Reklama

Aleksander Doba specjalnie dla „Niedzieli”

Świat jest piękny!

2018-06-19 11:34

Z podróżnikiem Aleksandrem Dobą rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 25/2018, str. 24-26

Archiwum Aleksandra Doby

Aleksander Doba to jeden z najbardziej znanych polskich podróżników. W 2010 r. jako pierwszy w historii człowiek przepłynął samotnie kajakiem Ocean Atlantycki między kontynentami, nie używając żagli i silników. Potem ocean przepłynął jeszcze dwukrotnie. Zdobył prestiżowy międzynarodowy tytuł „Podróżnika Roku 2015” National Geographic. O kulisach swoich wypraw przez ocean podróżnik opowiada tygodnikowi „Niedziela”.

KRZYSZTOF TADEJ: – Jaka jest Pańska recepta na sukces?

ALEKSANDER DOBA: – Zawsze trzeba zaczynać od marzeń. Później planować, jak te marzenia spełnić. Na końcu pozostaje konsekwentna realizacja planów. Najczęściej ludzie spoczywają na laurach na ostatnim etapie. Znajdują tysiące usprawiedliwień, dlaczego nie mogą czegoś zrealizować. Nieraz się denerwuję, gdy ktoś mówi, że udało mi się przepłynąć kajakiem Ocean Atlantycki. Nic mi się nie udało! Po prostu solidnie wykonałem bardzo dobrze przygotowany plan.

– Dokonał Pan tego trzykrotnie!

– Od razu zakładałem, że trzy razy przepłynę Ocean Atlantycki. Wyprawy miały być samotne, samodzielne, bez żadnej pomocy z zewnątrz. Chciałem polegać tylko na sile swoich mięśni. Po raz pierwszy przeprawiłem się przez Atlantyk, płynąc z Senegalu do Brazylii. W ciągu 99 dni pokonałem 5394 km. Druga wyprawa rozpoczęła się w Lizbonie, w Portugalii, w 2013 r., a zakończyła w 2014 r. na Florydzie w Stanach Zjednoczonych. W jej trakcie na krótko zatrzymałem się na Bermudach. Trasa liczyła ponad 12 tys. km. A trzecia wyprawa, w 2017 r., trwała 110 dni. Dopłynąłem do Francji ze Stanów Zjednoczonych. W czasie pierwszej wyprawy przeżyłem 50 burz tropikalnych, w trakcie drugiej – 7 sztormów, a podczas trzeciej – mniej, bo 5 sztormów, ale o bardzo dużej sile.

– Bał się Pan?

– Bałem się przede wszystkim żony! Nie chciała, żebym płynął. Uważała, że to zbyt ryzykowne. Ostro się sprzeciwiała. Kiedy jednak wyjechałem na wyprawę, to bardzo mnie wspierała. Od 41 lat jesteśmy małżeństwem. Jestem szczęśliwy, że nie porzuciła tych starych kości, czyli mnie. Nieraz z humorem mówię, że bardzo dużo zawdzięczam żonie. Hartowała mi przecież nerwy przez wiele lat, więc jak pojawiały się problemy na oceanie, to już nic mnie nie ruszało! Czy miałem inne obawy? Nie miałem. Dominowała ciekawość. Nie czułem strachu. Dobrze wiedziałem, co może mnie czekać. Rozmawiałem wcześniej z żeglarzami, czytałem książki i byłem przygotowany na trudne sytuacje.

– Płynął Pan specjalnym kajakiem?

– To rzeczywiście był specjalny kajak. Miał 7 m długości i metr szerokości. W przedniej części była niewielka kabina. Kajak był niezatapialny. Zbudowano go z nieprzemakalnych, bardzo wytrzymałych materiałów. Z takich powstają ogromne jachty oceaniczne. W środku konstrukcji była pianka, kilkanaście razy lżejsza od wody. Dodane do kajaka pałąki zapobiegały płynięciu do góry dnem. Nawet jeśli w czasie trzeciej wyprawy oceanicznej kajak kilka razy się wywrócił, to po chwili wracał do normalnej pozycji. Najbardziej się obawiałem, żebym nie wypadł i się nie zgubił. Dlatego byłem do niego przywiązany.

– Miał Pan momenty załamania?

– Nie, choć były momenty trudne. Przeżyłem np. potężny sztorm o sile 10 stopni w skali Beauforta. Widziałem fale wysokie na 10 m. Musiałem być cały czas skoncentrowany i nie mogłem, oczywiście, zasnąć. Trwało to ponad dwie doby. Nikt wcześniej na świecie nie przeżył tak dużego sztormu na tak małej jednostce jak moja. Gdy wspominam te wyprawy, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że zbliżyłem się do granic ludzkich możliwości.

– Czy przed wypłynięciem w jakiś szczególny sposób się Pan przygotowywał, np. codziennie trenując?

– Całe życie byłem aktywnym turystą, dlatego nie potrzebowałem treningów czy chodzenia na siłownię. Dla przyjemności między wyprawami jeździłem na rowerze, ale jakoś specjalnie nie ćwiczyłem. W ciągu pierwszych dni od wypłynięcia nie szarżowałem, bo wiedziałem, że będzie to długi maraton kajakowy, a nie kilkudniowy spływ na rzece. Najdłuższa moja wyprawa, z Europy do Ameryki Północnej, trwała 167 dni. Wtedy przez ostatnie 30 godzin wiosłowałem prawie bez przerwy, bo chciałem zdążyć na święto, które urządzono na moje powitanie. Byłem wyczerpany, nie jadłem, bo szkoda mi było czasu. Dopiero jak pojawiła się eskorta honorowa gospodarzy, to powiedziałem, że muszę coś zjeść, bo padnę.

– Nie brakowało Panu ruchu? Przecież gdy płynął Pan kajakiem, to nie mógł Pan chodzić...

– To jedna z kluczowych spraw. Pracowała górna część ciała, nóg prawie nie używałem. Dlatego musiałem zadbać o mięśnie nóg i w tym celu wykonywałem wiele ćwiczeń, przysiadów.

– Nie nudził się Pan, płynąc przez ocean?

– Nigdy się nie nudziłem. Ocean zawsze żyje. Nawet jak jest cisza i wiatru prawie nie ma, to widoczne są fale. Mogłem je obserwować godzinami. Po jakimś czasie wszystko się zmienia, robi się groźnie i nadchodzi burza. Obserwowanie fal, ale i chmur na niebie było dla mnie fascynujące. Poza tym w kajaku stale było coś do zrobienia.

– Czego Panu najbardziej brakowało?

– Kontaktu z ludźmi i prostego polskiego jedzenia. Jestem duszą romantyczną. Gdy było mi bardzo smutno, to dzwoniłem do żony i prosiłem, żeby popatrzyła na to samo, co ja, czyli na księżyc. I gdy tak spoglądaliśmy na niebo, to mimo fizycznego oddalenia czułem jej bliskość. W innych chwilach oglądałem album z rodzinnymi zdjęciami. Patrzyłem na fotografie i przypominałem sobie ważne chwile. Miałem wrażenie, że nie płynę sam, ale razem z całą rodziną. Dostawałem też maile od ludzi, którzy mnie wspierali. Czułem dobrą energię.

– Jak wyglądał Pański dzień na oceanie?

– Nie wyznaczałem sobie czasu na śniadanie, obiad i kolację. Nieraz w nocy robiłem sobie śniadanie. Generalnie jadłem wtedy, gdy byłem głodny. Wodę czerpałem z oceanu. Miałem urządzenia do jej odsalania. Przepływała przez specjalną membranę i wtedy sól się wypłukiwała. Odsalarka z napędem elektrycznym podczas godziny pracy dawała 4 litry wody nadającej się do picia. Ale była to woda jałowa, pozbawiona minerałów; najbardziej niezbędne dodawałem w postaci rozpuszczalnych tabletek. Wiosłowałem nieraz kilka, kilkanaście godzin dziennie, ale przede wszystkim wykorzystywałem siły natury. Podczas dwóch pierwszych wypraw mój strateg Andrzej Armiński tak wybierał trasę, żeby wiatry i prądy wodne mi pomagały. Co jeszcze robiłem? Miałem ze sobą książkę o gwiazdach i gwiazdozbiorach. Te nocne obserwacje nieba były wspaniałe.

– Zdarzyło się, że Pan chorował?

– Nie przechodziłem ciężkiej choroby. Miałem natomiast odparzenia od słońca, a także wysypkę na skórze od słonej wody. Woda w Atlantyku jest pięć razy bardziej słona niż w Bałtyku.

– Łowił Pan ryby?

– Zdarzało się, że nawet same wpadały do kajaka – latające! Specjalnie ryb nie łowiłem. Nieco mniej przyjemne spotkania miałem z rekinami. W przeciwieństwie do delfinów zawsze podpływały samotnie, były głodne i sprawdzały, czy mój kajak nadaje się do jedzenia. Nieraz w niego uderzały. Zdarzało się, że im oddawałem wiosłem.

– Przeżył Pan też groźne sytuacje...

– Trzy razy napadli mnie bandyci, gdy byłem w Brazylii. Tylko silna psychika i wola przetrwania spowodowały, że wyszedłem z tego cało. Kiedyś podpłynęło do mnie pięciu z karabinami, rewolwerami i maczetami. Nie miałem z nimi żadnych szans. Na wszystko im pozwalałem i starałem się stworzyć wrażenie, że nie stanowię dla nich żadnego zagrożenia. Brali, co chcieli. Zachowywałem się spokojnie, wykonywałem flegmatyczne ruchy. Takie groźne sytuacje zdarzały się wyjątkowo. Generalnie świat jest piękny, a ludzie są nastawieni przyjaźnie. Dlatego zastanawiam się, dokąd teraz pojechać. Nie byłem jeszcze na antypodach, czyli w Australii i Nowej Zelandii, a podobno ludzie tam chodzą do góry nogami (śmiech). I tak wróciliśmy do spełniania marzeń.

– Jest Pan przykładem, że można to robić również na emeryturze.

– Marzenia należy spełniać w każdym okresie życia. Mnie zawsze interesował świat. Gdy przez wiele lat pracowałem w Zakładach Chemicznych w Policach, to z niecierpliwością czekałem na urlop. Te 26 dni dokładnie planowałem. Z rodziną wyjeżdżaliśmy na wycieczki, na spływy kajakowe. Starałem się, żeby żona nauczyła się płynąć „jedynką”. Nieraz panie opowiadają, jak pływają kajakiem. Polega to na siedzeniu w „dwójce” i byciu miłą ozdobą zdaną na mężczyznę, który z tyłu wiosłuje. A przecież wiele dziewczyn, kobiet świetnie sobie radzi, pływając samodzielnie.

– Niektórzy jednak na emeryturze nie potrafią się odnaleźć. Brakuje im spotkań z ludźmi, pracy...

– Emerytów dzielę na dwie grupy. W pierwszej są ci, którzy czują się niepotrzebni, wyrzuceni poza nawias, nie wiedzą, co robić dalej, narzekają. Dość szybko znajomi i rodzina żegnają ich na cmentarzu. Druga grupa to osoby pełne werwy, planów i aktywności. Podstawą sukcesu jest aktywność fizyczna. Nigdy nie jest na nią za późno. Lepiej zacząć w zaawansowanym wieku niż wcale. Jeśli nie można już popływać kajakiem czy pojeździć rowerem, to polecam szybki spacer. Ważne jest, żeby robić to, co nas cieszy i sprawia nam radość. Fajne są wycieczki. Na początku po najbliższej okolicy, potem dalej. Inaczej przecież przeżywa się safari w telewizji, oglądając na ekranie słonie i żyrafy, a inaczej, piękniej, gdy na polu człowiek zobaczy sarenkę czy bażanta. Aktywność spowoduje, że będziemy się czuli lepiej, młodziej. Kiedy pytają mnie, ile mam lat, odpowiadam szybko: 29! A po chwili dodaję: do setki!

– Jest Pan zadowolony ze swojego życia? Szczęśliwy? Spełniony?

– Nie miałem łatwego dzieciństwa i młodości. Dość wcześnie stałem się samodzielny. Od najmłodszych lat pomagałem ojcu w różnych pracach, żeby poprawić los rodziny. Gdy miałem 15 lat, wyruszyłem na pierwszą dużą wyprawę. Rowerem wyjechałem ze Swarzędza i objechałem całe polskie Wybrzeże. Gdy spoglądam na swoje życie, to myślę, że wiele osiągnąłem. Na morskie i oceaniczne wyprawy udawałem się dla własnej satysfakcji i frajdy. Nawet nie wiedziałem o nagrodach, które później zostały mi przyznane. Ogólnie – jestem wesoły i szczęśliwy. Nie jestem typem odludka, samotnika. Cieszę się z mojej rodziny. Mamy z żoną dwóch synów, trzy wnuczki. Mam też mnóstwo planów. Kiedy niektórzy zaczynają mówić do mnie „dziadku”, to szybko odpowiadam, że zapraszam ich na swoje 102. urodziny, bo wcześniej będę zajęty. Po chwili patrzę na nich i dodaję: „Ale czy dożyjecie?”.

Tagi:
ludzie pasja

Reklama

Życie oparte na wartościach

2019-02-25 12:50

Katarzyna Krawcewicz

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej zaprasza młodzież i nie tylko do udziału w spotkaniach z cyklu „Człowiek z pasją”. Najbliższe spotkanie już w tę środę (27 lutego) o godz. 19.00 w Domu Parafialnym przy parafii pw. św. Jadwigi Śląskiej w Zielonej Górze. Gośćmi będą Roskana Czerniec (uczestniczka The Voice of Poland 9) oraz Julia Świca (Mistrzyni Polski, Wicemistrzyni Świata i Europy w kickboxingu).

archiwum
Hubert Nowak z oddziału KSM w Kargowej

- Warto przyjść na spotkanie „Człowiek z pasją”, ponieważ jest to okazja do spotkania ze świetnymi ludźmi. Kiedy się widzi ich na korytarzu, wydają się tak samo normalni jak my, ale gdy ich bliżej poznamy, uświadamiamy sobie, że są to ludzie, którzy swoim talentem i wytrwałością w dążeniu do celu wyróżniają się na tle większości osób w podobnym wieku – mówi Hubert Nowak z oddziału KSM w Kargowej. - Uświadamia nam, to że tak naprawdę każdy, kto ma jakąś pasję i wytrwale oraz sumiennie ją udoskonala, może osiągnąć ogromny sukces, nawet taki na poziomie kraju. Bardzo mocno zachęcam do tego spotkania, ponieważ może nam ono uświadomić, że będąc zwykłym człowiekiem możemy osiągnąć coś nadzwyczajnego.

Celem spotkania jest stworzenie młodym ludziom przestrzeni, w której będą mogli m.in.: poznawać ciekawych ludzi opierających swoje życie na wartościach chrześcijańskich, poruszać interesujące tematy, inspirować się wzajemnie do rozwijania pasji.

Udział w spotkaniu jest bezpłatny. Bliższe informacje: Biuro KSM czynne od pn. do pt. w godz. 8:00-16:00, ul. Aliny 7, 65-329 Zielona Góra, tel. 68 453 92 73, 68 453 92 74, e-mail: biuro@zg.ksm.org.pl, www.zg.ksm.org.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: dziś pierwszy pielgrzymkowy „szczyt”

2019-07-15 18:09

it / Częstochowa (KAI)

Na Jasnej Górze odbywa się dziś pierwszy tzw. pielgrzymkowy szczyt. Na święto Matki Bożej Szkaplerznej przybyły tysiące pątników. Dwie piesze pielgrzymki diecezjalne i kilka mniejszych. Wszystkim towarzyszyła modlitwa o owoce Ducha Świętego, nowe powołania i za Polskę.

Bożena Sztajner/Niedziela

W 39. pielgrzymce przemyskiej wśród 1,2 tys. osób podążał jak zwykle metropolita przemyski abp Adam Szal, który podkreślał, że czuje wielką potrzebę bycia z ludem Bożym. - Myślę, że pielgrzymka piesza jest pięknym obrazem Kościoła będącego w drodze, Kościoła, który jest nieraz utrudzony, ma przeszkody, ale ma jasno sprecyzowany cel. Dla nas pielgrzymów tym celem jest wspólne przebywanie, wspólna modlitwa, i dojście na Jasną Górę, by uczestniczyć we Mszy św., bo Matka Boża doprowadza nas do Eucharystii. Czuję potrzebę serca, aby iść razem z tym Bożym ludem - mówi.

- Czujemy radość, szczęście i emocje, które są nie do opisania. Taki miesiąc poślubny na pielgrzymce, żeby podziękować Matce Bożej za to, że dała nam siebie - podkreślają nowożeńcy, którzy w ślubnych strojach wkroczyli w progi Jasnej Góry.

W drodze modliliśmy się za Polskę – powiedziała Bożena z Jarosławia. Wyjaśniła, że było np. nabożeństwo za Ojczyznę, bo „w dzisiejszych czasach bardzo ważna jest modlitwa za nasz kraj”. - Mieliśmy też białe koszulki z czerwonymi napisami, by idąc przypominać o Polsce – zauważyła pątniczka.

- Doświadczaliśmy ogromnej życzliwości od ludzi przez wszystkie dni naszego pielgrzymowania – zaznaczył pan Kazimierz. Jak podkreślił „właściwie niczego nam nie brakowało w drodze”.

Dla pani Heleny była to pierwsza piesza pielgrzymka. - Jestem pierwszy raz z trójką dzieci przede wszystkim dlatego, że chciałam moje dzieci zawierzyć Matce Bożej. Było wspaniale – wyznała.

W tym roku na pielgrzymce przemyskiej była nowość. Diecezjalne Radio Fara zainicjowało sztafetę różańcową. - W czasie całej pielgrzymki a więc przez 12 dni, ludzie modlili się na różańcu przez całą dobę - powiedział ks. Zbigniew Suchy, koordynator pielgrzymki. Duchową łączność przeżywało ok. 2 tys. osób.

Pielgrzymi podkreślają, że pogoda w tym roku była wspaniała. - Ani razu nie musieliśmy wyciągać deszczowników - zauważają.

Hasłem pielgrzymki przemyskiej były słowa „W mocy Bożego Ducha”. - Zastanawiamy się nad bardzo ważną tajemnicą naszej wiary, tajemnicą obecności Ducha Świętego w życiu Kościoła i życiu każdego z nas. Rok temu zastanawialiśmy się nad darami Ducha Świętego, które w sposób szczególny otrzymujemy w sakramentach świętych, szczególnie w sakramencie bierzmowania, a w tym roku realizowaliśmy jakby następny etap, zastanawiając się jak przynosić owoce, o których pisze św. Paweł w liście do Galatów – powiedział abp Szal.

Na Jasnej Górze na pielgrzymów oczekiwał pochodzący z arch. przemyskiej bp Jan Ozga, który od 31 lat posługuje na misji w Kamerunie. -Moja obecność związana jest z osobistym doświadczeniem tutaj, na Jasnej Górze - wyjaśnia bp Jan Ozga – W 1988 r. przed wyjazdem na misję w ramach akcji ‘100 misjonarzy jako żywy dar Kościoła polskiego’, byłem tutaj, żeby jasnogórskiej Pani, a przez Nią Bogu zawierzyć posługę w świecie misyjnym i wtedy też powiedziałem, że ‘ilekroć będę w Polce, tylekroć w Twoim domu’. To jest spełnienie słowa, ale i pragnienie serca, bo zawsze znajduję kilka godzin czasu, by tu zawierzyć siebie, swoją rodzinę, Kościół powszechny, misyjny.

85. kompania poznańska szła „Z Maryją w nowe czasy” i wpisywała się w trwający w arch. poznańskiej czas nawiedzenia kopii Cudownego Obrazu.

- Dla wielu jest to czas powitania i zaproszenia Matki Bożej do naszych wspólnot parafialnych. Szczególną intencją, którą powierzamy są nowe powołania, których w naszej archidiecezji brakuje – powiedział jeden z kapłanów.

W pielgrzymce poznańskiej przyszło prawie 1,7 tys. pątników. Pani Elżbieta przyszła czwarty raz z córką i synem. - Było wiele trudności, ale udało się dojść, za co bardzo dziękuję Matce Bożej. Dla mnie jest to czas wyciszenia, zatrzymania się. Oczywiście mam intencje, ale chciałam przez te 11 dni być bliżej Pana Boga, i dziękuję, że mam do Kogo pielgrzymować – powiedziała pątniczka.

Jasnogórskie prymicje witając pielgrzymów odprawiał bp Szymon Stułkowski, od dwóch miesięcy biskup pomocniczy arch. poznańskiej. - Mam duże poczucie wdzięczności za ich świadectwo wiary - mówił i wyjaśniał: „oni omadlają nas, naszą diecezję, Kościół, ofiarują cierpienie, zmęczenie, to jest piękne”. - Z wielką wdzięcznością tu staję, bo też to przeżywałem jako pielgrzym i dziś cieszę się, że jako biskup mogę ich witać – zaznaczył biskup.

- Peregrynacja kopii Cudownego Wizerunku Matki Bożej to dla wielu osób okazją, aby zmobilizować się do tego, żeby wyruszyć na Jasną Górę, o czym świadczy duża liczba pielgrzymów, którzy po raz pierwszy wyruszyli - zauważa ks. Jan Markowski, kierownik pielgrzymki. Dodaje, że „w jednej z grup nawet 1/3 pielgrzymów to pierwszaki, więc należy ich podziwiać i zachęcać do dalszego pielgrzymowania”.

W zależności od miejsca wyjścia pątnicy w ciągu 10-13 dni pokonywali ok. 290 km. Na trasie wspierało ich 32 księży, 13 kleryków, 17 sióstr zakonnych oraz 2 braci.

- Gdy człowiek pójdzie w pielgrzymce pierwszy raz, to potem nie sposób jest się wyrwać. Jesteśmy dla siebie jak rodzina, wspieramy się, wiemy o sobie takie rzeczy, o których normalnie się nie mówi. Przyciąga też to, że ma się poczucie przynależności do jakiejś wspólnoty. Teraz, gdy tu już dotarliśmy, czujemy ogromną radość, że jesteśmy u stóp Matki, ale także smutek, że te 11 dni właśnie dobiega końca – powiedziała Kinga z Grodziska Wielkopolskiego.

Już od wczoraj na Jasnej Górze modlą się uczestnicy 150. pielgrzymki piotrowskiej, ale przybyły także grupy m.in. z Trzebuni, Rozprzy czy Gorzkowic. Większość pozostanie do jutra, by tu przeżywać maryjny odpust. Msza św. odpustowa sprawowana będzie na szczycie o godz. 11.00.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czemu nie uwierzyć w siebie?

2019-07-15 21:42

Anna Majowicz

O przyczajonych tygrysach, dwóch stronach medalu i mocnej relacji z Bogiem – Sylwia Jaśkowiec poruszyła serca uczestników 26. Salwatoriańskiego Forum Młodych w Dobroszycach.

Anna Majowicz
Sylwia Jaśkowiec

- Od szkolnych lat uprawiam sport, a moją wiodącą dyscypliną są biegi narciarskie. W 2010 roku pojechałam na swoje pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Vancouver. One otworzyły mi drzwi do świata sportu. Miałam potencjał, ludzie mówili o dużym talencie, uzyskiwałam dobre wyniki sportowe. I nagle w moim życiu wydarzyło się coś niesamowitego. Po powrocie z sezonu zimowego do akademika w Katowicach, gdzie studiowałam na Akademii Wychowania Fizycznego, przydzielono mi pokój z dziewczynami, które na co dzień formowały się we Wspólnocie Przymierza Rodzin ,,Mamre”. Dziewczyny namówiły mnie na wyjazd na Mszę św. o uzdrowienie do Częstochowy. I tu muszę wspomnieć, że po powrocie z igrzysk miałam dobry moment sportowy, ale psychicznie czułam, że coś się kończyło, bo dążyłam do tego, aby zakończyć współpracę z trenerem, z którym bardzo dużo osiągnęłam. Wiedziałam, że nasza dalsza współpraca nie podniesie mojego sportowego poziomu, że mnie nie rozwinie. Człowiek miał w sobie ogromne sportowe ambicje, a przede wszystkim marzył nie tylko o igrzyskach, ale i o medalu mistrzostw świata i medalu olimpijskim. Te moje marzenia powodowały, że muszę iść dalej, wziąć sprawy w swoje ręce. Na tej Mszy św. stało się coś niesamowitego - pierwszy raz w życiu doświadczyłam żywego Pana Boga. Ten żywy Bóg powiedział mi ostre słowa.

Mała retrospekcja z dzieciństwa. W mojej rodzinie nie działo się dobrze. Nie doświadczyłam ojcowskiej miłości, tata nadużywał alkoholu. Moje serce było podziurawione, poranione, a braki miłości odcisnęły na mnie piętno. Byłam pogubiona, wrażliwa i nie potrafiłam poradzić sobie z emocjami. Dzisiaj mówimy o tym, czemu nie uwierzyć w siebie? Ja tej pewności siebie, wysokiej samooceny i poczucia własnej wartości nie zdobyłam w domu. Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bóg dał mi sport jako narzędzie, w którym rozpoczęłam budowanie swojej samooceny.

Mój sportowy potencjał objawił się we wczesnych latach szkoły podstawowej. Chwała Bogu za człowieka, którego postawił na mej drodze – wuefistę Stanisława Gubałę. To był człowiek ogromnej pasji, ogromnego serca, a przede wszystkim ogromnej miłości. Od pierwszych zawodów do kolejnych okazało się, że jestem dobrą biegaczką i potrafię dobrze grać w zespołach drużynowych. Moje serce podbiły biegi narciarskie. Ten sport faktycznie dawał mi poczucie spełnienia, ale przede wszystkim motywował mnie do tego, że jest to moja szansa w życiu na bycie kimś, żeby uwierzyć w siebie, swoje możliwości i na wydobycie z siebie tego, co we mnie najlepsze. Wymagało to ode mnie ciężkiej pracy, wytrwałości, niezłomności, częstych upadków, ale i powstawania z tych upadków. Sport stał się dla mnie najważniejszą rzeczą w życiu. Niestety, przez emocjonalne braki w miłości rzuciłam się całkowicie w wir pracy. To był mój mechanizm obronny. To było kosztem wielu wyrzeczeń, ale i też niestety kosztem niezdrowej ambicji sportowej. Doszłam do poziomu, gdzie zaczęłam gardzić słabszymi ode mnie. Wygrywałam z rówieśnikami z dużą przewagą, co powodowało, że rosła we mnie wartość samej siebie. Wiedziałam, że dochodzę do tego własną pracą, własną siłą, własnym psychicznym zaangażowaniem, upartością i niezłomnością. Jak możecie zauważyć nie było w tym wszystkim Boga, bo byłam ja. Moje budowanie wartości opierało się tylko i wyłącznie na tym, że to jest efekt mojej ciężkiej pracy. To było coś, co później Pan Bóg w sposób sobie właściwy wyciągnął, uświadomił mi, że moje serce było przepełnione pychą i egoizmem.

Kiedy dochodzi się do szczytu sportu wyczynowego, kiedy startuje się w mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich, to ma się świadomość, że jest się obserwowanym, ale i ty cały czas obserwujesz to, jak wygląda konkurencja, jaki poziom prezentuje, jak się odżywia, itd. Cały czas byliśmy jak takie przyczajone tygrysy, obserwujące się nawzajem. To prowadziło do skrajności. Bo w sporcie niestety występuje doping, anoreksja, bulimia – tylko dlatego, by być doskonałym w tym co się robi. To ciemne strony sportu, ale tak to już jest w życiu, że są dwie strony medalu. Wybór należy do nas. Ja niestety, w tym pierwszym okresie dążenia do perfekcji wycięłam z życia Pana Boga.

Punktem zwrotnym w moim życiu był wyjazd do Częstochowy. Pojechałam na Mszę św. i moje serce zostało zalane Bożą miłością. Usłyszałam, że może nie było ze mną ziemskiego ojca, ale Pan Bóg był cały czas obecny w moim życiu, że Jego obecność była nieustanna i On się cały czas o mnie troszczył. Usłyszałam od Boga, że wszyscy mogą o mnie zapomnieć, ale nie On, bo oddał za mnie życie na krzyżu.

Przyjęłam do swojego życia Pana i Zbawiciela i to jest cudowne. To był najważniejszy wybór w moim życiu. Wybór, który obrócił moje życie do góry nogami!

Posłuchaj całego wystąpienia:

https://drive.google.com/file/d/1Q333Es_IerOrY9adtMYx4V-A89ww6hMN/view?usp=sharing

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem