Reklama

Żaden historyk nie wierzył, że to prawda

– Wiedza na temat skomplikowanej polskiej historii jest na świecie znikoma. Trudno zdobyć dofinansowanie filmu historycznego, ale gdy się już zrobi dobry, przejmujący dokument, potrafi się on odwdzięczyć wielokrotnie. Od lat moje filmy pracują za granicą na wizerunek Polaków – mówi Marek Tomasz Pawłowski, reżyser i producent filmów dokumentalnych, w rozmowie z Tomaszem Winiarskim

Niedziela Ogólnopolska 18/2018, str. 40-41

Robert Sotwin

Wiedza historyczna jest niezbędna, by cokolwiek z tego świata zrozumieć – uważa Marek T. Pawłowski

TOMASZ WINIARSKI: – W 2016 r. na Festiwalu Filmowym „NNW: Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w Gdyni Pański dokument pt. „Dotknięcie anioła” otrzymał wyróżnienie od Kapituły Nagrody im. Janusza Krupskiego. Czy planuje Pan coś zaprezentować podczas tegorocznej edycji festiwalu?

MAREK TOMASZ PAWŁOWSKI: – Tworzę filmy historyczne już 20 lat, ale każdy z nich zajmuje mi wiele czasu, średnio ok. 2-3 lat. Dlatego nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przygotowuję dwie opowieści o dwóch polskich geniuszach, których los był tragiczny – o konstruktorze pierwszego polskiego samochodu Tadeuszu Tańskim oraz o konstruktorze szybowców Antonim Kocjanie. Ten drugi przyczynił się do rozpracowania V-2. Genialni i zapomniani. Czy te filmy powstaną i czy będą w Gdyni – nie mam takiej pewności.

– Co może uniemożliwić powstanie tych filmów?

– Poza oczywistymi powodami – finansowymi bywa, że nagle, po wielu miesiącach pracy, wszystko wali się jak domek z kart, np. bohater umiera albo zmienia zdanie. Największą przeszkodą są jednak zawsze finanse. Bardzo się cieszę, że jest teraz więcej zrozumienia dla potrzeby wspierania ciekawego kina historycznego. Podkreślam jednak – ciekawego. To nie jest prawda, jak sądzi wielu, że dokument powstaje na montażu. Proces powstawania filmu porównuję zawsze do ostrożnego stąpania po drewnianym, wiszącym nad przepaścią pełną krokodyli moście. Każdy następny etap filmu to następny stopień. Zła decyzja – i wszystko trzeszczy.

– Z roku na rok festiwal „NNW” cieszy się coraz większą popularnością. Jak Pan, jako reżyser filmów dokumentalnych, postrzega rolę tego typu wydarzeń w kształtowaniu zbiorowej pamięci historycznej oraz w budowaniu odpowiedniej, zgodnej z prawdą, narracji historycznej?

– Im dłużej siedzę w tematyce historycznej, a zwłaszcza wojennej, tym mocniej widzę, jak prawda bywa złożona. Obyśmy nigdy nie stali przed tak tragicznymi wyborami. Ale wiedza historyczna jest niezbędna, by cokolwiek z tego świata zrozumieć. I tym trzeba „zarazić” młodych ludzi. To można zrobić tylko przez ukazanie świetnych, życiowych historii, podanych w języku emocji i na wysokim poziomie artystycznym. Oznacza to ni mniej, ni więcej napracowanie się. Nie można w trzy miesiące zrobić dobrego filmu. Można nagrać i zmontować – i to też będzie się nazywało filmem – ale nie poruszymy naszego widza. Festiwal powinien dokonywać mądrej, kompetentnej selekcji filmów, a potem uczciwie je oceniać i doceniać. Do tego potrzebne jest jury składające się z ludzi wrażliwych, etycznych, otwartych na nowe trendy. Mądry, spójny, ambitny festiwal musi zdecydować, czy jest festiwalem filmowym, czy jest festiwalem pamięci. Czasami się to, niestety, wyklucza, a powinno się dążyć do tego, by pogodzić te dwa aspekty. To jest bardzo trudne, ale możliwe. Rozwijanie języka filmowego, wzajemne inspirowanie – to główne zadania festiwalu. Powinien on promować przede wszystkim wartościowe filmy. Urządzać dodatkowe pokazy we współpracy z autorami. Wiem, że festiwal „NNW” organizuje takie pokazy w różnych miejscach kraju. Niedawno wróciłem z festiwalu historycznego w Chorwacji, podczas którego zderzono ze sobą ogromne, świetnie zrobione produkcje z wielu krajów świata. Jury składało się z sześciu członków pochodzących z sześciu krajów. Głosowali osobno w poszczególnych kategoriach, nie wiedząc o głosach swoich kolegów. „Dotknięcie anioła” („Touch of an Angel”) wygrało aż w trzech: Grand Prix, najlepsza reżyseria, najlepsze zdjęcia. A cały film jest po polsku! Dlaczego więc jest mu trudniej na polskich festiwalach? Odpowiedziałem na to kilka zdań wcześniej.

– „Dotknięcie anioła” opowiada historię ocalałego z Holokaustu Henryka Schönkera, polskiego Żyda, który cudem uniknął śmierci w czasie niemieckiej okupacji. Film powstał na podstawie książki wspomnieniowej o tym samym tytule. Dlaczego akurat ta historia?

– Po pierwsze – jest odkryciem w skali światowej kompletnie nieznanej historii Biura Emigracji Żydów do Palestyny w Oświęcimiu 1939 r., czyli tragicznej, niewykorzystanej na skutek milczenia świata, szansy uratowania tysięcy polskich Żydów. To biuro założył ojciec bohatera. Żaden historyk nie wierzył, że to prawda, i długo musieliśmy szukać dowodów tej prawdy. Po drugie – bohater filmu jest genialnym, emocjonalnym, wręcz mistycznym narratorem o nadludzkiej pamięci. Po trzecie – waga i niezwykłość tej historii są absolutnie rzadko spotykane. Taka „perła historii”, arcyważna dla Polski. Wahałem się krótko, walczyłem o film bardzo długo. W sumie poświęciłem mu 10 lat.

– To wyjątkowo dużo, nawet jak na dokument. Czy na takich projektach można w ogóle zarobić, skoro praca nad nimi trwa tyle lat?

– Nie chciałbym zrzędzić, ale jest to wieczna próba wiary. Sądzę, że wielu nie chciałoby się ze mną zamienić. To niepewny chleb, choć praca jest ciekawa i rozwijająca. Niektórzy koledzy nie są nawet ubezpieczeni zdrowotnie. Pewien mądry człowiek powiedział jednak: „Taki zawód wybraliśmy. Gdybyśmy chcieli zarabiać, poszlibyśmy pracować w banku”. Film niekomercyjny to nie jest droga dla każdego.

– Czy w trakcie prac nad filmem zetknął się Pan z opowieściami o polskich szmalcownikach?

– Oczywiście, każdy człowiek, który czyta na ten temat, interesuje się historią II wojny światowej, wie o szmalcownikach. To nie jest temat tabu już od wielu lat. Jednak niewielu ludzi spoza kręgu specjalistów, zarówno w Polsce, jak i poza nią, zadaje sobie trud zgłębiania tego problemu. To zresztą pierwsza lekcja, którą otrzymujemy, gdy badamy historię: Jak ja bym postąpił? To największa korzyść humanistyczna, którą możemy wynieść z tej trudnej i naprawdę odpowiedzialnej pracy – każdego dnia stawiamy sobie trudne pytania. Szmalcownik to ktoś, z kim chyba nikt nie chciałby się identyfikować. To przecież człowiek, który w niegodziwy sposób korzysta z krzywdy drugiego. Nie jest to tylko mechanizm wojenny, prawda? A cóż dopiero w czasie wojny, gdy uwalniają się wszelkie zło, wszelka niegodziwość, przyzwyczajenie do krzywdy i bólu. Polskich Żydów – o czym opowiada bohater naszego filmu – opuścił świat i nie został im nikt prócz polskiego sąsiada. I ten polski sąsiad musiał dokonywać tragicznych wyborów za całą wielką politykę świata. Jedni sprostali wyzwaniu, a drudzy nie. Jak w każdym innym narodzie – są ludzie dobrzy i źli. Tacy, którzy zaryzykują dla drugiego swoje życie, i tacy, którzy go niecnie wykorzystają. Do tego doszło zdziczenie wszelkiego obyczaju: ludzkie życie miało niską cenę, by nie powiedzieć – żadną. Jak stwierdził nasz bohater: „Jeżeli jest wojna i boisz się, nie pomagasz, to nie jest to zło. Masz do tego prawo. Ale przynajmniej staraj się nie szkodzić, nie pomagaj tym, co czynią zło”. Wywiad z Henrykiem Schönkerem nagrywaliśmy przez 10 dni w sześciu miastach Polski. Nagranie obejmowało 27 godzin, choć film trwa tylko godzinę. Wśród tych opowieści są wątki niegodziwych postaw Polaków, ale i wielu, naprawdę wielu uczynków ratowania Żydów z opresji. Nie bez powodu Schönker nieproszony, z własnej woli, mówi w filmie: „Ten Żyd, który uratował się podczas wojny, nie uratowałby się, gdyby gdzieś, kiedyś, w jakiejś sytuacji Polak mu nie pomógł. Jesteśmy tym ludziom, którzy nas ratowali, nie tylko wdzięczni do grobowej deski. Ci ludzie – to jest światło ludzkości. To byli cisi bohaterowie tej wojny”.

– Czy produkcje dokumentalne, jak np. „Dotknięcie anioła”, mogą pomóc edukować osoby spoza Polski, które niejednokrotnie mają fałszywy obraz tego, co faktycznie działo się na terytorium naszego kraju w czasie Holokaustu? Czy mogą się przyczynić do odkłamania historii, a więc np. skorygować nieprawdziwy obraz zachowania przeciętnego Polaka wobec Holokaustu?

– Nie tylko sądzę, ale jestem tego pewien, bo czynię to konsekwentnie od wielu lat. Wiedza na temat skomplikowanej polskiej historii jest na świecie znikoma. Trudno zdobyć dofinansowanie filmu historycznego, ale gdy się już zrobi dobry, przejmujący dokument, potrafi się on odwdzięczyć wielokrotnie. Od lat moje filmy pracują za granicą na wizerunek Polaków. Poprzedni – „Uciekinier”, o wielkiej ucieczce z Auschwitz czwórki więźniów w mundurach SS i autem komendanta obozu, wprost walczył, i to skutecznie, z pojęciem „polskie obozy koncentracyjne” i wywoływał dyskusję o Polakach w Auschwitz. Film zjechał cały świat, który dowiadywał się, że w tym obozie byli nie tylko Żydzi. Wielu ludzi wykształconych w świecie nie miało o tym pojęcia. Z naszej, polskiej, perspektywy nie można tej niewiedzy pojąć. A taki film jak „Dotknięcie anioła” to dla polskiego wizerunku po prostu skarb. Uczciwe, wiarygodne świadectwo polskiego Żyda wypędzonego z Polski przez komunistów w latach 50. ubiegłego wieku, który w żaden sposób nie może być podejrzewany o celowe, korzystne dla Polaków świadectwo. Film pokazuje niezwykłą złożoność i tragizm sytuacji, w której znaleźli się i Żydzi, i Polacy. Miał setki pokazów na całym świecie. Zdobył prawie 40 nagród – to absolutny rekord. Wciąż jest zapraszany. Wiele razy spotkaliśmy się z opinią, że to uczciwy film, który nie dzieli, a łączy, bo pokazuje wszystkie aspekty polsko-żydowskich relacji. Prawdziwy pomost między Polakami i Żydami. Uważam, że szczera, uczciwa partnerska rozmowa przez sztukę jest szansą na wzajemne porozumienie.

– Czy zatem „Dotknięcie anioła” to dokument stworzony głównie z myślą o zagranicznym widzu, który – jak Pan przyznał – bardzo często jest nieświadomy wielu faktów historycznych?

– Produkcja filmu to jedna wielka odpowiedzialność. Nie tylko za prawdę, szczegóły, ale również odpowiedzialność materialna. Przynajmniej ja to traktuję serio, nie umiem tak na luzaka. Założyłem, że będę wybierał tematy szczególne, które wzruszą ludzi na tyle, by chcieli dowiedzieć się więcej i by chcieli coś zmienić. I to się właśnie dzieje – rozmowy z widzami trwają bardzo długo. Ten film budowałem w pełni świadomie dla widza zagranicznego, by chciał poczytać więcej i podać to dalej. Oczywiście, taki film musi być budowany inaczej, bardziej uniwersalnie, zagraniczny widz nie zna przecież wszystkich niuansów polskiej historii.

2018-04-30 11:29

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Reklama w Tygodniku Katolickim „NIEDZIELA”

„Niedziela” to:

• ogólnopolski tygodnik katolicki, istniejący na rynku od 1926 roku

• informacje o życiu Kościoła w Polsce i na świecie, o sprawach społecznych, rodzinnych, gospodarczych i kulturalnych

• obecność w polskich parafiach w kraju i poza granicami (Włochy, USA, Kanada, Niemcy, Wielka Brytania), w sieciach kolporterskich i na Poczcie Polskiej

• szczególna obecność w 19 diecezjach w Polsce, w których ukazują się edycje diecezjalne: warszawska, krakowska, częstochowska, wrocławska, sosnowiecka, podlaska, bielska, świdnicka, szczecińska, toruńska, zamojska, przemyska, legnicka, zielonogórska, rzeszowska, sandomierska, łódzka, kielecka, lubelska

• 68 stron ogólnopolskich i 8 diecezjalnych

• portal www.niedziela.pl

• księgarnia (www.ksiegarnia.niedziela.pl) – ponad 350 publikacji książkowych

• studio radiowe Niedziela FM oraz telewizyjne Niedziela TV z możliwością przygotowania materiałów w jakości HD, własny kanał na YouTube, materiały na portalu www.niedziela.pl, zamówienia realizowane dla TV Trwam, TVP i lokalnej telewizji

• jest obecna w internecie, w rozgłośniach radiowych, w niektórych telewizjach regionalnych

Reklama w naszym Tygodniku jest potwierdzeniem wiarygodności firmy - do tego przyzwyczailiśmy naszych Czytelników.
Wyniki ankiety przeprowadzonej na zlecenie "Niedzieli" przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego pozwoliły ustalić profil Czytelników "Niedzieli":

• wiek - 28 - 65 lat

• wykształcenie - wyższe i średnie

• kobiety i mężczyźni w proporcjach 48% do 52%

• mieszkańcy dużych i średnich miast oraz wsi
Kolportaż - 60% parafie, 40% Poczta Polska, KOLPORTER i inne firmy kolporterskie;

Nakład: zmienny od 85 tys. do 115 tys. w zależności od okoliczności

Kontakt
Zamówienie reklamy lub ogłoszenia można przesłać:

Reklama
   Krzysztof Walaszczyk
   Dział Marketingu Tygodnika Katolickiego "Niedziela"
   tel. (34) 369 43 49, 603 701 615
   marketing@niedziela.pl

Ogłoszenia
   Barbara Kozyra
   tel. (34) 369 43 65
   tel. na centralę: (34) 365 19 17 w. 365
   ogloszenia@niedziela.pl

drogą pocztową pod adresem:
   Redakcja Tygodnika Katolickiego "Niedziela"
   ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa


Regulamin przyjmowania zleceń

Regulamin insertowania

Formaty reklam

Cennik reklam

Cennik insertów

Terminarz reklam (2020)

Materiały do pobrania

Publikacje logo o szerokości powyżej 25 mm

Logo „Niedzieli” (Plik PDF)
Logo „Niedzieli” (Plik JPEG)

Publikacje logo o szerokości poniżej 25 mm

Logo „Niedzieli” (Plik PDF)
Logo „Niedzieli” (Plik JPEG)

Reklama internetowa

Krzysztof Walaszczyk
Dział Marketingu Tygodnika Katolickiego "Niedziela"
tel. (34) 369 43 49, 603 701 615
marketing@niedziela.pl

Cennik reklam internetowych

CZYTAJ DALEJ

Kard. Pell wspomina długie miesiące w więziennej celi

2020-07-12 09:34

[ TEMATY ]

kard. Pell

Włodzimierz Rędzioch

W więzieniach jest wiele dobroci, czasami mogą być jednak piekłem na ziemi. Miałem wiele szczęścia, że byłem bezpieczny i dobrze traktowany. Kard. George Pell pisze o tym dla amerykańskiego pisma „First Things”, w tekście zatytułowanym „Mój czas w więzieniu”.

Jest to pierwsze tak osobiste wspomnienie opublikowane po tym, jak po 400 dniach spędzonych za kratkami, wyszedł na wolność uniewinniony od zarzutów o pedofilię jednomyślnym orzeczeniem Sądu Najwyższego Australii.

Kard. Pell pisze o trzynastu miesiącach spędzonych w izolatce. „W Melbourne (10 miesięcy odosobnienia) mundur więzienny był zielonym dresem, ale w Barwon (3 miesiące izolacji) wydano mi jasnoczerwony kolor kardynała” – wspomina z humorem.

Ujawnia też detale z więziennego życia: prostą celę z solidnym łóżkiem, lampkę pomagającą czytać, zaledwie godzinę czasu na codzienny spacer i nieprzeźroczyste szyby na oddziale, przez które z trudem można jedynie było odróżnić dzień od nocy. Wyznaje, że był w izolacji dla własnej ochrony, ponieważ osoby skazane za wykorzystywanie seksualne dzieci, zwłaszcza duchowni, narażeni są na ataki fizyczne i wykorzystywanie. Także jemu grożono.

Kard. Pell wspomina, że słyszał więźniów kłócących się między sobą o jego winę i o tym, że większość strażników uznała go za niewinnego. Przeciwieństwem były, jak pisze, australijskie media „gorzkie w osądach i wrogie”.

Hierarcha zauważa, że antypatia wśród więźniów wobec sprawców nadużyć seksualnych na nieletnich jest powszechna w świecie anglojęzycznym - jest to ciekawy przykład prawa naturalnego wyłaniającego się w ciemności. „Nawet mordercy gardzą tymi, którzy gwałcą młodocianych. Jakkolwiek jest to ironiczne, ta pogarda nie jest wcale zła, ponieważ wyraża wiarę w istnienie dobra i zła, które często pojawia się w więzieniach w zaskakujący sposób” – pisze kard. Pell.

Wyznaje, że w czasie swej izolacji otrzymywał wiele listów od różnych ludzi. Pisał do niego m.in. pogrążony w ciemności więzień, prosząc, by zasugerował mu jakąś lekturę pomagającą przezwyciężyć zagubienie. „Poleciłem mu by przeczytał Ewangelię św. Łukasza” – wspomina były arcybiskup Sydney.

Wyznaje, że o swym uniewinnieniu dowiedział się oglądając w celi telewizję. „Zaskoczony młody reporter poinformował Australię o moim uniewinnieniu i był bardzo zdenerwowany jednomyślnością sędziów” – pisze hierarcha dodając, że wkrótce potem „został zwolniony do świata zamkniętego z powodu koronawirusa”.

Dziennikarze nie opuszczali go na krok. „Dwa helikoptery prasowe podążyły za mną z Barwon do klasztoru karmelitów w Melbourne, a następnego dnia dwa samochody z dziennikarzami towarzyszyły mi przez całe 880 km do Sydney” – wspomina emerytowany prefekt watykańskiego Sekretariatu ds. Ekonomii.

Podkreśla, że dla wielu czas spędzony w więzieniu jest okazją do zastanowienia się i konfrontacji z podstawowymi prawdami. „Życie w więzieniu pozbawiło mnie wszelkich wymówek, że jestem zbyt zajęty, by się modlić, a mój regularny plan modlitwy podtrzymywał mnie. Od pierwszej nocy zawsze miałem brewiarz, a Komunię Św. otrzymywałem co tydzień. Pięć razy brałem udział w Mszy Św., choć nie mogłem jej odprawić, nad czym szczególnie bolałem w czasie Bożego Narodzenia i Wielkanocy” – pisze kard. Pell. I dodaje: „Moja katolicka wiara podtrzymywała mnie, zwłaszcza świadomość, że moje cierpienia nie muszą być bezsensowne, ale mogą być zjednoczone z Chrystusem, naszym Panem. Modliłem się więc za przyjaciół i wrogów, za moich zwolenników i za moją rodzinę, za ofiary wykorzystywania seksualnego, za moich współwięźniów i strażników”.

W więzieniu, każdego dnia, kard. Pell prowadził dziennik. Po oczyszczeniu z wszelkich zarzutów postanowił go opublikować. Ukaże się nakładem jezuickiego wydawnictwa Ignatius Press, które zapowiada, że książka ta stanie się klasyką duchowości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję