Reklama

Widziane z Brukseli

Pan premier w Strasburgu

2018-07-10 12:29

Mirosław Piotrowski
Niedziela Ogólnopolska 28/2018, str. 42-43

Do siedziby głównej Parlamentu Europejskiego przyjechał Mateusz Morawiecki. Jako polski premier przedstawił wizję przyszłości Unii Europejskiej. Był on już bodaj szóstym z kolei przywódcą państwa członkowskiego Unii występującym w takiej formule. Mówił interesująco. Przypomniał o chrześcijańskich korzeniach Europy, a propozycje jej rozwoju nakreślił w trzech punktach, które następnie rozwijał.

Nie zapomniał nawiązać do historii polskiego parlamentaryzmu, setnej rocznicy odzyskania przez nasz kraj niepodległości i pochwalić się obecnymi sukcesami społeczno-gospodarczymi, aby powrócić do problemów Unii, którą nazwał prawnomiędzynarodowym eksperymentem. Na sali zauważyłem tylko jeden problem. Niemal nikt nie był zainteresowany tym, co mówił polski premier.

Ci, którzy mieli przemawiać, układali sobie w głowach plan ataku w związku z lansowaną tu tezą o zagrożeniu naruszenia zasad praworządności w Polsce. Sytuacja im sprzyjała, gdyż właśnie w tym dniu w Polsce w stan spoczynku przechodziła pierwsza prezes Sądu Najwyższego.

Reklama

To, co mówił premier Morawiecki, nie stało się więc osią dyskusji o Europie, lecz punktem odbicia do krytyki działań polskiego rządu. Przypomniałem sobie wówczas anegdotę, jak to student biologii, zanim poszedł na egzamin, zdążył się nauczyć tylko o dżdżownicach, a dostał pytanie o słonia. Bez zastanowienia stwierdził, że słoń ma trąbę w kształcie dżdżownicy, a dżdżownice dzielą się na... – i dalej o tym, czego się nauczył. Nie inaczej było w Strasburgu. Rozpoczął wiceszef Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis (Jean-Claude Juncker się nie pofatygował, choć zazwyczaj jest obecny). Następnie w imieniu dwóch największych frakcji mówiło dwóch Niemców, którzy „z palącą troską” pochylili się nad „upadkiem praworządności w Polsce”. Dalsze spicze Belga Guya Verhofstadta, niemieckiej europosłanki Ski Keller i innych przedzieliła mowa obronna przedstawiciela naszej frakcji. Polski europoseł z pewnością chciał dobrze, ale nie zdołał skłonić przemawiających, aby skupili się na właściwym temacie. Notabene jego dygresje o ukaraniu przed rokiem Janusza Korwin-Mikkego i rzekomym zablokowaniu wystawy w PE o Józefie Piłsudskim stały się przysłowiową niedźwiedzią przysługą uczynioną Morawieckiemu. Prowadzący obrady Antonio Tajani odebrał to jako osobisty przytyk i się rozsierdził. Nie omieszkał przypomnieć, że nikt wspomnianej wystawy nie blokuje, tylko organizatorzy się spóźnili, nie dotrzymali terminu. Jak tylko dostarczą dokumentację, nie będzie żadnych problemów. Uff... to cieszy, nawet bardzo. Ale tam siedział polski premier i czekał na debatę o Europie.

Oczywiście, w przypisanym czasie sam dzielnie odpierał zarzuty, ale przecież miało być o Europie i jej przyszłości. Przyznam, że miałem wątpliwości, czy w ogóle było warto, aby w tych okolicznościach występował. Ktoś przecież premierowi w sprawach europejskich doradza. Czy nie mógł opracować lepszej strategii? Przygotować otoczki tej wizyty? Życzliwi goście na trybunach, więcej zaprzyjaźnionych europosłów w sali plenarnej, uprzednie spotkania i rozmowy? Wiadomo było, że totalna polska opozycja w PE nie śpi. Przypominam sobie ostatnią wizytę w Strasburgu premier Beaty Szydło. Podobnie odpierała zarzuty o rzekomy brak praworządności w Polsce, ale polityczny efekt był zgoła inny. Dość powiedzieć, że towarzyszący jej ministrowie i współpracownicy otwierali z radości szampana, zanim zakończyła się debata z udziałem premier, a europosłowie Platformy Obywatelskiej zdymisjonowali swojego przewodniczącego Jana Olbrychta za to, że zbyt blado wypadło jego przemówienie. To taka mała różnica. I na koniec jeszcze jedna. Przed swoim wystąpieniem w Strasburgu premier Szydło zaprosiła wszystkich polskich europosłów na spotkanie. Określiłbym je jako owocne. Premier Morawiecki się z nami nie spotkał, za to oficjalne zaproszenie na spotkanie otrzymali wszyscy nasi asystenci. W większości ci, którzy nie przyjeżdżają z Brukseli do Strasburga.

Mirosław Piotrowski
Poseł do Parlamentu Europejskiego, www.piotrowski.org.pl

Tagi:
premier felieton

Reklama

Raport z wyzwolonego miasta

2019-05-15 08:05

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 20/2019, str. 36

Trudno jest walczyć z podłością codziennego kurzu, trudno jest odczytywać znaki, gdy wokół huczą tuby barbarzyńców

©scarface - stock.adobe.com

Był chyba 1984 r., w kościele Ojców Redemptorystów w Krakowie tuż obok ołtarza siedział starszy, siwy mężczyzna. Monotonnym głosem czytał swój wiersz. Czytał o oblężonym Mieście, ale tak w istocie zerkał na nas i czuliśmy, że w ten sposób rozmawia właśnie z nami – z tymi, którym wtedy przyszło nosić swoją młodość. Zaciskaliśmy pięści, gdy padały słowa: „(...) patrzymy w twarz głodu twarz ognia twarz śmierci/ najgorszą ze wszystkich twarz zdrady/ i tylko sny nasze nie zostały upokorzone”.

Nasze sny wówczas były wspólne. Wiedzieliśmy, kto oblega Miasto. Każdy z nas wyobrażał sobie, że to właśnie on będzie ocalony, on się nie ugnie i poniesie Miasto w sobie.

Starszy pan uśmiechał się do nas smutno – tak jakby coś wiedział – ściskał dłonie, niewielkimi literami wpisywał nam do przyniesionych ze sobą tomików swoje imię i nazwisko. Dziś chowam ten tomik jak największą relikwię? Pożółkł, poplamił się od częstego czytania.

Nieśliśmy to Miasto, aż przyszły wybory w 1989 r.

Wtedy wielu złożyło broń. Zaczęli pisać „Miasto” małą literą, boć przecież Miasto się oparło, zwyciężyło, jego mieszkańcy mogli wreszcie swobodnie oddychać. Nie było potrzeby kontynuowania wojennego patosu.

Wyszliśmy za mury, nie w szyku bojowym, ale każdy na własną rękę. Dowódcy oblężenia przywdziali nasze barwy, to oni właśnie odbierali od nas broń i gładzili po głowach. Tak, zwycięstwo przyszło niespodziewanie, nie wytoczono nawet kropli krwi – ot, barbarzyńcy, którzy dotąd topili naszych dziadków i rodziców w gnojówce, teraz umyli ręce i stali na trybunach, odbierali spontaniczne defilady.

Ani się spostrzegliśmy, jak znów „jednostką obiegową stał się szczur”. Szczur szybko wyparł pieniądze, które tajemnie przechowaliśmy w piwnicach. Nasza waluta stała się śmieszna. Rychło też niemodne stały się szare stroje z czasów oblężenia.

Festyny zaroiły się od kolorowych barw barbarzyńców, stały się modne, nosili je artyści i kuglarze... Rychło też przywdziali je nasi młodzi.

Minęło tyle lat, starszy pan już dawno nie żyje. Po jego śmierci usiłowano nawet jego otoczyć wiarą barbarzyńców. Był okadzany i w tych dymach coraz więcej było ich słów, tego, co dawniej – bombami – chcieli nam wcisnąć za mury.

Dziś barbarzyńcy defilują po placach naszego Miasta, zamieszkują w Pałacu Dożów, ich mowa wypiera naszą nawet z naszych najstarszych kościołów, w których szykowaliśmy się do odpierania kolejnych szturmów na mury Miasta.

Wtedy, u Redemptorystów, miejsce obok mnie zajmował młody chłopak, tak jak ja i wszyscy tam miał w sobie ponieść Miasto. Poniósł je do... „Gazety Wyborczej”, tam dali mu dobre żarcie i splendory.

Nie poznaję Miasta.

Tak jakby wjechał do niego niewidzialny drewniany koń i z jego trzewi wypełzła słodka, nieodczuwalna zaraza. Coś zmieniło tamtych ludzi. Nie był to tylko czas. Nie była to tylko zdrada. W dodatku nie czuliśmy, kiedy zaczęto nam odbierać nawet nasze ostatnie ruiny.

Nie poznaję Miasta, nie ma już murów, maleje liczba tych, którzy kiedyś ich bronili. Młodzi nie chcą wierzyć w to, że kiedyś w ogóle istniały.

Obrońców powszechnie chcą leczyć w klinikach psychiatrii. Masowo rozdaje się też pigułki na niepamięć.

Zaczęła panować nowa ideologia, to dowódcy barbarzyńców chowani są przy wtórze świętych pieśni Miasta. To barbarzyńców ubrano w barwy jego obrońców. Przepłaceni heroldowie głoszą, że Miasto było jeno wesołym miasteczkiem, a zwycięstwo zawdzięcza „bohaterom” za murami, wśród wojsk oblężenia. Oni uratowali substancję. Obronili ją przed „ciemną hordą” nielicznych obrońców. Ukradli nasze hymny i hasła, tworzą z nich teraz pomniki z cukru i wazeliny.

Nasz upór stał się „wrogiem postępu”, nasze wiersze – „mową nienawiści”.

Nie żyje już stary kronikarz, a jego słowa wypucowano do czysta i oddano we władanie kałmukowi, którego obwołano stróżem majestatu Miasta.

Brudne stopy tłuszczy rozniosły nawet proch Miasta na wszystkie strony bezsensu. Na głównym placu wyszydzono Krzyż. Nie jest już potrzebny. Wszak miasto jest wolne...

* * *

Codziennie siadam do swej bezsensownej pracy, z uporu, z nawyku, z poczucia, że nic innego nie potrafię. Czepiając się sensu, opowiadam tedy swym topornym językiem o Mieście, które istnieje. Codziennie, gdy kładę się spać, widzę światła zapalające się w górach. Jest ich coraz mniej...

Trudno jest walczyć z podłością codziennego kurzu, trudno jest odczytywać znaki, gdy wokół huczą tuby barbarzyńców.

Trudno jest żyć bez walki wręcz, do której już nie jestem zdatny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Niezłomny, ukochany proboszcz Górzna

2018-09-04 13:45

Wojciech Wielgoszewski
Edycja toruńska 36/2018, str. IV

Kapłan urodzony przed 115 laty w święto Narodzenia Maryi, zasłużył się jako budowniczy kościoła w Gdyni-Cisowie, a w powiecie brodnickim służył parafiom w Żmijewie i Górznie, gdzie w ciągu 4 dekad od czasów okupacji po stan wojenny zdobył autorytet niezłomnego, bliskiego ludziom duszpasterza

ze zbiorów Wojciecha Kalinowskiego
Proboszcz parafii górznieńskiej podczas procesji Bożego Ciała w latach 50. XX wieku

Franciszek Śmigocki, syn urzędnika pocztowego Jana i Józefiny z domu Banzów, urodził się 8 września 1903 r. w Cichem w parafii pw. św. Mikołaja w Łąkorzu w powiecie brodnickim. 6 lat później rodzina zamieszkała w Brodnicy, gdzie w latach 1914-22 uczył się w gimnazjum. W latach 1919-20 należał do tajnej organizacji filomackiej – Towarzystwa Tomasza Zana. W 1922 r. wstąpił do Seminarium Duchownego w Pelplinie. 27 czerwca 1926 r. przyjął święcenia kapłańskie. 2 dni później odprawił prymicję w Brodnicy.

Pierwsze zasługi

Neoprezbiterat rozpoczął w Piasecznie na Kociewiu, skąd został skierowany do Wielkiego Walichnowa. Później były wikariaty w Ostrowitem w dekanacie radzyńskim i Wielkim Łęcku w dekanacie lidzbarskim. W latach 1929-32 przebywał na urlopie zdrowotnym w Kartuzach, posługując jako kapelan sióstr miłosierdzia. W 1933 r. był wikariuszem w Grucznie blisko Świecia, po czym z początkiem 1934 r. objął nowo utworzoną parafię w Gdyni-Cisowej. Tamże postawił kościół pw. Przemienienia Pańskiego, poświęcony 11 września 1935 r. przez dziekana gdyńskiego ks. Teodora Turzyńskiego. W następnym roku ze względów zdrowotnych poprosił o przeniesienie do mniejszej miejscowości; 1 kwietnia został administratorem parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Przecznie (obecny dekanat bierzgłowski), ale i tam czekało go poważne zadanie: odbudowanie kościoła uszkodzonego wskutek pożaru.

Proboszcz żmijewski

W grudniu 1936 r. został kuratusem parafii pw. św. Jakuba Apostoła w Żmijewie k. Brodnicy, gdzie od wieków głównym odpustem było Narodzenie Maryi, Patronki dnia jego urodzin. Zaangażowany w rozwój religijnej aktywności parafian opiekował się organizacjami powołanymi przez zasłużonego poprzednika ks. Marcelego Czarnowskiego bractwami Matek Chrześcijańskich i Żywego Różańca, Apostolstwem Modlitwy oraz Papieskim Dziełem Rozkrzewiania Wiary. Dodatkowo utworzył parafialny oddział Akcji Katolickiej, Stowarzyszenie Mężów, Żywy Różaniec i Żywą Różę Panien. Zaangażował się także w pracę dobroczynną; np. wsparcie dzieci parafian bezrobotnych w Zbicznie (por. „Ziemia Michałowska”, nr 64/1937 r., nr 11/1938). Zaprzyjaźnił się ze starszym o pokolenie dziekanem brodnickim ks. Romanem Dembińskim, proboszczem sąsiedniej parafii w Pokrzydowie, którego uważał za wzór duchownego, doskonale wprowadzającego młodych księży w obowiązki kapłańskie (por. „Bohater wiary i Ojczyzny”, „Głos z Torunia” nr 19/2011).

Losy okupacyjne

Podczas okupacji ks. Śmigocki aresztowany już 8 września 1939 r. był więziony w Brodnicy, Rypinie, Oborach i Grudziądzu. 13 kwietnia 1940 r. został zwolniony do Brodnicy. Pracę wikariusza łączył z niedzielnymi dojazdami do Żmijewa uczynionego 28 października parafią filialną. Potajemnie odprawiał Msze św. dla sióstr służebniczek w brodnickim szpitalu, gdzie 29 grudnia 1940 r. zmarł z wyczerpania zwolniony z obozu w Stutthowie ks. Dembiński. Dawnego przyjaciela pochował w tajemnicy przed kościołem w Pokrzydowie. 12 grudnia 1942 r. tuż po śmierci ks. Władysława Rygielskiego, proboszcza Górzna („Głos z Torunia” nr 21/2018), bp Karol Splett mianował go wikariuszem-ekspozytem, faktycznym proboszczem parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego.

Proboszcz Górzna

8 sierpnia 1947 r. został pełnoprawnym proboszczem, dodatkowo pełnił funkcję wizytatora religii w dekanacie lidzbarskim. W uznaniu zasług biskup chełmiński Kazimierz Józef Kowalski obdarzył go 31 października 1954 r. tytułem radcy honorowego. W parafii liczącej w 1948 r. blisko 2,3 tys. wiernych, w tym 1,5 tys. w Górznie, w ciągu pierwszych 3 lat powojennych, jeszcze przed nastaniem wrogich działań władz komunistycznych, ks. Śmigocki prowadził ożywione życie religijne, angażując wiernych w Żywy Różaniec, Sodalicję Mariańską, Caritas i chór św. Cecylii, uczestnicząc w życiu miasta, np. w dożynkach. Ostatnie z udziałem Kościoła odbyły się w 1947 r. W maju 1948 r. naraził się władzom, odmawiając dekoracji plebanii z okazji 1 maja, a w sierpniu odmówił udziału w miejskich dożynkach, których termin ustalono w czasie konfliktującym z misjami parafialnymi. Wezwany w 1949 r. do starostwa brodnickiego, by wyrazić swój sąd w sprawie dekretu z 5 sierpnia „o ochronie wolności sumienia i wyznania” w praktyce ograniczającego prawa i działalność Kościoła, zachował się wobec władz przedstawiciela Urzędu Bezpieczeństwa z dystansem wobec intencji dekretu („Diecezja chełmińska w czasach komunizmu”, t. I, Pelplin 2008). W październiku 1949 r. w ramach Tygodnia Miłosierdzia Caritas starosta brodnicki zakazał proboszczowi zorganizowania akademii w Górznie. W 1967 r. władza państwowa ukarała go za odmowę rejestracji punktu katechetycznego.

Przykładny duszpasterz

Doświadczony przejściami i restrykcjami ze strony różnych odmian władz totalitarnych, szczególnie hitlerowskiej, stalinowskiej i gomułkowskiej, zmarł w 4 miesiącu komunistycznego stanu wojennego. Mimo represji i chorowitości wytrwale dążył drogą kapłańską, łącząc posługę z przykładem postawy osobistej. „Ksiądz Proboszcz ściśle pościł (…) w środę, piątek i sobotę. Stary proboszcz był raczej z tych starodawnych” – wspominała gospodyni prowadząca jego plebanię Stefania Hoffmann („Kuchnia na plebanii”, Kraków 2016). Wymagający od siebie i innych, cieszył się opinią doskonale wprowadzającego młodych wikariuszy w obowiązki kapłańskie. Jednym z nich był pracujący w Górznie od 1959 do 1962 r. ks. Stanisław Grunt, obecnie jeden z dwóch infułatów diecezji pelplińskiej. Zasługą ks. Franciszka jest odnowienie w drugiej połowie lat 50. kościoła przy współpracy z toruńską pracownią konserwacji zabytków. Przebudowano też chór, a konserwator i malarz Alojzy Goss oprócz renowacji figur zabytkowych, wykonał na suficie polichromię ilustrującą najważniejsze sceny biblijne (niezachowana do czasów obecnych).

Ks. Śmigocki zmarł 24 marca 1982 r. Jego eksportę poprowadził ostatni biskup chełmiński Marian Przykucki. Po 4 dekadach posługi proboszcz górznieński spoczywa na cmentarzu parafialnym.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kostrzyn nad Odrą: Peregrynacja w parafii Matki Bożej Rokitniańskiej

2019-05-22 00:01

Kamil Krasowski

Obraz św. Józefa z Narodowego Sanktuarium w Kaliszu 20-21 maja nawiedził parafię Matki Bożej Rokitniańskiej w Kostrzynie nad Odrą. Naukę rekolekcyjną w czasie peregrynacji poprowadził tam misjonarz ks. Andrzej Hładki.

Archiwum ks. Paweł Patrzylas
20-21 maja obraz nawiedził parafię Matki Bożej Rokitniańskiej w Kostrzynie n. Odrą
Zobacz zdjęcia: Peregrynacja w parafii Matki Bożej Rokitniańskiej w Kostrzynie nad Odrą
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem