Reklama

Historia

Niezłomna wiara Żołnierzy Niezłomnych

Żołnierze Wyklęci walczyli o wolność, byli więc rycerzami najsłuszniejszej sprawy. Gdy brakowało nadziei, ich jedynym orężem była wiara... a ta wiara była z najszlachetniejszej stali

Niedziela Ogólnopolska 10/2018, str. 10-11

[ TEMATY ]

żołnierze niezłomni

niezłomni

Na piersi Bohdana Olszewskiego odnaleziono ryngraf z Matką Bożą Częstochowską. Na odwrocie wyryte zostały adres ofiary i  sentencja w  języku łacińskim: „Niech żyje NSZ. Tak przemija chwała świata”

„O Mario, Królowo Polskiej Korony, błogosław pracy naszej i naszemu orężowi. O spraw, Miłościwa Pani, Patronko naszych rycerzy, by wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy zatrzepotały polskie sztandary z Orłem Białym i Twym wizerunkiem” – te słowa modlitwy Narodowych Sił Zbrojnych najlepiej pokazują, czym była wiara dla bohaterów podziemia antykomunistycznego.

Tekst modlitwy napisanej przez ks. Henryka Strąkowskiego, późniejszego biskupa pomocniczego w Lublinie, jednoznacznie wskazuje, że patriotyzm Żołnierzy Wyklętych nasiąknięty był chrześcijańską wiarą. Tę samą wiarę widać w zapiskach żołnierzy, na ścianach więzień, w których byli bestialsko torturowani, a także w dołach śmierci, gdzie mieli zostać ukryci przed światem i historią. – Oni byli blisko Pana Boga – mówi prof. Jan Żaryn, senator PiS. – To była polska inteligencja, elita społeczeństwa. Oni doskonale wiedzieli, co to honor i Ojczyzna, a te wartości mogli zachować do końca, bo byli ludźmi wiary.

Ze względu na bardzo ciężką sytuację powojenną biskupi nie chcieli angażować duchowieństwa w podziemie, bo przecież Kościół i tak był uznany za wroga komunizmu. – Trzeba pamiętać, że wielu księży zginęło podczas II wojny światowej, a w latach 1945-56 ok. 10 proc. żyjących księży siedziało w komunistycznych więzieniach – mówi prof. Żaryn. Nie zmienia to jednak faktu, że katoliccy kapłani byli największym oparciem dla Żołnierzy Wyklętych. Prezes IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość ppłk Łukasz Ciepliński w jednym ze swoich meldunków podkreślił, że spośród wszystkich środowisk pełną współpracę konspiracyjną można było podjąć tylko z duchowieństwem katolickim.

Reklama

Z Bogiem...

Podczas prac poszukiwawczych szczątków Żołnierzy Niezłomnych ekipy IPN wielokrotnie natrafiały na mniejsze bądź większe dewocjonalia osobiste, które dla historyków są cenną wskazówką. – Jeżeli była to Matka Boża Częstochowska, to ofiara najprawdopodobniej pochodziła z centralnej Polski, Ostrobramska wskazywała na Wileńszczyznę, a Kodeńska na Podlasie i Lubelszczyznę – powiedział w rozmowie z „Niedzielą” prof. Krzysztof Szwagrzyk, wiceprezes IPN.

Więźniowie w ubeckich kazamatach byli ograbiani ze wszystkiego, co dla nich było najdroższe. Musieli włożyć wiele wysiłku, by zachować przy sobie obrazek świętego, medalik czy jakiekolwiek inne dewocjonalia. O dużym ryngrafie czy różańcu praktycznie nie mogło być mowy. Jeden z nielicznych wyjątków stanowiło odnalezienie na warszawskim Bródnie szczątków Bohdana Olszewskiego. – Na jego piersi był ryngraf z Matką Bożą Częstochowską. Na odwrocie wyryto adres ofiary i sentencję w języku łacińskim: „Niech żyje NSZ. Tak przemija chwała świata” – wskazał prof. Szwagrzyk.

Kolejnym symbolicznym przykładem wiary może być historia ppłk. Łukasza Cieplińskiego ps. Pług, którego dzień śmierci – 1 marca 1951 r. – stał się symbolem, bo tego dnia co roku czcimy pamięć Żołnierzy Wyklętych. Po drodze na miejsce straceń Ciepliński jeszcze na dziedzińcu przyklęknął, by wyjąć ukrywany w bucie medalik. Włożył go do ust – jednemu ze współwięźniów miał powiedzieć, że tak będzie można potem rozpoznać jego ciało. Znamy również relację ostatnich chwil życia mjr. Zygmunta Szendzielarza ps. Łupaszko, który tuż przed śmiercią modlił się w celi. – Podszedł spokojnie do drzwi, następnie zatrzymał się na chwilę, odwracając bokiem do pozostających w celi, i pożegnał słowami: „Z Bogiem, panowie”. Odpowiedział mu chór głosów: „Z Bogiem”. Zniknął nam z oczu za zatrzaśniętymi drzwiami. W pomieszczeniu mieszczącym się obok magazynu i łaźni strzałem w tył głowy oprawcy zamordowali majora – wspominał Mieczysław Chojnacki, współwięzień „Łupaszki”.

Reklama

Chrystusowy testament

Symbolem największej odwagi, czystości intencji walki oraz niezłomnej wiary jest bez wątpienia osoba rtm. Witolda Pileckiego, który na ochotnika dostał się do piekła Auschwitz, by tworzyć ruch oporu, podtrzymywać więźniów na duchu, a przy okazji ewangelizować. Jego dowódca z czasów wojny mjr Jan Włodarkiewicz mówił, że Pilecki był wybitny i bardzo religijny. I właśnie z tych względów nie nosił przy sobie fiolki z trucizną. „Obóz był probierzem, gdzie się sprawdzały charaktery. Jedni staczali się w moralne bagno. Inni szlifowali swe charaktery jak kryształ. Ciosy boleśnie wrzynały się w ciała, lecz w duszy znajdywały pole do przeorania” – napisał w raporcie z Auschwitz. Jego zdaniem, cierpienie prowadziło do „przeradzania”, czyli przemiany duchowej człowieka. – „Jak pługiem rżnięta ziemia, częścią już przeoraną odkłada się na prawo w skibę urodzajną”.

Najbrutalniejszym torturom Pilecki poddawany był nie w czasie okupacji czy w niemieckim obozie koncentracyjnym, ale w komunistycznym areszcie, o którym mówił, że w porównaniu z nim „Oświęcim to była igraszka”. Jednak największym świadectwem wiary rotmistrza były słowa, które wypowiedział, gdy usłyszał wyrok śmierci: „Starałem się tak żyć, abym w godzinie śmierci mógł się raczej cieszyć niż lękać”.

Wiara rotmistrza została ukształtowana na najlepszych wzorach głębokiej ascezy katolickiej. Lekturą jego życia było „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis. – On przede wszystkim całkowicie oddał się Ojczyźnie i Bogu. Pragnął, by nasze państwo było oparte na wierze Chrystusowej – mówi red. Tadeusz Płużański, którego ojciec siedział w jednej celi z Pileckim. – Rotmistrz podczas ostatniego widzenia polecił swojej żonie Marii, by zakupiła i codziennie czytała dzieciom traktat „O naśladowaniu Chrystusa”. To przesłanie, swego rodzaju testament, który pozostawił nie tylko rodzinie, ale też nam wszystkim.

Kandydat na ołtarze?

Opisywanie życia religijnego Żołnierzy Niezłomnych jest bardzo trudne, bo pozostały po nich jedynie szczątkowe informacje. Właśnie na tym, by przepadli bez wieści, szczególnie zależało komunistycznym oprawcom. Nie udało się to jednak w przypadku ostatniego dowódcy WiN ppłk. Łukasza Cieplińskiego, którego więzienne grypsy przetrwały i są jednym z najpiękniejszych przykładów literatury więziennej. „Cieszę się, że doczekałem dnia dzisiejszego i miesiąca Matki Bożej. Wierzę, że gdy mnie w nim zamordują, zabierze moją duszę Królowa Polski do swych niebieskich hufców – bym mógł Jej dalej służyć i bezpośrednio meldować o tragedii mordowanego przez jednych, opuszczonego przez pozostałych Narodu Polskiego” – napisał Ciepliński do swojej rodziny.

Zdaniem ks. Józefa Maja, który napisał biografię podpułkownika, był on człowiekiem głęboko religijnym, którego torturowanie oraz śmierć mają znamiona męczeństwa. Obecnie trwa kompletowanie dokumentacji potrzebnej do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego ppłk. Cieplińskiego, który mógłby się toczyć równolegle z procesami innych ofiar martyrologii komunistycznej. – Mimo okrutnych tortur podpułkownik cały czas zachowywał nienaruszoną miłość Boga i Polski. Jestem przekonany, że to człowiek, który osiągnął świętość i umarł śmiercią męczeńską – podkreśla ks. Maj.

W jednym z ostatnich grypsów Ciepliński potwierdza swoją wiarę w życie wieczne. Z tekstu uderza przekonanie, że są wartości o wiele cenniejsze od życia doczesnego. „Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona” – napisał.

Jak rycerze

W jednej z pierwszych scen filmu „Popiełuszko. Wolność jest w nas” mały Alek razem z ojcem widzi potyczkę żołnierzy z podziemia antykomunistycznego z Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Chłopiec pyta ojca, kim byli ci wojskowi: Czy byli żołnierzami, czy bandytami? Władysław Popiełuszko dwukrotnie zaprzecza i mówi, że byli to rycerze.

To bardzo celne porównanie, bo przecież Żołnierze Niezłomni nie walczyli dla żołdu czy sławy. Ich bój toczył się w obronie resztek wolności i godności, ale do końca pozostali wierni ideałom, którym ślubowali. Dlatego dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli ich niezłomności są medaliki i ryngrafy z wizerunkiem Matki Bożej. Eksponowanie ryngrafów na mundurach było z jednej strony symbolicznym przeciwstawieniem się ateistycznej ideologii siłą narzuconego komunizmu, a z drugiej – odzwierciedleniem wartości, za które byli gotowi oddać życie. Wpisują się więc one doskonale w trochę zapomniany etos modelu świętości, gdy na ołtarze wynoszono rycerzy, którzy byli obrońcami króla, wolności, honoru, wiary i chrześcijańskich wartości, które można współcześnie streścić w trzech bardzo polskich słowach: Bóg, Honor, Ojczyzna... I właśnie za te wartości życie oddawali Żołnierze Wyklęci.

2018-03-07 11:09

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na opustoszały dziedziniec

Niedziela Ogólnopolska 10/2019, str. 38-39

[ TEMATY ]

niezłomni

Mateusz Wyrwich

Mieczysław Chojnacki „Młodzik”

Kiedy usłyszał wyrok śmierci, nawet go to nie zdziwiło. Miał 27 lat. Ów brak zdziwienia zaniepokoił natomiast przewodniczącego komunistycznego sądu Edwarda Hollera, który zapytał skazanego, czy zrozumiał wyrok. Ten ze spokojem odpowiedział: Tak

W marcu kapitan Mieczysław Chojnacki ps. Młodzik kończy 95 lat i nieco narzeka na swoją pamięć. Kiedy więc czegoś nie jest pewien, każe sięgnąć do wydanej przed 16 laty swojej książki „Opowiadanie «Młodzika»”, w której, jak mówi, „na gorąco” zawarł swoje wrażenia z lat 40. i 50. ubiegłego wieku.

Walka z okupantem niemieckim

Gdy wybuchła wojna, Mieczysław Chojnacki mieszkał z rodzicami i bratem w podwarszawskim Radzyminie. Jako 16-latek został łącznikiem Korpusu Ochrony Polski, później Związku Walki Zbrojnej, który z czasem przemianowano na Armię Krajową. Kiedy skończył 16 lat, został słuchaczem konspiracyjnej szkoły podchorążych. Pierwszą akcją, w której uczestniczył, był udany atak na pociąg wiozący niemieckich żołnierzy z frontu wschodniego w kwietniu 1943 r. Niedługo po tym Chojnacki został dowódcą 2. drużyny strzelców II plutonu 5. placówki obwodu „Rajski ptak”. Brał udział m.in. w akcji „Burza”, która miała na celu wyzwolenie od Niemców pobliskiej miejscowości Tłuszcz. Następnie został wraz z kilkudziesięcioma młodymi ludźmi aresztowany i wywieziony przez Niemców do obozu w Eichen. W kwietniu 1945 r. wyzwolili ich Amerykanie.

Nowa okupacja i aresztowania

„Młodzik” wrócił do rodzinnego Sierpca, gdzie mieszkali rodzice. Miał wówczas 21 lat i przekonanie, że jakkolwiek zakończy się jego walka, musi się przeciwstawić nowej okupacji. Wkrótce nawiązał kontakt ze swoim dowódcą z partyzantki Józefem Marcinkowskim ps. Wybój. Ten zaprzysiągł go w Ruchu Oporu Armii Krajowej. Na początku było ich kilku, później kilkunastu. Pracowali na co dzień w różnych zawodach, a co kilka dni zbierali się z bronią w ręku i uczestniczyli w akcjach zlecanych przez dowództwo ROAK, m.in. likwidowali posterunki UB i MO, wykonywali wyroki na sowieckich kolaborantach czy wyjątkowo okrutnych ubekach. Po kilku potyczkach już w lipcu 1946 r. nastąpiło pierwsze aresztowanie jednego z członków oddziału. Zaczął sypać, więc 15-osobowy oddział musiał zejść do lasu. Od tego czasu przez blisko 3 lata ukrywali się po lasach bądź wsiach, nadal jednak zbrojnie walczyli z komunistami. Wreszcie, w 1948 r., Marcinkowski rozwiązał oddział.

– Pojechałem z kolegą do Szczecina, jego wuj był tam inspektorem w Inspektoracie Szkolnym. Obaj mieliśmy matury, więc skierował nas do pracy w szkołach podstawowych – opowiada Chojnacki.

– Dostałem jednak sygnał od rodziny, że UB mnie poszukuje. Postanowiłem więc zgubić ślad i pojechałem na Śląsk. Tam przez jakiś czas pracowałem jako geodeta. Aż 11 marca 1950 r. zostałem zatrzymany przez Informację Wojskową. Wcześniej aresztowano mojego brata, który studiował w oficerskiej szkole artylerii.

Mieczysława Chojnackiego zawieziono do budynku Informacji Wojskowej we Wrocławiu. Pytano przede wszystkim o to, gdzie ukrył broń. Kiedy odpowiedział, że wyrzucił, funkcjonariusze zaczęli go katować. Już pierwszego dnia przesłuchania kilkakrotnie stracił przytomność.

– Kiedy pytali o naszą działalność, odpowiadałem, że nie pamiętam. No to mnie katowali. Traciłem przytomność, odzyskiwałem... i tak przez kilka dni i nocy. Niestety, wiedzieli niemal wszystko o naszych akcjach. Znaczyło to, że mieliśmy w naszym oddziale kapusia albo że ktoś „pękł” w trakcie przesłuchania – wspomina „Młodzik”. – Po kilkunastu dniach tego katowania wywieźli mnie do Informacji Wojskowej w Warszawie. Później na rozprawę do Sierpca.

Wyrok

Proces odbył się 20 grudnia 1950 r. Mieczysławowi Chojnackiemu postawiono 9 zarzutów, wśród nich posiadanie broni i zastrzelenie kilku milicjantów. Prokurator żądał trzykrotnej kary śmierci, obrońca z urzędu starał się bronić „młodego człowieka, który miał przed sobą długie życie, ale zbłądził, występując przeciwko prawowitej władzy ludowej”. Sąd „przychylił się” i wymierzył oskarżonemu jedną karę śmierci.

– Wyrok nie zrobił na mnie wrażenia. Może poczułem lekki chłód, ale to wszystko – mówi Chojnacki. – Kiedy po odczytaniu wyroku zapytano mnie, czy mam coś do powiedzenia, wstałem i powiedziałem, że od 16. roku życia walczyłem z okupantem o wolną Polskę, o to, by była wolna i sprawiedliwa dla wszystkich obywateli. Tak się jednak nie stało, bo przyszedł nowy okupant, więc walczyłem nadal. Po czym usiadłem i usłyszałem jakieś okrzyki przeciwko mnie ze strony ubeków czy ormowców. Ale nie interesowało mnie to.

Po co wam ślub...

Następnego dnia Mieczysław Chojnacki został przewieziony do warszawskiego więzienia na Rakowieckiej. Trafił do stuosobowej celi, w której siedzieli zarówno polscy patrioci, jak i niemieccy zbrodniarze wojenni. Pocieszono go, że z jednym wyrokiem śmierci najpewniej przeżyje, bo są wśród nich skazani na... dwudziestokrotną karę śmierci. Kiedy jednak po napisaniu odwołania od wyroku przez jednego z kolegów współwięźniów kary nie zamieniono na inną, „Młodzik” poczuł się nieswojo. Tym bardziej że już w lutym wyprowadzono z jego celi na wykonanie wyroku kary śmierci bohaterów polskiego podziemia. Jednakże starał się nie popaść w otępienie. Czas spędzał na grze w szachy, czytał, co było do czytania, słuchał opowieści starszych żołnierzy, oficerów – legend polskiego podziemia, m.in. słynnego pilota Stanisława Skalskiego, a także legendarnych oficerów: Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” czy Łukasza Cieplińskiego.

– Wtedy rządzili na Rakowieckiej nieludzcy kaci. Znęcali się nad więźniami z wyraźną przyjemnością, np. wchodzili z nagła z eskortą, tak jakby mieli wyprowadzić na wykonanie wyroku – mówi Mieczysław Chojnacki. – Podobnie było w moim przypadku. Któregoś dnia w celi pojawił się naczelnik więzienia Alojzy Grabicki ze strażą. Powiedział, że mój wyrok śmierci został zatwierdzony, i – tu zawiesił głos gdzieś na pół minuty – dodał: „Towarzysz Bierut udzielił wam prawa łaski, obniżając wam wyrok na 15 lat”. To było okrutne, podobnie jak odmówienie ślubu „Łupaszce” z siedzącą w tym samym więzieniu narzeczoną Lidią Lwow. Grabicki odpowiedział mu przy nas: „A po co wam ślub, przecież za kilka dni zostaniecie rozstrzelani?”. I rzeczywiście, upłynął tydzień, może dwa... 8 lutego 1951 r., kilka minut po 19, najpierw wezwali na korytarz ppłk. Antoniego Olechnowicza z WiN, a zaraz potem „Łupaszkę”, który powiedział do nas głośno i dobitnie: „Z Bogiem, panowie”. Następnie zabrali Henryka Borowskiego i Lucjana Minkiewicza. Przez szparę w oknie niektórzy z nas widzieli na dziedzińcu Grabickiego i słyszeli strzały. Po latach dowiedziałem się, że strzelał do nich pijany kat Aleksander Drej. Jeden z naszych kolegów, Maciej Jeleń, dla oddania im honorów rzucił komendę: Baczność! I w ten sposób minutą ciszy oddaliśmy im hołd.

Mordują! Mordują! Mordują!

Bodaj tydzień później wyprowadzili ludzi z IV Komendy WiN, m.in. Łukasza Cieplińskiego, Adama Lazarowicza, Józefa Batorego, Franciszka Błażeja, Józefa Rzepkę i Karola Chmiela. Ten wyrwał im się na dziedzińcu i kilkakrotnie zakrzyknął: Mordują! Mordują! Mordują! Do końca życia będzie mi to tkwić w uszach. Te „wykonania” trwały ok. godziny. Patrzyliśmy jak zahipnotyzowani na opustoszały dziedziniec... – opowiada Chojnacki. Inny przykład perfidnego okrucieństwa: Też w lutym, może w marcu wyprowadzono kolejnych ośmiu na wykonanie „kaesa”. Już nie pamiętam, kogo wtedy rozstrzelano. Wykonywano wyroki na pięciu, a trzech trzymano w prowizorycznej celi. Po wykonaniu wyroków na tamtych kat przyszedł z plutonem egzekucyjnym do celi, gdzie siedzieli ci trzej. Wyczytał struchlałym ich nazwiska i byli przekonani, że zaraz ich rozstrzelają... po czym powiedział im: „Dobranoc, możecie spać spokojnie”.

Po zamianie wyroku z kary śmierci na 15 lat więzienia Mieczysław Chojnacki trafił do okrutnych więzień w Rawiczu, we Wronkach, w Strzelcach Opolskich. Wyszedł na wolność nie w 1956 czy 1957, jak utrzymywała propaganda komunistyczna, która zapewniała, że z więzień zostali zwolnieni wszyscy skazani za działalność polityczną, ale dopiero w lutym 1960 r. Skończył technikum geodezyjne, ożenił się. W latach 70. ubiegłego wieku opublikował kilka książek opowiadających o czasach okupacji niemieckiej i sowieckiej. Dziś, jeśli pozwala mu na to zdrowie, przybliża młodzieży czas walki o wolną Polskę.

CZYTAJ DALEJ

Watykan: nie wolno zmieniać formuły Chrztu św.

2020-08-06 12:42

[ TEMATY ]

chrzest

mylu/fotolia.com

Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła, że chrzest udzielany z użyciem formuły „My ciebie chrzcimy, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” nie jest ważny i musi być powtórzony.

W dokumencie podpisanym przez prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kard. Luisa Ladarię, SJ oraz sekretarza tej dykasterii, abp. Giacomo Morandi, a zaaprobowanym przez Ojca Świętego, podkreślono, że wszelkie zmiany formuły Chrztu św. są sprzeczne z nauczaniem Kościoła, który stwierdza, że „gdy ktoś chrzci, sam Chrystus chrzci” (Sob. Watykański II, konst. Sacrosanctum Concilium, n. 7.) i to sam Pan działa w udzielanym sakramencie.

Przypomniano jasne nauczanie Soboru: „nikomu innemu, choćby nawet był kapłanem, nie wolno na własną rękę niczego dodawać, ujmować ani zmieniać w liturgii” (tamże, 22 § 3), zaś kapłan musi mieć przynajmniej wolę czynienia tego, co czyni Kościół. Nie może działać w imieniu innych osób, jak tylko w imię Chrystusa, jako znak Jego obecności w udzielanym sakramencie. Inna formuła oznacza brak zrozumienia samej natury posługi kościelnej, która jest zawsze służbą Bogu i Jego ludowi, a nie sprawowaniem władzy, która dopuszcza się wręcz manipulowania tym, co zostało powierzone Kościołowi przez akt należący do Tradycji – przypomniała Kongregacja Nauki Wiary.

CZYTAJ DALEJ

Papież rozszerza jurysdykcję patriarchów na Półwyspie Arabskim

2020-08-07 20:26

[ TEMATY ]

papież Franciszek

patriarcha

Półwysep Arabski

Vatican News

Papież Franciszek rozszerzył jurysdykcję Katolickich Patriarchów Wschodnich na Półwyspie Arabskim, który obejmuje wikariaty apostolskie Arabii Północnej i Południowej. Jest to odpowiedź Ojca Świętego na prośbę samych patriarchów uwzględniającą większe duchowe dobro wiernych oraz historyczne prerogatywy ich jurysdykcji na tym terytorium. Ich troska duszpasterska o wiernych obrządków wschodnich ma być realizowana w ścisłej współpracy z wikariuszami apostolskimi.

To nowe postanowienie dotyczy sześciu Kościołów patriarchalnych tradycji wschodniej: koptyjskiego, maronickiego, syryjskiego, melchickiego, chaldejskiego oraz ormiańskiego. Bez uszczerbku dla prerogatyw reprezentantów papieskich, to wikariusze apostolscy są przedstawicielami Kościoła katolickiego wobec władz politycznych swoich krajów. I to do nich patriarchowie wschodni mogą odwoływać się w sprawach tej natury. W kontekście zdecydowanej większości muzułmańskiej w regionie oraz wobec różnorodności tradycji, Kościół poprzez obecny reskrypt pragnie wspierać komunię oraz ochronę i promocję wspólnej wizji działania duszpasterskiego, zrozumienia i współpracy.

Chodzi także o skuteczne zapobieganie mnożeniu się rozmówców wobec przestawicieli władz politycznych. Tutaj głównymi partnerami ze strony Kościoła katolickiego pozostają reprezentanci papiestwa oraz wikariusze apostolscy. W myśl reskryptu Kościoły patriarchalne będą mogły sprawować bezpośrednią opiekę nad wiernymi, którzy od 2003 r. znajdowali się pod opieką łacińskich wikariuszy apostolskich. Jednoczesnie Kościoły łacińskie i wschodnie mogą teraz, w bardziej skoordynowany sposób podejmować posługę na rzecz emigrantów w regionie, aby mogli usłyszeć Ewangelię oraz być otoczeni opieką przez swoich prawowitych pasterzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję