Reklama

Papież: o przyszłych podróżach, odpowiedzialnym rodzicielstwie i wyzwaniach społecznych (dokumentacja)

2015-01-21 17:03

Tłum. st (KAI) / Watykan / KAI

Grzegorz Gałązka

O swoich wrażeniach z pobytu na Filipinach, planach kolejnych podróży, odpowiedzialnym rodzicielstwie i wyzwaniach społecznych mówił Ojciec Święty 19 stycznia z dziennikarzami na pokładzie samolotu wracającego z Manili do Rzymu. Franciszek mówił także o „kolonizacji ideologicznej” oraz teorii gender.

Oto pełny tekst papieskiej rozmowy w tłumaczeniu na język polski:

Ks. Lombardi: – Ojcze Święty, dziękuję za przybycie. Widzimy, że jesteś w świetnej formie po tych dniach podróży i dziękujemy, że ponownie dajesz nam pracę do wykonania także dziś, bo przez tę rozmowę będziemy pracowali podczas całej podróży.

Papież Franciszek: – Przede wszystkim was pozdrawiam, dzień dobry, dziękuję za waszą pracę. Była to podróż intensywna i jak mówimy po hiszpańsku, pasado por agua [gorąca]. To piękne i dziękuję za waszą pracę.

Reklama

Pierwsze pytanie, Kara David, z grupy filipińskiej: – Dzień dobry, Ojcze Święty. Przepraszam, będę mówiła po angielsku. Bardzo dziękujemy za odwiedzenie naszego kraju, za to że dałeś Filipinom tak wiele nadziei. Pragnęlibyśmy, abyś powrócił do naszej ojczyzny. Mam następujące pytanie: Filipińczycy wiele się nauczyli słuchając przesłania Waszej Świątobliwości. Czy jest coś, czego Ojciec Święty nauczył się od Filipińczyków, ze spotkania z nami?

Papież Franciszek: – Gesty! Wzruszyły mnie gesty. Nie były to gesty protokolarne, ale dobre gesty. Wypływały z uczuć i serca. Niektóre gesty skłaniają do płaczu. Jest tam wszystko: wiara, miłość, rodzina, nadzieje, przyszłość ... Ten gest ojców, kiedy podnosili dzieci, żeby papież je pobłogosławił. Gest taty. Było ich wiele. Podnosili dzieci, gdy przemierzałem ulice. To gest, którego gdzie indziej się nie widzi. Jakby mówili: to jest mój skarb, to jest moja przyszłość, to jest moja miłość, dla niego warto pracować, dla niego warto cierpieć. To oryginalny gest, ale rodzi się z serca.

Uderzył mnie też bardzo drugi gest, to niekłamany entuzjazm, radość, pogodny nastrój, zdolni świętować nawet w strugach deszczu. Jeden z ceremoniarzy powiedział mi, że został podbudowany, bo ministranci w Tacloban, podczas tego ulewnego deszczu nigdy nie tracili uśmiechu. To jest radość, niekłamana radość. Nie był to malowany uśmiech, to uśmiech, który wypływał z głębi. A za nim było normalne życie, było cierpienie, problemy. Kolejny gest, matek, które przynosiły swoje chore dzieci; to głównie matki je przyprowadzały. Podnosiły wiele dzieci...aż tak wysoko... [w ramionach]. Tak, to prawda, można było zobaczyć wiele dzieci niepełnosprawnych, a ich kalectwo wywierało wrażenie, nie ukrywali dzieci. Przynosili je do papieża, żeby je pobłogosławił. To moje dziecko, jest takie nieporadne, ale jest moje. Takie są wszystkie matki i tak robią, ale sposób w jaki to czyniły mnie uderzył.

Gest ojcostwa, macierzyństwa, entuzjazmu, radości. Jest takie słowo, które trudno nam pojąć, bo zostało zbyt zwulgaryzowane, niewłaściwie używane czy też źle zrozumiane: ale jest to słowo, które ma treść: rezygnacja. Lud, którzy umie cierpieć i który potrafi się podnieść, iść dalej. Wczoraj rozmawiając z ojcem Crystal, wolontariuszki, która tragicznie zmarła w Tacloban, zostałem zbudowany [tym, co mi powiedział], „zmarła służąc”, i szukał słów aby się umocnić, żeby to przyjąć. Lud, którzy potrafi cierpieć. Tak to widziałem, tak zinterpretowałem gesty.

Drugie pytanie, Jean-Louis de la Vaissiere z Agence France Presse z grupy francuskiej: – Jego Świątobliwość udał się już dwa razy do Azji. Katolicy w Afryce jeszcze nie zostali przez Ciebie odwiedzeni. Wiesz, Ojcze Święty, że wielu wiernych z Republiki Środkowoafrykańskiej, Nigerii, Ugandy cierpiących z powodu ubóstwa, wojny, fundamentalizmu islamskiego ma nadzieję na Twoją wizytę w bieżącym roku. Chciałbym więc zapytać, kiedy i gdzie planujesz pojechać?

Papież Franciszek: – Odpowiadam hipotetycznie. W planie jest udanie się do Republiki Środkowoafrykańskiej i do Ugandy. Do tych dwóch krajów w bieżącym roku. Myślę, że będzie to pod koniec, z uwagi na pogodę. Muszą tak wycelować, żeby nie było deszczy, nie było okropnej pogody. Podróż ta jest trochę spóźniona, bo istniał problem wirusa Ebola. Organizowanie wielkich zgromadzeń wiąże się z wielką odpowiedzialnością z uwagi na niebezpieczeństwo zarażenia. Ale w tych krajach nie ma tego problemu. Te dwie wizyty to hipotezy na ten rok.


Trzecie pytanie, Salvatore Izzo z AGI, włoskiej agencji informacji, z grupy włoskiej: – Ojcze Święty, w Manili byliśmy zakwaterowani w bardzo ładnym hotelu, wszyscy byli bardzo uprzejmi i bardzo dobrze jedliśmy. Jednak, jak tylko wyszliśmy z hotelu byliśmy - powiedzmy - moralnie uderzeni przez ubóstwo. Widzieliśmy dzieci, które były między odpadami, potraktowanymi, jakbyś może powiedział - jak odpady. Mam sześcioletnie dziecko i było mi wstyd, że te dzieci są tak źle potraktowane. Ale moje dziecko, które ma na imię Rocco doskonale rozumie, to czego nas nauczasz, kiedy mówisz o dzieleniu się z ubogimi. I tak, idąc do szkoły, stara się dzielić kanapką z okolicznymi żebrakami. Ale dla mnie jest to o wiele trudniejsze. Również dla innych wybitnych ludzi jest trudne. Tylko jeden kardynał, 40 lat temu, zostawił wszystko, aby udać się do trędowatych (Léger). Tak więc moje pytanie jest następujące: dlaczego tak trudno także kardynałom naśladować ten przykład? Natomiast chciałbym jeszcze zapytać Waszą Świątobliwość o sprawę dotyczącą Sri Lanki. Udając się na lotnisko widzieliśmy tam te wszystkie dzielnice nędzy. Są to budy oparte o drzewa a ludzie praktycznie żyją pod drzewami. Są to w większości Tamilowie, którzy są dyskryminowani. Po masakrze w Paryżu, następnego dnia, Wasza Świątobliwość powiedział, może na gorąco: „Istnieje terroryzm wyizolowany oraz terroryzm państwa”. Ale co miałeś na myśli mówiąc o „terroryzmie państwa”? Przypomniał mi się on, kiedy widziałem cierpienia i dyskryminację tych osób.

Papież Franciszek: – Jeśli ktoś z was zapytał mnie, o przesłanie, jakie zawożę na Filipiny, odpowiedziałem: ubodzy. To jest dzisiejsze orędzie Kościoła. Także i to, co pan mówi o Sri Lance, Tamilach i dyskryminacji. Ubodzy, ofiary tej kultury odrzucenia. To prawda. Dziś nie wyrzucamy papieru, ale tylko to, co zbywa. Odrzuca się osoby, a dyskryminacja jest pewnym rodzajem odrzucenia. Tych ludzi się odrzuca. Przychodzi mi na myśl obraz kast...tak nie może być dalej. A odrzucenie wydaje się dziś niemal normalne. Mówił pan o luksusowym hotelu obok budy. W mojej diecezji Buenos Aires była zupełnie nowa dzielnica, która nazywa się Puerto Madero, ciągnąca się do dworca kolejowego, a następnie zaczyna się „Villa Miseria”, biedni, jeden za drugim. Z jednej strony jest 36 luksusowych restauracji, w których jeśli pójdziesz coś zjeść, to zapłacisz bardzo słono, a z drugiej jest głód. Jedno obok drugiego. Mamy skłonność, by się do tego przyzwyczajać. Tak jesteśmy tutaj, a tam są odrzuceni. To właśnie jest ubóstwo i sądzę, że Kościół powinien coraz bardziej dawać przykład w tej dziedzinie, odrzucać wszelką światowość. Dla nas, osób konsekrowanych, biskupów, księży, zakonnic, świeckich wierzących naprawdę największym grzechem, największym zagrożeniem jest światowość. To bardzo okropne, kiedy widzimy osobę konsekrowaną, człowieka Kościoła, zakonnicę - światowców. To straszne. To nie jest droga Jezusa. To droga organizacji pozarządowej nazywającej siebie Kościołem. Ale to nie jest Kościół Jezusa, to organizacja pozarządowa. A dlaczego Kościół nie jest organizacją pozarządową, to już inna sprawa. Ale kiedy jakaś część Kościoła, jakieś osoby stają się światowe, to stają się organizacją pozarządową i przestają być Kościołem. Kościół to Chrystus, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia, to świadectwo chrześcijan, którzy podążają za Chrystusem. Ten skandal, o którym pan powiedział jest prawdą, tak, wiele razy my, chrześcijanie, gorszymy, niezależnie od tego czy jesteśmy księżmi czy też świeckimi, bo droga Jezusa jest trudna. To prawda, Kościół musi się ogołocić.

Ale pan sprawił, że zastanawiam się również nad terroryzmem państwowym: mianowicie, że to odrzucenie jest jak terroryzm. Nigdy o tym nie pomyślałem, naprawdę, pan kazał mi się zastanowić. Nie wiem, co panu odpowiedzieć. Z pewnością nie są to pieszczoty, to jak by powiedzieć – nie ma dla ciebie miejsca.

Albo to, co wydarzyło stało tutaj, w Rzymie: bezdomny, który miał bóle brzucha, biedak. A kiedy masz ból brzucha i idziesz do szpitala, do pierwszej pomocy, dają ci aspirynę czy coś takiego lub wyznaczają wizytę za dwa tygodnie. Poszedł on do pewnego księdza, który się wzruszył i powiedział: „Zabiorę cię do szpitala, ale zrób mi przysługę: kiedy zacznę wyjaśniać, co masz, udawaj, że mdlejesz” . Tak się stało: artysta dobrze zagrał. A miał zapalenie otrzewnej! Człowiek ten został odrzucony. Kiedy poszedł sam został odrzucony i byłby zmarł. Ten ksiądz był spryty i dobrze mu pomógł. Daleki był od światowości. Czy to jest terroryzm? Ah ... tak, można myśleć, że tak to jest ... Można pomyśleć, ale jeszcze się dobrze zastanowię, dziękuję! Najlepsze życzenia dla pańskiej agencji.

Czwarte pytanie, Jan-Christoph Kitzler, z radia niemieckiego ARD, z grupy niemieckiej: – Dziękuję, Ojcze Święty. Chciałbym krótko powrócić do Twojego spotkania z rodzinami. Mówiłeś o „kolonizacji ideologicznej”. Czy mógłbyś trochę lepiej wyjaśnić to pojęcie? Następnie Wasza Świątobliwość odniósł się do papieża Pawła VI, mówiąc o szczególnych przypadkach, które są ważne w duszpasterstwie rodzin. Czy możesz podać jakieś przykłady tych szczególnych przypadków, a może nawet powiedzieć, czy konieczne jest otwarcie dróg, poszerzenie korytarza tych szczególnych przypadków?

Papież Franciszek: – Kolonizacja ideologiczne: podam tylko jeden przykład, z własnego doświadczenia. Przed dwudziestoma laty, w 1995 roku, pani minister edukacji narodowej zwróciła się o poważną pożyczkę, aby wybudować szkoły dla ubogich. Otrzymała ją pod warunkiem, że do szkół zostanie wprowadzony podręcznik dla dzieci na pewnym poziomie nauczania. Był on dobrze przygotowany dydaktycznie, gdzie nauczano teorii gender. Owa kobieta potrzebowała subwencji, ale była ona uwarunkowana w ten sposób. Przebiegła kobieta, powiedziała, że tak, kazała też przygotować inny podręcznik, dała obydwa i w ten sposób się jej udało...To właśnie jest kolonizacja ideologiczna: wchodzi się w lud z jakąś ideą, która nie ma nic wspólnego z ludem. Może owszem, z jakimiś grupami, ale nie z całym ludem i kolonizują lud ideą, która zmienia, albo chce zmienić pewną mentalność lub strukturę. Podczas Synodu biskupi afrykańscy skarżyli się na to zjawisko, które jest takie samo, jak w przypadku niektórych kredytów (narzucane są) określone warunki. Mówię tylko to, co widziałem. Dlaczego mówię o „kolonizacji ideologicznej”? Ponieważ wykorzystują właśnie ludzkie potrzeby czy możliwości wejścia i umocnienia swego stanowiska poprzez dzieci. Ale to nic nowego. To samo czyniły dyktatury ubiegłego wieku. Weszły ze swoją doktryną. Pomyślcie o młodzieży faszystowskiej Balilla, pomyślcie o Hitlerjugend. Skolonizowali lud, chcieli to uczynić. Ale jak wiele spowodowało to cierpienia. Narody nie powinny tracić swobody. Naród ma swoją kulturę, historię; każdy naród ma swoją własną kulturę. Ale kiedy pojawiają się warunki narzucone przez kolonizujące imperia, to usiłują, aby narody utraciły swoją tożsamość i chcą wszystko ujednolicić. To globalizacja sferowa: wszystkie punkty są w równej odległości od centrum. Natomiast prawdziwa globalizacja – lubię tak to ujmować - nie jest sferą. Proces globalizacji jest ważny, ale nie na wzór sfery lecz wielościanu, a mianowicie, że każdy naród, każda część, zachowuje swoją tożsamość, swoje istnienie, nie będąc skolonizowanym ideologicznie. To są różne formy „kolonizacji ideologicznej”. Jest taka książka, przepraszam, że robię reklamę, jest to książka, której styl na początku jest trochę ciężki, ponieważ została napisana w 1907 roku w Londynie. Jest to książka, która ... w tym czasie ów pisarz widział dramat kolonizacji ideologicznej i opisuje go w tej książce. Nosi tytuł „Władca świata”, a autorem jest Robert Hugh Benson. I chociaż została napisana w 1907 roku, to warto ją przeczytać, a czytając ją dobrze zrozumiecie, co mam na myśli mówiąc o „kolonizacji ideologicznej”. Tyle na pierwsze pytanie. Po drugie, chciałem powiedzieć, o Pawle VI. To prawda, że otwarcie na życie stanowi warunek sakramentu małżeństwa. Mężczyzna nie może udzielić sakramentu kobiecie i kobieta mężczyźnie jeśli nie ma między nimi zgody pod tym względem – otwartości na życie. I to do tego stopnia, że jeśli można udowodnić, iż ten czy tamta pobrali się postanawiając, że nie będą otwarci na życie, to takie małżeństwo nie jest ważne, jest to przyczyną nieważności małżeństwa, nieprawdaż? Otwartość na życie. Paweł VI wraz z komisją badał ten problem, jak dopomóc w tylu przypadkach, wielu ważnych problemach składających się na miłość w rodzinie w problemach dniach powszedniego. Jakże ich wiele. Ale było coś więcej. Odmowa Pawła VI nie była skierowana na problemy natury osobistej, o których później mówił zalecając spowiednikom, by byli miłosierni, starali się zrozumieć poszczególne sytuacje i wybaczać albo współczuć, zrozumieć te problemy. Dostrzegał on obowiązujący wówczas powszechny neomaltuzjanizm. Jak się go rozpoznaje? To współczynnik urodzeń poniżej 1 procenta we Włoszech, podobnie w Hiszpanii. Ów neomaltuzjanizm dążył do kontroli nad ludzkością przez mocarstwa. To wcale nie oznacza, że chrześcijanin musi mieć dzieci jedno po drugim. Kilka miesięcy temu skarciłem kobietę w pewnej parafii, bo była w ciąży z ósmym dzieckiem, po siedmiu porodach cesarskich: „Czy chce pani osierocić siedmioro dzieci?”. To kuszenie Boga. Mówimy o odpowiedzialnym rodzicielstwie. Tą drogą należy iść, drogą odpowiedzialnego rodzicielstwa. Ale chciałem powiedzieć, że Paweł VI nie miał wizji wstecznej, zamkniętej. Nie, on był prorokiem, który w ten sposób nam powiedział: wystrzegajcie się nadchodzącego neomaltuzjanizmu. To właśnie chciałem powiedzieć. Dziękuję.

Ks. Lombardi: – Chciałbym was poinformować, że ponownie jesteśmy nad Chinami. Tak więc przyzwyczajamy się do odbywania tych konferencji z papieżem podczas przelotu nad Chinami, tak jak to już było w drodze powrotnej z Korei.

Piąte pytanie, Valentina Alazraki z grupy hiszpańskiej: – Wasza Świątobliwość, kiedy udawaliśmy się na Filipiny użyłeś tego obrazu a nawet gestu wobec biednego doktora Gasbarri, który, gdyby obraził Twoją mamę zasłużyłby na cios. To zdanie stworzyło trochę zamieszania i nie było dobrze zrozumiane przez wszystkich w świecie, bo było to tak, jakbyś powiedział, że może usprawiedliwiałeś trochę w obliczu prowokacji reakcję naznaczoną przemocą. Czy mógłbyś nam Ojcze Święty trochę lepiej wyjaśnić, co miałeś na myśli?

Papież Franciszek: – W teorii, możemy powiedzieć, że jest to gwałtowna reakcja w obliczu obrazy, prowokacji. Teoretycznie, tak, ale nie jest to dobre, tego nie powinno się czynić. W teorii możemy powiedzieć, to, co mówi Ewangelia, że trzeba nadstawić drugi policzek. Teoretycznie, możemy powiedzieć, że mamy wolność słowa i jest ona ważna. W teorii wszyscy się zgadzamy, ale jesteśmy ludźmi i istnieje roztropność, będąca cnotą współżycia międzyludzkiego. Nie mogę obrażać, nieustannie prowokować jakąś osobę, ponieważ mogę ją rozzłościć, ryzykuję, że spotkam się z niewłaściwą reakcją. Ale jest to ludzkie. Dlatego mówię, że wolność słowa musi uwzględniać ludzkie realia i musi być roztropna. W ten sposób można powiedzieć, że wolność słowa musi też być dobrze wychowana. Roztropna. Roztropność jest ludzką cnotą, który reguluje nasze relacje. Mogę posunąć się do określonego punktu, ale nie dalej i dalej. Chciałem powiedzieć, że w teorii wszyscy jesteśmy zgodni: że istnieje wolność słowa, że reakcja przemocą nie jest dobra, zawsze jest zła. Wszyscy jesteśmy zgodni. Jednak w praktyce, zatrzymajmy się nieco, bo jesteśmy ludźmi i ryzykujemy sprowokowanie innych. Dlatego wolności tej musi towarzyszyć roztropność. To chciałem powiedzieć.

Pytanie szóste, Nicole Winfield z grupy angielskiej: – Ojcze Święty, grupa angielska chce ponownie zapytać o tegoroczne podróże. Powiedziałeś nam, że planowana już jest podróż do Ameryki. Wspomniałeś trzy miasta: Nowy Jork, Waszyngton, Filadelfia. Potem mówiłeś o kanonizacji Junipera Serry. Zastanawiamy się, czy może przewidziany jest również etap w Kalifornii, lub na granicy z Meksykiem. A następnie co do Ameryki Południowej, powiedziałeś naszej koleżance Elizabeth Piqué, że przewidywane są trzy wizyty, albo też jedna wizyta w trzech krajach Ameryki Południowej. Jakie to kraje? I czy Wasza Świątobliwość zamierza osobiście dokonać beatyfikacji arcybiskupa Romero, niedawno uznanego za męczennika. Skończyłam.

Papież Franciszek: – Zacznę od końca. Będzie tutaj wojna między kardynałem Amato a arcybiskupem Paglią: który z nich dokona beatyfikacji? Ale nie ja osobiście: beatyfikacje normalnie celebruje kardynał prefekt dykasterii, lub inny kardynał.

Z ostatniego pytania przejdźmy do pierwszego: Stany Zjednoczone. Tak, te trzy miasta to Filadelfia w związku ze Światowym Spotkaniem Rodzin, Nowy Jork - mam już zapisaną datę, ale jej nie pamiętam oraz wizyta w ONZ - i Waszyngton. To te trzy. Chciałbym pojechać do Kalifornii, aby dokonać kanonizacji Junipera Serry, ale istnieje problem czasu. Byłoby trzeba dwóch dni więcej. Myślę, że dokonam tej kanonizacji w Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia w Waszyngtonie. Jest to wydarzenie ogólnokrajowe. W Waszyngtonie, jak sądzę na Kapitolu jest statua Junipera. Myślę, że tam. Wjazd do Stanów Zjednoczonych od granicy z Meksykiem - byłoby to piękne, jako znak braterstwa i pomocy dla imigrantów, ale pani wie, że być w Meksyku bez odwiedzin Matki Bożej z Guadelupe to dramat mogłaby w związku z tym wybuchnąć wojna! I także na to trzeba by jeszcze trzech dni, a nie wszystko jest do końca jasne. Myślę, że będą tylko te trzy miasta. Później będzie czas, by pojechać do Meksyku. Czy o czymś jeszcze zapomniałem? Ach, te trzy kraje Ameryki Łacińskiej są planowane na ten rok - wszystko jest jeszcze w fazie planów - Ekwador, Boliwia i Paragwaj. Te trzy. W przyszłym roku, jeśli Bóg da chciałbym, choć nic nie jest jeszcze przewidywane odwiedzić Chile, Argentynę i Urugwaj. Trochę brakuje tutaj Peru, bo nie wiemy, gdzie go wpasować... ale to tyle.

Pytanie siódme, Carla Lim z grupy filipińskiej: – Dzień dobry Ojcze Święty. Dziękuję, że zainspirowałeś moją ojczyznę. W imieniu Filipińczyków bardzo dziękuję. Wybacz, bo nie mówię po włosku. W jednym z przemówień na Filipinach wspomniałeś o korupcji, która okrada ludzi z zasobów. Co można zrobić Wasza Świątobliwość, aby zwalczać korupcję, nie tylko w rządzie, ale być może również w Kościele?

Papież Franciszek: – Mocne pytanie, nieprawda? Korupcja w dzisiejszym świecie jest na porządku dziennym, a skorumpowana postawa z łatwością zagnieżdża się w instytucjach. Ponieważ instytucja, która ma wiele sektorów tu i tam, wielu szefów i ich zastępców z łatwością staje się miejscem, gdzie zagnieżdża się korupcja. Każda instytucja może w to popaść. Korupcja polega na ograbieniu ludu. Osoba skorumpowana, która robi skorumpowane interesy, lub rządzi w sposób skorumpowany czy łączy się z innymi, żeby zrobić skorumpowany interes okrada lud. Ofiarami są ci, których on [wskazuje Salvatore Izzo] widział w pobliżu luksusowego hotelu: to oni są ofiarami korupcji. Korupcja nie jest zamknięta sama w sobie, idzie i zabija. Czy pani rozumie? Dziś korupcja jest problemem globalnym. Raz, mniej więcej w 2001 roku, zapytałem szefa sztabu ówczesnego prezydenta – był to rząd, który uważaliśmy za niezbyt skorumpowany i to prawda - nie był tak bardzo skorumpowany: „Powiedz mi, czy pomoc, którą wysyłacie do wnętrza kraju, czy to w gotówce, czy też rzeczy do jedzenia, ubrania, to wszystko a ile z tego dociera na miejsce? Natychmiast ten człowiek autentyczny, czysty powiedział mi: „35 procent”. Tak mi powiedział. Było to w 2001-szym, w mojej ojczyźnie.

A teraz o korupcji w instytucjach kościelnych. Kiedy mówię o Kościele lubię mówić o wiernych ochrzczonych, o całym Kościele. Lepiej w tym wypadku mówić o grzesznikach. Wszyscy jesteśmy grzesznikami. Ale kiedy mówimy o korupcji, to mówimy albo o skorumpowanych osobach, albo też o instytucji Kościoła, które popadają w korupcję i są takie przypadki, istnieją. Pamiętam, jak kiedyś, w 1994 roku jako nowo mianowanego biskupa dzielnicy Flores w Buenos Aires, przyszli do mnie dwaj pracownicy czy też funkcjonariusze pewnego ministerstwa, żeby mi powiedzieć: „Ksiądz biskup ma tak wiele potrzeb, jest tutaj w Villas miserias tak wielu biednych”. Odpowiedziałem: „To prawda” i przedstawiłem, co jest potrzebne. „Możemy księdzu pomóc. Możemy przekazać, jeśli ksiądz zechce 400.000 pesos”. W tym czasie peso był równy z dolarem, kurs był 1 do 1, a więc 400.000 dolarów. „Czy możecie tak uczynić?”. „Ależ tak!”. Słuchałem, bo gdy ofiara jest tak wielka, to nawet święty nie ufa. Ale dalej mówili: „Ale aby to zrobić dokonamy wpłaty, a następnie ksiądz biskup odda nam połowę”. W tym momencie pomyślałem, co robić, albo ich obrażę i dać im kopa, gdzie słońce nie świeci, albo zrobię z siebie idiotę. Udałem głupiego. Powiedziałem, naprawdę: „Wiecie, że my tutaj na wikariacie nie mamy konta. Musicie dokonać wpłaty w kurii arcybiskupiej z pokwitowaniem”. To wszystko. „Ach, nie wiedzieliśmy... miło nam było się spotkać” i poszli sobie. Ale potem pomyślałem, jeśli ci dwaj przyszli tak wprost, nie prosząc o pozwolenie – była to zła myśl – to dlatego, że ktoś inny się zgodził. To zła myśl. Łatwo dopuścić się korupcji. Ale pamiętajmy: grzesznicy, tak, ale nie skorumpowani! Nigdy nie ulegajmy korupcji! Musimy prosić o przebaczenie za tych katolików, chrześcijan, którzy gorszą swoją korupcją. To plaga w Kościele, ale jest wielu świętych, a także świętych i grzeszników, ale nie skorumpowanych. Patrzymy także na drugą stronę, na Kościół święty. Także i tam ktoś jest ... ale dziękuję za odwagę zadania tego pytania.

Pytanie ósme, Anais Feuga z grupy francuskiej: – Przelatujemy nad Chinami. Udając się do Korei powiedziałeś nam Ojcze Święty, że jesteś gotów udać się do Chin, choćby jutro. W świetle tych stwierdzeń, czy możesz nam wyjaśnić, dlaczego nie przyjąłeś Dalajlamy, który był ostatnio w Rzymie i w jakim kierunku zmierzają relacje z Chinami?

Papież Franciszek: – Dziękuję za to pytanie. Dziękuję. Zwyczajem protokołu Sekretariatu Stanu jest to, że nie są przyjmowane głowy państw lub osoby tego poziomu, gdy w Rzymie odbywa się spotkanie międzynarodowe. Na przykład nikogo nie przyjąłem z okazji zgromadzenia FAO. Dlatego też nie został on przyjęty. Widziałem, że niektóre gazety napisały, że nie przyjąłem go z obawy przed Chinami. To nie prawda. W tym czasie to było powodem. Poprosił on o audiencję i przekazano jemu określoną datę. Prosił o to wcześniej, ale nie tym razem, i utrzymujemy relacje. Motywem nie było odrzucenie osoby czy też strach przed Chinami. Tak, jesteśmy otwarci i chcemy pokoju ze wszystkimi. A na jakim etapie są relacje? Cóż, rząd chiński ma dobre maniery. My także i czynimy krok po kroku, tak jak czyni się różne rzeczy w dziejach. Jeszcze nie wiemy, ale oni wiedzą, że jestem gotów, aby przyjmować i pojechać. Oni to wiedzą.

Pytanie dziewiąte, Marco Ansaldo, z „La Repubblica” z grupy włoskiej: – Ojcze Święty, odbyłeś ekscytującą podróż, bardzo bogatą, pełną wydarzeń tu na Filipinach, ale chciałbym uczynić krok wstecz, ponieważ terroryzm godzi w chrześcijaństwo, katolików, w wielu regionach świata. Widzieliśmy to nawet w minionych dniach, w Nigrze, ale przykładów jest wiele. Ale podczas poprzedniej podróży do Turcji, zaapelowałeś do przywódców muzułmańskich, mówiąc, że konieczny byłby z ich strony jakiś bardzo zdecydowany krok, wystąpienie. Jednak wydaje mi się, że pomimo Twoich słów sprawa ta nie jest brana pod uwagę ani też akceptowana. Są umiarkowane kraje muzułmańskie – bardzo dobrym przykładem może być tutaj Turcja – które, wymienię choćby kwestię Państwa Islamskiego czy magazynu Charlie Hebdo - podchodzą do terroryzmu co najmniej dwuznacznie. Nie wiem, czy Wasza Świątobliwość w ciągu minionego półtora miesiąca miał możliwość zastanowienia się i przemyślenia, jak przekroczyć Twoje zaproszenie, które nie zostało przyjęte, ale które jest ważne. Ty, Ojcze Święty albo kto w Twoim imieniu – myślę o Sekretariacie Stanu, widzę tu abp Becciu i samego kardynała Parolina... także dlatego, że jest to problem, który nadal będzie nam stawiał pytania.

Papież Franciszek: – Apel ten powtórzyłem także w godzinach porannych w dniu wyjazdu na Sri Lankę w przemówieniu do korpusu dyplomatycznego. Stwierdziłem tam, że pragnę, aby wypowiedzieli się przywódcy religijni, polityczni, naukowcy i intelektualiści. Także umiarkowane narody islamskie żądają tego od swoich przywódców. Niektórzy coś zrobili. Uważam ponadto, że trzeba dać trochę czasu, bo dla nich sytuacja nie jest łatwa. Mam nadzieję, ponieważ jest między nimi wielu ludzi dobrych, dobrych ludzi, tak wielu dobrych przywódców i jestem pewien, że to osiągniemy. Ale chciałem powiedzieć i podkreślić, że to samo powtórzyłem w dzień wyjazdu.

Pytanie dziesiąte, Christoph Schmidt z grupy niemieckiej: – Ojcze Święty, przede wszystkim chciałbym bardzo podziękować za wszystkie wspaniałe wydarzenia minionego tygodnia. Towarzyszę Waszej Świątobliwości po raz pierwszy i chciałbym serdecznie podziękować. Mam następujące pytanie: mówiłeś Ojcze Święty o wielu dzieciach na Filipinach, o swej radości, że jest tak wiele dzieci. Ale, według sondaży, większość Filipińczyków sądzi, że ogromny wzrost ludności Filipin jest jednym z najważniejszych powodów ogromnej biedy w kraju, a średnio każda kobieta rodzi na Filipinach więcej niż troje dzieci w swym życiu: natomiast stanowisko katolickie wobec antykoncepcji wydaje się być jedną z niewielu kwestii, w której znaczna liczba osób na Filipinach nie zgadza się z Kościołem. Co o tym sądzi Wasza Świątobliwość?

Papież Franciszek: – Uważam, że wspomniana przez pana liczba trojga dzieci w rodzinie zdaniem specjalistów to tyle, ile trzeba, aby utrzymać liczbę ludności na stałym poziomie. Troje na małżeństwo. Kiedy ona spada poniżej tego poziomu, mamy do czynienia z inną skrajnością, jaką obserwujemy we Włoszech, gdzie jak słyszałem - nie wiem, czy to prawda - w roku 2024 nie będzie pieniędzy, aby wypłacić emerytury. Spadek liczby ludności. Dlatego słowem kluczowym, aby odpowiedzieć na tę kwestię jest to, jakiego używa zawsze Kościół, a także i ja: odpowiedzialne rodzicielstwo. Jak to czynić? Poprzez dialog. Każda osoba, ze swoim duszpasterzem powinna dociekać jak realizować to odpowiedzialne rodzicielstwo. Ten przykład, o którym wspomniałem przed chwilą, kobiety, która oczekiwała ósmego dziecka, a miała już siedmioro urodzonych za pomocą cesarskiego cięcia ukazuje pewną nieodpowiedzialność. „Nie, ja ufam Bogu”. „Ale spójrz, Pan Bóg daje tobie środki, bądź odpowiedzialny”. Niektórzy uważają, - przepraszam za to słowo – że, aby być dobrym katolikiem musimy zachowywać się jak króliki. Nie, ważne jest odpowiedzialne rodzicielstwo. To jasne i dlatego są w Kościele grupy małżeńskie, są specjaliści w tej dziedzinie, są duszpasterze i poszukujemy drogi. Znam wiele godziwych rozwiązań, które pomogły w tej kwestii. Ale dobrze, że to pan powiedział. Ale ciekawe jest również coś innego, zupełnie nie związanego z tą sprawą. Dla ludzi najuboższych dziecko jest skarbem. To prawda, że także i w tej sytuacji trzeba być roztropnym. Ale dla nich dziecko to skarb. Bóg wie, jak im pomóc. Być może niektórzy nie są w tej dziedzinie roztropni, to prawda. Potrzebne jest odpowiedzialne rodzicielstwo, ale także dostrzeżenie wielkoduszności tego ojca i matki, którzy widzą w każdym dziecku skarb.

Pytanie jedenaste, Elisabetta Piqué z grupy hiszpańskiej: – W imieniu grupy hiszpańskiej chciałaby postawić dwa pytania. Była to dla wszystkich podróż wzruszająca: widzieliśmy jak wszystko płakało w Tacloban, my sami dziennikarze płakaliśmy. Wczoraj Wasza Świątobliwość powiedział, że świat potrzebuje płaczu. Było to bardzo mocne. Chcieliśmy zapytać, które wydarzenie było dla Ciebie najbardziej intensywne: Msza św. w Tacloban czy też wczoraj, kiedy ta dziewczynka zaczęła płakać...To pierwsze pytanie. Następnie, drugie: wczoraj przeszedłeś do historii, pokonałeś rekord Jana Pawła II w tym samym miejscu: było około 6-7 milionów osób. Jak to przeżyłeś? Kardynał Tagle powiedział nam, że w czasie Mszy św., przy ołtarzu, zapytałeś: „Jakżeż wiele tu ludzi?”. A więc, jak z tym żyjesz, że pokonałeś ten rekord, wszedłeś do historii jako papież, który odprawił najliczniejszą Mszę św. w dziejach?

Papież Franciszek: – Pierwsze pytanie: wydarzenie najbardziej intensywne. Bardzo intensywnienie, moc przeżyłem wizytę w Tacloban: zobaczyłem cały lud Boży stojący tam, modlący się, po tej katastrofie, myślałem o moich grzechach i tych ludziach. To było mocne, bardzo intensywne wydarzenie. Podczas Mszy św. czułem się swoją niegodność, niemal nie mogłem mówić. Nie wiem, co się ze mną stało, może było to wzruszenie, nie wiem, ale nic innego nie odczuwałem. To pewien rodzaj poczucia swojej niegodności. Następnie wydarzeniami intensywnymi były gesty, każdy gest. Gdy przejeżdżałem i jakiś ojciec robił w ten sposób [papież czyni gest podnoszenia dziecka], udzielałem błogosławieństwa, a on mi dziękował. Wystarczało im błogosławieństwo. Pomyślałem, że ja, który mam tyle wymagań, chcę tego, tamtego, że ... Dobrze mi to zrobiło. Chwile intensywne. Także później, kiedy dowiedziałem się, że w Tacloban wylądowaliśmy przy wietrze wiejącym 70 kilometrów na godzinę potraktowałem na serio ostrzeżenie, że musieliśmy wylecieć z powrotem o pierwszej i ani chwili później, bo było niebezpiecznie. Ale się nie bałem. Co do wielkiej obecności, czułem się tak bardzo niegodny. Był to lud Boży, a Pan tam był. Jest to radość z obecności Boga, który do nas mówi: dobrze zapamiętajcie, że jesteście sługami tych osób … to oni są czynnymi uczestnikami dziejów...

Następnie czym innym jest płacz. Jest to jedna z tych rzeczy, które tracimy, kiedy jest zbyt dużo dobrobytu albo nie rozumiemy dobrze wartości, albo przyzwyczaimy się do niesprawiedliwości, do tej kultury odrzucenia. Zdolność do płaczu jest łaską, o którą musimy prosić. Jest taka piękna modlitwa w starym Mszale, o łaskę płaczu. Mówiła ona mniej więcej: „Panie, który sprawiłeś, że Mojżesz swoją laską sprawił wytryśnięcie wody ze skały, spraw, aby ze skały mego serca wypłynęła woda łez”. Przepiękna modlitwa! My, chrześcijanie musimy prosić o łaskę płaczu, a zwłaszcza chrześcijanie zamożni, i opłakiwać niesprawiedliwości oraz grzechy. Bo płacz otwiera ciebie na zrozumienie nowej rzeczywistości lub nowych wymiarów rzeczywistości. To właśnie powiedziała dziewczyna, a także i ja to do niej powiedziałem. Tylko ona postawiła pytanie na które nie można odpowiedzieć: dlaczego dzieci cierpią? Stawiał je sobie wielki Dostojewski i nie potrafił odpowiedzieć: dlaczego cierpią dzieci? Ona swoim płaczem, kobieta płacząca. Kiedy mówię, że to ważne, aby kobiety były bardziej brane pod uwagę w Kościele, to chodzi nie tylko o to, żeby im dać funkcję sekretarki jakiejś dykasterii, chociaż może się to udać. Nie – ponieważ one nam mówią, jak odczuwają i postrzegają rzeczywistość, ponieważ kobiety postrzegają z perspektywy innego bogactwa, większego. Inną rzeczą, którą chcę tu podkreślić jest to, co powiedziałem ostatniemu chłopcu [podczas spotkania z młodzieżą], który naprawdę dobrze pracuje, daje, organizuje, pomaga biednym. Ale powiedziałem jemu, żeby nie zapominał, iż powinniśmy być żebrakami wobec nich, bo ubodzy nas ewangelizują. Jeśli usuniemy ubogich z Ewangelii, to nie możemy zrozumieć orędzia Jezusa. Ubodzy nas ewangelizują. „Idę głosić Ewangelię ubogim”. Tak, ale pozwól się ewangelizować przez nich!, bo mają wartości, których nie masz.

Dziękuję bardzo za waszą pracę! Cenię ją. I bardzo dziękuję. Wiem, że to dla was ofiara.

Tagi:
Franciszek na Filipinach

Różne biedy i to samo lekarstwo

2015-01-20 11:55

Ks. Paweł Rozpiątkowski
Niedziela Ogólnopolska 4/2015, str. 10-11

Wizyta papieża Franciszka na Sri Lance i Filipinach była dla obydwu państw, mimo dzielących je różnic, wydarzeniem historycznym. Papież przyjmowany był z wielkim entuzjazmem, jako religijny lider, który przyjechał karmić nadzieją w kontekście różnych przejawów biedy, zarówno tej materialnej, jak i duchowej, dźwiganej przez Lankijczyków oraz Filipińczyków

AP Photo/Eranga Jayawardena/East News
Papież Franciszek na Sri Lance, 14 stycznia 2015 r.

Papież Franciszek na Sri Lance mocno podkreślił, że jego wizyta ma charakter duszpasterski. To w związku z turbulenacjami politycznymi, wywołanymi wyborami prezydenckimi, które odbyły się tuż przed wizytą Ojca Świętego. Niespodziewanie wygrał kandydat, któremu dawano nikłe szanse w starciu z urzędującym prezydentem. Papieża, którego z wizytą zaprosił poprzedni prezydent Mahinda Rajapaksa, na lotnisku 13 stycznia br. powitał Maithripala Sirisena – nowa głowa państwa. W czasie swego dwudniowego pobytu na wyspie papież Franciszek spotkał się jednak również na prywatnej rozmowie z byłym prezydentem, który przeżywał jeszcze gorycz wyborczej porażki. Zresztą cała pielgrzymka Papieża obfitowała w pozaprogramowe wydarzenia. Podczas jednego z nich odwiedził m.in. buddyjską świątynię. Spełniły się też nadzieje lankijskiego episkopatu na spotkanie z Ojcem Świętym. Zamieszania z tym punktem wizyty było co niemiara. W pierwszym dniu wypadł z programu, bo rozentuzjazmowany tłum bardzo wydłużył przejazd Papieża. W drugim dniu to biskupi mieli problem z dotarciem do miejsca pobytu Franciszka. Ostatecznie jednak wszystko skończyło się szczęśliwie i hierarchowie lankijscy spotkali się z Papieżem.

Dajcie katolikom szansę

Główne tematy papieskich przemówień i homilii to pojednanie, dialog międzyreligijny i sprawa wolności religijnej. Katolicy na Sri Lance stanowią mniejszość. Najwięcej Lankijczyków wyznaje buddyzm, w drugiej kolejności jest hinduizm. Są też muzułmanie, no i chrześcijanie. Katolicy narzekają jednak, że z wolnością religijną nie jest najlepiej, że mają problem. Lankijski benedyktyn – o. Benedict Joseph powiedział w trakcie pielgrzymki Papieża, że katolicyzm jest w lankijskim systemie prawnym co najwyżej tolerowany, a w rzeczywistości traktowany jak obce ciało, które przyszło z zewnątrz. Te żale katolików z Perły Oceanu Indyjskiego znalazły swoje odbicie w słowach papieża Franciszka, który przekonywał władze i przedstawicieli dominujących na wyspie wspólnot religijnych, że katolicy nie stanowią dla nich zagrożenia, a wręcz przeciwnie – mogą i chcą wnieść swój wkład w rozwój i rozwiązanie problemów trapiących Sri Lankę. Jako przykład wskazał kanonizowanego w trakcie wizyty, a żyjącego kilkaset lat wcześniej katolickiego kapłana Józefa Vaza, który ma niebagatelne zasługi dla całego kraju, nie tylko dla jego katolickiej części. Podczas przemówienia na lotnisku w Kolombo Franciszek przekonywał: „Moją wizytą pragnę także wyrazić miłość i troskę Kościoła wobec wszystkich obywateli Sri Lanki i potwierdzić pragnienie wspólnoty katolickiej, by aktywnie uczestniczyć w życiu tego społeczeństwa”. W podobnym tonie zapewniał na spotkaniu międzyreligijnym: „Kościół katolicki pragnie współpracować z wami i ze wszystkimi ludźmi dobrej woli w dążeniu do dobrobytu wszystkich obywateli Sri Lanki”.

Leczenie ran

A jest co robić, bo kraj nadal leczy rany po niedawno zakończonej, niemal trzydziestoletniej wojnie domowej – między Lankijczykami nadal panuje nieufność, a niekiedy nawet nienawiść. W sensie infrastrukturalnym zrobiono wiele, aby połączyć niedawno wrogie sobie części Sri Lanki, walczących po przeciwnych stronach barykady Tamilów z północy i Syngalezów z południa, m.in. budując nową drogę łączącą te dwie części – ale to mało. W recepcie, którą Ojciec Święty przekazał Lankijczykom, znalazły się konkretne wskazania: przede wszystkim – „wszyscy muszą mieć głos” i wszyscy muszą być gotowi, aby wzajemnie się akceptować, promować ludzką godność, szanować prawa człowieka.

Z rodzinami, które najbardziej ucierpiały w wyniku wojny, Papież spotkał się w sanktuarium w Madhu na północy kraju.

Przykłady ewangelizatorów

Centralnym punktem wizyty była Msza św. i kanonizacja wspomnianego wcześniej bł. Józefa Vaza. To bohater lankijskiej wspólnoty katolickiej, któremu zawdzięcza ona swoje istnienie i rozwój. Ciekawy jest sposób kanonizacji bł. Józefa Vaza, który Papież wyjaśnił podczas konferencji prasowej na pokładzie samolotu, lecąc na Filipiny. Chodzi o tzw. kanonizację równoważną, czyli kanonizację bez stwierdzenia cudu, na podstawie długiego i trwałego kultu. Tak było w przypadku błogosławionych czczonych od wieków, także apostoła Sri Lanki Józefa Vaza. Dokonując takiego wyboru, np. bł. Anieli z Foligno, Piotra Fabera, Józefa de Anchiety i wielu innych, Papież chciał, zgodnie z wizją zawartą w swej adhortacji „Evangelii gaudium”, podkreślić rolę „wielkich ewangelizatorów i ewangelizatorek”. Tak też będzie we wrześniu br. w czasie papieskiej podróży do Stanów Zjednoczonych, gdzie ogłosi świętym bł. Junipero Serrę, który zaniósł Ewangelię na zachód tego kraju.

Msza św. kanonizacyjna przeszła do historii Sri Lanki jako największe zgromadzenie publiczne. Uczestniczyło w niej pół miliona osób, nie tylko katolików, ale także ludzi innych wyznań i religii. Papież był entuzjastycznie witany przez wszystkich, a lankijska prasa pisała o nim jako o Papieżu Ludu.

Pielgrzymka w wietrze i deszczu

Na Filipinach również czekano na Papieża z otwartymi ramionami. Ojciec Święty mówił, że decyzję o odwiedzinach tego kraju podjął, gdy w telewizji oglądał tragiczne obrazy ludzkiego cierpienia i materialnych zniszczeń, jakie spowodował w listopadzie 2013 r. najsilniejszy tajfun, jaki kiedykolwiek uderzył w ląd – Yolanda. Filipińczycy po dziś dzień dzielnie podnoszą się po tej naturalnej katastrofie, która spowodowała jeszcze większą biedę tysięcy i tak ubogich Filipińczyków. Filipiny mają olbrzymią emigrację zarobkową. Oblicza się, że do pracy za granicą wyjechało 10 mln Filipińczyków, co stanowi 11 proc. obywateli kraju. Za wielkie obszary biedy odpowiada też olbrzymia korupcja.

Podczas papieskiej pielgrzymki natura pokazała swoją siłę, zmuszając organizatorów pielgrzymki do skrócenia o cztery godziny pobytu Papieża w Tacloban – na wyspie, która najbardziej ucierpiała w 2013 r. Powodem również był tajfun, tyle że słabszy, ale i tak zagrażający komunikacji lotniczej. Pilot samolotu papieskiego zdecydował, że trzeba odlecieć wcześniej, bo później mogłoby to być niemożliwe. Spotkanie z młodzieżą oraz Msza św. na zakończenie pobytu z udziałem ok. 6 mln wiernych też odbyły się przy wietrze i ulewnym deszczu.

Gdybym mówił językami...

Tematem papieskiej pielgrzymki były słowa: miłosierdzie i współczucie, właśnie w kontekście biedy i nierówności społecznych panujących na Filipinach. Kościół w tym kraju stara się poszerzać „wyobraźnię miłosierdzia” przez wiele dzieł i inicjatyw – m.in. ogłoszono w Manili rok 2015 Rokiem Ubogich, co ma na celu uwrażliwienie opinii społecznej na rosnący w tym wyspiarskim kraju problem ubóstwa i konieczność większego zaangażowania ochrzczonych w pomoc potrzebującym. Swoim zwyczajem, także poprzez nieobjęte programem spotkania i gesty, papież Franciszek dał znać, że ta grupa jest najbliższa jego sercu. Mówił też dużo o miłości. W homilii do duchowieństwa w katedrze w Manili oraz w przemówieniu do rodzin na Mall of Asia Arena 16 stycznia użył tego słowa 11 razy. W niewygłoszonym ostatecznie, bo zastąpionym improwizowanym kazaniem, przemówieniu do młodzieży – 6 razy.

Doktryna

Światowe media niezbyt chętnie relacjonowały słowa Papieża o kwestiach doktryny czy fałszywych ideologii, którymi karmiony jest świat. Czego więc próżno szukać w mediach głównego nurtu? Ano tego, że Papież upominał się o prawo do życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Także tego, że Ojciec Święty mówił o prądach ideologicznych godzących w rodzinę i zagrażających wierze. Zresztą oddajmy głos Papieżowi: „Wiemy, jak trudno jest dzisiaj w naszych demokracjach zachować i obronić takie podstawowe ludzkie wartości, jak poszanowanie nienaruszalnej godności każdej osoby ludzkiej, respektowanie praw sumienia i wolności religijnej oraz poszanowanie niezbywalnego prawa do życia, począwszy od dzieci jeszcze nienarodzonych aż po życie osób starszych i niedołężnych” (przemówienie podczas ceremonii powitalnej do władz Filipin, 16 stycznia br.).

„Bądźcie blisko tych, którzy, żyjąc w społeczeństwie obciążonym ubóstwem i korupcją, są załamani duchowo, kuszeni, by z wszystkiego zrezygnować, porzucić szkołę i żyć na ulicy. Głoście piękno i prawdę orędzia chrześcijańskiego w społeczeństwie kuszonym bałamutnymi wizjami seksualności, małżeństwa i rodziny. Jak wiecie, kwestie te są poddawane coraz silniejszym atakom potężnych sił, które grożą zniekształceniem Bożego planu stworzenia i zdradą prawdziwych wartości, stanowiących inspirację i kształtujących to wszystko, co najlepsze w waszej kulturze” (homilia do duchowieństwa w katedrze w Manili, 16 stycznia br.).

„Wielkim zagrożeniem dla planu Bożego wobec nas jest i zawsze było kłamstwo. Diabeł jest ojcem kłamstwa. Często ukrywa on sidła za pozorami wytworności, urokami bycia «nowoczesnymi», «jak wszyscy». Rozprasza nas powabami ulotnych przyjemności, powierzchownych rozrywek. W ten sposób trwonimy otrzymane od Boga dary, bawiąc się gadżetami; marnotrawimy nasze pieniądze na hazard i picie; zamykamy się w sobie. Zapominamy, by nadal koncentrować się na sprawach, które naprawdę się liczą” (homilia podczas Mszy św. w Rizal Park w Manili, 18 stycznia br.).

Na tej Mszy św. pobito „rekord” wielkości zgromadzenia liturgicznego z 1995 r., kiedy to we Mszy z okazji ŚDM w Manili uczestniczyło 5 mln osób. Tym razem parku Rizal w Manili uczestniczyło w Eucharystii, mimo nieustannie padającego deszczu, 6 mln osób.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przew. Konferencji Rektorów: Homoseksualista nie zostanie przyjęty do seminarium

2019-09-19 08:41

KAI

– Kryteria Kościoła są tu bardzo jasne. Dokumenty Stolicy Apostolskiej mówią, że jeśli ktoś ma głęboko zakorzenione skłonności homoseksualne, to nie powinien być w seminarium – powiedział KAI ks. Wojciech Wójtowicz, przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych. Rektor WSD w Koszalinie wyjaśnia na czym będą polegać wprowadzane obecnie reformy kształcenia przyszłych kapłanów, m. in. rok propedeutyczny. Jest świadom kryzysu powołań kapłańskich i analizuje jego przyczyny.

Graziako
Marcin Przeciszewski (KAI): Czy możemy mówić o kryzysie powołań kapłańskich w Polsce?

Ks. Wojciech Wójtowicz: Faktycznie, w gronie rektorów seminariów duchownych odczuwamy obawy w związku z malejącą ilością powołań. Dwa lata temu w wywiadzie dla KAI zdystansowałem się wobec kategorii „kryzys” . Dziś mówię odważniej: mamy w Polsce kryzys liczebny powołań kapłańskich. W różnym jednak stopniu dotyka on nasze diecezje i wspólnoty, bowiem tu i ówdzie sytuacja jest bardziej optymistyczna, a prezbiterzy wykonują zadania, które swobodnie można byłoby powierzyć także osobom świeckim.

KAI: Jakie są przyczyny tego kryzysu? Czy generują go nagłaśniane ostatnio skandale molestowania osób małoletnich przez księży?

– Skandale to tylko jeden z faktorów wpływających na stan powołań. Nie bez znaczenia pozostaje ich oddźwięk medialny. O ile słuszna krytyka nadużyć może wspomóc procesy oczyszczenia, o tyle natarczywe i celowe eksponowanie tylko złych stron, zasiewa pośród rozeznających powołanie zwątpienie oraz dystans. Z trudem bowiem poświęca się życie dla wartości, które w przestrzeni publicznej stają się przedmiotem ciągłego ataku czy złośliwej ironii.

Wspomniany kryzys jest jednak zjawiskiem o wiele szerszym. Najpierw stoi za nim słaba demografia. Po wtóre, także sytuacja rodzin. To pewien paradoks, ale w katolickiej Polsce decyzja o kapłaństwie coraz częściej kontestowana jest przez najbliższych. Zdarza się, że kandydat znajduje uznanie w grupie niewierzących rówieśników, podczas gdy rodzina sprzeciwia się jego wyborowi. Jedni, w domach gdzie nie praktykuje się wiary, przekonują że nie warto w ten sposób tracić życia. Inni, wywodzący się z tzw. wysokich sfer życia społecznego, narzucają dzieciom drogę lepszej „kariery”. To prawdziwa walka duchowa, pośrodku której młodym czasem brakuje sił.

Podziwiam tych, którzy mimo to się decydują. Dawniej ksiądz cieszył się dużym kredytem społecznego zaufania. Dziś jesteśmy świadkami upadku tego modelu, z czym wiąże się jednak duża szansa, czy wręcz łaska. Każe ona nie oczekiwać dłużej na respekt z automatu, a stanowi zaproszenie do życia wiarygodną, kapłańską miłością pasterza.

KAI: Przed laty do seminariów wstępowała głównie młodzież wiejska, dziś jest inaczej?

– Najwięcej powołań to kandydaci pochodzący z miast. Wielu wywodzi się z grona ministrantów bądź ze wspólnot i ruchów kościelnych. Rośnie grupa kandydatów przychodzących do seminarium w wieku późniejszym, często już po studiach. Nie w każdym wypadku oznacza to większą dojrzałość. Kondycja młodego pokolenia jest bowiem dziś tak mocno nadwątlona, że niektórzy badacze proponują przesunięcie progu pełnej męskiej dojrzałości nawet do wieku 35 lat. Widać to tak pośród powołanych do kapłaństwa, jak i wśród rozważających decyzję o małżeństwie.

KAI: A czy polskie seminaria są przygotowane do odpowiedzi na te nowe wyzwania?

– Ostatnia dekada przyniosła sporo pozytywnych zmian w formacji. Wiele środowisk szuka nowych dróg. Opierając się na fundamencie wiary i Ewangelii, chcemy także słuchać, co do powiedzenia nam mają szeroko pojęte nauki o człowieku.

Nowe szanse niesie ze sobą także dobre i odpowiedzialne przepracowanie sytuacji kryzysowych. Wspominane już nadużycia uwrażliwiają nas w aspekcie pracy nad dojrzałością ludzką i rodzą konieczność mądrej weryfikacji dotychczasowych modeli. W tym względzie warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze trzy dekady temu, nie tylko w Kościele, ale w całym społeczeństwie, niektóre aspekty ludzkiej seksualności obciążone były potężnym tabu. Otwarcie kwestii zeszło się jednak w czasie ze zjawiskiem silnej erotyzacji kultury i mediów. Dziś to w życiu wielu mężczyzn obszar wielkiej walki o wolność, stąd oczywistym jest, że w sferze psychopedagogicznej w seminariach musi dokonywać się ogromna praca.

KAI: Jak ona wygląda? Chodzi mi szczególnie o kształtowanie dojrzałości w dziedzinie seksualnej.

– Podzielę się doświadczeniem mojego, koszalińskiego środowiska. Korzystamy z szansy, jaką stanowi rok wstępny. W zespole ludzi pracujących na tzw. propedeutyku (rok propedeutyczny) jest ojciec rodziny, doktor nauk medycznych kilku specjalizacji, także tej z seksuologii, który prowadzi zajęcia nt. dojrzałej, wolnej od uzależnień męskości. Mamy też panią psychiatrę, matkę rodziny, która prowadzi warsztaty o różnicach w przeżywaniu płciowości, w sposobach komunikowania się, ucząc tym samym odpowiedzialnych relacji z kobietami. Prowadzone są też warsztaty rozwoju osobowościowego o znacznie szerszym charakterze. Tematyka ta powraca jednak stale, w ciągu całej formacji.

Bywa, że alumni muszą skorzystać ze specjalistycznej terapii. I to nie tylko na polu zmagania się z własną męskością czy czystością (wstrzemięźliwością seksualną), ale także w innych sferach. Szukamy więc pomocy psychologów, lekarzy, słowem kompetentnych ludzi.

KAI: Mówi Ksiądz o warsztatach dotyczących relacji księdza z kobietami. Jak młody ksiądz powinien zachowywać się wobec kobiet, szczególnie tych młodych, przez które często jest adorowany?

– Gdzie Duch Pański tam wolność, więc znakiem dojrzewania będzie serce coraz bardziej spokojne. Drugim, zasadniczym kryterium budowania relacji księdza i kobiety, nie tracąc nic z tożsamości prezbitera, jest zdolność do postawienia się w roli ojca albo brata, bez sztucznej pozy i kokieterii, a kiedy indziej, w odniesieniu do kobiet starszych, także syna. Jest to wyzwanie, do którego stale się dorasta, także przez wyciąganie wniosków z popełnianych błędów.

KAI: Stale powraca pytanie czy możliwa jest przyjaźń między kobietą a duchownym? Wspomnijmy chociażby św. Franciszka i św. Klarę.

– Oboje świętych cechowała wielka wolność duchowa. Już wcześniej, mówiąc za św. Pawłem, wszystko co dokonywało się w ich życiu poza Chrystusem uznali za śmieci. Warunkiem „sine qua non” jest więc najpierw mocne trwanie przy Chrystusie. Drugi warunek to dojrzała osobowość. W nawiązywaniu relacji między kapłanem a kobietą potrzeba dużo jasności. Niezbędny jest transparentny komunikat, na jakich zasadach opierają się te relacje i jakie są granice, których nie można przekroczyć.

KAI: Podejmijmy temat homoseksualizmu pośród kandydatów do kapłaństwa. Dzisiaj jest to ważny problem, poczynając od decyzji o przyjęciu do seminarium duchownego.

– Kryteria Kościoła są tu bardzo jasne. Dokumenty Stolicy Apostolskiej mówią, że jeśli ktoś ma głęboko zakorzenione skłonności homoseksualne, to nie powinien być w seminarium.

REKLAMA

KAI: Zgoda, ale co to znaczy „głęboko zakorzenione”?

– Przywołam tych psychologów i seksuologów, którzy uważają, że praktyki natury homoseksualnej, które nie są jednorazowe i wykraczają poza ramy incydentalnego, niechcianego czy nieoczekiwanego zdarzenia, to pierwszy, mocny argument do uznania skłonności za „głęboko zakorzenioną”. Wstępnym kryterium oceny stają się więc mechanizmy utrwalenia. To głos, z którym moim zdaniem należy się bardzo mocno liczyć. Jako przełożeni, z jednej strony wysoce roztropni, a z drugiej wolni od jakichkolwiek fobii, w ocenie takich przypadków liczymy na pomoc i diagnozę specjalistów szanujących fundamenty chrześcijańskiej antropologii.

KAI: Ale jeśli na furtę zgłosi się człowiek o utrwalonej tendencji homoseksualnej, a przekonany o autentycznym powołaniu… Co wtedy?

– Doświadczenie przekonuje, że osoby o utrwalonej tendencji homoseksualnej, potwierdzonej praktyką, nie są zdolne do życia w celibacie. Inaczej, gdy chodzi o osoby mające lęki, dylematy czy napięcia w tej sferze, zwłaszcza w okresie rozwojowym, na etapie dojrzewania do pełnej identyfikacji.

Nie ma wątpliwości, że takie kwestie powinny zostać podjęte już na wstępnym etapie rozeznawania powołania, w szczerej, pełnej szacunku rozmowie rektora i kandydata. Pamiętamy też o jasnym głosie papieża Franciszka, który często podkreśla, że droga powołania do kapłaństwa i życia w celibacie nie jest drogą dla osób homoseksualnych. Ufam, że aktualnie w naszych seminariach żaden formator ani kierownik duchowy nie zamyka tych dylematów w formie konkluzji „poczekamy, zobaczymy” albo „przemódl to”, choć z pewnością i czas, a tym bardziej modlitwa, są niezbędnymi elementami procesu rozeznania.

KAI: Skoncentrujmy się na formacji seminaryjnej w szerszym wymiarze. Uczestniczył Ksiądz w pracach komisji i zespołów przygotowujących polską wersję „Ratio institutionis sacerdotalis”, czyli nowych zasad formacji do kapłaństwa. Co – zdaniem Księdza – należy szczególnie docenić w reformach, które ma przynieść ten dokument?

– Nowe „Ratio” podkreśla mocno znaczenie wymiaru kerygmatycznego na wszystkich etapach formacji. Nie ma kapłaństwa bez doświadczenia osobistego spotykania się z Jezusem Zbawicielem, z Chrystusem Kapłanem i Sługą. Pierwszy więc owoc dobrej formacji naszych alumnów to po prostu widoczna w ich życiu radość zbawionych. Ostatecznie chodzi o to, aby przyszli kapłani przynosili duchowe owoce, w jasny sposób komunikując sobą: to nie ja, to On – to Bóg. Drugi ważny aspekt dokumentu, to postulat seminarium, które formując do kapłaństwa hierarchicznego, nie kreuje tożsamości funkcyjnej, ale kształtuje mocno ducha służebności i chrześcijańskiego braterstwa; to także seminarium, w którym pierwszą troską nie jest przekaz reguł rządzących kościelnymi instytucjami, ale kształtowanie poczucia wspólnotowości. Tak rozumiana przestrzeń formacyjna przestaje być głównie systemem kontrolno-weryfikacyjnym, a staje się najpierw przestrzenią wielowymiarowego, osobistego rozwoju.

Mój biskup, gdy zostawałem rektorem, powiedział mi: pamiętaj, kapral wychowa z dużym prawdopodobieństwem drugiego kaprala; starszy brat i mistrz we wierze, choć to zdecydowanie trudniejsze, może wychować brata we wierze. Ten dokument próbuje oddać takiego właśnie ducha.

KAI: A druga część dokumentu, dotycząca studiów, tzw. „Ratio studiorum”?

– To przede wszystkim przegląd i weryfikacja treści wykładowych, ujednolicenie systemów, odciążenie niektórych środowisk od przerostu godzin dydaktycznych, mnożonych niekiedy z tytułu potrzeby zagwarantowania etatów pracownikom naukowym. To także nachylenie pastoralne całej dydaktyki i postulat otwartości młodych teologów na inne dziedziny nauki, które pozwalają w prawdzie i całej rozciągłości spojrzeć na świat.

KAI: Wróćmy do zasad wedle których kształtowany jest kandydat do kapłaństwa. Zacznijmy od roku propedeutycznego.

– Episkopat Polski już kilka lat temu podjął decyzję o wprowadzeniu roku propedeutycznego w formie przewidzianej przez Stolicę Apostolską, ale wymóg ten wciąż rodzi wiele obaw, a nawet pytań o samą zasadność takiego projektu. Wszystkie seminaria zakonne od dawna mają nowicjaty. W diecezjach wielu martwi się jednak, że wydłużenie formacji o rok będzie odstraszało kandydatów. Na dziś nie znamy ani jednego takiego przypadku. Ostatnio mówi się o małej ilości kleryków, ale temu można akurat zaradzić organizując formację propedeutyczną np. dla wszystkich seminariów metropolii. Rok wstępny, poza główną siedzibą seminarium i poza tokiem studiów sześcioletnich, został do tej pory ustanowiony tylko w kilku diecezjach: w Koszalinie, Katowicach, a ostatnio w Poznaniu, Łodzi i Gnieźnie. Formatorzy zgodnie dostrzegają jego dużą wartość.

KAI: Na czym więc polega walor tej propozycji?

– Jest to czas pogłębionego rozeznawania decyzji i położenia solidnych, kerygmatycznych podwalin pod życie duchowe. To pierwsze kroki na drodze ascezy i metodycznej, regularnej pracy nad sobą. Nasi klerycy rozpoczynają formację jako uczestnicy rekolekcji ewangelizacyjnych, a na koniec roku udają się na ignacjański fundament. Potem chodzi także o wspominane już przeżywanie siebie w człowieczeństwie, również poprzez zaangażowanie w formy wolontariatu czy pracy hospicyjnej. Dalej, to również wzmocnienie szans edukacyjnych, wyrównanie wiedzy katechizmowej czy integracja wewnątrz rocznika, na razie bez szerokich odniesień do reszty seminaryjnych kolegów.

Osobiście, za duży walor roku propedeutycznego uznaję progresywność proponowanej w jego trakcie formacji. Jest to „rok pomostowy” pomiędzy światem z jakiego przychodzą kandydaci, a codziennym życiem seminaryjnym. Wyobraźmy sobie młodego człowieka, który od dzieciństwa spędza wiele godzin z komórką, telewizorem bądź z komputerem. Kiedy będzie on gotów do wieczornej, seminaryjnej ciszy, tzw. silentium sacrum? Z naszych doświadczeń wynika, że klerycy bez udawania wchodzą w ciszę dopiero po 3 – 4 miesiącach. Tyle czasu potrzeba im na wyjście ze świata szumów i interioryzację, usensownienie tej praktyki. Jeszcze inna sprawa, to w ogóle zasady roztropnego korzystania ze środków komunikacji. Podobnie z życiem modlitwy. Nie wkładamy im od razu brewiarza w dłonie, choć niekiedy się tego dopominają. Zaczynamy od nauki prowadzenia wspólnotowego pacierza. I wcale nie jest oczywiste, że dobrze go znają choćby ci, którzy formowali się w różnych grupach. Zamiast porannej medytacji, najpierw proponujemy lekcje ogólnego zapoznania się z Biblią i kilkanaście godzin warsztatu „lectio divina”. Potem moderator przez kilka tygodni prowadzi tzw. rozmyślanie głośne. Krok po kroku, cierpliwie, ku formom, które są w macierzystym seminarium.

Inny ważny aspekt tego etapu, to atmosfera domu, ważna zwłaszcza wtedy, gdy samo już słowo „dom” było obciążone negatywnymi uczuciami. Idzie o odkrycie piękna życia wspólnotowego i czerpanie z tego radości. W naszym domu klerycy uczą się także gotowania i troski o estetykę codziennego życia. W mojej diecezji to niezmiernie ważne, bowiem większość proboszczów nie może pozwolić sobie na zatrudnienie kogokolwiek do prac na plebanii. Czasem to także szkoła mycia podłogi, prania skarpetek czy krojenia chleba, bo w domu była mama… Na tę naukę jest czas, choćby dlatego, że nie ma jeszcze tylu obowiązków związanych ze studiami.

KAI: Nowe „Ratio Fundamentalis” nie tyle mówi już o wymiarach formacji ludzkiej, intelektualnej, co o etapach formacyjnych. Proszę je scharakteryzować.

– Kolejnym etapem jest „stawanie się uczniem Chrystusa”. Franciszek powtarza: zanim staniesz się misjonarzem, najpierw bądź uczniem Chrystusa. Zanim wystąpisz jako Kościół nauczający, naucz się być Kościołem słuchającym. Dwa lata tego okresu, zbiegające się z formacją filozoficzno-humanistyczną, to droga przejścia od subiektywnej, indywidualistycznej wizji kapłaństwa do doświadczenia wybrania przez niezasłużoną łaskę i miłosierdzie.

Następnym jest etap „upodobnienia się do Chrystusa”. Zajmuje on kolejne trzy lata. Wzniosła zasada teologiczna mówi nam, że kapłan ma być „alter Christus” (drugim Chrystusem). Etap ten to zatem czas uczenia się miłości służebnej i nabywania gotowości do dźwigania krzyża, aby posłusznie pójść za Barankiem, dokądkolwiek idzie. Źle pojęta kategoria „alter Christus” może tymczasem przysłużyć się do kształtowania w duchu klerykalizmu. Powołany powinien więc odkryć, że sam z siebie nie jest nikim wyjątkowym, ale niepojęta jest Jezusowa łaska, którą przynosi i dlatego szczególne jest jego powołanie.

W końcu następuje formacja do bycia „misjonarzem”. Jest to etap o charakterze pastoralnym, kiedy alumn przygotowuje się do zadań duszpasterskich, przejmując stopniowo odpowiedzialność za wspólnotę. Dzieje się to na szóstym roku formacji, gdy przychodzi także pora na ewaluację dotychczasowej wędrówki i na decyzje o święceniach.

Wszystkim tym etapom towarzyszą różne praktyki. Odbywane są one w hospicjach, więzieniach, domach pomocy, na oazach i pielgrzymkach. Klerycy zdobywają także doświadczenia w ramach różnych dzieł ewangelizacyjnych i praktyk katechetycznych. Słowem wszędzie tam, gdzie będą potrzebni jako kapłani.

KAI: A czy duży jest odsiew kleryków podczas formacji?

– Różnie bywa, w niektórych seminariach 40%, a w innych nawet 60%. Większość z występujących rezygnuje sama. Czasem jednak decyzję muszą podjąć przełożeni.

KAI: W oparciu o jakie kryteria?

– Stara tradycja Kościoła mówiła o trzech „s”, w postaci wymogów stawianych kandydatom do święceń: sanus, sapiens i sanctus (zdrowy, mądry i święty). Są one wciąż aktualne, aczkolwiek brzmią być może nieco patetycznie czy idealistycznie. Urzeczywistniają się one w procesie, który w życiu kapłana ma trwać do grobowej deski. Pokusą dla nas, formatorów, może być oczywiście chęć natychmiastowej oceny alumnów według wysokich miar. Nigdy jednak nie będziemy w stanie stwierdzić ostatecznie, na ile wielkie ideały urzeczywistniają się w życiu kleryka. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że badamy raczej poziom szczerości i stan gotowości do wyruszenia w drogę.

Jeśli alumn zgłasza się z problemami albo diagnozuje je sama wspólnota, otrzymuje szansę wzrostu na drodze towarzyszenia duchowego, kolokwiów formacyjnych, czy w końcu poprzez skorzystanie z pomocniczych wobec formacji narzędzi psychologicznych. Podstawową płaszczyzną, na której dokonuje się proces decyzyjny, jest jednak płaszczyzna wiary i modlitwy.

Gdy brak aspiracji albo środki zaradcze nie przynoszą skutku, wówczas podejmowana jest decyzja, że trzeba odejść. Ostateczną decyzję o dopuszczeniu do święceń podejmuje biskup, ale na wcześniejszych etapach olbrzymia odpowiedzialność spoczywa na osobie rektora i całego zarządu seminarium.

Decyzje co do święceń zawsze związane są z ryzykiem. Dlatego podejmujemy je z bojaźnią i drżeniem. Znane są przypadki ryzyka na korzyść kandydata, ryzyka wręcz błogosławionego. Tak było w przypadku ks. Jerzego Popiełuszki, który został wyświęcony dzięki osobistej decyzji kard. Stefana Wyszyńskiego, wbrew bardzo dużemu sceptycyzmowi formatorów.

KAI: Nowym fenomenem w Polsce jest stosunkowo duża ilość rezygnacji z kapłaństwa, już po święceniach. Czym można go tłumaczyć i jakoś mu zaradzać?

– Każde odejście, to indywidualna historia, na którą trzeba spoglądać w duchu pokory i wrażliwości wobec skomplikowania ludzkich losów. Poważny niepokój budzi jednak ostentacyjny styl tychże odejść. Pojawiają się tacy ich świadkowie, którzy występując w roli kibiców i oklaskując rezygnację, wydają się podśpiewywać „nic się nie stało, katolicy, nic się nie stało”. Tymczasem – mówię to najpierw z pozycji doświadczenia własnych słabości – każda niewierność to rana na Chrystusowym Ciele, a jej początkiem bardzo często bywa kryzys wiary i załamanie się osobistej relacji z Bogiem. To wskutek jej braku kapłan traci najgłębszą motywację, która daje mu siłę do konfrontacji z trudnościami jakie napotyka. Złamany celibat, różne formy ucieczki, niechęć czy brak odwagi w poszukiwaniu pomocy, to nierzadko tylko symptomy o wiele głębszych problemów.

Pośród środków zaradczych warto wskazać na konieczność uczenia alumnów gotowości do ofiary. Ta zaś jest kategorią niepopularną w dzisiejszym świecie. Tymczasem nie ma chrześcijaństwa bez drogi paschalnej, nie ma kapłaństwa bez ofiary. Brak ducha ofiary skutkuje w każdym z nas nową, selfistyczną religijnością, w której najważniejszą rolę pełni własne „ja” i jego potrzeby.

KAI: Jaka więc winna być tożsamość kapłańska dziś, w tym świecie, który nas otacza?

– Jej kształt wskazują ostatni papieże. Pierwsza sprawa to pokora i duch służebności. Po drugie, będąc człowiekiem wyraźnej ortodoksji, kapłan powinien być człowiekiem słuchania i dialogu. To duże wyzwanie. Zdarzają się bowiem ortodoksi miewający tendencje fundamentalistyczne, niezdolni do wysłuchania inaczej myślących. Z kolei ci, którzy chętnie dialogują, zapominają niekiedy o fundamencie jasnej tożsamości katolickiej. Pięknie byłoby obie te wartości w sobie zintegrować. Żywym ich przykładem był św. Jan Paweł II: otwarty na świat, a jednocześnie mocno zakorzeniony w żywej Ewangelii Jezusa Chrystusa. Wciąż aktualne jest też wezwanie Benedykta XVI, aby kapłan był przede wszystkim specjalistą od Boga: nie od polityki czy ekonomii. Wierni nie cierpią, gdy wkraczamy w nie swoje obszary kompetencyjne. Trzeci zaś element, to Franciszkowy apel o kapłana gotowego by pójść na peryferie, na spotkanie udręczonej ludzkości, zdolnego do umywania nóg braciom.

Nie zapominajmy jednak, że absolwent seminarium nie jest „gotowym produktem”. Formacja jego tożsamości po zakończeniu studiów zmienia styl, ale się nie kończy. Wiele zależeć będzie od przełożonych, do których trafi po święceniach. Niezmiernie ważni dla jego wzrostu będą też mądrze krytyczni i wspierający go pięknym świadectwem oraz modlitwą świeccy.

KAI: Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Grand Prix Wielkiej Brytanii. Madsen najlepszy, Zmarzlik blisko złota

2019-09-21 22:02

Maciej Orman


Canal+

Leon Madsen wygrał w sobotę 21 września Grand Prix Wielkiej Brytanii w Cardiff. W swoim debiucie na najkrótszym torze całego cyklu (272 m długości) Duńczyk zdobył 17 punktów. Z takim samym wynikiem na drugim miejscu zawody ukończył Emil Sajfutdinow. Trzeci, z 15 punktami, był Bartosz Zmarzlik. Polak przed ostatnią rundą ma 7 oczek przewagi nad Rosjaninem i 9 nad Duńczykiem.

Madsen zaczął zawody od zdobycia 1 punktu, przegrywając w 2. wyścigu z Maciejem Janowskim i niespodziewanie z jadącym z dziką kartą Brytyjczykiem Charlesem Wright'em.

W 6. biegu Duńczyk upadł na tor na wyjściu z pierwszego łuku, trącony deflektorem przez Martina Vaculika. Sędzia wykluczył Słowaka z powtórki wyścigu, którą wygrał Fredrik Lindgren przed Madsenem i Sajfutdinowem.

W 9. biegu Brytyjczyk Robert Lambert, ku uciesze miejscowych kibiców, wygrał z Madsenem walkę o 3 punkty.

Duńczyk pojechał popisowo w 19. gonitwie. Przegrał start z Doylem, ale rozpędził się mocno na zewnętrznej i na drugim łuku wjechał piką przed Australijczyka.

Madsen wygrał też pewnie pierwszy półfinał. W finale puścił sprzęgło chwilę przed zwolnieniem taśmy startowej, ale sędzia nie zareagował. Duńczyk wysunął się pod bandę, gdzie nabrał prędkości i mógł cieszyć się ze zwycięstwa.

Jako jedyny z czwórki Polaków w półfinale pojechał Bartosz Zmarzlik. Maciejowi Janowskiemu zabrakło do awansu 1 punktu (zdobył 7 oczek i był 9.). Słabo zaprezentowali się Patryk Dudek (3 punkty, 15. miejsce) i Janusz Kołodziej, który z 1 punktem był ostatni.

W klasyfikacji generalnej Grand Prix ze 118 punktami prowadzi Bartosz Zmarzlik. Drugi jest Emil Sajfutdinow (111 punktów), a trzeci Duńczyk Leon Madsen (109). Jeżeli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to 5 października w Toruniu Zmarzlik zostanie mistrzem świata.

Wyniki Grand Prix w Cardiff

1. Leon Madsen (Dania) – 17 (1,2,2,3,3,3,3)

2. Emil Sajfutdinow (Rosja) – 17 (3,1,3,3,3,2,2)

3. Bartosz Zmarzlik (Polska) – 15 (1,3,3,1,3,3,1)

4. Jason Doyle (Australia) – 13 (2,3,2,2,2,2,0)

5. Fredrik Lindgren (Szwecja) – 11 (2,3,2,1,3,0)

6. Antonio Lindbaeck (Szwecja) – 9 (3,0,1,3,2,0)

7. Martin Vaculik (Słowacja) – 9 (0,w,3,3,2,1)

8. Matej Zagar (Słowenia) – 9 (1,2,1,2,2,1)

9. Maciej Janowski (Polska) – 7 (3,2,1,0,1)

10. Artiom Łaguta (Rosja) – 6 (3,3,0,0,0)

11. Robert Lambert (Wielka Brytania) – 6 (1,0,3,2,0)

12. Charles Wright (Wielka Brytania) – 5 (2,2,0,0,1)

13. Tai Woffinden (Wielka Brytania) – 5 (w,1,2,2,0)

14. Niels Kristian Iversen (Dania) – 5 (2,1,0,1,1)

15. Patryk Dudek (Polska) – 3 (0,1,1,0,1)

16. Janusz Kołodziej (Polska) – 1 (0,0,0,1,0)

17. Daniel King (Wielka Brytania) – ns

18. Chris Harris (Wielka Brytania) – ns

Maciej Orman

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem