Reklama

Żaden historyk nie wierzył, że to prawda

2018-04-30 11:29

Z Markiem Tomaszm Pawłowskim rozmawia Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 18/2018, str. 40-41

Robert Sotwin
Wiedza historyczna jest niezbędna, by cokolwiek z tego świata zrozumieć – uważa Marek T. Pawłowski

– Wiedza na temat skomplikowanej polskiej historii jest na świecie znikoma. Trudno zdobyć dofinansowanie filmu historycznego, ale gdy się już zrobi dobry, przejmujący dokument, potrafi się on odwdzięczyć wielokrotnie. Od lat moje filmy pracują za granicą na wizerunek Polaków – mówi Marek Tomasz Pawłowski, reżyser i producent filmów dokumentalnych, w rozmowie z Tomaszem Winiarskim

TOMASZ WINIARSKI: – W 2016 r. na Festiwalu Filmowym „NNW: Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w Gdyni Pański dokument pt. „Dotknięcie anioła” otrzymał wyróżnienie od Kapituły Nagrody im. Janusza Krupskiego. Czy planuje Pan coś zaprezentować podczas tegorocznej edycji festiwalu?

MAREK TOMASZ PAWŁOWSKI: – Tworzę filmy historyczne już 20 lat, ale każdy z nich zajmuje mi wiele czasu, średnio ok. 2-3 lat. Dlatego nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Przygotowuję dwie opowieści o dwóch polskich geniuszach, których los był tragiczny – o konstruktorze pierwszego polskiego samochodu Tadeuszu Tańskim oraz o konstruktorze szybowców Antonim Kocjanie. Ten drugi przyczynił się do rozpracowania V-2. Genialni i zapomniani. Czy te filmy powstaną i czy będą w Gdyni – nie mam takiej pewności.

– Co może uniemożliwić powstanie tych filmów?

– Poza oczywistymi powodami – finansowymi bywa, że nagle, po wielu miesiącach pracy, wszystko wali się jak domek z kart, np. bohater umiera albo zmienia zdanie. Największą przeszkodą są jednak zawsze finanse. Bardzo się cieszę, że jest teraz więcej zrozumienia dla potrzeby wspierania ciekawego kina historycznego. Podkreślam jednak – ciekawego. To nie jest prawda, jak sądzi wielu, że dokument powstaje na montażu. Proces powstawania filmu porównuję zawsze do ostrożnego stąpania po drewnianym, wiszącym nad przepaścią pełną krokodyli moście. Każdy następny etap filmu to następny stopień. Zła decyzja – i wszystko trzeszczy.

– Z roku na rok festiwal „NNW” cieszy się coraz większą popularnością. Jak Pan, jako reżyser filmów dokumentalnych, postrzega rolę tego typu wydarzeń w kształtowaniu zbiorowej pamięci historycznej oraz w budowaniu odpowiedniej, zgodnej z prawdą, narracji historycznej?

– Im dłużej siedzę w tematyce historycznej, a zwłaszcza wojennej, tym mocniej widzę, jak prawda bywa złożona. Obyśmy nigdy nie stali przed tak tragicznymi wyborami. Ale wiedza historyczna jest niezbędna, by cokolwiek z tego świata zrozumieć. I tym trzeba „zarazić” młodych ludzi. To można zrobić tylko przez ukazanie świetnych, życiowych historii, podanych w języku emocji i na wysokim poziomie artystycznym. Oznacza to ni mniej, ni więcej napracowanie się. Nie można w trzy miesiące zrobić dobrego filmu. Można nagrać i zmontować – i to też będzie się nazywało filmem – ale nie poruszymy naszego widza. Festiwal powinien dokonywać mądrej, kompetentnej selekcji filmów, a potem uczciwie je oceniać i doceniać. Do tego potrzebne jest jury składające się z ludzi wrażliwych, etycznych, otwartych na nowe trendy. Mądry, spójny, ambitny festiwal musi zdecydować, czy jest festiwalem filmowym, czy jest festiwalem pamięci. Czasami się to, niestety, wyklucza, a powinno się dążyć do tego, by pogodzić te dwa aspekty. To jest bardzo trudne, ale możliwe. Rozwijanie języka filmowego, wzajemne inspirowanie – to główne zadania festiwalu. Powinien on promować przede wszystkim wartościowe filmy. Urządzać dodatkowe pokazy we współpracy z autorami. Wiem, że festiwal „NNW” organizuje takie pokazy w różnych miejscach kraju. Niedawno wróciłem z festiwalu historycznego w Chorwacji, podczas którego zderzono ze sobą ogromne, świetnie zrobione produkcje z wielu krajów świata. Jury składało się z sześciu członków pochodzących z sześciu krajów. Głosowali osobno w poszczególnych kategoriach, nie wiedząc o głosach swoich kolegów. „Dotknięcie anioła” („Touch of an Angel”) wygrało aż w trzech: Grand Prix, najlepsza reżyseria, najlepsze zdjęcia. A cały film jest po polsku! Dlaczego więc jest mu trudniej na polskich festiwalach? Odpowiedziałem na to kilka zdań wcześniej.

– „Dotknięcie anioła” opowiada historię ocalałego z Holokaustu Henryka Schönkera, polskiego Żyda, który cudem uniknął śmierci w czasie niemieckiej okupacji. Film powstał na podstawie książki wspomnieniowej o tym samym tytule. Dlaczego akurat ta historia?

– Po pierwsze – jest odkryciem w skali światowej kompletnie nieznanej historii Biura Emigracji Żydów do Palestyny w Oświęcimiu 1939 r., czyli tragicznej, niewykorzystanej na skutek milczenia świata, szansy uratowania tysięcy polskich Żydów. To biuro założył ojciec bohatera. Żaden historyk nie wierzył, że to prawda, i długo musieliśmy szukać dowodów tej prawdy. Po drugie – bohater filmu jest genialnym, emocjonalnym, wręcz mistycznym narratorem o nadludzkiej pamięci. Po trzecie – waga i niezwykłość tej historii są absolutnie rzadko spotykane. Taka „perła historii”, arcyważna dla Polski. Wahałem się krótko, walczyłem o film bardzo długo. W sumie poświęciłem mu 10 lat.

– To wyjątkowo dużo, nawet jak na dokument. Czy na takich projektach można w ogóle zarobić, skoro praca nad nimi trwa tyle lat?

– Nie chciałbym zrzędzić, ale jest to wieczna próba wiary. Sądzę, że wielu nie chciałoby się ze mną zamienić. To niepewny chleb, choć praca jest ciekawa i rozwijająca. Niektórzy koledzy nie są nawet ubezpieczeni zdrowotnie. Pewien mądry człowiek powiedział jednak: „Taki zawód wybraliśmy. Gdybyśmy chcieli zarabiać, poszlibyśmy pracować w banku”. Film niekomercyjny to nie jest droga dla każdego.

– Czy w trakcie prac nad filmem zetknął się Pan z opowieściami o polskich szmalcownikach?

– Oczywiście, każdy człowiek, który czyta na ten temat, interesuje się historią II wojny światowej, wie o szmalcownikach. To nie jest temat tabu już od wielu lat. Jednak niewielu ludzi spoza kręgu specjalistów, zarówno w Polsce, jak i poza nią, zadaje sobie trud zgłębiania tego problemu. To zresztą pierwsza lekcja, którą otrzymujemy, gdy badamy historię: Jak ja bym postąpił? To największa korzyść humanistyczna, którą możemy wynieść z tej trudnej i naprawdę odpowiedzialnej pracy – każdego dnia stawiamy sobie trudne pytania. Szmalcownik to ktoś, z kim chyba nikt nie chciałby się identyfikować. To przecież człowiek, który w niegodziwy sposób korzysta z krzywdy drugiego. Nie jest to tylko mechanizm wojenny, prawda? A cóż dopiero w czasie wojny, gdy uwalniają się wszelkie zło, wszelka niegodziwość, przyzwyczajenie do krzywdy i bólu. Polskich Żydów – o czym opowiada bohater naszego filmu – opuścił świat i nie został im nikt prócz polskiego sąsiada. I ten polski sąsiad musiał dokonywać tragicznych wyborów za całą wielką politykę świata. Jedni sprostali wyzwaniu, a drudzy nie. Jak w każdym innym narodzie – są ludzie dobrzy i źli. Tacy, którzy zaryzykują dla drugiego swoje życie, i tacy, którzy go niecnie wykorzystają. Do tego doszło zdziczenie wszelkiego obyczaju: ludzkie życie miało niską cenę, by nie powiedzieć – żadną. Jak stwierdził nasz bohater: „Jeżeli jest wojna i boisz się, nie pomagasz, to nie jest to zło. Masz do tego prawo. Ale przynajmniej staraj się nie szkodzić, nie pomagaj tym, co czynią zło”. Wywiad z Henrykiem Schönkerem nagrywaliśmy przez 10 dni w sześciu miastach Polski. Nagranie obejmowało 27 godzin, choć film trwa tylko godzinę. Wśród tych opowieści są wątki niegodziwych postaw Polaków, ale i wielu, naprawdę wielu uczynków ratowania Żydów z opresji. Nie bez powodu Schönker nieproszony, z własnej woli, mówi w filmie: „Ten Żyd, który uratował się podczas wojny, nie uratowałby się, gdyby gdzieś, kiedyś, w jakiejś sytuacji Polak mu nie pomógł. Jesteśmy tym ludziom, którzy nas ratowali, nie tylko wdzięczni do grobowej deski. Ci ludzie – to jest światło ludzkości. To byli cisi bohaterowie tej wojny”.

– Czy produkcje dokumentalne, jak np. „Dotknięcie anioła”, mogą pomóc edukować osoby spoza Polski, które niejednokrotnie mają fałszywy obraz tego, co faktycznie działo się na terytorium naszego kraju w czasie Holokaustu? Czy mogą się przyczynić do odkłamania historii, a więc np. skorygować nieprawdziwy obraz zachowania przeciętnego Polaka wobec Holokaustu?

– Nie tylko sądzę, ale jestem tego pewien, bo czynię to konsekwentnie od wielu lat. Wiedza na temat skomplikowanej polskiej historii jest na świecie znikoma. Trudno zdobyć dofinansowanie filmu historycznego, ale gdy się już zrobi dobry, przejmujący dokument, potrafi się on odwdzięczyć wielokrotnie. Od lat moje filmy pracują za granicą na wizerunek Polaków. Poprzedni – „Uciekinier”, o wielkiej ucieczce z Auschwitz czwórki więźniów w mundurach SS i autem komendanta obozu, wprost walczył, i to skutecznie, z pojęciem „polskie obozy koncentracyjne” i wywoływał dyskusję o Polakach w Auschwitz. Film zjechał cały świat, który dowiadywał się, że w tym obozie byli nie tylko Żydzi. Wielu ludzi wykształconych w świecie nie miało o tym pojęcia. Z naszej, polskiej, perspektywy nie można tej niewiedzy pojąć. A taki film jak „Dotknięcie anioła” to dla polskiego wizerunku po prostu skarb. Uczciwe, wiarygodne świadectwo polskiego Żyda wypędzonego z Polski przez komunistów w latach 50. ubiegłego wieku, który w żaden sposób nie może być podejrzewany o celowe, korzystne dla Polaków świadectwo. Film pokazuje niezwykłą złożoność i tragizm sytuacji, w której znaleźli się i Żydzi, i Polacy. Miał setki pokazów na całym świecie. Zdobył prawie 40 nagród – to absolutny rekord. Wciąż jest zapraszany. Wiele razy spotkaliśmy się z opinią, że to uczciwy film, który nie dzieli, a łączy, bo pokazuje wszystkie aspekty polsko-żydowskich relacji. Prawdziwy pomost między Polakami i Żydami. Uważam, że szczera, uczciwa partnerska rozmowa przez sztukę jest szansą na wzajemne porozumienie.

– Czy zatem „Dotknięcie anioła” to dokument stworzony głównie z myślą o zagranicznym widzu, który – jak Pan przyznał – bardzo często jest nieświadomy wielu faktów historycznych?

– Produkcja filmu to jedna wielka odpowiedzialność. Nie tylko za prawdę, szczegóły, ale również odpowiedzialność materialna. Przynajmniej ja to traktuję serio, nie umiem tak na luzaka. Założyłem, że będę wybierał tematy szczególne, które wzruszą ludzi na tyle, by chcieli dowiedzieć się więcej i by chcieli coś zmienić. I to się właśnie dzieje – rozmowy z widzami trwają bardzo długo. Ten film budowałem w pełni świadomie dla widza zagranicznego, by chciał poczytać więcej i podać to dalej. Oczywiście, taki film musi być budowany inaczej, bardziej uniwersalnie, zagraniczny widz nie zna przecież wszystkich niuansów polskiej historii.

Święty Mikołaj - „patron daru człowieka dla człowieka”

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 49/2004

6 grudnia cały Kościół wspomina św. Mikołaja - biskupa. Dla większości z nas był to pierwszy święty, z którym zawarliśmy bliższą znajomość. Od wczesnego dzieciństwa darzyliśmy go wielką sympatią, bo przecież przynosił nam prezenty. Tak naprawdę zupełnie go wtedy jeszcze nie znaliśmy. A czy dziś wiemy, kim był Święty Mikołaj? Być może trochę usprawiedliwia nas fakt, że zachowało się niewiele pewnych informacji na jego temat.

pl.wikipedia.org

Wyproszony u Boga

Około roku 270 w Licji, w miejscowości Patras, żyło zamożne chrześcijańskie małżeństwo, które bardzo cierpiało z powodu braku potomka. Oboje małżonkowie prosili w modlitwach Boga o tę łaskę i zostali wysłuchani. Święty Mikołaj okazał się wielkim dobroczyńcą ludzi i człowiekiem głębokiej wiary, gorliwie wypełniającym powinności wobec Boga.
Rodzice osierocili Mikołaja, gdy był jeszcze młodzieńcem. Zmarli podczas zarazy, zostawiając synowi pokaźny majątek. Mikołaj mógł więc do końca swoich dni wieść dostatnie, beztroskie życie. Wrażliwy na ludzką biedę, chciał dzielić się bogactwem z osobami cierpiącymi niedostatek. Za swoją hojność nie oczekiwał podziękowań, nie pragnął rozgłosu. Przeciwnie, starał się, aby jego miłosierne uczynki pozostawały otoczone tajemnicą. Często po kryjomu podrzucał biednym rodzinom podarki i cieszył się, patrząc na radość obdarowywanych ludzi.
Mikołaj chciał jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Doszedł do wniosku, że najlepiej służyć Mu będzie za klasztornym murem. Po pielgrzymce do Ziemi Świętej dołączył do zakonników w Patras. Wkrótce wewnętrzny głos nakazał mu wrócić między ludzi. Opuścił klasztor i swe rodzinne strony, by trafić do dużego miasta licyjskiego - Myry.

Biskup Myry

Był to czas, gdy chrześcijanie w Myrze przeżywali żałobę po stracie biskupa. Niełatwo było wybrać godnego następcę. Pewnej nocy jednemu z obradujących dostojników kościelnych Bóg polecił we śnie obrać na wakujący urząd człowieka, który jako pierwszy przyjdzie rano do kościoła. Człowiekiem tym okazał się nieznany nikomu Mikołaj. Niektórzy bardzo się zdziwili, ale uszanowano wolę Bożą. Sam Mikołaj, gdy mu o wszystkim powiedziano, wzbraniał się przed objęciem wysokiej funkcji, nie czuł się na siłach przyjąć biskupich obowiązków. Po długich namowach wyraził jednak zgodę uznając, że dzieje się to z Bożego wyroku.
Biskupią posługę pełnił Mikołaj ofiarnie i z całkowitym oddaniem. Niósł Słowo Boże nie tylko członkom wspólnoty chrześcijańskiej. Starał się krzewić Je wśród pogan.
Tę owocną pracę przerwały na pewien czas edykty cesarza rzymskiego Dioklecjana wymierzone przeciw chrześcijanom. Wyznawców Jezusa uczyniono obywatelami drugiej kategorii i zabroniono im sprawowania obrzędów religijnych. Rozpoczęły się prześladowania chrześcijan. Po latach spędzonych w lochu Mikołaj wyszedł na wolność.
Biskup Mikołaj dożył sędziwego wieku. W chwili śmierci miał ponad 70 lat (większość ludzi umierała wtedy przed 30. rokiem życia). Nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł: zgon nastąpił między 345 a 352 r. Tradycja dokładnie przechowała tylko dzień i miesiąc tego zdarzenia - szósty grudnia. Podobno w chwili śmierci Świętego ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie.
Mikołaj został uroczyście pochowany w Myrze.

Z Myry do Bari

Wiele lat później miasto uległo zagładzie, gdy w 1087 r. opanowali je Turcy. Relikwie Świętego zdołano jednak w porę wywieźć do włoskiego miasta Bari, które jest dzisiaj światowym ośrodkiem kultu św. Mikołaja. Do tego portowego miasta w południowo-wschodniej części Włoch przybywają tysiące turystów i pielgrzymów. Dla wielu największym przeżyciem jest modlitwa przy relikwiach św. Mikołaja.

Międzynarodowy patron

Biskup z Myry jest patronem Grecji i Rusi. Pod jego opiekę oddały się Moskwa i Nowogród, ale także Antwerpia i Berlin. Za swego patrona wybrali go: bednarze, cukiernicy, kupcy, młynarze, piekarze, piwowarzy, a także notariusze i sędziowie. Jako biskup miasta portowego, stał się też patronem marynarzy, rybaków i flisaków. Wzywano św. Mikołaja na pomoc w czasie burz na morzu, jak również w czasie chorób i do obrony przed złodziejami. Opieki u niego szukali jeńcy i więźniowie, a szczególnie ofiary niesprawiedliwych wyroków sądowych. Uznawano go wreszcie za patrona dzieci, studentów, panien, pielgrzymów i podróżnych. Zaliczany był do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli.

Święty zawsze aktualny

Od epoki, w której żył św. Mikołaj, dzieli nas siedemnaście stuleci. To wystarczająco długi czas, by wiele wydarzeń z życia Świętego uległo zapomnieniu. Dziś wiedza o nim jest mieszaniną faktów historycznych i legend. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w fantastycznie brzmiących opowieściach o św. Mikołaju tkwi ziarno prawdy.
Święty Mikołaj nieustannie przekazuje nam jedną, zawsze aktualną ideę. Przypomina o potrzebie ofiarności wobec bliźniego. Pięknie ujął to papież Jan Paweł II mówiąc, że św. Mikołaj jest „patronem daru człowieka dla człowieka”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Wiktor Skworc z wizytą u dzieci w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka

2019-12-07 08:23

asp / Katowice (KAI)

Abp Wiktor Skworc odwiedził dzisiaj małych pacjentów Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Metropolita katowicki modlił się i rozmawiał z najmłodszymi m.in. o postaci św. Mikołaja. To już piąta taka wizyta metropolity katowickiego w szpitalu dziecięcym w Katowicach-Ligocie.

Archidiecezja Katowicka
Abp Wiktor Skworc z wizytą u dzieci

Metropolita katowicki wspólnie z dziećmi i ich rodzinami modlił się o zdrowie. Nie zabrakło też rozmowy o świętym biskupie z Miry.

- Cenna pamięć i pouczająca nas, ludzi XXI wieku, kiedy się do postaci św. Mikołaja odwołujemy - mówił hierarcha. - Bo on przede wszystkim dzielił się swoim sercem, a ta miłość pasterska potem także przybierała kształt bardzo konkretnej pomocy materialnej. I to jest takie pouczenie, które dla nas zawsze jest aktualne i za to św. Mikołajowi dziękujemy - dodawał arcybiskup.

Wizycie metropolity katowickiego towarzyszyły podarunki w postaci słodkich upominków. - Bardzo ważna wizyta, modlitwa jest nam wszystkim potrzebna i wsparcie - mówiła jedna z obecnych na spotkaniu mam. Mali pacjenci zapoznali się bardziej z postacią świętego biskupa z Miry. - Najlepszy prezent, jaki dzisiaj dostałam, to to, że kończę leczenie - chwaliła się dziewczynka z onkologii.

- To są takie wizyty, które dodatkowo ocieplają naszą atmosferę - podkreśla Justyna Dubiel, psycholog kliniczny. - Czuje się to ciepło ze wszystkich stron. To były niekończące się rozmowy dzieci z arcybiskupem, było bardzo wesoło - mówiła po spotkaniu, zaznaczając, że dobre samopoczucie dzieci jest drogą do szybszego powrotu do zdrowia. - Takie spotkania są odskocznią od choroby, pojawia się szereg ciepłych, dobrych emocji, które mają dobry wpływ na zdrowienie. Mobilizują się endorfiny, mobilizuje się system odpornościowy - to naprawdę ma obiektywny wpływ na to, że dzieci zdrowieją szybciej - zaznaczała Dubiel.

Była to już piąta wizyta abp Wiktora Skworca w katowickim szpitalu.

Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka im. Jana Pawła II w to jeden z największych szpitali dziecięcych w Polsce, znajdujący się w dzielnicy Katowic Ligocie-Panewnikach. W GCZD znajduje się 18 oddziałów szpitalnych, na bazie których funkcjonuje 6 klinik Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. W szpitalu działa także 29 poradni specjalistycznych. Rocznie w GCZD przyjmuje ok. 16 tysięcy pacjentów na oddziały szpitalne oraz udziela ok. 80 tysięcy specjalistycznych porad ambulatoryjnych. W szpitalu na 1. piętrze znajduje się Kaplica Aniołów Stróżów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem