Reklama

Sprawiał, że lecieliśmy wysoko

2018-12-11 12:41

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 50/2018, str. 10-11

wikipedia.org
George Herbert Walker Bush, jak podkreślają jego przyjaciele, znajomi, ale też konkurenci polityczni, był człowiekiem niezwykłego formatu

„Polityka nie musi być wredna” – często powtarzał 41. prezydent USA – George Herbert Walker Bush, który zmarł 30 listopada 2018 r. Mawiał też: „Co zrobiłem dobrze, a co źle – zdecydują historycy”

George Herbert Walker Bush odszedł w otoczeniu najbliższej rodziny i przyjaciół. Podczas kolejnego kryzysu w chorobie nie chciał wracać do szpitala, wolał umrzeć w domu. Powiedział, że chciałby już spotkać się ze swoją zmarłą przed siedmioma miesiącami żoną. Także z córeczką, która odeszła, gdy miała trzy lata.

Bliscy o prezydencie Bushu

Jego przyjaciele, znajomi, ale też konkurenci polityczni powtarzają, że był człowiekiem niezwykłego formatu. Lojalny, uczciwy, koleżeński. Podkreślają, że zawsze szukał dobra w każdej osobie. O swojej pracy dla kraju mówił: „Służba innym jest służbą do końca życia”.

Niezwykle pracowity i rzetelny. Grzeczny. Dziękował innym za to, że z nim byli. Zawsze uprzejmy dla swoich współpracowników – zarówno tych, którzy zajmowali najwyższe stanowiska w Białym Domu, jak i tych, którzy stali najniżej w hierarchii. W polityce był konsekwentny i – jak podkreślają politycy z innych państw – był najwyższych lotów dyplomatą. W swoich notatkach były prezydent Francji François Mitterrand nazwał George’a Busha mistrzem dyplomacji. A przy tym był człowiekiem o wielkim poczuciu humoru.

Reklama

Syn 41. prezydenta USA – George W. Bush, 43. prezydent Stanów Zjednoczonych, często odwoływał się do tego, co powtarzał jego ojciec: „Nie może być tak, że dzieciom zostawimy po sobie większe auto czy większy dom. Trzeba im zostawić przyjaźń, miłość. System wartości”. – Uczył nas również, że służba publiczna jest niezbędna i że można służyć w sposób uczciwy, będąc przy tym wiernym takim wartościom, jak wiara i rodzina. Prezydent USA w podobnym tonie pisał w biografii poświęconej ojcu, zatytułowanej: „41 – portret mojego ojca – książka syna George’a H. W. Busha”. Podobnie mówił Jon Meacham, historyk, zdobywca Nagrody Pulitzera, a zarazem biograf zmarłego prezydenta, w książce: „Przeznaczenie i moc: amerykańska odyseja George’a Herberta Walkera Busha”. Jego przemówienie podczas pogrzebu prezydenta w katedrze było pełne admiracji i niekłamanego podziwu.

– Sprawiał, że lecieliśmy wysoko – powiedział podczas pogrzebu republikański senator Mitch McConnell. – Była w nim dobroć – podkreślił z kolei obecny wiceprezydent Mike Pence w wypowiedzi dla jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych. Był też prostolinijny. Zapytany podczas jednego z wywiadów, czy to właśnie wybór na prezydenta był najszczęśliwszym dniem jego życia, bez wahania odpowiedział: „Najszczęśliwszym dniem był ten, kiedy wróciłem z wojny”.

Kiedy przegrał rywalizację z Billem Clintonem, kandydatem demokratów, nie obrażał się na świat i na rywala, ale odchodząc z Białego Domu, zostawił swemu następcy list: „Drogi Billu. Życzę Ci, żebyś zaznał tu szczęścia. (...) Czekają Cię trudne chwile. Jeszcze trudniejsze z powodu krytyki, którą uznasz za niesprawiedliwą. Nie jestem dobry w dawaniu rad, ale nie zniechęcaj się, nie zbaczaj z obranej drogi. Gdy będziesz czytać ten list, będziesz już naszym prezydentem. Życzę Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego dobrego. Twój sukces będzie sukcesem naszego kraju. Powodzenia”.

Podobnie się zachował, kiedy jego syn George W. Bush został 43. prezydentem USA. Syn wspominał o tym w wypowiedzi dla stacji telewizyjnej CNN: – To nie była misja: młody Bush na prezydenta, ale to była misja: jak najlepiej służyć Stanom Zjednoczonym. Jak ulepszyć ten kraj. Były 43. prezydent podkreślił, że według jego ojca, trzeba dawać społeczeństwu wszystko, co ma się najlepsze.

Jak wspominają bliscy zmarłego prezydenta, jego odpowiedzialność za kraj wynikała w dużym stopniu z tego, że był człowiekiem wielkiej wiary. Mówił też o tym biskup, a zarazem przyjaciel rodziny – Michael Curry podczas Mszy św. w narodowej katedrze Kościoła Episkopalnego w Waszyngtonie. Z kolei przewodniczący Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych kard. Daniel N. DiNardo napisał po śmierci George’a H. W. Busha: „Z wdzięcznością wspominamy tego wielkiego człowieka, który bezinteresownie poświęcił życie w służbie swej ojczyzny. Będąc niezłomnie zaangażowanym w budowanie mostów pokoju i zapewnianie naszemu narodowi wolności, był także natchnieniem dla wielu, jako oddany mąż, ojciec i patriarcha rodziny”.

„Przez swą autentyczność, rozbrajający czar i niezłomne oddanie wierze, rodzinie i ojczyźnie prezydent Bush zainspirował całe pokolenia swych rodaków, poświęcających się służbie publicznej, by stać się, używając Jego własnych słów, «tysiącem świetlnych punkcików», oświetlających wielkość oraz nadzieję i możliwości, jakie Ameryka daje światu. (...) Obdarzony trzeźwym osądem, zdrowym rozsądkiem i spokojem znamionującym przywódcę prezydent Bush poprowadził naród amerykański i świat ku pokojowemu i zwycięskiemu zakończeniu zimnej wojny.

Jako prezydent położył podwaliny pod dziesięciolecia dobrobytu, jakie później nastąpiły. Mimo tych wszystkich osiągnięć zachował pokorę, podążając za głosem powołania, które wyznaczało mu jasny kierunek. Zapamiętamy prezydenta Busha za życie w służbie dla ojczyzny, ale też za oddanie rodzinie – zwłaszcza Barbarze, miłości Jego życia. Jego przykład wciąż żyje i będzie nadal inspirował kolejne pokolenia Amerykanów do osiągania wielkich celów” – napisał po śmierci Busha prezydent Donald Trump.

Potrzebny Panu Bogu

George Herbert Walker Bush urodził się 12 czerwca 1924 r. Ukończył prestiżową Phillips Academy i zrobił sobie „prezent” urodzinowy wstąpieniem do wojska w czasie II wojny światowej. Służył jako pilot w lotnictwie marynarki wojennej. Brał udział w wielu misjach, z których kilka do dzisiejszego dnia uważanych jest za tajne. Podczas jednej z wypraw jego samolot został zestrzelony. Zginęli dwaj jego koledzy. On sam po kilku godzinach niemal beznadziejnego zmagania się z wodnym żywiołem został uratowany. Jak sam później wielokrotnie mówił: „Widać byłem do czegoś jeszcze Panu Bogu potrzebny na tej ziemi”.

Po wojnie, w 1945 r., poślubił Barbarę Pierce, z którą przeżył ponad 73 lata. Urodziło im się czterech synów i córka. W tym też czasie podjął studia ekonomiczne na prestiżowym Yale University, a następnie zatrudnił się w przemyśle naftowym. Z czasem założył własną firmę. Z początkiem lat 60. ubiegłego wieku zajął się też działalnością polityczną, wiążąc się z Republikanami do końca życia. Stopniowo zdobywał kolejne szczeble kariery. Zasiadał w Izbie Reprezentantów, sprawował misję ambasadora przy ONZ, był też szefem CIA. W latach 1981-89, za kadencji Ronalda Reagana, jak sądzono, osiągnął szczyt kariery, pełniąc funkcję wiceprezydenta USA. Jednak nie. Został 41. prezydentem USA. Przegrał walkę o drugą kadencję, ale jak pisał Jon Meacham, osiągnął to, czego nikt od czasu Martina Van Burena w 1836 r. nie dokonał: wygrał wybory jako dotychczasowy wiceprezydent.

Niech patrzą na Polskę

Przez dwie kadencje swojej wiceprezydentury George Herbert Walker Bush zajmował się m.in. sprawami polskimi, zwalczając wspólnie z Ronaldem Reaganem sowieckie imperium zła. Kiedy więc przyjechał do Polski po raz pierwszy, w 1991 r., mówił o naszych problemach z dużym znawstwem. W trakcie swojego przemówienia w Stoczni Gdańskiej prezydent Bush przywołał odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r. Powiedział, że jej fundamentem były nadzieja i ciężka praca. Dziękował również polskiemu narodowi oraz ludziom Solidarności za „odwagę, mądrość i cierpliwość w walce o niepodległość kraju”. Dawał Polskę jako przykład innym narodom na to, jak mądrze zdobywać wolność. I jak można „zmieniać marzenie w rzeczywistość mimo wielkich przeciwności”. „Dziś do tych, którzy myślą, że nadzieje mogą być na trwałe stłamszone, mówię: Niech patrzą na Polskę! Tym, którzy uważają, że wolność może być na zawsze odebrana, mówię: Niech patrzą na Polskę! Do tych, którzy myślą, że marzenia mogą być trwale stłumione, mówię: Popatrzcie na Polskę”.

Podczas kilkuminutowej rozmowy w rezydencji ówczesnego ambasadora USA w Warszawie prezydent Bush powiedział do nas, dziennikarzy: „Najtrudniejsze jest przed wami. Bo wy, jako dziennikarze, ze szczególnie wielką odpowiedzialnością i przezornością, a zarazem odwagą powinniście wznosić swój kraj. By nie zburzyć tego, co już zostało zbudowane”.

Tagi:
sylwetka

Reklama

Kosmiczne zasilacze Polaka

2019-06-25 14:10

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 26/2019, str. 44-45

Żołnierz Armii Andersa i uczestnik bitwy o Monte Cassino, inżynier zatrudniony w NASA, twórca zasilaczy do urządzeń radiokomunikacyjnych i telewizyjnych misji Apollo oraz wahadłowców. Jego nazwisko zostało zapisane w Alei Zasłużonych nad Badaniami Kosmosu (Space Walk of Fame)

NASA
Amerykańskie Muzeum Kosmiczne: Space Walk of Fame, Titusville (Floryda)

Eugeniusz Lachocki urodził się 5 lipca 1921 r. w Prużanach na Polesiu. Jego rodzicami byli Franciszek Lachocki i Jadwiga Witkiewicz. Dziadek Eugeniusza, Tomasz Lachocki, był właścicielem dwu wsi i znacznego obszaru Puszczy Białowieskiej.

Polesie i wojenna tułaczka

Z czasem majątek topniał, ale przywiązanie do puszczy pozostawało w rodzinie. Dlatego Eugeniusz, chociaż marzył o studiach w dziedzinie elektrotechniki i elektroniki, po zdaniu matury w 1938 r. rozpoczął naukę w Szkole Gospodarki Leśnej w Łomży. Wyboru szkoły dokonał jego ojciec, który chciał, aby syn kontynuował tradycje rodzinne i pilnował majątku Lachockich. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Prużany znalazły się na obszarze zajętym przez ZSRR. Franciszek Lachocki został przez Rosjan aresztowany, a w kwietniu 1940 r. rodzina Lachockich została wywieziona do Kazachstanu. W sowchozie Eugeniusz wypasał krowy, ale jego wykształcenie i zdolności w dziedzinie techniki sprawiły, że został traktorzystą, a następnie mechanikiem naprawy traktorów. Później został odpowiedzialnym za minielektrownię z generatorem napędzanym silnikiem spalinowym. Jednak warunki życia jego i rodziny były bardzo ciężkie, wprost nie do wyobrażenia. W 1941 r. jego ojciec Franciszek otrzymał ułaskawienie i z synami dołączył do Armii Andersa, z którą walczyli na Bliskim Wschodzie i pod Monte Cassino. Po zakończeniu wojny Eugeniusz podjął naukę w Technikum Elektronicznym w miejscowości Ferno we Włoszech.

Z Anglii do USA

Po krótkim pobycie we Włoszech Eugeniusz z grupą polskich żołnierzy wyjechał do Wielkiej Brytanii. Kontynuował naukę w polskim college’u w Millom, w hrabstwie Cumberland, gdzie uzyskał tzw. associate degree. Następnie studiował na uniwersytecie w Londynie, gdzie w 1951 r. zdobył tytuł inżyniera elektronika. W tym samym roku 1 września ożenił się z Gryzeldą Nizioł (również Kresowianką, wywiezioną na Sybir, a mieszkającą w Polsce w Martynówce nad Kanałem Ogińskiego, ok. 150 km od Prużan). Poznali się w Londynie, w zabawnych okolicznościach, w czasie ostatniego roku studiów. Eugeniusz mieszkał wtedy w jednym domu ze swoją siostrą. Pewnej niedzieli przyszły do niej koleżanki i tak świetnie i głośno się bawiły, że Eugeniusz, nie mogąc się uczyć, zszedł do pokoju siostry, aby zaapelować o odrobinę ciszy. Wtedy poznał Gryzeldę...

Eugeniusz Lachocki bardzo gorzko wspominał w jednej ze swoich książek stosunek Anglików do cudzoziemców w latach powojennych. Cytuję: „z sojuszników i towarzyszy broni przekształciliśmy się w obcych (...), w cudzoziemców (...), a ostatecznie w «cholernych cudzoziemców»” (w oryginale „bloody foreigners”). Dlatego starał się opuścić Anglię. W marcu 1952 r. znalazł się wraz z żoną w Stanach Zjednoczonych. Pierwszym miejscem zamieszkania Lachockich był Newark w stanie New Jersey. Tam Eugeniusz dostał pracę w firmie General Instruments. Gdy zaproponował wprowadzenie kilku ulepszeń do produktów firmy, jego szef je odrzucił, stwierdziwszy, że ich wprowadzenie wymagałoby dużych nakładów finansowych, na które firma nie może sobie pozwolić. Po pewnym czasie, gdy Lachocki pracował już w Radio Corporation of America (RCA), spotkał się na konwencji zawodowej ze swoimi dawnymi kolegami z General Instruments i dowiedział się od nich, że jego szef opatentował jego pomysły.

Sukcesy w RCA

W RCA Lachocki pracował przez 24 lata, aż do emerytury. Tam zrodziły się jego największe osiągnięcia zawodowe. Brał udział w wielu różnych ważnych i trudnych projektach. Dał się poznać jako zdolny i odpowiedzialny inżynier. W rezultacie został przydzielony do zespołu pracującego dla programu księżycowego Apollo. Był odpowiedzialny za opracowanie zasilaczy do urządzeń radiokomunikacyjnych i telewizyjnych. Trudność tego zadania polegała na tym, że zasilacze korzystały z nowych, nieznanych wówczas źródeł energii, którymi były ogniwa wodorowe. Do tego dochodziły, oczywiście, bardzo surowe wymagania dotyczące ciężaru, objętości, sprawności, warunków termicznych, niezawodności i... terminów. W czasie pierwszego lądowania na Księżycu w NASA Lachocki wraz z innymi kolegami odpowiedzialnymi za różne urządzenia wyprawy Apollo śledził uważnie „na żywo” przebieg misji. Od czasu do czasu ktoś głośno wyrażał swą radość, gdy miały miejsce działania, w których zaangażowane było „jego” urządzenie i gdy widoczne było, że sprawuje się ono prawidłowo. Lachocki się cieszył, gdyż jego „cegiełka” tkwiła w łączności z wyprawą i w łączności między astronautami na Księżycu i statkiem – i wszystko należycie funkcjonowało. Jednak w pewnym momencie kamera telewizyjna zainstalowana na lądowniku księżycowym przestała pracować i nie pokazała startu pojazdu z Księżyca. Nie spowodowało to żadnego niebezpieczeństwa dla wyprawy, jednak coś nie zafunkcjonowało. Lachocki z ogromnym niepokojem czekał na powrót statku na ziemię i na wyjaśnienie przyczyny uszkodzenia. Wszystkie obawy i niepokoje rozwiały się, gdy statek „Apollo 11” wylądował na Ziemi. Okazało się, że kamera przestała pracować, gdyż w czasie prób przed lotem na Księżyc zainstalowano w niej wyłącznik termiczny, na wszelki wypadek, aby zabezpieczyć ją przed ewentualnym przeciążeniem. Wyłącznik ten miał tam być tylko w czasie prób na Ziemi, jednak zapomniano go usunąć przed lotem. Gdy na Księżycu podgrzało go Słońce, wyłącznik zadziałał i kamera przestała pracować.

To był dopiero początek kosmicznej kariery zasilaczy Lachockiego – wszystkie następne wyprawy Apollo wyposażone były w jego zasilacze. Gdy program Apollo dojrzał do „samochodu księżycowego” LRV (Lunar Roving Vehicle), którego głównym konstruktorem był Mieczysław Bekker, opracowanie zasilaczy powierzono, oczywiście, Lachockiemu. Z zadania wywiązał się znakomicie. Jego zasilacze zainstalowane w LRV pracowały absolutnie niezawodnie. Po zakończeniu programu Apollo zlecono Lachockiemu opracowanie zasilaczy do urządzeń elektronicznych programu wahadłowców. Wszystkie egzemplarze promów wyposażone były w te zasilacze i pracowały bez komplikacji.

Eugeniusz Lachocki odszedł z RCA na emeryturę w 1986 r. Miał w swoim dorobku kilka publikacji naukowych i 3 patenty, a w uznaniu jego wkładu w realizację programów Apollo i Promu Kosmicznego został zapisany w Alei Zasłużonych nad Badaniami Kosmosu (Space Walk of Fame). Lachocki był również nauczycielem – uczył języka polskiego w New Smyrna Beach – i pisarzem, autorem kilku powieści historycznych: „Stracone Polesie”, „Bez powrotu”, „Pusta kołyska” i innych. Zmarł 27 października 2010 r., 5 listopada 2010 r. odbył się jego pogrzeb w Amerykańskiej Częstochowie. Miał 89 lat.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Matka Boża Szkaplerzna

xzr
Edycja szczecińsko-kamieńska 31/2002

Arkadiusz Bednarczyk

16 lipca przypada w liturgii Kościoła wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Dzień ten nazywany jest często dniem Matki Bożej Szkaplerznej, gdyż bezpośrednio wiąże się z nabożeństwem szkaplerza.

Historia szkaplerza karmelitańskiego sięga XII w. Duchowi synowie proroka Eliasza prowadzili życie modlitwy na Górze Karmel w Palestynie. Nazywali się Braćmi Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Z powodu prześladowań przenieśli się do Europy. Kościół uznał ich regułę życia i dał prawny początek Zakonowi Karmelitów, który promieniował przykładem świętości w nowym dla siebie środowisku, ale nie uniknął też określonych trudności. Wtedy odznaczający się świętością generał zakonu, angielski karmelita św. Szymon Stock, zmobilizował swoich braci i zawierzając się Maryi, prosił Ją o pomoc. Jak podają kroniki, gdy modlił się słowami antyfony Flos Carmeli ( Kwiecie Karmelu) w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. ukazała mu się Maryja w otoczeniu aniołów i wskazując na szkaplerz, powiedziała: "Przyjmij, najmilszy synu, Szkaplerz twego zakonu jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania". Nabożeństwo szkaplerzne, praktykowane początkowo tylko we wspólnotach karmelitańskich, bardzo szybko rozpowszechniło się wśród ludzi świeckich i duchowieństwa.

Do nabożeństwa szkaplerznego przywiązane są przywileje uznane przez Kościół jako objawione przez Maryję:

- noszącym szkaplerz Maryja zapewniła opiekę w trudach i niebezpieczeństwach życia zarówno względem duszy, jak i ciała;

- w znaku szkaplerza Maryja obiecała szczęśliwą śmierć i zachowanie od wiecznego potępienia;

- każdy, kto nosi szkaplerz, jest złączony z Zakonem Karmelitańskim i ma udział w jego duchowych dobrach za życia i po śmierci (objęty jest intencjami Mszy św., komunii św., umartwień, postów, modlitw itp.).

Z końcem XV w. do powyższych łask dołączono tzw. przywilej sobotni oparty na objawieniu, jakie miał mieć papież Jan XXII. Maryja obiecała przez niego, że każdy noszący szkaplerz i zachowujący czystość według swego stanu zostanie uwolniony z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci.

Każdy, kto chciałby przyjąć i nosić szatę Maryi, niech czuje się zaproszony na comiesięczne skupienie Bractwa Szkaplerza w Sanktuarium Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny w Szczecinie ( os. Słoneczne). Każdego 16. dnia miesiąca wspólnotowa adoracja od godz. 17.00, Różaniec i o godz. 18.00 Msza św., podczas której jest możliwość przyjęcia szkaplerza św. 16 lipca, z okazji wspomnienia Matki Bożej Szkaplerznej, miało miejsce wspólne dziękczynienie noszących szkaplerz, składane Maryi w Jej sanktuarium za nieustanną opiekę nad nami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś największy lipcowy odpust maryjny na Jasnej Górze

2019-07-16 17:49

mir / Jasna Góra (KAI)

Podprzeor Jasnej Góry o. Mieczysław Polak podziękował pieszym pątnikom zgromadzonym na odpustowej sumie w dzisiejsze wspomnienie Matki Bożej z Góry Karmel, zwanej Szkaplerzną, że „stają w obronie wartości chrześcijańskich, będąc świadkami tego, co dobre i prawdziwe”. Ponad 4 tys. osób dotarło w pieszych pielgrzymkach na największy lipcowy odpust maryjny na Jasnej Górze.

Bożena Sztajner/Niedziela

Suma odpustowa odprawiona została na jasnogórskim szczycie o godz. 11.00. Na uroczystości przybyli pielgrzymi piesi z Poznania, Przemyśla, Piotrkowa Trybunalskiego w archidiecezji łódzkiej i z parafii arch. częstochowskiej; m.in. Gorzkowic, Rozprzy, Kamieńska oraz z Trzemeśni w arch. krakowskiej. Dotarła także licząca 75 osób Franciszkańska Pielgrzymka Rowerowa ze Wschowy w diec. zielonogórsko-gorzowskiej.

- Chodziliśmy od małego – przyznaje wielu jasnogórskich pielgrzymów. Od pokoleń pielgrzymują pieszo, przekazując wiarę, miłość do Boga i umiłowanie pielgrzymowania swoim dzieciom. Od 150 lat wędrują wierni z Piotrkowa Trybunalskiego.

- Można powiedzieć, że podróżujemy 'od Matki do Matki', ponieważ Piotrków Trybunalski również ma swoją Maryję, którą oczywiście czcimy - wyjaśniał kierownik grupy ks. Jacek Tyluś. Najstarszym pielgrzymem była w tej grupie 82-letnia Janina, najmłodszymi 13-miesięczy Jaś i 16-miesięczna Marcelina. Wierni z Piotrkowa Trybunalskiego także pieszo wracają do domów. Tradycyjnie w dzień poświęcony Najświętszej Maryi Pannie z Góry Karmel na Jasną Górę przybyła też grupa z Rozprzy z sanktuarium, w którym Maryję czci się jako Matkę Życia. Także ci pielgrzymi wracają pieszo.

Odprawiający rekolekcje w drodze modlili się o wstawiennictwo Maryi w wiernym naśladowaniu Jej Syna. O. Mieczysław Polak, podprzeor Jasnej Góry podziękował pielgrzymom, że „stają w obronie wartości chrześcijańskich, będąc świadkami tego, co dobre i prawdziwe”.

Mszy św. przewodniczył ks. Jan Markowski, kierownik 85. Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki, a koncelebrowali m.in.: ks. Łukasz Łukasik, ojciec duchowy 85. Poznańskiej Pieszej Pielgrzymki i ks. Jacek Tyluś, kierownik 150. Jubileuszowej Pielgrzymki Piotrkowskiej.

O tym, by wiara nie była tylko przyzwyczajeniem i tradycją, lecz żywą relacją z Jezusem i Jego Matką mówił w kazaniu ks. Łukasz Łukasik. - Przychodzimy do Maryi na Jasną Górę, aby zawierzyć Jej sprawę naszej wiary i tego, jak ta wiara w naszym życiu jest postrzegana, a przede wszystkim, jak jest wyznawana – mówił kaznodzieja – To właśnie w naszym sercu rodzi się ta walka związana z wiarą, to właśnie w naszym sercu, w dzisiejszych czasach, rodzi się największa walka o chrześcijaństwo i o Jezusa Chrystusa”.

Z racji odpustu Matki Bożej Szkaplerznej, w Kaplicy Cudownego Obrazu odprawione zostały Nieszpory połączone z nabożeństwem tzw. klęczek. Podczas nabożeństwa ojcowie i bracia paulini modlili się wezwaniami Litanii Loretańskiej i ze wzniesionymi ku górze rękami śpiewali łacińską antyfonę „Monstra Te esse Matrem” („Okaż nam się Matką”).

Święto Matki Bożej Szkaplerznej jest dla niektórych pielgrzymów okazją do uroczystego założenia tego szczególnego znaku zawierzenia Maryi.

Historia szkaplerza sięga połowy XIII w., kiedy to ówczesny generał karmelitów o. Szymon Stock prosił Matkę Bożą o pomoc w uratowaniu zakonu przed kasatą. Jak podaje tradycja, w odpowiedzi Maryja ofiarowała karmelicie płócienną szatę jako znak schronienia pod Jej macierzyńską opiekę. Z noszeniem szkaplerza związane są tzw. przywileje szkaplerzne, czyli łaski obiecane przez Matkę Bożą. Po pierwsze, gwarantuje on szczególną opiekę Najświętszej Maryi Panny w trudnych sytuacjach i niebezpieczeństwach doczesnego życia, a po drugie - w znaku szkaplerza Maryja obiecała szczęśliwą śmierć i zachowanie od wiecznego potępienia.

- Dzisiejsze święto to także ważny dzień w duchowości paulinów - wyjaśnia o. Piotr Łoza. Życie patriarchy Zakonu Paulinów św. Pawła Pierwszego Pustelnika było naśladowaniem życia proroka Eliasza. - Karmel to Góra proroków i pustelników - zauważa o. Łoza – I w tej tajemnicy można odkrywać i dziś co to znaczy życie pustelnicze. Życie pustelnicze to życie prorockie. Pustelnik ma być prorokiem dla tego świata, czyli żyć tym, co jest nadprzyrodzone. Życie według Boga jest proroctwem, czasami nic nie trzeba mówić, tylko żyć według Boga, żeby być prorokiem – wyjaśniał zakonnik.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem