Reklama

Zawodowi i spontaniczni

2018-03-07 11:09

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 10/2018, str. 14-17

Archiwum „Mazowsza”
Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” – ambasador Polski w świecie

Niebawem Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” skończy 70 lat. Przez ten czas dał ponad 7 tys. koncertów dla 23 mln ludzi w 50 krajach. Na następne lata ma już podpisane kontrakty. Nazywany jest dziś „ambasadorem kultury polskiej”. W tym roku został uhonorowany najwyższym odznaczeniem artystycznym – Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis

Dziś cały Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” liczy 150 osób, tylko zawodowców – po szkołach baletowych, wokalnych, studiach muzycznych. I choć przez te siedem dekad przeszło przez „Mazowsze” już kilka pokoleń artystów, zespół nadal zachwyca swoją świeżością.

Filarami „Mazowsza” byli jego założyciele: Tadeusz Sygietyński i Mira Zimińska. Sygietyński oprócz tego, że miał niezwykły talent kompozytorski i dyrygencki, był niewątpliwie pasjonatem folkloru. Ten zdolny muzyk, który komponował już jako jedenastolatek, zaś kilka lat później prowadził zajęcia w Operze Lwowskiej, studiował m.in. u tak wybitnych kompozytorów, jak Zygmunt Noskowski czy Arnold Schönberg. Podczas studiów muzycznych jednocześnie edukował się na wydziałach medycyny i etnografii. Po studiach dyrygował m.in. w teatrach Warszawy, Krakowa i Lwowa. Również w Polskim Radiu.

Przedwojenny debiut Miry Zimińskiej w warszawskim teatrzyku literackim „Miraż” otworzył aktorce drogę do kariery. Popularną uczyniły ją występy w niezwykle renomowanym teatrzyku „Qui Pro Quo”, swoją wszechstronność pokazała natomiast rolą Mazie w „Artystach”, zagraną w Teatrze Polskim. Od tego czasu jej kariera rozwijała się w sposób niezagrożony – do czasu wojny.

Reklama

Lawinowy rozwój

Mira Zimińska i Tadeusz Sygietyński poznali się w 1933 r. Byli nierozłączną parą, choć pobrali się dopiero w 1954 r. W latach trzydziestych ubiegłego wieku aktywnie uczestniczyli w życiu artystycznym II RP, pracowicie dbając o swoje kariery. Po mianowaniu Sygietyńskiego kierownikiem przyszłego „Mazowsza” dano mu do wyboru kilka propozycji na siedzibę zespołu. Wybrał budynki sanatorium Towarzystwa Opieki nad Psychicznie i Nerwowo Chorymi w Karolinie-Otrębusach.

Kierownicy „Mazowsza” szybko zaczęli organizować zespół. Sygietyński zjeździł niemal cały kraj w poszukiwaniu utalentowanej wiejskiej młodzieży. Szukał też starych pieśni i przyśpiewek, przede wszystkim jednak sięgnął po zbiory Oskara Kolberga, który zbadał ponad 60 regionów pod względem etnograficznym. Do dziś „Mazowsze” dysponuje opracowaniami scenicznymi tańców i przyśpiewek z 42 regionów – są w tym zbiorze oryginalne kompozycje Tadeusza Sygietyńskiego, dla których inspiracją były ludowe przyśpiewki. Do „Mazowsza” sprowadzano też artystów ludowych, aby pokazywali, jak śpiewa się czy tańczy w ich regionie przekazywane z pokolenia na pokolenie utwory.

Po dwóch latach przygotowań stuosobowego zespołu tancerzy i śpiewaków 6 listopada 1950 r. „Mazowsze” wystąpiło w Teatrze Polskim przed notablami partyjnymi, towarzyszami z KC PZPR, robotnikami i chłopami wyróżnionymi w działalności partyjnej. Już w trakcie koncertu widoczny był entuzjazm, zwłaszcza gdy śpiewano pieśni chwalące Stalina i obecnego na sali Bieruta.

Polskie przyśpiewki po obcemu

Pierwsze tournée zespołu miało miejsce w 1951 r. – po Związku Sowieckim. Trzy lata później „Mazowsze” zachwycało już paryską publiczność, a w 1957 r. podbiło „polski Londyn”.

Zespół rozwijał się i zdobywał serca widzów w sposób lawinowy do 1955 r., kiedy to jego fundamentami zachwiała śmierć Tadeusza Sygietyńskiego. Przez blisko dwa lata dalszy byt zespołu stał pod znakiem zapytania, po śmierci Sygietyńskiego w komunistycznych władzach zastanawiano się bowiem, czy pozostawić zespół jego żonie. Tu pomocne okazały się przedwojenne znajomości Zimińskiej. Znalazło się też wiele osobowości, które wypromowały „Mazowsze” do rangi zespołu narodowego: Elwira Kamińska, Michał Jarczyk, Krystyna Jusińska, Zofia Kliza, Zbigniew Kiliński, Eugeniusz Papliński, Mieczysław Piwkowski, w szczególności zaś tancerz i choreograf Witold Zapała oraz tancerz i pieśniarz Stanisław Jopek. Choreografia Zapały sprawiała, że „Mazowsze” z zespołu śpiewającego przekształciło się w śpiewająco-tańczący, a sam choreograf coraz częściej korzystał z rad doświadczonych pieśniarzy i tancerzy ludowych. Wprowadzał pieśni z kolejnych regionów Polski, opracowywał je i dynamizował. Stanisław Jopek natomiast w „Mazowszu” postawił na najwyższym poziomie pieśń solową. Artysta z łatwością śpiewał w kilkudziesięciu językach, czym budził ogromny aplauz obcych widowni.

Przed najważniejszymi osobami świata

Mieczysław Chróścielewski przyszedł do „Mazowsza” po warszawskiej szkole baletowej w 1971 r. Jeszcze wówczas panowały tam stare obyczaje. Mira Zimińska rządziła twardą ręką. Miała swoich faworytów i giermków. Jeśli ktoś jej podpadł, musiał niechybnie opuścić Karolin.

– Jedno, co mnie urzekło w „Mazowszu”, to pięknie dziewczyny, które tu śpiewały i tańczyły, a drugie to fakt, że „Mazowsze” jeździło po świecie. A ja to lubiłem. I nie chodziło tu tylko o sprawy finansowe, choć to też było istotne, ale najbardziej wciągała mnie turystyka – wspomina Chróścielewski, który od ćwierć wieku już nie tańczy i nie śpiewa, ale zajmuje się archiwum „Mazowsza”. – Kiedy jechałem do Karolina po raz pierwszy, zaproszony przez p. Witolda Zapałę, „Mazowsze” pachniało tajemnicą. Byłem mile zaskoczony, na jak dobrym poziomie stał zespół baletowy. Samego tańca klasycznego mieliśmy codziennie godzinę. Zresztą wielu ludzi, którzy przewinęli się przez „Mazowsze”, później tańczyło np. w Teatrze Wielkim, Baleto Mexico. Ktoś również u Maurice’a Béjarta. Była to wielka zasługa Witolda Zapały. No i spełniło się moje marzenie: zjechałem z „Mazowszem” przez blisko ćwierć wieku niemal cały świat. Mieszkało się prawie na walizkach. Bywało, że zespół miał dwieście koncertów rocznie! Dla mnie „Mazowsze” to jest mój dom. Tu poznałem swoją żonę. Do dziś tu pracuję, choć w innej roli.

Spuścizna naszych przodków

Dziś zespół „Mazowsze” to nie tylko ponad setka artystów, śpiewaków, tancerzy, muzyków, to również prawie tyle samo pracowników zaplecza technicznego – krawców, kostiumologów, którzy dbają o ponad dwa tysiące kostiumów z pietyzmem oddających stroje poszczególnych regionów, niezwykle starannie wykonanych z oryginalnych, rzadko dziś produkowanych materiałów. Najcenniejsze stroje, które są w posiadaniu „Mazowsza”, pochodzą z końca XIX wieku. Te jednak prezentowane są już nie na scenie, lecz w gablotach siedziby zespołu.

„Mazowsze” współcześnie to jeden z największych zespołów folklorystycznych na świecie. Bez wątpienia też znajduje się na drugim, trzecim miejscu w światowej czołówce. Obecnie w jego repertuarze są nie tylko pieśni ludowe, lecz także utwory patriotyczne i polskie kolędy, pieśni wielkopostne, litanie ostrobramskie. Od kilku lat „Mazowsze” poszerza swój repertuar również o muzykę klasyczną – wykonuje m.in. „Mszę Koronacyjną” i „Requiem” Mozarta, a od niedawna – „Stabat Mater” Pergolesiego.

– „Mazowsze” dziś to wielka spuścizna naszych przodków, naszej kultury z kilkudziesięciu regionów – mówi dyrektor i dyrygent zespołu Jacek Boniecki. – Niebawem zamierzamy wzbogacić nasz repertuar o pieśni i tańce z terenów II RP, bo jak do tej pory tamten teren był przez nas zaniedbany. Bez wątpienia wielki Tadeusz Sygietyński stworzył koncepcję zespołu, natomiast Mira Zimińska przyjęła ją i kontynuowała. Ale dzisiaj już się nie tańczy i nie śpiewa tak jak pół wieku temu. Zespół podlega więc ewolucji pod względem opracowań zarówno choreograficznych, jak i muzycznych. Należy sobie uzmysłowić, że układy choreograficzne zbudowane przed pół wiekiem są dzisiaj nieco anachroniczne. Trzeba te aranżacje zmieniać. Dziś szukamy też muzyki innych regionów, które nie zostały jeszcze opracowane, jak choćby Bieszczad, Warmii i Mazur. Będziemy również włączać do repertuaru twórczość Łemków. W Wilnie przyszła pani redaktor i zapytała, dlaczego nie mamy utworów z terenów II RP. No właśnie! Poszerzenie repertuaru oznacza jednak ściągnięcie muzyki, przygotowanie aranżacji, choreografii i to, co będzie najbardziej kosztowne – wykonanie kostiumów tych regionów. Ale zespół ciągle się rozwija i jest wciąż żywy, choć mogło się wydawać, że przez te siedemdziesiąt lat pokazaliśmy już wszystko – podsumowuje Jacek Boniecki.

Tagi:
Mazowsze

Reklama

Ambasadorzy polskości nagrodzeni

2019-03-06 10:17

Łukasz Krzysztofka
Niedziela Ogólnopolska 10/2019, str. 9

Państwowy Zespół Ludowy Pieśni i Tańca „Mazowsze” otrzymał Nagrodę im. bp. Romana Andrzejewskiego za rok 2018. Uroczysta gala odbyła się w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie

Łukasz Krzysztofka/Niedziela

Każdy, kto choć raz usłyszał i zobaczył zespół „Mazowsze”, z całą pewnością przyzna, że jego występ jest kwintesencją polskości. Powołany do życia siedemdziesiąt lat temu należy dziś do największych na świecie zespołów artystycznych, sięgających do skarbca narodowych tańców, piosenek, przyśpiewek i obyczajów. O bogactwie repertuaru „Mazowsza” mogli się przekonać także uczestnicy gali w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski. Wzięli w niej udział m.in. przedstawiciele Kościoła z kard. Kazimierzem Nyczem na czele, świata polityki, mediów, laureaci poprzednich edycji nagrody oraz przyjaciele zespołu „Mazowsze”.

Uroczystość rozpoczął bp Artur Miziński, sekretarz generalny KEP, który poprowadził modlitwę za duszę śp. bp. Alojzego Orszulika, honorowego przewodniczącego Kapituły Nagrody. Przewodniczącym Rady Fundacji „Solidarna Wieś” jest Sławomir Siwek.

Umacniają więź z Ojczyzną

Przyznając nagrodę dla „Mazowsza” za zasługi w rozsławianiu polskiej kultury ludowej w kraju i na świecie, Kapituła wysoko oceniła działania zespołu na rzecz utrzymania polskości i umiłowania małych ojczyzn. Doceniono także rolę, jaką „Mazowsze” odegrało i odgrywa w utrzymaniu związków Polonii z krajem ojczystym.

– Dołączamy się do gratulacji i podziękowań za te siedemdziesiąt lat pięknej posługi na rzecz polskiej kultury, polskiej kultury ludowej za granicą. Kiedy przeżywaliśmy trudne lata, to właśnie tym ambasadorem polskiej kultury wśród Polonii, ale także świadkiem wobec świata był zespół „Mazowsze” – powiedział, wręczając statuetkę, bp Miziński.

W specjalnym liście do uczestników uroczystości prezydent RP Andrzej Duda podkreślił, że fundator nagrody – śp. bp Roman Andrzejewski „w trudnych latach przemian ustrojowych nie tylko otaczał duszpasterską pieczą polskich rolników, ale był też badaczem środowisk wiejskich, a nade wszystko przewodnikiem wskazującym kierunki rozwoju, przestrzegającym przed zagrożeniami i zabierającym głos wszędzie tam, gdzie wymagało tego poczucie sprawiedliwości i troski o każdego człowieka”.

Listy na uroczystość przysłali także marszałek Sejmu Marek Kuchciński oraz prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Rok podwójnego jubileuszu

Jacek Boniecki – dyrektor zespołu, gdy dziękował za wyróżnienie, przypomniał, że rok 2018 łączył 100-lecie odzyskania niepodległości przez Polskę i 70-lecie istnienia „Mazowsza”.

– Dzisiaj zrobiliśmy podsumowanie tamtego wspaniałego roku i ta piękna, głęboka w swej treści nagroda, którą Kapituła zechciała nam przydzielić, jest dla nas wielkim wyróżnieniem. To wielka chwila dla nas wszystkich – powiedział Boniecki i jednocześnie podkreślił, że zespół postara się jeszcze bardziej pielęgnować kulturę ludową i narodową. – Będziemy się starali przekazywać to piękno nie tylko Polakom, ale wszystkim, którzy będą odbiorcami naszych występów – zapewnił.

Złote kłosy

Nagrodę im. bp. Romana Andrzejewskiego, przez wiele lat krajowego duszpasterza rolników, ustanowiła Fundacja „Solidarna Wieś”. Honoruje ona osoby szczególnie zasłużone w pracy na rzecz środowisk wiejskich, rozwoju kulturalnego i gospodarczego małych miast i wsi. Dotychczas nagrodę otrzymali m.in.: prof. Andrzej Stelmachowski, prof. Maria Radomska, kard. Józef Glemp, ks. prał. Bogusław Bijak, bp Alojzy Orszulik SAC, Roman Kluska, prof. Jacek Hilszczański. Statuetkę nagrody, przedstawiającą trzy złote kłosy zboża, przyznano już po raz piętnasty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jego kapłaństwo to znak dla Kościoła

2019-05-28 13:07

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 22/2019, str. 7

Ks. Michał Łos FDP otrzymał święcenia diakonatu i prezbiteratu podczas jednej liturgii na sali oddziału onkologicznego. Nie musiał kłaść się krzyżem podczas uroczystości – jego krzyżem jest szpitalne łóżko

Decyzja o święceniach orionisty została podjęta błyskawicznie, bo jest on śmiertelnie chory. Za kilka tygodni jego stan może się tak pogorszyć, że przyjęcie sakramentu święceń mogłoby być niemożliwe. – Jego największym marzeniem było kapłaństwo. Chciał odprawić choć jedną Mszę św. – mówi Mariusz Talarek, przyjaciel ks. Michała.

Święcenia kapłańskie w szpitalu

30-letni kleryk o chorobie nowotworowej dowiedział się ponad miesiąc temu. Gdy jego stan okazał się bardzo ciężki, władze zgromadzenia złożyły do Ojca Świętego Franciszka prośbę o dyspensę z zapisów konstytucji Zgromadzenia Małego Dzieła Boskiej Opatrzności, a także o uchylenie wymaganego odstępu czasu między święceniami diakonatu i prezbiteratu. – To był kościelny ekspres. Dokumenty zostały złożone w Watykanie w poniedziałek 20 maja, a już w środę 22 maja mieliśmy papieski dokument – powiedział ks. Michał Szczypek, sekretarz polskiej prowincji orionistów.

Księża orioniści nie tracili czasu. W środę dostali papieską dyspensę, następnego dnia zorganizowali w szpitalu uroczystość złożenia wieczystych ślubów zakonnych, a w piątek – liturgię, podczas której biskup pomocniczy diecezji warszawsko-praskiej Marek Solarczyk udzielił kl. Michałowi święceń diakonatu i prezbiteratu. – Choć nie ma przepisów, które regulują udzielanie tych święceń podczas jednej liturgii, to powołaliśmy się na bardzo jednoznaczny dokument z Watykanu. Papież Franciszek napisał, że udziela wszelkich koniecznych dyspens, aby Michał Łos przyjął święcenia kapłańskie – wyjaśnił ks. Szczypek.

Sala warszawskiego szpitala przy ul. Szaserów musiała zastąpić prezbiterium świątyni. święcenia odbywały się w obecności księży orionistów, rodziny i znajomych. Michał Łos przyjął sakrament święceń na leżąco. Gdy sprawował swoją upragnioną pierwszą Mszę św., również leżał na szpitalnym łóżku. – Zawierzam Panu Bogu ciebie, Michale, i wszystko, co sakrament święceń w tobie dokona. Proszę Boga, abyś był świadkiem Jego miłości – powiedział bp Solarczyk i dodał: – Największym znakiem miłości Boga jest dar życia. W różny sposób to realizujemy, a ty dzisiaj także niesiesz to orędzie.

Boża determinacja

Ks. Michał Łos w czerwcu br. skończy 31 lat. Jest magistrem teologii. Odbywał właśnie 2-letnie praktyki zakonne w parafii księży orionistów w Kaliszu, które zakończyłby się w przyszłym roku ślubami wieczystymi. Pomagał w parafii i uczył religii w szkole. – Ciężka choroba przerwała jego formację, ale dzięki zaangażowaniu wielu osób i decyzji papieża Franciszka został kapłanem. Jego trudna historia mówi nam, że przepisy są dla ludzi, a nie ludzie dla przepisów – podkreślił ks. Antoni Wita FDP, proboszcz parafii Opatrzności Bożej w Kaliszu. – Michał ze swoimi święceniami, które oglądało tysiące osób, jest jakimś znakiem dla nas wszystkich. Swoim cierpieniem i pragnieniem kapłaństwa dosłownie wszedł w misję Jezusa Chrystusa. Jego postawa ma bardzo mocny wymiar ewangelizacyjny, który może zaowocować w sposób dla nas nieprzewidywalny.

Neoprezbiter jest ciężko chory na raka. Po ludzku jego stan jest tak ciężki, że lekarze praktycznie rozkładają ręce. – W swoim cierpieniu jest bardzo pokorny i ufa Bogu. Z determinacją dziecka Bożego pragnął zostać kapłanem i tak się stało – powiedział Mariusz Talarek. Oby wielu tak bardzo chciało realizować swoje kapłańskie powołanie, jak on tego pragnie.

Ornat z Panamy

Po liturgii święceń i błogosławieństwie bp Solarczyk ukląkł przy łóżku ks. Michała, ucałował ręce kapłana i poprosił go o błogosławieństwo prymicyjne. O błogosławieństwo poprosili neoprezbitera księża orioniści oraz jego rodzina. W prezencie prymicyjnym biskup ofiarował ks. Michałowi swój ornat, w którym odprawiał Mszę św. Posłania na Światowych Dniach Młodzieży w Panamie w 2019 r. – Jest trochę używany – zażartował.

Książa orioniści na całym świecie modlą się o łaskę zdrowia dla ks. Michała. Dziękują wszystkim, którzy towarzyszyli w tej wzruszającej uroczystości za pośrednictwem transmisji w mediach społecznościowych. Śmiertelnie chory neoprezbiter pokazał, że kapłaństwo jest darem i wielkim cudem. – On jest dla nas wszystkich świadkiem wiary. Jest też ważnym symbolem dla polskiego Kościoła w trudnych czasach, gdy nie wszyscy księża z należytym szacunkiem podchodzą do swojego kapłaństwa – podkreślił ks. Szczypek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nowy europejski szlak pielgrzymkowy: od Bałtyku do Rzymu

2019-06-24 17:58

vaticannews / Akwilea (KAI)

Do Rzymu będzie można dojść pieszo również przez Alpy Wschodnie. Trwają starania o odtworzenie dawnego szlaku pielgrzymkowego, po którym do grobów apostołów zmierzali pątnicy z krajów bałtyckich, Polski, Czech i Austrii.

pixabay.com

Dziś w Akwilei spotkali się założyciele stowarzyszenia "Romea Strata", które stawia sobie za cel reaktywacje ruchu pątniczego po tej właśnie drodze. Są to przedstawiciele pięciu włoskich regionów, przez które wiedzie szlak, zanim w Toskanii połączy się z główną trasą pielgrzymkową do Rzymu Via Francigena. Obecne są także delegacje z Austrii, Czech i Polski, a także przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, ks. Eugenio Bruno z Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji.

Zapewnia on, że Watykan popiera odnowę starych tras pielgrzymkowych. Doświadczenie drogi do świętego miejsca jest bowiem sprawdzonym sposobem na ewangelizację. W ten sposób Kościół wychodzi na zewnątrz, może spotkać tych, którzy poszukują sensu życia i zbawienia – mówi ks. Eugenio Bruno.

"Odwieczne prawdy o człowieku nie przemijają, są wciąż te same. Okazuje się, że pod pewnymi względami pielgrzymi średniowieczni i współcześni pątnicy są do siebie podobni. Zmienił się sposób pielgrzymowania, aspekty organizacyjne, ale nie zmienia się to, co skłania człowieka do wyruszenia w drogę. Patrząc powierzchownie, można by sądzić, że dla wielu pielgrzymka to doświadczenie czysto turystyczne, bo nie ujawniają na zewnątrz zainteresowania sprawami duchowymi. Jeśli jednak przebijemy się przez te pozory, jeśli dotrzemy do prawdziwych pytań, jakie stawiają sobie ci ludzie, okazuje się, że jest to wciąż ten sam człowiek, taki sam, jak w średniowieczu. Również we współczesnych pielgrzymach jest poszukiwanie sensu, pragnienie zakorzenienia w historii, kulturze. I to właśnie ci piesi pielgrzymi pokazują nam, że sama turystyka już nie wystarcza. Widzimy, że turyści chcą być pielgrzymami, dążą do jakiegoś sensu, kultury integralnej. A Europa jest matką takiego pielgrzymowania” - powiedział Radiu Watykańskiemu ks. Eugenio Bruno.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem