Reklama

Przesłona

Frank Herbert napisał kiedyś, że „nadzieja przesłania jasność widzenia”. W ich przypadku tak właśnie było. Wchodzący w dorosłość Polacy jeszcze latem 1939 śmiali się z dowcipów o Hitlerze, powtarzali powiedzonko „kłamie jak komunikat wojenny”, po czym z właściwym młodości entuzjazmem wykrzykiwali hasła propagandowe: „Swego nie damy! Napastnika zwyciężymy!”. Mówiono, że nawet sam gen. Rydz-Śmigły ostatnią noc sierpnia spędził grając z przyjaciółmi w karty

Niedziela Ogólnopolska 35/2018, str. 52-53

[ TEMATY ]

wiara

Niedziela Młodych

©Konstantin Yuganov/stock.adobe.com

Wbrew rozsądkowi i temu, co każdego dnia działo się wokoło, młodzi pragnęli wierzyć, że wojna nie wedrze się do ich świata, że mają przed sobą przyszłość, że tak jak tego pragnęli wychowujący pierwsze pokolenie porozbiorowej Polski rodzice, to właśnie oni, urodzeni jako wolni, odbudują potęgę Ojczyzny. Żyli więc, śmiejąc się z niebezpieczeństwa, z sercami przepełnionymi nadzieją.

„Przysunęła się bliżej i oparła głowę na piersi ukochanego. Trwali tak w milczeniu wpatrzeni w usiany gwiazdami nieboskłon. Choć przychodziło im to z coraz większym trudem, chcieli wierzyć, że tak już będzie zawsze, że to, co złe, nie nadejdzie, nie odnajdzie ich, ominie”*.

Reklama

Potem był wrzesień. Pierwszy... Siedemnasty... Dwudziesty ósmy, gdy skapitulowała stolica.

Mieszkańcy Kresów Rzeczypospolitej znaleźli się w strefie wpływów Moskwy, w niepojętym świecie komunistycznej nędzy materialnej i moralnej. „Nikt tam nie jest bezpieczny, nikt nie może zadbać o własny los, za to absolutnie każdy jest wszechmocny, gdy idzie o dolę innego”.

Dla Polaków przyszykowano szczególne przeznaczenie. Już w grudniu 1939 podjęta została decyzja o deportacji ludności polskiej z Kresów. Planowano wywieźć setki tysięcy ludzi, a przygotowania zajęły zaledwie dwa miesiące. Pierwsza z czterech wywózek, najgorsza, bo niespodziewana zaczęła się nad ranem 10 lutego 1940 r.

Reklama

„Zamarła z ręką na zasuwie. Sowieci. Grabieże zaczęły się już późną jesienią. Czerwonoarmiści wpadali do dworów, brali, co chcieli, niszcząc, a niekiedy i paląc całą resztę. Babka surowo upominała wnuczki, żeby pod żadnym pozorem nie otwierać nikomu nocą drzwi. Pojęła nagle, że aż do tej właśnie chwili nieświadomie liczyła, że wojna ominie skryty wśród lasów, odcięty od świata dworek, że całe szalejące w tych dniach zło przeoczy ich obecność. Teraz zrozumiała, jak bardzo się łudziła, jak była naiwna, sądząc, że w ogóle gdziekolwiek można się schronić przed zarazą nienawiści”.

Przychodzili nad ranem. Dawali kilkanaście, czasem kilkadziesiąt minut na pożegnanie się z dotychczasowym życiem i przygotowanie na podróż w nieznane.

„Łukowskich wraz z setkami innych osób, wśród których matka rozpoznała członków wielu okolicznych polskich rodzin, popędzono do oczekujących na stacji pociągów towarowych. Byli tam głównie ci, których ojcowie zajmowali stanowiska urzędnicze różnych szczebli, pracowali w policji, służbie leśnej czy na kolei. Tłoczący się na peronie ludzie zaczęli modlić się i śpiewać pieśni kościelne. Wówczas jeden z komendantów wystrzelił w niebo. Huk przeciął powietrze i zapanowała cisza.

– Boga nie ma! – wrzasnął rozwścieczony komendant. – Waszym jedynym opiekunem, ojcem i wybawcą jest Józef Stalin”.

Przerażonym ludziom, z których większość stanowiły kobiety, dzieci i starcy, nie pozostawiono złudzeń.

„W Związku Sowieckim nie ma lepszych. U nas nie ma panów, nie ma i pańskiej śmierci. Na śmierć jak na wszystko inne trzeba sobie zapracować. Pojedziecie, popracujecie i przywykniecie, a jak nie przywykniecie, to sami zdechniecie i ani sznur, ani kula potrzebne nie będą”.

Tak rozpoczęła się tułaczka. Trwająca tygodniami podróż pociągiem w nieludzkich warunkach zabrała wiele istnień. Wreszcie opuścili zamknięte dotąd wagony. Z żywymi z wnętrz wysypały się setki trupów.

„Niedługo po tym, jak zostawili za sobą ostatnie siedziby ludzkie, skończyła się droga ubita wśród śniegu i ciężarówki nie mogły jechać dalej. Przesadzono ich więc na sanie. Gdy przebyli skutą lodem rzekę, las wokół nich zgęstniał i niemal nie przepuszczał światła. Odcięci od bladych, niosących ciepło promieni ludzie marzli jeszcze bardziej. Nocą zerwała się śnieżyca. Z nieba sypały się lodowe kule”.

Polacy znaleźli się na nieludzkiej ziemi, u wrót piekieł, gdzie czekała na nich katorżnicza praca, odbierający zmysły głód, zimno, choroby, samotność. Ludzie padali jak muchy. Wkrótce ci, którzy przeżyli, zaczęli zazdrościć umarłym.

30 lipca 1941 roku podpisano układ Sikorski-Majski i ogłoszono „amnestię” dla zesłanych Polaków.

„My nie popełniliśmy żadnego przestępstwa i nie dostaliśmy żadnej kary! Zostaliśmy wywiezieni bez podania winy, bez paragrafu, bez wyroku. Oto zatem mamy nowy wymysł batiuszki Stalina – amnestię dla niewinnych”.

W młodych wstąpiła jednak nowa nadzieja. Uwierzyli w gen. Andersa i w to, że dla ich Ojczyzny jest jeszcze przyszłość. Chłopcy wstępowali do oddziałów junaków, dziewczęta w szeregi PESTEK, czyli formacji Pomocniczej Służby Kobiet. Znów mogli walczyć, znów było jakieś jutro. Nadzieja przesłoniła bolesną rzeczywistość.

„Ich gromki śmiech odbijał się od ciemnych desek wagonu, iskrzył, dodawał sił. (...) patrzyła na siostrę, która zarumieniona pod wpływem męskich spojrzeń rzucanych w jej stronę wyglądała niemal ładnie. (...) Choć miała opuchniętą twarz pokrytą strupami, a po posklejanych włosach pełzały wszy, nadal była tym samym podlotkiem pragnącym uczuć, poszukującym flirtu i zabawy”.

Za Armią Andersa ciągnęły tysiące bezbronnych cywilów, kobiet, młodzieży i dzieci marzących tylko o tym, by wydostać się z Syberii. Gen. Anders nakazał swoim żołnierzom, by robili co w ich mocy, żeby im dopomóc. Po morderczej wędrówce i niebezpiecznej przeprawie przez Morze Kaspijskie wycieńczeni Polacy dotarli do Bandare Pahlawi, niewielkiego portu w Iranie.

„Życie w Pahlawi dla udręczonych Polaków było dotknięciem raju. Nie zauważali niedogodności, trwając w nieustannym zachwycie nad ciepłem promieni irańskiego słońca, dostępem do wody i jedzenia, nad tym, że mogą się umyć i zmienić ubranie. Te proste, przed laty tak oczywiste rzeczy sprawiały, że każdy z nich czuł, jakby doświadczał najprawdziwszego cudu. Jednak Elżbietę najbardziej zadziwiali sami Irańczycy. Nie mogła zrozumieć, skąd biorą się w nich tak wielkie pokłady życzliwości i gościnności wobec ludzi, którzy do ich kraju przynieśli tylko nędzę i choroby. (...) była tak wzruszona człowieczeństwem tych prostych ludzi, że odczuwała niemal fizyczny ból. (...) W ich zachowaniu było coś więcej niż tylko troska o sprawy materialne, zdrowie czy samopoczucie ewakuowanych Polaków, i to właśnie zwróciło uwagę dziewczyny. Oni byli obecni. Nie rozumieli polskiego, najczęściej nie znali też francuskiego ani angielskiego, umieli mówić tylko po persku. Mimo to, gdy przynieśli kilka jabłek, miskę żółtawego ryżu czy garść świeżych daktyli, siadali pomiędzy wyniszczonymi Polakami, uśmiechali się serdecznie, kiwali głowami i opowiadali coś swym śpiewnym językiem, w pełni świadomi, że nie zostaną zrozumiani. Ta ich gotowość do współprzeżywania przełamywała nieufność zesłańców”.

Z Persji młodzi Polacy mieli wyruszyć w dalszą drogę w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi.

*Cytaty pochodzą z pierwszego tomu trylogii o tułaczych losach Polek, pt. „Owoc granatu. Dziewczęta wygnane”, Maria Paszyńska (Wydawnictwo Książnica).

2018-08-28 12:05

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

O co chodzi w ŚDM?

Niedziela Ogólnopolska 30/2013, str. 9

[ TEMATY ]

Niedziela Młodych

Instytut ŚDM Rio 2013

Przez cały tydzień zgromadzeni w określonym miejscu globu młodzi ludzie z całego świata doświadczają wspólnoty Kościoła, słuchają Słowa Bożego, korzystają z sakramentów pokuty i Eucharystii oraz radośnie głoszą Pana Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Nie, to nie tłum wokół Syna Bożego przed dwoma tysiącami lat. Oto Światowe Dni Młodzieży, która - we wciąż wzrastającej liczbie kilkuset tysięcy, wraz z kilkunastoma tysiącami duszpasterzy - gromadzi się, by wyznawać wiarę w Chrystusa.

Kto wymyślił?

CZYTAJ DALEJ

Trzeba chłopa, żeby nie pił

Łatwo jest wpaść w nałóg alkoholowy. Wyjście z niego wymaga poświęcenia nie tylko osoby chorej, ale także najbliższych. Abstynencja pomaga odzyskać człowieczeństwo. O problemach związanych z alkoholem i życiu bez niego rozmawiamy z ks. Aleksandrem Radeckim.

Ks. Łukasz Romańczuk: Rozpoczynamy sierpień. Dlaczego Kościół troszczy się i zachęca w tym miesiącu do abstynencji od alkoholu?

Ks. Aleksander Radecki: Alkoholizm niszczy całe społeczeństwo. Zachęta daje zawsze nadzieję na pokonanie tej fali. Pamiętam, a było to bardzo dawno, na Dworcu PKP we Wrocławiu, był taki baner: „Przez abstynencję wielu, do trzeźwości całego narodu”. Potem ten baner niestety zniknął, ale znacznie później dowiedziałem się, że była to koncepcja ks. Franciszka Blachnickiego, którego słuchałem na własne uszy i on w 1980 r. przekonał mnie osobiście do tego, aby zdeklarować taką wolę podjęcia abstynencji ze względu na tych, którym pić absolutnie nie wolno. Podejmując próbę uświadomienia sobie, dlaczego ludzie mają jakieś opory przed abstynencją, odkryłem takie punkty: Pierwszy – to uzależnienie. Człowiek nie jest w stanie odmówić sobie wypicia alkoholu, a także nie jest w stanie się przyznać do tej słabości. Drugi – to strach przed opinią otoczenia (Co powiedzą, gdy nie wypiję?). Przeczytałem kiedyś takie zdanie: „Wszyscy wiedzą, że alkoholizm jest chorobą, ale jak nie pijesz, to pytają, czy jesteś chory”. Pojawia się obawa samotności, odrzucenia i wzięcia za donosiciela. Kolejna rzecz – to potrzeba zagłuszenia sumienia ostrzegającego przed popełnieniem grzechu – na trzeźwo byśmy pewnych rzeczy nie zrobili. Pewnego razu przygotowując się do zastępstwa „Orzecha”, na wykładach dla rodziców narzeczonych na zakończenie przygotowania do małżeństwa otrzymałem plan spotkania. Był tam m.in. punkt: oczepiny. Nie wiedziałem, co to jest i obejrzałem dwa filmiki na YouTubie. Zachowania i zabawa były takie, że na trzeźwo nikt by tego nie zrobił. To pozwoliło mi też zrozumieć, dlaczego po takiej uroczystości mało kto przyjdzie do kościoła na Mszę św. w niedzielę, a do Komunii św. tym bardziej. W takich i podobnych sytuacjach, jak przymus towarzyski („ze mną nie wypijesz?”), osiemnastka, imieniny, awans zawodowy – alkohol służy do zmiękczenia i zagłuszenia sumienia.

CZYTAJ DALEJ

Watykan: objęcie urzędu przez nowego prefekta Kongregacji ds. Duchowieństwa

2021-08-02 11:17

[ TEMATY ]

Watykan

Monika Książek

Swoje obowiązki jako prefekta Kongregacji ds. Duchowieństwa objął dzisiaj pochodzący z Korei Południowej arcybiskup Lazarus You Heung-sik.

Emerytowany biskup Daejeon przybył do Rzymu w piątek, a na lotnisku Rzym-Fiumicino powitało go około 20 osób, w tym ambasador Korei przy Stolicy Apostolskiej Choo Kyu-ho oraz jego odpowiednik przy Kwirynale, Kwon Hee-seog.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję