Reklama

Wiara

3 maja 1916 - preludium „upragnionej wolności”

Siła, którą wyzwoliły obchody 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja – podobnie jak wiele lat później pierwsza wizyta Ojca Świętego w Ojczyźnie – to ważny krok w marszu ku Niepodległej. To były momenty wielkich zwycięstw ducha wolności i jedności naszych rodaków, które kruszyły kajdany niewoli

2018-04-25 11:29

Niedziela Ogólnopolska 17/2018, str. 16-17

[ TEMATY ]

historia

Wikipedia

Jan Matejko, „Konstytucja 3 maja 1791 roku”

Wielka wojna dobiegała właśnie swojego półmetka. Nic jeszcze nie było rozstrzygnięte, wszystko było możliwe. Ziemie polskie od roku znajdowały się pod okupacją niemiecką i austro-węgierską, która dla wielu Polaków oznaczała poważne braki aprowizacyjne, rekwizycje i bezwzględną eksploatację ekonomicznych zasobów kraju na potrzeby wojskowe. Żołnierze Polacy w mundurach państw zaborczych i legioniści krwawili się na polach bitew w bojach z Rosjanami, nie mając żadnej pewności, jaka będzie przyszłość. Komendant i brygadier Józef Piłsudski rozpoczął grę z państwami centralnymi, a Roman Dmowski od kilku miesięcy przebywał już na Zachodzie, gdzie obmyślał strategię związania sprawy polskiej z państwami ententy. Na arenie międzynarodowej, przed Aktem 5 listopada dwóch cesarzy, sprawa polska nie istniała jeszcze jako problem międzynarodowy.

W takiej sytuacji doszło do wydarzenia, które pozwoliło Polakom na publiczne wyrażenie prawdziwych aspiracji narodu, a okupantom uświadomiło, jakie wartości są mu bliskie i jaką siłę stanowią zjednoczeni wokół nich. Tym wydarzeniem były obchody 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja, wcześniej zabronione przez Rosjan. W nowych warunkach, kiedy państwa centralne zaczęły odczuwać poważne wyczerpywanie rezerw ludzkich – nie tylko w szeregach armii, również w gospodarce – zasoby ludzkie wśród Polaków stawały się coraz bardziej cenne dla obu okupantów. Polityka ustępstw wobec Polaków neutralizowała uciążliwości dnia codziennego, a poza tym mogła być narzędziem pozyskiwania sobie ich przychylności, zwłaszcza elit, które skłaniało ich do współpracy z państwami centralnymi. Tym bardziej że niektóre kręgi środowisk aktywistycznych, czyli optujących za oparciem się na państwach centralnych, były gotowe „pójść z diabłem”, byleby budować zręby polskiej państwowości u ich boku, licząc, że to, co zdobędzie się w czasie wojny, przetrwa bez względu na jej wynik. Poza tym obchody 3 maja mogły skutecznie podsycać antyrosyjskie resentymenty i kreować pożądany przez okupantów wizerunek na arenie międzynarodowej.

Wielka manifestacja patriotyzmu w stolicy

Tym razem to Niemcy w stolicy wykazali się skuteczniejsi w walce o popularność wśród Polaków niż okupacyjne władze austriackie w Lublinie, które początkowo odmawiały publicznych obchodów rocznicy, powołując się na oficjalne informacje niemieckich sojuszników. Zezwolono jedynie na zorganizowanie nabożeństw okolicznościowych w kościołach, ale bez udziału członków władz okupacyjnych. Zabroniono natomiast pochodów, manifestacji publicznych i wygłaszania mów publicznych. Zgodzono się też z okazji święta na zamknięcie szkół, biur, urzędów i sklepów oraz ozdobienie ich polskimi i austriackimi flagami.

Reklama

Tymczasem w Warszawie najpierw rano delegacja studentów z uniwersytetu odsłoniła na ruinach kaplicy Opatrzności Bożej w Ogrodzie Botanicznym tablicę pamiątkową ku czci konstytucji, nawiązując do idei budowy wotum podjętej przez obrońców Ustawy zasadniczej w pierwszą rocznicę jej uchwalenia w 1792 r. W ratuszu odbyło się uroczyste posiedzenie Rady Miasta, w czasie którego głos zabrał prezydent Zdzisław Lubomirski. Powiedział: „Dajmy dziś wyraz głęboko utajonym uczuciom. Naród cały w swej zbiorowej woli stoi niezłomnie przy spełnieniu swych narodowych dążeń”. Zaplanowany pochód ulicami miasta poprzedziła uroczysta Msza św., a później na placu Zamkowym, który po krwawej rozprawie z manifestantami przed powstaniem styczniowym przez Rosjan był miejscem uświęconym polską krwią – sformułował się liczny, szacowany na 250-300 tys. osób pochód. Abp Aleksander Kakowski wspominał po latach: „Z katedry wyruszył pochód, w którym wzięła udział niemal cała Warszawa. Tak olbrzymiego pochodu w Warszawie dotąd nie było i bodaj nigdy nie będzie”. W pochodzie szli przedstawiciele wszystkich grup społecznych i zawodowych oraz różnych generacji, od uczniów po głośno fetowanych weteranów powstania 1863 r. Na trasie marszu z okien, balkonów i dachów licznie zebrani mieszkańcy pozdrawiali manifestantów. Generał-gubernator warszawski Hans von Beseler, który obserwował pochód z okien Belwederu, napisał do żony: „Dziś wspaniałym pochodem Polacy świętowali rocznicę uchwalenia konstytucji z 1791 r. – czysta przyjemność, ale przez udzielone przez nas pozwolenia mające duże znaczenie polityczne. Austriacy (...) szaleli ze złości z powodu naszej dobroduszności”. Porządku w mieście pilnowała utworzona straż obywatelska, a w gotowości czuwały wozy pogotowia ratunkowego. Po południu i wieczorem odbywały się w całym mieście odczyty, wykłady, koncerty, wystawiano sztuki teatralne, a w filharmonii zorganizowano akademię. Na wieść o warszawskich obchodach w Lublinie odbył się „improwizowany pochód”. Do obchodów w Łodzi włączyli się przedstawiciele innych wyznań, ewangelicy i mariawici. Uroczysty charakter miały także obchody w Piotrkowie i Sosnowcu.

U Matki na Jasnej Górze

Częstochowa pod patronatem Jasnej Góry przygotowywała się do wielkiej uroczystości od dawna. Powstał nawet Komitet Główny Obchodu z ks. kan. Marianem Fulmanem na czele. Planowano tu, podobnie jak w stolicy, wielką manifestację narodową. W miejscowym dzienniku – „Gońcu Częstochowskim” na stronie tytułowej redakcja umieściła godło – polskiego białego orła w czerwonym otoku oraz teksty hymnu „Boże, coś Polskę” i chorału „Z dymem pożarów”. W wierszu zamieszczonym poniżej czytamy:

„Jeżeli Tobie, o Polsko bolesna,
Dano koronę z Chrystusowych cierni,
Jeśli Ci wiosna nie kwitnęła wczesna,
Budząc krzyk orła, dzwoniąc w tarcz Pogoni,
Jeśliś wszystko wycierpiała ninie
Na drodze ludów, w męce swojej samotnej,
I za to teraz, w tej cudu godzinie,
Wyjnijdziesz w słońcu na swój maj powrotny”.

Kilkutysięczny pochód, któremu towarzyszyły liczne tłumy mieszkańców, maszerował aleją Najświętszej Maryi Panny na plac przed Szczytem. Całe miasto tonęło w narodowych barwach. W czasie nabożeństwa przed Szczytem ks. Fulman wołał: „Niech żyje Polska! Niech żyje Kościół katolicki! Niech żyje wolność i wojsko polskie!”. Słowa kapłana podchwyciły tłumy niosące wizerunki Matki Bożej Częstochowskiej. Następnie po nabożeństwie pochód ruszył do alei, która dzisiaj nosi imię Henryka Sienkiewicza, gdzie uroczyście zasadzono dąb jako symbol „upragnionej wolności”. Drzewko otrzymało miano „Dębu wolności”. Rocznicę konstytucji w Częstochowie uczcili również godnie Polacy wyznania ewangelickiego i Żydzi, uczestnicząc w nabożeństwach i modłach w tamtejszych świątyniach i w synagodze.

Ku czci Królowej

W następnym roku polski Episkopat ogłosił oficjalnie dla całego kraju pierwszą niedzielę maja dniem poświęconym szczególnej czci Najświętszej Maryi Panny jako Królowej Korony Polskiej, z zaleceniem, by wiązanie tej uroczystości z wolnościowymi tradycjami narodu szło w parze z zachęcaniem wiernych do pracy nad odbudową niepodległej Ojczyzny. Warto pamiętać, że wcześniej carska cenzura nie pozwalała drukować w polskich modlitewnikach wydawanych w kraju tego tytułu, wpisanego za zgodą Stolicy Apostolskiej do Litanii Loretańskiej.

Kiedy wspomina się wydarzenia sprzed stu lat, zwłaszcza w Warszawie, niemalże automatycznie na myśl przychodzi wspomnienie pielgrzymek Jana Pawła II do Ojczyzny w czasach komunistycznych. W 1916 r. w dzienniku Marii Lubomirskiej, świadka wydarzeń, pojawił się znamienny wpis: „Przez cały czas obchodu Niemcy jakby zapadli się pod ziemię”. Podobne wrażenie towarzyszyło milionom wiernych witających Papieża Polaka w 1979 r. Polacy się policzyli i zaczęli powstawać z kolan, a o komunistach jakby nagle zapomniano. Siła, którą wyzwoliły obchody 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja – podobnie jak wiele lat później pierwsza wizyta Ojca Świętego w Ojczyźnie – to ważny krok w marszu ku Niepodległej. To były momenty wielkich zwycięstw ducha wolności i jedności naszych rodaków, które kruszyły kajdany niewoli.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamiętniki z Powstania Styczniowego, Ludomira Grzybowskiego

2020-01-22 14:52

[ TEMATY ]

historia

Powstanie Styczniowe

Archiwum rodzinne

Ludomir Grzybowski

…”Kiedy w roku 1861 rozpoczęły się manifestacje, byłem aplikantem sądowym w sądzie poprawczym. Podmuch do wspomnianych manifestacji, a w następstwie i zaburzeń w Polsce, przyszedł z zagranicy, o ile wiem, z Anglii.

Nie bawiłem się nigdy dyplomacją, więc nie znam powodów, jakie skłoniły Anglię do podniecenia umysłów, wzbudzenia nadziei, słowem do obudzenia patriotyzmu w narodzie (któren co prawda był uśpiony), a tym samym do wywołania zaburzeń wewnątrz państwa rosyjskiego; to tylko pewne, że tak było.

Na prowincji rozpoczęły się manifestacje śpiewaniem pieśni patriotycznych, jak: „Boże coś Polskę”, „Z dymem pożaru” itp., po kościołach, pod figurami, krzyżami etc. Następnie sprawieniem chorągwi do kościołów z godłami: Orła Białego w czerwonym polu, Pogoni w niebieskim. Dalej ubiorami polskimi, mianowicie czamarkami, konfederatkami, żupanami, a niekiedy i kontuszami. W końcu urządzano procesje na odpusta, z chorągwiami, obrazami pod przewodnictwem księży i z pieniem pieśni patriotycznych, do których to procesji należała tak zwana wyższa sfera. Było w tych pielgrzymkach odrobinę nabożeństwa a dużo profanacji, bo szli tacy, którzy w zwykłych warunkach nie byliby się chcieli pokazać, wobec zaś prądu patriotycznego wychodzili pierwsi, aby byli widziani, śpiewali najgłośniej aby byli słyszani, grozili najbardziej aby ich miano z najodważniejszych. Każden chciał się odznaczyć bo była pora ku temu, bo nikt za to nic nie mówił bo nikogo do żadnej odpowiedzialności nie pociągano.

W Warszawie zaś, zgromadzał się naród przed figurami świętych, statuami Matki Boskiej, na ulicach: Leszno, krakowskie Przedmieście, Stare Miasto i tam śpiewy i modły odprawiał…

Był naówczas namiestnikiem w Królestwie Polskim

z rezydencją w Warszawie książe Gorczakow i czy te obawy uważał za nic nieznaczące, czy traktował to jako zabawkę dziecinną, czy wreszcie z rozmysłem działając patrzał przez szpary aby późniejsze następstwa jakie zarządził były usprawiedliwione, dość że policja przeszkód żądnych nie czyniła. To pobłażanie władzy poczytał lud za obawę i dowód jej słabości, a podżegacze zapewniali zwycięstwo nad wojskiem niedostatecznym do zwalczenia ludności Warszawy. Jawnie więc zapowiedziano, że w dniu 25 lutego obchodzić będą rocznicę bitwy pod Grochowem. Władza zamiast zapobiec temu zbiegowisku, Rynek Starego Miasta, gdzie zapowiedziany był obchód, poleciła uprzątnąć ze wszystkich na nich będących straganów, zamieść i oczyścić. W oznaczonym dniu tj. 25 lutego z rana kilkaset osób wyszło na Pola Grochowskie i odśpiewawszy kilka pieśni narodowych spokojnie wrócili do miasta. Następnie przed wieczorem zebrały się tłumy naprzód na Rynek Starego Miasta a potem do kościoła Ducha Świętego. Po nabożeństwie wyszli procesjonalnie z pochodniami i chorągwiami o barwach narodowych, zamierzając przejść Krakowskie Przedmieście do kościoła Św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Lecz pochód ten został wstrzymany przez wojsko, przy czym doszło do krwawego starcia, bo dużo osób było mniej lub więcej rannych. Jeszcze przed manifestacjami za zezwoleniem Rządu utworzone było Towarzystwo Rolnicze, w skład którego wchodzili obywatele ziemscy a prezesem tego Towarzystwa był hr. Andrzej Zamoyski. W skutkiem zatrważających pogłosek, jakie rozeszły się po mieście, Andrzej hr. Zamoyski na czele zebranej deputacji udał się do Księcia Gorczakowa z przedstawieniem względniejszego obchodzenia się z rozgoryczonym ludem. Księże Gorczakow zaręczał, że nikt życia w tym starciu nie stracił i że nie będzie mściwym ale żadnych ustępstw nie myśli robić zbuntowanemu ludowi. Lecz nie dotrzymał obietnicy, bo w dwa dni potem oddał władze bezbronnemu ludowi a stało się to w sposób następujący.

Dnia 27 lutego w kościele oo. Karmelitów na Lesznie

pod pozorem pomodlenia się za poległych w starciu, o jakim wyżej była mowa, zebrała się masa różnorodnego ludu. Po modlitwie wyszli z kościoła i uszykowawszy się w czwórki, bez księży i śpiewów, ruszyli z zamiarem przejścia ulicą Długą na Krakowskie Przedmieście do Pałacu Namiestnikowskiego gdzie Towarzystwo Rolnicze odbywało swe posiedzenia, aby się z obradującymi połączyć. Książe Gorczakow wydał rozkaz, aby wojsko tj. kozacy i piechota zaczaili się kolo zamku i uderzyli na tłum przy wejściu ze Starego Miasta. Wtedy to nastąpiło groźniejsze od pierwszego starcie, bo kozacy bili i kaleczyli naród, a piechota sobą zagrodziła przejście przed gmachem dobroczynności. Lud bronił się , czym kto mógł, laskami, parasolkami a w końcu kamieniami. Piechota dała ognia z karabinów i położyła trupem pięciu. Po tej krwawej scenie tłumy rozbiegły się na wszystkie strony a wojsko zajęło stanowisko przed pałacem namiestnikowskim, aby nie dopuścić połączenia się z ludem obradującym członkom Towarzystwa Rolniczego. Lud porwał ciała pięciu poległych, nosił po ulicach i przeklinał zabójców, poprzysięgając zemstę. Książe namiestnik widząc, że głupstwo się stało, nie wiadomo, czy ze strachu wobec oznajmienia delegacji, dość groźnego, że lud zbroi się w noże i siekiery, czy dla braku dostatecznej, jak utrzymywano, załogi wojskowej, czy jak głoszono wskutek telegraficznego rozkazu z Petersburga, dość że nazajutrz po dniu niewinna krwią naznaczonym książe Gorczakow wydał proklamację do mieszkańców Warszawy, że policmajster, który w dniu 25 lutego napadł na lud, otrzymał dymisję, a jenerał, który w dniu 27 lutego nakazał strzelać do ludu, oddany pod sąd. Przy tym udziela pozwolenia pogrzebu poległych z tym, aby utworzyć straż obywatelską i z uczni szkół publicznych dla utrzymania w mieście porządku, bo ani policja, ani wojsko do czasu ukończenia pogrzebu nie pokaże się na ulicach.

Takim sposobem książe Gorczakow zrzekł się władzy, a obywatele tak miejscy, jak wiejscy oraz studenci jako konstable utrzymywali porządek.

Kiedy Wielki Książe Konstanty

przybył wraz z żoną na mieszkanie do Warszawy, nie był ani witany, ani przyjmowany tak jak powinno było być, wobec przybywającego nadawcy czy wskrzesiciela praw i swobód narodowych, bo Polacy już marzyli o czym innym, bo pragnęli zmiany panującego, bo chcieli mieć na tronie nie Moskala ale Polaka, bo chcieli mieć Polskę i Litwę i wszystkie kraje, jak za czasów Jagiełły. A że tego od razu stosowanie do życzenia nie otrzymali, więc utworzył się Rząd Narodowy, który wydawał proklamacje, rozporządzenia itp. Między innymi polecał odbierać od wszystkich dobrze myślących polaków przysięgę, która była bardzo krepująca, bo wymagała ślepego posłuszeństwa Rządowi Narodowemu, bo nie wykonanie jakiego bądź rozkazu, choćby on w własnym przekonaniu był zbrodnią, stanowiło złamanie przysięgi. Takie stawał się już krzywoprzysięzcą i mógł być skazany na karę śmierci. Przysięgający obowiązany był na każde wezwane Rządu Narodowego stawić się w miejsce oznaczone i stosownie do okoliczności chwycić za bron i walczyć do ostatniej kropli krwi, aż się wroga wytępi, czy tez iść inną drogą, tj. podstępem, chytrością etc., etc. I wobec rozbudzonych, roznamiętnionych uczuć narodowych, ile wiem, młodzież przysięgę wykonywała i gotowa była na każde skinienie iść na ofiarę, bo tego Rząd Narodowy wymagał.

Kto był ten Rząd Narodowy, gdzie jego siedlisko, kto wchodził w skład jego, czy odbywały się jakie gremialne posiedzenia, wspólne narady, czy tylko członkowie tego Rządu Narodowego, każden na swoją rękę, wedle swego widzimisię wydawał rozkazy i rozporządzenia, nic i nikomu nie było wiadomym. Przyłożona pieczęć z wyobrażeniem Orła Białego w czerwonym polu i Pogoni w niebieskim, z napisem: ”Rząd Narodowy”, stanowiło wszystko. A kto odebrawszy jaki bądź rozkaz z takim godłem takowego co do litery nie wykonał, już był zakwalifikowany na karę śmierci. I byli tak zwani sztyletnicy, którzy takie wyroki Rządu Narodowego wykonywali. Były znów losowania i na kogo padł taki los, bez względu na to co go czeka, musiał spełnić rozkaz, bo inaczej byłby zasztyletowany. Taki właśnie los spadł na niejakiego Jaroszyńskiego, aby zabił Wielkiego Księcia Konstantego.

Wielcy Księstwo Konstantowie

byli względnie sympatycznie usposobieni do Polaków. Chcieli zdaje się nawzajem, aby i Polacy opłacali się sympatią. Aby dać dowód jednoczenia się z Polakami, kiedy narodził im się syn w Warszawie, nadano mu imię Wacław. Chodzili i jeździli bez konwoju i straży, dając dowód ufności do Polaków. Ale to wszystko nic nie znaczyło, bo Polacy nie chcieli widzieć Moskala panującym i postanowili wszystkich wytępić. Otóż pewnego dnia, kiedy Wielki Książe wyszedł wraz z żoną, aby wsiąść do pojazdu, ów wylosowany Jaroszyński strzelił do niego z rewolweru. Kula utkwiła w szlifie, nie czyniąc żadnego obrażenia ciała. Jaroszyński został pojmany i osądzony jako królobójca na powieszenie. Strzelano również i do margrabiego, lecz margrabia po pierwszym chybionym strzale laską kilka razy uderzył owego śmiałka i ten ze strachu czy z bólu stracił tak przytomność, że więcej nie strzelał i policja go ujęła.

Po tych faktach Margrabia Wielopolski zarządził pobór do wojska(rozumie się ruskiego) wszystkich młodych ludzi, w mniemaniu zapewnie, że tym sposobem przetnie wszystkie wybryki. Z obawy, aby i mnie nie wzięli, wyjechałem na wieś do znajomych. W parę dni przyszła wiadomość, że Rząd Narodowy, przeciwdziałając rządowi ruskiemu, wydał rozkaz, aby wszyscy młodzi ludzie chwycili za bron i stanęli do walki przeciw wrogom. Niestety, cóż to za broń, trochę dubeltówek i kos, a co za żołnierze? Trochę urzędników, trochę uczni ze szkół, trochę szlachty, którzy pozabierali za sobą ekonomów, lokai i stangretów. A tu armia ruska wyćwiczona, umontowana, z zapewnieniem przebywania wszędzie, gdzie się podobało, czy po miastach, czy po wsiach, opatrzeni w odzież, żywność etc, etc. A Polacy nigdzie punktu oparcia, nigdzie miejsca swobodnego do jakiegoś zorganizowania się, bo niby w swoim kraju ale gorzej wychodziło jakby na obczyźnie, bo tu każden chłop był wróg i nie rzadko chłopi łapali powstańców i oddawali w ręce Moskali, a ile namnożyło się szpiegów, donosicieli etc. Wszystko to bowiem szło do przewagi, do siły, słowem, do mocniejszego.

Więc tedy wybuchło powstanie i były dwa rządy: ruski i tzw. Rząd Narodowy Polski, i obydwa wydawały rozporządzenia, rozumie się wprost sobie sprzeczne. Urzędnicy odbierali rozkazy od Rządu Narodowego z poleceniem wykonania takowych pod karą śmierci. Od rządu zaś ruskiego przeciwnie, z zagrożeniem dymisji i odpowiedzialności osobistej. I tak na przykład Rząd Narodowy wydał i rozesłał do wszystkich naczelników powiatu rozporządzenie, aby nakazali młodym ludziom zdolnym do noszenia broni stawić się do wojska polskiego formującego się w danym miejscu. Więc niektórzy naczelnicy przed odebraniem przeciwnego polecenia rządu ruskiego wydali do wójtów gmin w myśl tego odpowiednie rozkazy. Czytałem taki w oryginale okólnik naczelnika powiatu stepnickiego, aby „wszyscy młodzi ludzie chwycili za broń i stawili się pod sztandary polskie”.

Małogoszcz, licha bardzo mieścina, starodawnego typu budynki, przeważnie drewniane, zamieszkane przez mieszczan-rolników, a częścią i Żydów. Otoczone ze wszystkich stron lasami i górami. Samo zaś miasteczko rozpołożone w dolinie. Przybyliśmy w sobotę witani uroczyście, bo wyszła naprzeciw nam procesja z chorągwiami, obrazami. Księża na czele i mnóstwo ludu. Wprowadzeni tak do miasteczka rozlokowaliśmy się po domach, a Langiewicz ze sztabem zajął kwaterę na plebanii… Tam staliśmy dni kilka, nikt nas nie niepokoił. Odbywaliśmy musztry i ćwiczenia. Było nas tedy w Małogoszczu około pięciu tysięcy, zresztą sądzę, że nikt tego dokładnie nie wiedział, bo nie było godziny, aby bądź mniejsze oddziały, bądź pojedynczo nie przybywali. Nareszcie po tygodniowym postoju oznajmiono nam, że nazajutrz będzie bitwa, bo Moskale się zbliżają. Jakoż z rana zaczęto nas rozprowadzać na pozycje, ale tylkośmy wyszli z miasta, dały się słyszeć za nami strzały karabinów… Cały batalion nasz był uzbrojony w dubeltówki, które w najlepszym razie mogły szkodzić przeciwnikowi na 150 do 200 kroków. Moskale stali od nas na jakie 1500 do 2000 kroków, bo widzieliśmy ich i przedstawiali się oczom naszym jak jakieś punkciki małe i z tych punkcików wylatywało trochę dymu, a potem huk. Kule zaś ich karabinów nie tylko dochodziły do nas, ale przenosiły poza nasze pozycje… Stałem frontem zwrócony do nieprzyjaciela czekając na sposobność wystrzelenia choćby z jednej z lufy, kiedy naraz tak silnie zostałem w piersi uderzony, że zachwiałem się i na wznak upadłem. Doznałem takiego w całym ciele wstrząśnienia, że byłem pewny, iż kula przeszyła mnie na wylot, bo jednocześnie doznałem bólu w piersiach i krzyżu; ponieważ mimo to przytomności nie straciłem, począłem ręką po krzyżu szukać, czy nie ma otworu, którym by kula wyszła, a nieznalazłszy żadnej skazy w surducie podniosłem się, a trakcie też tym rozpoczął się odwrót vel rejterada. Przeszliśmy przez las, przez rzeczkę koło młyna „Bocheniec” zwanego i wydostali się na łąki i pola. Tuz za nami, jak spod ziemi wyrośli, zjawili się dragoni ruscy i poczęli rozwijać front, sposobią się widocznie do szarży…

Siedziałem w tej Rudzie Promnickiej jak mysz w pudle, a chociaż jeszcze o ruchach wojsk ruskich wiadomość od dworu do dworu nadchodziła, więc jak tylko dano znać, wynosiłem się w las i tam czasami całe dnie, a niekiedy i noce, przebywałem. Nie zawsze jednak mogli zdążyć wysłać ostrzeżenie, a czasami posłańcy byli chwytani, wtedy znienacka Moskale nadchodzili...Prawdopodobnie w tym razie tak się też stało, że jednej nocy rozbudzony hałasem i niezwykłym ruchem koło dworu, zerwałem się, a wyjrzawszy oknem, zobaczyłem cały dom dookoła otoczony wojskiem... Otworzono drzwi i wszedł oficer od piechoty z kilkoma żołnierzami. Zrobili rewizje w pokoju, a mnie kazano wstać, ubrać się, mówiąc, że jestem aresztowany…

Ledwieśmy się rozejrzeli po tym niby odwachu, a właściwie kozie, gdzie złodziei i włóczęgów trzymali, przyszedł oficer dyżurny z dwoma żołnierzami i zapytał: „Któren to Pan Grzybowski?”, a gdym się odezwał, mówi: ”Proszę do jenerała”. Poszedłem pod eskortą na pierwsze piętro i tam mnie wprowadzili do gabinetu. Oficer żołnierzy zostawił ze mną, a sam wyszedł. Niezadługo słyszę ostrogi i wszedł pan jenerał. Usiadł na fotelu i zwyczajnym głosem zaczął wypytywać, gdzie byłem, w których oddziałach, w jakich bitwach, jaka była organizacja: „Wszystko tu jest zapisane i tyś dawno powinien być jeśli nie na szubienicy, to na Syberii”. Na wszystko odpowiadałem i na każde pytanie wymijająco. W końcu mówię: „jako Polak musiałem i powinienem był iść walczyć, inaczej wszyscy by mną pogardzali, tak jak ja sam sobą. Powinien ekscelencja uwzględnić, bo inaczej zrobić nie mogłem”…

Jednego razu przyjechał zwierzchnik jenerała Czengierego, jenerał Bellegarde, wieszatiel, drugi tom Murawiewa, tylko w mniejszym stopniu, ale także dużo ludzi wyprawił na tamten świat. Otóż ten wieszatiel wraz z Czengierym i ze świtą zwiedzał więzienie i do każdego numeru zachodził. Zjawili się i u mnie. Tego dnia na obiad przynieśli mi na misce kapuśniak, a w nim kawałek mięsa nadzianego na patyk. Nie mogłem jeść, więc nietknięte stało, kiedy weszli, pierwszy Bellegarde, za nim Czengiery itd. Bellegarde podszedł do miski, zaczął mieszać łyżką i pyta po niemiecku: „Was is das?”. Nie ma odpowiedzi. Zwrócił się do Czengierego z zapytaniem: „Szto, eto Niemiec?”. Tamten odpowiada: ”Niet, Polak”. „A za szto on siedit?”. Czengiery mu recytuje: „Był snaczała w bandie, posle zanimałsja unistom knig narodnonasilenia, a na koniec ostał kakim-to komisarom ichnaho rządu”. Po takiej rekomendacji struchlałem i nic nie mówiłem. Bellegarde wpatrzył się we mnie i mówi: „A wy szto na eto?”. Powiadam: „Byłem w powstaniu, ale żądnym komisarzem ani żadnym urzędnikiem nie byłem”. Bellegarde mówi: ”Ja by wam sowiet prawdu gawarit”. Odwrócił się i poszli wszyscy…

Po pięciu miesiącach siedzenia w „sekretnym” kazali mnie ponownie odstawić do komisji śledczej, w której rezydował pułkownik Sorniew, kilku innych oficerów, a jako asesor prowadzący badanie był porucznik Kuliczkowski…. cdn.

CZYTAJ DALEJ

Komunikat gliwickiej Kurii nt. Marcina Zielińskiego

2020-01-21 18:43

[ TEMATY ]

Odnowa w Duchu Świętym

charyzmatycy

Tomasz Rozmus

Kuria w Gliwicach wydała oświadczenie, w którym wyjaśnia dlaczego Biskup Gliwicki podjął decyzję o zmianie prelegenta spotkania modlitewnego zaplanowanego na 23 stycznia w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Gliwicach, które miał poprowadzić znany charyzmatyk Marcin Zieliński.

Prezentujemy treść komunikatu Kurii:

Mając na uwadze komunikat Kurii Diecezjalnej w Łowiczu z dnia 8 lutego 2019 roku oraz fakt, że niektóre wątki nauczania pana Marcina Zielińskiego budzą wątpliwości natury teologicznej, Biskup Gliwicki podjął decyzję o zmianie prelegenta w ramach spotkania zaplanowanego w Gliwicach w dniu 23 stycznia 2020 roku.

Ks. Sebastian Wiśniewski, Kanclerz Kurii

CZYTAJ DALEJ

Oświęcim: Sekretarz Generalny Światowej Ligi Muzułmańskiej w Miejscu Pamięci Auschwitz

2020-01-24 10:09

[ TEMATY ]

muzułmanie

Auschwitz

obóz koncentracyjny

obóz

Mazur/episkopat.pl

Auschwitz-Birkenau

„Przyjechaliśmy tutaj jako bracia i siostry. Wiemy, że ta straszna zbrodnia, to zbrodnia przeciwko ludzkości” – powiedział Sekretarz Generalny Światowej Ligi Muzułmańskiej dr Mohammad bin Abdul Karim Al-Issa, który odwiedził 23 stycznia br. Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz.

Po zwiedzeniu wybranych muzealnych ekspozycji na terenie byłego obozu macierzystego Auschwitz gość złożył znicz i oddał hołd ofiarom obozu przed Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku 11, gdzie Niemcy rozstrzelali ok. 5,5 tysiąca osób, głównie Polaków, więźniów osadzonych w obozowym areszcie i tzw. więźniów policyjnych – skazanych na śmierć przez sąd doraźny gestapo.

Delegacja gości zobaczyła budynek pierwszej komory gazowej i krematorium, a następnie udała się do byłego obozu Auschwitz II-Birkenau. Tu między innymi złożono znicze i modlono się przy pomniku upamiętniającym wszystkie ofiary niemieckiego obozu.

„Przyjechaliśmy tutaj jako bracia i siostry. Wiemy, że ta straszna zbrodnia, to zbrodnia przeciwko ludzkości. To miejsce to hańba ludzkości. Chciałbym powiedzieć wszystkim, że ja oraz inni przywódcy islamscy jesteśmy głęboko poruszeni tymi zbrodniami i wszystkim, co tu widzieliśmy” – podkreślił dr Mohammad Al-Issa i wskazał, że „żeby sprzeciwić się złu, musimy działać wspólnie”.

Zdaniem dr. Piotra M. A. Cywińskiego, dyrektora Muzeum, „historia może być też przestrzenią zbliżenia, wzajemnego zrozumienia i mądrego budowania pokoju”.

„W świecie, w którym narastają prześladowania, także na tle religijnym, wzajemność uznania cierpienia z przeszłości i dzisiejszych zagrożeń jest warunkiem współistnienia człowieka” – stwierdził.

To, jak dotąd, najwyższa rangą wizyta przedstawicieli świata muzułmańskiego na trenie byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady. Organizatorem przyjazdu delegacji Światowej Ligi Muzułmańskiej do Miejsca Pamięci Auschwitz był American Jewish Committee.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję