałego, co ma być dla mnie dotkliwą pokutą – przeciwnie, to odnalezienie sensu i radości życia w całkowitym oddaniu go Panu Bogu.

Życie sióstr w przestrzeni klauzury sprawia, że rzadko możemy je oglądać, a jeszcze rzadziej z nimi rozmawiać. Tym cenniejsza jest opowieść s. Zdzisławy o drodze jej powołania, zwłaszcza że do Świętej Anny w diecezji częstochowskiej przyjechała z odległego Poznania.

– Od dzieciństwa interesowałam się nauką i sztuką, rodzice uczyli mnie dostrzegania piękna przyrody, słuchania muzyki. To wszystko uwrażliwiało mnie na wartości duchowe, chociaż nie byliśmy rodziną gorliwie praktykującą. Moja szkoła była na tej samej ulicy, przy której znajdował się kościół Ojców Dominikanów. Tam się czasem wchodziło, zwłaszcza w niebezpieczeństwie klasówki. Dopiero w szkole średniej, pod wpływem mojej przyjaciółki, zaczęłam uważniej słuchać tego, o czym w kościele się mówi, czytać, odkryłam, czym jest Różaniec. Na studiach mocno się zaangażowałam w duszpasterstwo akademickie, tam poznałam wspaniałych ludzi.

Siostra Zdzisława podkreśla, że te odkrycia przychodziły stopniowo, całymi latami, a z perspektywy czasu uważa, że bardzo ważne było świadectwo życia osób z otoczenia, które o swojej wierze zaświadczały postawą, mądrością i dobrocią.

– Przyszedł czas, kiedy zrozumiałam, że Boga trzeba traktować poważnie, że On nie jest dodatkiem do życia, że On naprawdę jest. Pewnego dnia na drzwiach kościoła Dominikanów zobaczyłam plakat z napisem: „Bracia dominikanie mówią ludziom o Bogu, siostry dominikanki mówią Bogu o ludziach”. To było jak impuls, chociaż wtedy jeszcze nie dojrzałam do decyzji, musiałam ją w sobie jeszcze przepracować. Miałam dobrą pracę, wielu przyjaciół, kochającą rodzinę. Ale uznałam, że to wszystko jest mniejsze niż sam Pan Bóg, i postanowiłam to zostawić. Przyjechałam do Świętej Anny i zapukałam do furty klasztoru. To był rok 1975. Nigdy tego nie żałowałam. Ten czas minął mi szybko. Tutaj ciągle na nowo odkrywam Pana Boga, bo poznanie Go i kontakt z Nim nie jest sprawą jednorazową i zamkniętą. To jest wciąż nowe i wspaniałe doświadczenie. Jestem ciekawa, co będzie dalej.

Młodym ludziom, którzy pytają o wybór drogi życiowej, s. Zdzisława radzi: – Warto patrzeć w siebie, by odkryć, co mnie najbardziej porusza. Warto myśleć, by nie być powierzchownym, nie uciekać się tylko do szukania przyjemności. Każdy człowiek ma ukrytą w sobie tajemnicę Pana Boga. Trzeba ją tylko odkryć.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: archeologiczne odkrycia w kryptach kościoła franciszkanów

2019-12-06 14:47

md / Kraków (KAI)

Ok. 100 nieznanych dotąd pochówków odkryli archeolodzy badający krypty klasztoru ojców franciszkanów w Krakowie. Znaleźli także XVII i XVIII-wieczne dewocjonalia i męskie stroje. Badania rozpoczęły się w 2017 r. Poszukiwania na tak szeroką skalę nie były dotąd prowadzone w kryptach żadnego polskiego kościoła.

franciszkanska.pl

Za pomocą georadaru zlokalizowano 18 krypt, z których dokładnie przebadano 9. Dodatkowe 4 znajdują się pod krużgankami klasztoru. W tych miejscach odkryto niemal 100 pochówków, pochodzących z XVII i XVIII wieku.

Oprócz zakonników spoczywają w nich krakowianie: szlachta i bogaci mieszczanie. - Pod kaplicą bł. Salomei natrafiliśmy na trumny ze szczątkami rodziny szlacheckiej: rodziców i szóstki dzieci, a pod kaplicą Męki Pańskiej pochowani zostali członkowie Arcybractwa Dobrej Śmierci, co było dla nas ciekawym odkryciem - mówiła w rozmowie z KAI kierująca badaniami u franciszkanów prof. Anna Drążkowska z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Część ciał była zmumifikowana. Większość z nich zachowała się jednak w bardzo złym stanie. Szczątki w trumnach były ułożone z rękami złożonymi na piersiach. Trumny były malowane, a najczęściej obijane tkaninami - wełną lub jedwabiem.

Przy zmarłych badacze znaleźli rośliny, które umieszczane były w poduszkach lub materacach: chaber, wrotycz, rumianek, żmijowiec, lawenda. Służyły do balsamowania zwłok, miały odstraszać owady i zapobiegać nieprzyjemnym zapachom. Jednym z niezwykłych odkryć było znalezienie szkieletu, w ustach którego połyskiwała złota blaszka. Okazało się, że była to proteza górnego podniebienia.

Zachowały się jedwabne stroje zmarłych. - Wśród męskich strojów narodowych są egzemplarze, których nie ma żadne polskie muzeum, np. ferezja – podkreślała prof. Drążkowska. Ferezja to męskie nakrycie wierzchnie pochodzenia wschodniego. Ma ono formę obszernego, długiego płaszcza z szerokimi ramionami, który narzucany był przez szlachciców na ramiona.

Jak dodała, badania na tak szeroką skalę nie były dotąd prowadzone w kryptach żadnego polskiego kościoła. W pracach uczestniczyło 4 badaczy. Oprócz prof. Drążkowskiej uczestniczyli w nich Marcin Nowak, Monika Łyczak i Michał Mleczko, wspierani przez architektów, historyków sztuki, chemików i inżynierów włókiennictwa.

Krypty zostały zinwentaryzowane przy użyciu techniki skanowania 3D. Skatalogowano wszystkie elementy wyposażenia grobowego i odzieży zmarłych, a szczątki poddane zostały badaniom antropologicznym. Do badań mikrobiologicznych specjaliści pobrali próbki, a architekci opisali wygląd pomieszczeń i ich zmiany w ciągu kolejnych stuleci.

Prace archeologiczne już zakończono. Obecnie trwa konserwacja znalezionych obiektów. Jednym z efektów projektu ma być wydanie książki.

Projekt „Krypty grobowe kościoła pw. św. Franciszka z Asyżu w Krakowie w świetle badań interdyscyplinarnych” został sfinansowany przez Narodowe Centrum Nauki. Uzyskał niemal 1,2 mln zł wsparcia w ramach konkursu Opus 12.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prymas Polski: nawet najbardziej luksusowe dobra nie zastąpią człowieka

2019-12-06 19:20

bgk / Łubowo (KAI)

„Święty Mikołaj staje przed nami jako świadek ludzkiej dobroci i miłosierdzia. Uczy jej w świecie, który pragnąc zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, jakby ciągle nie rozumiał, że nawet najbardziej luksusowe dobra nie zastąpią człowieka i jego serca” – mówił dziś w Łubowie Prymas Polski abp Wojciech Polak.

Episkopat.pl

Metropolita gnieźnieński przewodniczył w miejscowym, zabytkowym kościele pw. św. Mikołaja uroczystościom odpustowym ku czci patrona. Przypominając w homilii najbardziej znany obraz skromnego biskupa Miry – zapożyczony i zniekształcony przez popkulturę – podkreślił, że historyczny biskup Mikołaj „nie potrzebował reklamy dla uczynków miłości”.

„Nie tylko się z nimi nie obnosił, ale wręcz je ukrywał, by nie czynić niczego na pokaz – mówił abp Polak dodając za papieżem Franciszkiem, że choć miłosierdzie ma oczy, by widzieć, uszy, by słyszeć i ręce, by konkretnie pomagać, samo często pozostaje w ukryciu.

„Pragnie bowiem uszanować człowieka i jego godność” – podkreślił Prymas wskazując dalej, że uczynki miłosierdzia to nie tylko te mające materialny wymiar. Uczynkiem miłosierdzia jest modlitwa za żywych i umarłych. Jest nim niesienie pokoju tam, gdzie go brakuje, co w naszych czasach jest coraz pilniejszych wezwaniem. Uczynkiem miłosierdzia – i to tym najbardziej czytelnym – jest także troska o chorych i cierpiących.

„Uśmiech, trochę czułości, uścisk dłoni, to proste gesty, ale bardzo ważne dla ludzi chorych, którzy tak często czują się pozostawieni samymi sobie” – mówił za papieżem Franciszkiem abp Polak dodając, że świadkiem takiej właśnie ludzkiej dobroci i chrześcijańskiej miłości jest właśnie św. Mikołaj.

„Uczy jej w świecie, który pragnąc zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, jakby ciągle nie rozumiał, że nawet najbardziej luksusowe rzeczy i dobra nie zastąpią samego człowieka. Nie zastąpią jego serca, jego dłoni, jego oczu. Wśród kolorowych prezentów, które rozdają dziś przydrożni mikołaje nie spotkasz bowiem prezentu z napisem człowiek. Bo człowiek może prawdziwie tylko sam siebie darować drugiemu: może dać swój czas, swoje słowo, zwykły gest ludzkiej solidarności, dobroci, uśmiechu, nawet przez łzy” – mówił na koniec Prymas Polski.

Odpustowa Msza św. w zabytkowym kościele w Łubowie była także dziękczynieniem za zakończenie remontu i renowacji tej XVII-wiecznej świątyni parafialnej – jednego z najstarszych kościołów drewnianych w Wielkopolsce. Prace rozpoczęły się w 2017 roku i zostały przeprowadzone w ramach projektu „Renowacja i konserwacja drewnianych zabytków archidiecezji gnieźnieńskiej celem stworzenia nowej oferty edukacyjno-kulturalnej”. 

Podobnie jak kościół, także parafia w Łubowie jest jedną z najstarszych w regionie. Erygowano ją już w XII wieku. Wtedy też stanęła pierwsza drewniana świątynia, spalona doszczętnie podczas wojen szwedzkich. Po odbudowie kościół (służący wspólnocie do dziś) został poświęcony przez biskupa Stanisława Dzianotta, sufragana kijowskiego, kanonika gnieźnieńskiego i przełożonego Zakonu Maltańskiego – stąd na wieży umieszczono zachowany do dziś krzyż maltański.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem