Reklama

Niedziela Kielecka

Seminarium kieleckie w powstaniu styczniowym

O zaangażowaniu kleryków kieleckiego Seminarium w walki powstania styczniowego z ks. dr. Andrzejem Kwaśniewskim, historykiem Kościoła, rozmawia Agnieszka Dziarmaga

– Czy do kieleckiego Seminarium przenikała atmosfera zbliżającego się wybuchu powstania narodowego, nazwanego później styczniowym?

– Na wieść o wybuchu powstania zorganizowane zostało w seminarium spotkanie, które tak opisał ks. Marcin Smółka: „wtedy śp. bp Maciej Majerczak i profesorowie zgromadzili nas kleryków na sali teologicznej i ostrzegali, abyśmy nie słuchali agitatorów, którzy mogą lada chwila nadejść, żeby nas obietnicami wywieźć w pole. Ostrzeżenie dzięki Bogu pomogło, jednak w nocy dwóch kolegów uciekło, ale zakład został ocalony i lekcje szły dalej”.

Bp Majerczak oficjalnie przestrzegał kleryków przed udziałem w powstaniu, jednak tych duchownych, którzy wzięli udział, wspierał, narażając się władzom rosyjskim. Działanie biskupa było podyktowane sytuacją prawną duchownych, którzy zgodnie z prawem kościelnym nie powinni walczyć z bronią w ręku (i w pewnym sensie mieszać się do polityki). Ponadto chodziło o ocalenie zakładu teologicznego od dezintegracji, która byłaby skutkiem podsycenia i tak silnych nastrojów patriotycznych. Sam w okresie powstania listopadowego jako młody ksiądz, nie będąc jeszcze biskupem, aktywnie angażował się w sprawę walk narodowych.

Reklama

Zapewne na postawę kleryków i alumnów oddziaływała podniosła atmosfera patriotyczna kieleckiego gimnazjum, którego budynek przylegał do kościoła seminaryjnego.

23 stycznia 1863 r. na wieść o wybuchu powstania jeden z uczniów, Aleksander Głowacki (Bolesław Prus), wygłosił na lekcji łaciny wezwanie: „moi kochani teraz nie czas na Eneidę”. Następnie zebrał wszystkie egzemplarze książki („Eneida” Wergiliusza) i wrzucił je do pieca. To zapoczątkowało czynny udział młodzieży w działaniach powstańczych.

– Czy znamy nazwiska kleryków, którzy poszli do powstania?

– Ks. Józef Zdanowski określił liczbę sześciu alumnów biorących udział w powstaniu. Spośród nich podał jedynie dwa nazwiska: Wincenty Nowakowski i Józef Kwapiński. Ks. Teodor Czerwiński wyliczył siedmiu seminarzystów powstańców: Wincenty Nowakowski, Józef Kwapiński, Antoni Brykczyński, Jan Szymanowicz, Władysław Bieliński, Stanisław Rutkiewicz, Jan Jankowski. Ks. Józef Małota podał, że do powstania przyłączyło się czterech seminarzystów: Józef Kwapiński, Stanisław Rutkiewicz, Jan Szymanowicz i Władysław Bieliński. Ponadto ks. J. Małota ogólnie informował, że z młodszych (nie noszących sutanny) przyłączyło się kilku. Z badań ks. Tomasza Wróbla opartych na analizie akt naczelnika wojennego powiatu kieleckiego wynika, że oskarżono o udział w powstaniu czterech alumnów. Byli to: Ignacy Popiel, Eleuteiusz Król, Józef Hirtz i Piotr Szczepański. Trzeba tu podkreślić, że zróżnicowany był stopień zaangażowania i czas alumnów włączonych w powstańcze walki.

Do grupy kleryków powstańców należy zaliczyć także ks. Jana Szpakiewicza i ks. Wincentego Smoczyńkiego. Ks. J. Szpakiewicz jako alumn wstąpił w szeregi powstańcze. Był więziony przez władze rosyjskie w Kielcach. Bp Maciej Majerczak pismem z 22 marca 1865 r. zwrócił się o możliwość posyłania ks. J. Szpakiewiczowi do więzienia obiadów i kolacji. Ks. W. Smoczyński w 1861 r. został wysłany z seminarium kieleckiego do Akademii Duchownej w Warszawie. Za ruch spiskowy osadzony w 1862 r. w cytadeli warszawskiej, następnie wywieziony w głąb Rosji do Kostromy, stamtąd przewieziony do Nowomoskiewska. Został zwolniony z nakazem opuszczenia imperium rosyjskiego.

Reasumując, ustalona lista seminarzystów obejmuje trzynastu kleryków i alumnów, wygląda następująco: Władysław Bieliński, Antoni Brykczyński, Józef Hirtz, Jan Jankowski, Eleuteiusz Król, Józef Kwapiński, Wincenty Nowakowski, Ignacy Popiel, Stanisław Rudkiewicz, Wincenty Smoczyński, Jan Szpakiewicz, Piotr Szczepański, Jan Szymonowic. W elenchusie diecezji kielecko-krakowskiej na rok 1863 zamieszczony został wykaz duchownych kształconych w Akademii Duchownej Rzymskokatolickiej w Warszawie oraz w seminarium kieleckim. Należy przyjmować, że liczba seminarzystów w Kielcach to co najmniej pięćdziesięciu dwóch. Spośród pięćdziesięciu dwóch kształconych w Kielcach aż jedenastu zaangażowało się w powstanie. Seminarzyści biorący udział pochodzili w większości z kursów niższych. Łącznie z warszawskimi liczba kleryków kieleckich obejmowała około 55 osób, co daje trzynastu powstańców w grupie pięćdziesięciu pięciu. To ponad 20% zaangażowanych w powstanie – bardzo dużo.

Spośród tych trzynastu seminarzystów większość pozostała przy powołaniu kapłańskim; po święceniach pięciu pracowało w diecezji krakowskiej, trzech w innych diecezjach.

Zestawione dane wskazują na patriotyczną atmosferę panującą w seminarium kieleckim. Należy również zwrócić uwagę, że w czasie powstania w seminarium kształciło się trzech alumnów znanych z późniejszej patriotycznej postawy: Michał Sławeta, Paweł Sawicki i Franciszek Gruszczyński. Księża ci w późniejszych latach jako pracownicy seminarium weszli w skład represjonowanej grupy kapłanów wywiezionych w głąb Rosji.

– Autor wspomnień o powstaniu, ks. Teodor Czerwiński, miał do niego jednak negatywny stosunek?

– Na kartach pamiętnika utrwalił swój dystans do toczonych wówczas walk. Wśród alumnów wskazał na ks. J. Jankowskiego i ks. J. Kwapińskiego, z którymi najbardziej się przyjaźnił. Z kapłanów wskazał ks. E. Podolskiego jako swojego bliskiego kolegę. Pomimo przyjaźni z duchownymi powstańcami nie podzielał ich entuzjazmu dla walki narodowej. Pozostawił cierpką uwagę na temat ks. J. Jankowskiego i ks. J. Kwapińskiego, „których zawierucha narodowa 1863 r. poniosła w świat i wykoleiła”. Wakacje po wybuchu powstania ks. T. Czerwiński spędzał w rodzinnym Ćmielowie. Zarówno miejscowy proboszcz ks. Kasper Kotkowski [w latach 1861-1862 organizował manifestacje patriotyczne. Był też inicjatorem zwołania 29 października 1862 r. zebrania we wsi Świętomarz k. Bodzentyna, na którym spotkali się księża z powiatu kieleckiego, opatowskiego i in. Podjęto wówczas decyzję o zerwaniu ze stronnictwem „Białych” i przystąpieniu do Komitetu Centralnego Stronnictwa „ Czerwonych”. Po wybuchu powstania Styczniowego został naczelnikiem cywilnym, a następnie komisarzem pełnomocnym Rządu Narodowego na województwo sandomierskie. Przyp. red.] , jak i wikariusz ks. J. Tuszewski byli silnie zaangażowani w powstanie. Ks. K. Kotkowski nakłaniał kleryka T. Czerwińskiego, aby został jego sekretarzem do spraw bieżących. T. Czerwiński skutecznie jednak unikał zaangażowania w politykę. Po latach negatywnie oceniał swoich duszpasterzy: „ks. J. Tuszewski, gorący, niedoświadczony i bez należytego kierunku zmarnował się, długie lata spędził na Syberii”; „proboszcz zaś Kotkowski […] udał się za granicę i zwichnął się okropnie”1.

– Jest też grupa osób, którym powstanie skierowało życie w stronę diecezji, kieleckiego Seminarium i w ogóle kapłaństwa?

– Ks. Jan Gęca jako alumn seminarium sandomierskiego brał udział w manifestacji patriotycznej na Świętym Krzyżu (14.09.1862). Potem był m. in. przez 8 lat wikariuszem w Szańcu (współpracował wówczas z ks. Kazimierzem Wnorowskim), następnie był proboszczem parafii Złotniki. Ks. Wincenty Ingielewicz jako alumn seminarium wileńskiego brał udział w powstaniu. Aby uniknąć represji, przeniósł się do seminarium kieleckiego i udało mu się po przyjęciu święceń podjąć posługę kapłańską dla miejscowej diecezji.

Z kolei Romuald Wiadrowski jako gimnazjalista kielecki wstąpił do oddziału powstańczego Kazimierza Konrada Błaszczyńskiego (ps. „Bogdan Bończa”) i walczył w bitwie pod Górami Pińczowskimi (18.06.1863 r.). Ranny w bitwie znalazł schronienie w klasztorze jędrzejowskim, następnie zbiegł do Galicji. Po powrocie wstąpił do seminarium kieleckiego. W roku 1869 został wyświęcony na księdza.

Natomiast Paweł Oraczewski to przykład polskiego szlachcica negatywnie nastawionego do działań powstańczych. Był właścicielem wsi Boleścice na terenie parafii Sędziszów. Jan Newlin Mazaraki w swoich wspomnieniach podkreślił, że P. Oraczewski był siostrzeńcem margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Do powstania odnosił się z pogardą, oświadczając, że „z powstaniem szewców i błaznów nic wspólnego mieć nie może”. Ok. pierwszej połowy czerwca 1863 r. Oraczewski odmówił powstańcom dowodzonym przez Kazimierza Konrada Błaszczyńskiego ps. „Bończa” uiszczenia podatku narodowego. Został skazany na śmierć w miejscu stacjonowania oddziału – w Gniewnięcinie. Przed wykonaniem wyroku spowiadał go kapłan z parafii Mstyczów. Nieznany z nazwiska ksiądz po wyspowiadaniu P. Oraczewskiego wyprosił u Bończy jego ułaskawienie. Drugi podobny przypadek, także związany z osobą Pawła Oraczewskiego zdarzył się jesienią 1863 r. Po bitwie pod Mełchowem (30.09.1863) powstańcy pod wodzą Zygmunta Chmieleńskiego obozowali w Gniewięcinie. Oraczewski odmówił powstańcom prowiantu, za co został aresztowany, a następnie przesłuchany przez Z. Chmieleńskiego. P. Oraczewski był wówczas o krok od wyroku śmierci, jednak w wyniku próśb miejscowej szlachty zaprzestano działań sądowych i zwrócono mu wolność. W okresie popowstaniowym P. Oraczewski wstąpił do seminarium w Kielcach.Wyświęcony na kapłana (1872), był m. in. kanonikiem kieleckim.

Źródło: wspomnienia księży; akta personalne księży wytworzone przez konsystorze kielecki i krakowski

2019-01-23 11:50

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamiętniki z Powstania Styczniowego, Ludomira Grzybowskiego

2020-01-22 14:52

[ TEMATY ]

historia

Powstanie Styczniowe

Archiwum rodzinne

Ludomir Grzybowski

…”Kiedy w roku 1861 rozpoczęły się manifestacje, byłem aplikantem sądowym w sądzie poprawczym. Podmuch do wspomnianych manifestacji, a w następstwie i zaburzeń w Polsce, przyszedł z zagranicy, o ile wiem, z Anglii.

Nie bawiłem się nigdy dyplomacją, więc nie znam powodów, jakie skłoniły Anglię do podniecenia umysłów, wzbudzenia nadziei, słowem do obudzenia patriotyzmu w narodzie (któren co prawda był uśpiony), a tym samym do wywołania zaburzeń wewnątrz państwa rosyjskiego; to tylko pewne, że tak było.

Na prowincji rozpoczęły się manifestacje śpiewaniem pieśni patriotycznych, jak: „Boże coś Polskę”, „Z dymem pożaru” itp., po kościołach, pod figurami, krzyżami etc. Następnie sprawieniem chorągwi do kościołów z godłami: Orła Białego w czerwonym polu, Pogoni w niebieskim. Dalej ubiorami polskimi, mianowicie czamarkami, konfederatkami, żupanami, a niekiedy i kontuszami. W końcu urządzano procesje na odpusta, z chorągwiami, obrazami pod przewodnictwem księży i z pieniem pieśni patriotycznych, do których to procesji należała tak zwana wyższa sfera. Było w tych pielgrzymkach odrobinę nabożeństwa a dużo profanacji, bo szli tacy, którzy w zwykłych warunkach nie byliby się chcieli pokazać, wobec zaś prądu patriotycznego wychodzili pierwsi, aby byli widziani, śpiewali najgłośniej aby byli słyszani, grozili najbardziej aby ich miano z najodważniejszych. Każden chciał się odznaczyć bo była pora ku temu, bo nikt za to nic nie mówił bo nikogo do żadnej odpowiedzialności nie pociągano.

W Warszawie zaś, zgromadzał się naród przed figurami świętych, statuami Matki Boskiej, na ulicach: Leszno, krakowskie Przedmieście, Stare Miasto i tam śpiewy i modły odprawiał…

Był naówczas namiestnikiem w Królestwie Polskim

z rezydencją w Warszawie książe Gorczakow i czy te obawy uważał za nic nieznaczące, czy traktował to jako zabawkę dziecinną, czy wreszcie z rozmysłem działając patrzał przez szpary aby późniejsze następstwa jakie zarządził były usprawiedliwione, dość że policja przeszkód żądnych nie czyniła. To pobłażanie władzy poczytał lud za obawę i dowód jej słabości, a podżegacze zapewniali zwycięstwo nad wojskiem niedostatecznym do zwalczenia ludności Warszawy. Jawnie więc zapowiedziano, że w dniu 25 lutego obchodzić będą rocznicę bitwy pod Grochowem. Władza zamiast zapobiec temu zbiegowisku, Rynek Starego Miasta, gdzie zapowiedziany był obchód, poleciła uprzątnąć ze wszystkich na nich będących straganów, zamieść i oczyścić. W oznaczonym dniu tj. 25 lutego z rana kilkaset osób wyszło na Pola Grochowskie i odśpiewawszy kilka pieśni narodowych spokojnie wrócili do miasta. Następnie przed wieczorem zebrały się tłumy naprzód na Rynek Starego Miasta a potem do kościoła Ducha Świętego. Po nabożeństwie wyszli procesjonalnie z pochodniami i chorągwiami o barwach narodowych, zamierzając przejść Krakowskie Przedmieście do kościoła Św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Lecz pochód ten został wstrzymany przez wojsko, przy czym doszło do krwawego starcia, bo dużo osób było mniej lub więcej rannych. Jeszcze przed manifestacjami za zezwoleniem Rządu utworzone było Towarzystwo Rolnicze, w skład którego wchodzili obywatele ziemscy a prezesem tego Towarzystwa był hr. Andrzej Zamoyski. W skutkiem zatrważających pogłosek, jakie rozeszły się po mieście, Andrzej hr. Zamoyski na czele zebranej deputacji udał się do Księcia Gorczakowa z przedstawieniem względniejszego obchodzenia się z rozgoryczonym ludem. Księże Gorczakow zaręczał, że nikt życia w tym starciu nie stracił i że nie będzie mściwym ale żadnych ustępstw nie myśli robić zbuntowanemu ludowi. Lecz nie dotrzymał obietnicy, bo w dwa dni potem oddał władze bezbronnemu ludowi a stało się to w sposób następujący.

Dnia 27 lutego w kościele oo. Karmelitów na Lesznie

pod pozorem pomodlenia się za poległych w starciu, o jakim wyżej była mowa, zebrała się masa różnorodnego ludu. Po modlitwie wyszli z kościoła i uszykowawszy się w czwórki, bez księży i śpiewów, ruszyli z zamiarem przejścia ulicą Długą na Krakowskie Przedmieście do Pałacu Namiestnikowskiego gdzie Towarzystwo Rolnicze odbywało swe posiedzenia, aby się z obradującymi połączyć. Książe Gorczakow wydał rozkaz, aby wojsko tj. kozacy i piechota zaczaili się kolo zamku i uderzyli na tłum przy wejściu ze Starego Miasta. Wtedy to nastąpiło groźniejsze od pierwszego starcie, bo kozacy bili i kaleczyli naród, a piechota sobą zagrodziła przejście przed gmachem dobroczynności. Lud bronił się , czym kto mógł, laskami, parasolkami a w końcu kamieniami. Piechota dała ognia z karabinów i położyła trupem pięciu. Po tej krwawej scenie tłumy rozbiegły się na wszystkie strony a wojsko zajęło stanowisko przed pałacem namiestnikowskim, aby nie dopuścić połączenia się z ludem obradującym członkom Towarzystwa Rolniczego. Lud porwał ciała pięciu poległych, nosił po ulicach i przeklinał zabójców, poprzysięgając zemstę. Książe namiestnik widząc, że głupstwo się stało, nie wiadomo, czy ze strachu wobec oznajmienia delegacji, dość groźnego, że lud zbroi się w noże i siekiery, czy dla braku dostatecznej, jak utrzymywano, załogi wojskowej, czy jak głoszono wskutek telegraficznego rozkazu z Petersburga, dość że nazajutrz po dniu niewinna krwią naznaczonym książe Gorczakow wydał proklamację do mieszkańców Warszawy, że policmajster, który w dniu 25 lutego napadł na lud, otrzymał dymisję, a jenerał, który w dniu 27 lutego nakazał strzelać do ludu, oddany pod sąd. Przy tym udziela pozwolenia pogrzebu poległych z tym, aby utworzyć straż obywatelską i z uczni szkół publicznych dla utrzymania w mieście porządku, bo ani policja, ani wojsko do czasu ukończenia pogrzebu nie pokaże się na ulicach.

Takim sposobem książe Gorczakow zrzekł się władzy, a obywatele tak miejscy, jak wiejscy oraz studenci jako konstable utrzymywali porządek.

Kiedy Wielki Książe Konstanty

przybył wraz z żoną na mieszkanie do Warszawy, nie był ani witany, ani przyjmowany tak jak powinno było być, wobec przybywającego nadawcy czy wskrzesiciela praw i swobód narodowych, bo Polacy już marzyli o czym innym, bo pragnęli zmiany panującego, bo chcieli mieć na tronie nie Moskala ale Polaka, bo chcieli mieć Polskę i Litwę i wszystkie kraje, jak za czasów Jagiełły. A że tego od razu stosowanie do życzenia nie otrzymali, więc utworzył się Rząd Narodowy, który wydawał proklamacje, rozporządzenia itp. Między innymi polecał odbierać od wszystkich dobrze myślących polaków przysięgę, która była bardzo krepująca, bo wymagała ślepego posłuszeństwa Rządowi Narodowemu, bo nie wykonanie jakiego bądź rozkazu, choćby on w własnym przekonaniu był zbrodnią, stanowiło złamanie przysięgi. Takie stawał się już krzywoprzysięzcą i mógł być skazany na karę śmierci. Przysięgający obowiązany był na każde wezwane Rządu Narodowego stawić się w miejsce oznaczone i stosownie do okoliczności chwycić za bron i walczyć do ostatniej kropli krwi, aż się wroga wytępi, czy tez iść inną drogą, tj. podstępem, chytrością etc., etc. I wobec rozbudzonych, roznamiętnionych uczuć narodowych, ile wiem, młodzież przysięgę wykonywała i gotowa była na każde skinienie iść na ofiarę, bo tego Rząd Narodowy wymagał.

Kto był ten Rząd Narodowy, gdzie jego siedlisko, kto wchodził w skład jego, czy odbywały się jakie gremialne posiedzenia, wspólne narady, czy tylko członkowie tego Rządu Narodowego, każden na swoją rękę, wedle swego widzimisię wydawał rozkazy i rozporządzenia, nic i nikomu nie było wiadomym. Przyłożona pieczęć z wyobrażeniem Orła Białego w czerwonym polu i Pogoni w niebieskim, z napisem: ”Rząd Narodowy”, stanowiło wszystko. A kto odebrawszy jaki bądź rozkaz z takim godłem takowego co do litery nie wykonał, już był zakwalifikowany na karę śmierci. I byli tak zwani sztyletnicy, którzy takie wyroki Rządu Narodowego wykonywali. Były znów losowania i na kogo padł taki los, bez względu na to co go czeka, musiał spełnić rozkaz, bo inaczej byłby zasztyletowany. Taki właśnie los spadł na niejakiego Jaroszyńskiego, aby zabił Wielkiego Księcia Konstantego.

Wielcy Księstwo Konstantowie

byli względnie sympatycznie usposobieni do Polaków. Chcieli zdaje się nawzajem, aby i Polacy opłacali się sympatią. Aby dać dowód jednoczenia się z Polakami, kiedy narodził im się syn w Warszawie, nadano mu imię Wacław. Chodzili i jeździli bez konwoju i straży, dając dowód ufności do Polaków. Ale to wszystko nic nie znaczyło, bo Polacy nie chcieli widzieć Moskala panującym i postanowili wszystkich wytępić. Otóż pewnego dnia, kiedy Wielki Książe wyszedł wraz z żoną, aby wsiąść do pojazdu, ów wylosowany Jaroszyński strzelił do niego z rewolweru. Kula utkwiła w szlifie, nie czyniąc żadnego obrażenia ciała. Jaroszyński został pojmany i osądzony jako królobójca na powieszenie. Strzelano również i do margrabiego, lecz margrabia po pierwszym chybionym strzale laską kilka razy uderzył owego śmiałka i ten ze strachu czy z bólu stracił tak przytomność, że więcej nie strzelał i policja go ujęła.

Po tych faktach Margrabia Wielopolski zarządził pobór do wojska(rozumie się ruskiego) wszystkich młodych ludzi, w mniemaniu zapewnie, że tym sposobem przetnie wszystkie wybryki. Z obawy, aby i mnie nie wzięli, wyjechałem na wieś do znajomych. W parę dni przyszła wiadomość, że Rząd Narodowy, przeciwdziałając rządowi ruskiemu, wydał rozkaz, aby wszyscy młodzi ludzie chwycili za bron i stanęli do walki przeciw wrogom. Niestety, cóż to za broń, trochę dubeltówek i kos, a co za żołnierze? Trochę urzędników, trochę uczni ze szkół, trochę szlachty, którzy pozabierali za sobą ekonomów, lokai i stangretów. A tu armia ruska wyćwiczona, umontowana, z zapewnieniem przebywania wszędzie, gdzie się podobało, czy po miastach, czy po wsiach, opatrzeni w odzież, żywność etc, etc. A Polacy nigdzie punktu oparcia, nigdzie miejsca swobodnego do jakiegoś zorganizowania się, bo niby w swoim kraju ale gorzej wychodziło jakby na obczyźnie, bo tu każden chłop był wróg i nie rzadko chłopi łapali powstańców i oddawali w ręce Moskali, a ile namnożyło się szpiegów, donosicieli etc. Wszystko to bowiem szło do przewagi, do siły, słowem, do mocniejszego.

Więc tedy wybuchło powstanie i były dwa rządy: ruski i tzw. Rząd Narodowy Polski, i obydwa wydawały rozporządzenia, rozumie się wprost sobie sprzeczne. Urzędnicy odbierali rozkazy od Rządu Narodowego z poleceniem wykonania takowych pod karą śmierci. Od rządu zaś ruskiego przeciwnie, z zagrożeniem dymisji i odpowiedzialności osobistej. I tak na przykład Rząd Narodowy wydał i rozesłał do wszystkich naczelników powiatu rozporządzenie, aby nakazali młodym ludziom zdolnym do noszenia broni stawić się do wojska polskiego formującego się w danym miejscu. Więc niektórzy naczelnicy przed odebraniem przeciwnego polecenia rządu ruskiego wydali do wójtów gmin w myśl tego odpowiednie rozkazy. Czytałem taki w oryginale okólnik naczelnika powiatu stepnickiego, aby „wszyscy młodzi ludzie chwycili za broń i stawili się pod sztandary polskie”.

Małogoszcz, licha bardzo mieścina, starodawnego typu budynki, przeważnie drewniane, zamieszkane przez mieszczan-rolników, a częścią i Żydów. Otoczone ze wszystkich stron lasami i górami. Samo zaś miasteczko rozpołożone w dolinie. Przybyliśmy w sobotę witani uroczyście, bo wyszła naprzeciw nam procesja z chorągwiami, obrazami. Księża na czele i mnóstwo ludu. Wprowadzeni tak do miasteczka rozlokowaliśmy się po domach, a Langiewicz ze sztabem zajął kwaterę na plebanii… Tam staliśmy dni kilka, nikt nas nie niepokoił. Odbywaliśmy musztry i ćwiczenia. Było nas tedy w Małogoszczu około pięciu tysięcy, zresztą sądzę, że nikt tego dokładnie nie wiedział, bo nie było godziny, aby bądź mniejsze oddziały, bądź pojedynczo nie przybywali. Nareszcie po tygodniowym postoju oznajmiono nam, że nazajutrz będzie bitwa, bo Moskale się zbliżają. Jakoż z rana zaczęto nas rozprowadzać na pozycje, ale tylkośmy wyszli z miasta, dały się słyszeć za nami strzały karabinów… Cały batalion nasz był uzbrojony w dubeltówki, które w najlepszym razie mogły szkodzić przeciwnikowi na 150 do 200 kroków. Moskale stali od nas na jakie 1500 do 2000 kroków, bo widzieliśmy ich i przedstawiali się oczom naszym jak jakieś punkciki małe i z tych punkcików wylatywało trochę dymu, a potem huk. Kule zaś ich karabinów nie tylko dochodziły do nas, ale przenosiły poza nasze pozycje… Stałem frontem zwrócony do nieprzyjaciela czekając na sposobność wystrzelenia choćby z jednej z lufy, kiedy naraz tak silnie zostałem w piersi uderzony, że zachwiałem się i na wznak upadłem. Doznałem takiego w całym ciele wstrząśnienia, że byłem pewny, iż kula przeszyła mnie na wylot, bo jednocześnie doznałem bólu w piersiach i krzyżu; ponieważ mimo to przytomności nie straciłem, począłem ręką po krzyżu szukać, czy nie ma otworu, którym by kula wyszła, a nieznalazłszy żadnej skazy w surducie podniosłem się, a trakcie też tym rozpoczął się odwrót vel rejterada. Przeszliśmy przez las, przez rzeczkę koło młyna „Bocheniec” zwanego i wydostali się na łąki i pola. Tuz za nami, jak spod ziemi wyrośli, zjawili się dragoni ruscy i poczęli rozwijać front, sposobią się widocznie do szarży…

Siedziałem w tej Rudzie Promnickiej jak mysz w pudle, a chociaż jeszcze o ruchach wojsk ruskich wiadomość od dworu do dworu nadchodziła, więc jak tylko dano znać, wynosiłem się w las i tam czasami całe dnie, a niekiedy i noce, przebywałem. Nie zawsze jednak mogli zdążyć wysłać ostrzeżenie, a czasami posłańcy byli chwytani, wtedy znienacka Moskale nadchodzili...Prawdopodobnie w tym razie tak się też stało, że jednej nocy rozbudzony hałasem i niezwykłym ruchem koło dworu, zerwałem się, a wyjrzawszy oknem, zobaczyłem cały dom dookoła otoczony wojskiem... Otworzono drzwi i wszedł oficer od piechoty z kilkoma żołnierzami. Zrobili rewizje w pokoju, a mnie kazano wstać, ubrać się, mówiąc, że jestem aresztowany…

Ledwieśmy się rozejrzeli po tym niby odwachu, a właściwie kozie, gdzie złodziei i włóczęgów trzymali, przyszedł oficer dyżurny z dwoma żołnierzami i zapytał: „Któren to Pan Grzybowski?”, a gdym się odezwał, mówi: ”Proszę do jenerała”. Poszedłem pod eskortą na pierwsze piętro i tam mnie wprowadzili do gabinetu. Oficer żołnierzy zostawił ze mną, a sam wyszedł. Niezadługo słyszę ostrogi i wszedł pan jenerał. Usiadł na fotelu i zwyczajnym głosem zaczął wypytywać, gdzie byłem, w których oddziałach, w jakich bitwach, jaka była organizacja: „Wszystko tu jest zapisane i tyś dawno powinien być jeśli nie na szubienicy, to na Syberii”. Na wszystko odpowiadałem i na każde pytanie wymijająco. W końcu mówię: „jako Polak musiałem i powinienem był iść walczyć, inaczej wszyscy by mną pogardzali, tak jak ja sam sobą. Powinien ekscelencja uwzględnić, bo inaczej zrobić nie mogłem”…

Jednego razu przyjechał zwierzchnik jenerała Czengierego, jenerał Bellegarde, wieszatiel, drugi tom Murawiewa, tylko w mniejszym stopniu, ale także dużo ludzi wyprawił na tamten świat. Otóż ten wieszatiel wraz z Czengierym i ze świtą zwiedzał więzienie i do każdego numeru zachodził. Zjawili się i u mnie. Tego dnia na obiad przynieśli mi na misce kapuśniak, a w nim kawałek mięsa nadzianego na patyk. Nie mogłem jeść, więc nietknięte stało, kiedy weszli, pierwszy Bellegarde, za nim Czengiery itd. Bellegarde podszedł do miski, zaczął mieszać łyżką i pyta po niemiecku: „Was is das?”. Nie ma odpowiedzi. Zwrócił się do Czengierego z zapytaniem: „Szto, eto Niemiec?”. Tamten odpowiada: ”Niet, Polak”. „A za szto on siedit?”. Czengiery mu recytuje: „Był snaczała w bandie, posle zanimałsja unistom knig narodnonasilenia, a na koniec ostał kakim-to komisarom ichnaho rządu”. Po takiej rekomendacji struchlałem i nic nie mówiłem. Bellegarde wpatrzył się we mnie i mówi: „A wy szto na eto?”. Powiadam: „Byłem w powstaniu, ale żądnym komisarzem ani żadnym urzędnikiem nie byłem”. Bellegarde mówi: ”Ja by wam sowiet prawdu gawarit”. Odwrócił się i poszli wszyscy…

Po pięciu miesiącach siedzenia w „sekretnym” kazali mnie ponownie odstawić do komisji śledczej, w której rezydował pułkownik Sorniew, kilku innych oficerów, a jako asesor prowadzący badanie był porucznik Kuliczkowski…. cdn.

CZYTAJ DALEJ

Komunikat gliwickiej Kurii nt. Marcina Zielińskiego

2020-01-21 18:43

[ TEMATY ]

Odnowa w Duchu Świętym

charyzmatycy

Tomasz Rozmus

Kuria w Gliwicach wydała oświadczenie, w którym wyjaśnia dlaczego Biskup Gliwicki podjął decyzję o zmianie prelegenta spotkania modlitewnego zaplanowanego na 23 stycznia w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Gliwicach, które miał poprowadzić znany charyzmatyk Marcin Zieliński.

Prezentujemy treść komunikatu Kurii:

Mając na uwadze komunikat Kurii Diecezjalnej w Łowiczu z dnia 8 lutego 2019 roku oraz fakt, że niektóre wątki nauczania pana Marcina Zielińskiego budzą wątpliwości natury teologicznej, Biskup Gliwicki podjął decyzję o zmianie prelegenta w ramach spotkania zaplanowanego w Gliwicach w dniu 23 stycznia 2020 roku.

Ks. Sebastian Wiśniewski, Kanclerz Kurii

CZYTAJ DALEJ

Abp Ryś u Ewangelików Reformowanych: za darem nawrócenia, jest dar wspólnoty!

2020-01-27 07:26

[ TEMATY ]

ekumenizm

wspólnota

Ks. Paweł Kłys

- Kościołom będzie bliżej do siebie, jeśli w każdym z Kościołów będziemy głosić nawrócenie, także w stosunku do pozostałych braci. Kościom będzie bliżej do siebie, jeśli każdy z nas zobaczy swoje winy i przestaniemy się bić w cudze piersi. Niech każdy się bije w swoje, a będziemy sobie bliżsi. Bo za darem nawrócenia, jest dar wspólnoty. – mówił metropolita łódzki.

Choć w całym Kościele Katolickim tydzień modlitw o jedność chrześcijan już się zakończył, to w okręgu łódzkim czas wspólnej - ekumenicznej modlitwy trwa nadal. W niedzielny wieczór 26 stycznia nabożeństwu Słowa Bożego w bełchatowskim Kościele Ewangelicko - Reformowanym przewodniczył ks. bp Marek Izdebski - superintendent generalny Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP., a homilię wygłosił abp Grzegorz Ryś – metropolita łódzki.

Ks. Paweł Kłys

W słowie powitania gospodarz bełchatowskiej parafii - ksiądz biskup Marek Izdebski - przypomniał o tegorocznym jubileuszu 20 – lecia - podpisania przez wybrane Kościoły Chrześcijańskie i Kościół Katolicki - wspólnego dokumentu o wzajemnym uznaniu Sakramentu Chrztu i wskazał na wagę tego dokumentu dla jedności - podzielonego jeszcze - Kościoła.

O budowaniu jedności i wspólnocie - która jest drogą do spotkania z Bogiem - mówił w homilii arcybiskup Grzegorz Ryś. - Budowanie jedności ma miejsce wtedy, kiedy należymy do Chrystusa! Wtedy nie ma kłopotu z posłuszeństwem, akceptacją, a nawet z podziwem dla takiego, czy innego lidera w Kościele. Bo my wiemy, że ten jest tylko dobrym pasterzem, ten jest tylko dobrym liderem w jakimkolwiek Kościele, kto sprawia, że ja jestem bliżej Jezusa, a nie bliżej niego. Wtedy buduje się jedność! – zaznaczył kaznodzieja.

- Jeśli chcemy przyjąć misję Jezusa wobec nas, to słuchamy Słowa oraz szukamy wspólnoty. Daj się Jezusowi wprowadzić do wspólnoty! Dlaczego? Bo nie wystarcza mi moja prywatna wiara. Wiara jest czyśmy osobistym – jest głęboko osobista - ale nie oznacza, że jest prywatna, nie oznacza, że może być przeżywana w izolacji. Wiara nie jest odpowiedzią na książkę. Nie wystarczy ludziom dać Biblię. Jeśli chcesz człowiekowi przekazać wiarę, musisz wprowadzić go do wspólnoty. Bo w wierze chodzi ostatecznie o miłość, konkretną miłość, której doświadczamy we wspólnocie. – podkreślił abp Ryś.

Podczas dzisiejszego nabożeństwa Słowa Bożego, modlitwę powszechną Kościoła, odmówił dziekan dekanatu bełchatowskiego ks. prał. Zbigniew Zgoda.

Nabożeństwo, w którym uczestniczyli mieszkańcy Bełchatowa zarówno z Kościoła Ewangelicko – Reformowanego, jak i Kościoła Rzymskokatolickiego, zakończyło wspólne błogosławieństwo wypowiedziane przez abpa Grzegorza i bpa Marka.

Nabożeństwa ekumeniczne na terenie łódzkiego oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej zakończą się w czwartek 30 stycznia br. nabożeństwem w Kościele Ewangelicko – Reformowanym w Zelowie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję